Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona14/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   35

— Mike, muszę wycelować w szyb, ale ta flara mnie oślepia. Przeniosę się wyżej, żeby wyjść z kręgu światła. Będę trzymała ręce w jednej linii z flarami, a ty ustawisz GPR.

Tolland pokiwał głową, klękając obok radaru.

Nora wbiła raki w lód i pochylona walczyła z wiatrem, idąc w górę stoku w kierunku habisfery. Wiało mocniej, niż sądziła. Wyczuwała nadciągającą burzę. To nie miało znaczenia. Uwiną się w parę minut. Muszą zobaczyć, że mam rację. Pokonała dziesięć metrów i dotarła na skraj ciemności, gdy linka się napięła.

Spojrzała w górę lodowca. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, kilkanaście stopni w lewo zobaczyła flary. Przesunęła się, żeby stanąć z nimi w jednej linii i rozpostarła ręce, wskazując kierunek niczym igła kompasu.

— Stoję w jednej linii! — krzyknęła.

Tolland ustawił GPR i pomachał ręką.

— Gotowe!

Nora jeszcze raz spojrzała w górę stoku, zadowolona, że oświetliła drogę do kopuły. Nagle stało się coś dziwnego. Jedno ze świateł zgasło. Zanim zdążyła się zmartwić, rozbłysło na nowo. Gdyby nie wiedziała, że to niemożliwe, założyłaby, iż ktoś przeszedł pomiędzy nią a flarą. Ale przecież nikogo tam nie ma... Chyba że administratora zaczęło gryźć sumienie i wysłał za nimi ekipę NASA. Jednak wątpiła w to. Pewnie podmuch wiatru na chwilę przygasił płomień, pomyślała.

Wróciła do GPR.

— Ustawiony?

Tolland wzruszył ramionami.

— Chyba tak.

Nora podeszła do sań i wcisnęła klawisz na pulpicie sterującym. Z urządzenia popłynęło ostre, krótkie brzęczenie.

— W porządku — rzuciła. — Zrobione.

— Już? — zdziwił się Corky.

— Cała praca odbywa się w komputerze. Strzał trwa tylko sekundę.

Drukarka termiczna, zamknięta w przezroczystej plastikowej osłonie, już zaczęła mruczeć i klikać. Nora zaczekała, aż ucichnie, sięgnęła pod osłonę i wyjęła arkusz grubego papieru. Zobaczą, pomyślała, niosąc wydruk do flary. Nie będzie śladu słonej wody.

Wszyscy skupili się wokół niej, gdy z kartką w ręku stanęła przy flarze. Odetchnęła głęboko i rozwinęła rulon. To, co zobaczyła, sprawiło, że skuliła się z przerażenia.

— O Boże! — szepnęła, nie wierząc własnym oczom. Zgodnie z oczekiwaniami na wydruku widniał przekrój wypełnionego wodą szybu. Nora nie spodziewała się jednak, że w połowie głębokości zobaczy mglisto-szarą sylwetkę. — O Boże... tam jest ciało.

Wszyscy patrzyli w milczeniu.

Upiorna sylwetka wisiała głową w dół w wąskim szybie. Otaczała ją jaśniejsza mgiełka, przywodząca na myśl całun. Nora zrozumiała, czym jest ta niesamowita aura. GPR uchwycił słaby ślad płaszcza, który mógł być tylko znajomym, długim, ciężkim paltem z wielbłądziej wełny.

— To... Ming — szepnęła. — Musiał się ześlizgnąć...

Nie przypuszczała, że czeka ją drugi szok, większy od tego, jaki wywołał widok ciała. Gdy jej wzrok przesunął się w dół szybu, zobaczyła coś innego.

Lód pod szybem...

Pilnie wpatrzyła się w wydruk. Najpierw pomyślała, że coś jest nie w porządku ze skanem. Potem, gdy uważniej przyjrzała się obrazowi, zaczęło w niej narastać niepokojące zrozumienie. Brzegi kartki załopotały dziko na wietrze, gdy odwróciła się do światła i z jeszcze większą uwagą popatrzyła na wydruk.

Przecież... to niemożliwe!

Prawda uderzyła w nią z siłą lawiny. Miała wrażenie, że zaraz upadnie pod jej ciężarem. Myśli o Mingu zupełnie wyleciały jej z głowy.

Teraz rozumiała. Słona woda w szybie! Osunęła się na kolana na śnieg przy flarze. Z trudem oddychała. Dygotała, ściskając papier w rękach.

Mój Boże... nigdy w życiu nie przyszłoby mi to na myśl.

Z nagłym wybuchem gniewu odwróciła głowę w kierunku habisfery NASA.

— Dranie! — wrzasnęła głosem rwanym przez wiatr. — Wy cholerne dranie!

W ciemności, zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej, Delta Jeden podniósł do ust szyfrujące urządzenie łączności i powiedział do kontrolera tylko jedno słowo:

— Wiedzą.


Rozdział 49

Nora Mangor wciąż klęczała na lodzie, kiedy zdumiony Michael Tolland wyjął wydruk z jej drżących rąk. Wstrząśnięty widokiem pływających zwłok Mingą, próbował pozbierać myśli i rozszyfrować znaczenie obrazu, który miał przed oczami.

Widział przekrój szybu schodzącego na głębokość sześćdziesięciu metrów. Widział unoszące się w szybie ciało Minga. Przesunął wzrok niżej i poczuł, że coś jest nie w porządku. Bezpośrednio pod szybem widniała ciemna kolumna lodu morskiego, sięgająca do samego oceanu. Pionowy słup miał tę samą średnicę co szyb.

— Mój Boże! — krzyknęła Rachel, spoglądając nad jego ramieniem. — Wygląda na to, że szyb schodzi przez lód do oceanu!

Tolland stał jak sparaliżowany, jego mózg nie był w stanie zaakceptować tego, co, jak wiedział, jest jedynym logicznym wyjaśnieniem. Corky miał równie przerażoną minę.

— Ktoś wwiercił się od dołu! — stwierdziła Nora. Oczy miała rozszerzone z wściekłości. — Ktoś celowo umieścił tę skałę od spodniej strony lodu!

Choć Tolland-idealista chciał odrzucić jej słowa, naukowiec wiedział, że Nora może mieć rację. Lodowiec Szelfowy Milne'a unosił się na tyle wysoko nad dnem, że z łatwością mogła wpłynąć pod niego łódź podwodna. Ponieważ pod wodą wszystko waży znacznie mniej, nawet jednostka nie większa od jego jednoosobowego badawczego „Trytona" mogłaby bez trudu przetransportować meteoryt w chwytakach. Statek mógł podejść od strony oceanu, dostać się pod lód i wywiercić szyb, a następnie ramieniem albo za pomocą nadmuchiwanych balonów wepchnąć meteoryt do szybu. Po umieszczeniu kamienia na miejscu wystarczyło zaczekać, aż woda oceaniczna zacznie zamarzać. Gdy szyb zamknął się na tyle, że meteoryt nie mógł opaść, statek cofnął ramię i odpłynął, pozostawiając matce naturze zapieczętowanie pozostałej części tunelu i zatarcie wszystkich śladów oszustwa.

— Ale dlaczego? — zapytała Rachel, przypatrując się wydrukowi, który wyjęła z ręki Tollanda. — Dlaczego ktoś miałby to robić? Jest pani pewna, że GPR działa jak trzeba?

— Oczywiście! Poza tym to, co widzimy, wyjaśnia obecność bioluminescencyjnego planktonu!

Tolland musiał przyznać, że to logiczne. Posłuszne instynktowi fosforyzujące wiciowce popłynęły w górę szybu, zostały uwięzione pod meteorytem i zamarzły w lodzie. Później, kiedy Nora podgrzała kamień, leżący bezpośrednio pod nim lód stopił się, uwalniając plankton. Wiciowce znowu popłynęły w górę, tym razem docierając na powierzchnię, gdzie zginęły z braku słonej wody.

— To istny obłęd! — wykrzyknął Corky. — Skoro ci z NASA znaleźli meteoryt z pozaziemskimi skamieniałościami, dlaczego mieliby chcieć znaleźć go w innym miejscu? Dlaczego zadali sobie trud pogrzebania go w lodzie szelfowym?

— Licho wie — mruknęła Nora. — Ale wydruk z GPR nie kłamie. Zostaliśmy oszukani. Ten meteoryt nie jest częścią Jungersola. Został umieszczony w lodzie niedawno. W zeszłym roku. Inaczej plankton byłby martwy! — Zaczęła pakować GPR na sanie. — Musimy wrócić i kogoś powiadomić! Prezydent przedstawi światu fałszywe informacje! NASA go oszukała!

— Chwileczkę! — wtrąciła się Rachel. — Powinniśmy zrobić przynajmniej jeszcze jeden skan, żeby mieć absolutną pewność. Przecież to nie ma sensu. Kto nam uwierzy?

— Wszyscy — odparła Nora, mocując plandekę. — Kiedy wrócę do habisfery, wywiercę kolejną próbkę rdzeniową z dna szybu. Będzie to lód słony, więc gwarantuję, że wszyscy uwierzą!

Nora zwolniła hamulce sań, odwróciła je w stronę habisfery i pomaszerowała w górę zbocza, wbijając raki w lód i ciągnąc ładunek ze zdumiewającą łatwością. Miała misję do wypełnienia.

— Ruszać się! — krzyknęła, pociągając związaną liną grupę w ciemność za oświetlonym kręgiem. — Nie mam pojęcia, do czego zmierza NASA, ale jestem absolutnie pewna, że nie podoba mi się rola pionka w ich...

Jej głowa odchyliła się do tyłu, jakby niewidzialna ręka mocno uderzyła ją w czoło. Nora Mangor zacharczała, zachwiała się i upadła na lód. Prawie w tej samej chwili Corky krzyknął i okręcił się dokoła, jakby ktoś pchnął go w ramię. Runął na lód, wijąc się z bólu.

Rachel natychmiast zapomniała o wydruku, Mingu, meteorycie i dziwnym tunelu pod lodem. Poczuła, jak mały pocisk muska jej ucho, o włos mijając skroń. Instynktownie opadła na kolana, pociągając za sobą Tollanda.

— Co się dzieje?! — wrzasnął Tolland.

Pierwsze, co przyszło jej na myśl, to grad — lodowe kulki niesione przez wiatr w dół lodowca. Ale skoro zdołały powalić Corky'ego i Norę, musiały pędzić z prędkością setek kilometrów na godzinę. Co dziwniejsze grad wielkości szklanych kulek do gry skupiał się na nich, łomocząc dokoła i wzbijając pióropusze eksplodującego lodu. Rachel padła na brzuch i wbijając w lód przednie zęby raków, poczołgała się w kierunku jedynej osłony, sań. Chwilę później z krzykiem przypadł do niej Tolland.

Popatrzył na Norę i Corky'ego, leżących na otwartej przestrzeni.

— Ściągnijmy ich za linę! — ryknął.

Lecz lina okręciła się wokół sań.

Rachel wepchnęła wydruk do zapinanej na rzepy kieszeni kombinezonu i na czworakach przysunęła się do sąń, żeby odplątać linę z płóz. Tolland trzymał się tuż za nią.

Grad nagle zabębnił w sanie, jakby matka natura zrezygnowała z ataku na Corky'ego i Norę, a zamiast tego wzięła na cel ich dwoje. Jeden z pocisków odbił się od plandeki i wylądował na rękawie Rachel.

Rachel zamarła. W jednaj chwili oszołomienie przemieniło się w grozę. Grad był sztuczny. Idealną sferoidę wielkości dużej czereśni, wypolerowaną i gładką, szpecił lekko wybrzuszony szew na obwodzie. Lodowy pocisk przypominał wyciśniętą w prasie staroświecką ołowianą kulę muszkietową. Kuliste grudki lodu zdecydowanie nie były tworem naturalnym.

To kule...

Mając dostęp do informacji wojskowych, Rachel dobrze znała nową eksperymentalną broń typu IM15, czyli improwizowana amunicja — karabiny śnieżne zbijające śnieg w lodowe pociski, karabiny pustynne topiące piasek w pociski szklane, broń strzelająca impulsami wody z taką siłą, że mogła połamać kości. Broń typu IM miała ogromną przewagę nad konwencjonalną, ponieważ korzystała z dostępnych materiałów i wytwarzała amunicję dosłownie na miejscu, zapewniając żołnierzom nieograniczone ilości pocisków bez konieczności noszenia ich ze sobą. Wiedziała, że lodowe kule, którymi do nich strzelano, zostały sprasowane „na żądanie" ze śniegu ładowanego do kolby.

Jak to często bywa w świecie wywiadu, im więcej się wie, tym bardziej przerażający staje się scenariusz. Ta chwila nie była wyjątkiem od reguły. Rachel wolałaby błogosławioną ignorancję, ale wiedza o istnieniu broni IM natychmiast doprowadziła ją do mrożącego krew w żyłach wniosku: zostali zaatakowani przez jednostkę amerykańskich sił specjalnych, które jako jedyne w kraju miały zezwolenie na używanie eksperymentalnej broni typu IM w terenie.

Z obecności wojskowej jednostki specjalnej wynikał drugi, jeszcze gorszy wniosek: prawdopodobieństwo przeżycia ataku jest bliskie zeru.

Makabryczne rozmyślania Rachel urwały się nagle, gdy jeden z lodowych pocisków znalazł sobie drogę wśród sprzętu spiętrzonego na saniach i z wyciem trafił ją w brzuch. Nawet w grubym kombinezonie poczuła się tak, jakby niewidzialny bokser uderzył ją w żołądek. Gwiazdy zatańczyły jej przed oczami i zatoczyła się do tyłu, próbując przytrzymać się sań. Michael Tolland puścił linę i skoczył na pomoc, ale było za późno. Rachel upadła, wywracając sanie. Oboje potoczyli się po lodzie wraz z całą aparaturą.

— To... kule... — wyszeptała Rachel z trudem, bo uderzenie wycisnęło jej powietrze z płuc. — Uciekaj!


Rozdział 50

Waszyngtońska kolejka podziemna ruszająca ze stacji Federal Triangle była szybka, ale nie dość szybka dla Gabrielle Ashe, która chciała jak najprędzej oddalić się od Białego Domu. Siedziała sztywno w kącie pustego wagonu, a za oknami przyciemnione kształty zlewały się w jednolitą smugę. Duża czerwona koperta od Marjorie Tench naciskała na jej uda niczym dziesięciotonowy ciężar.

Muszę porozmawiać z Sextonem! — pomyślała, gdy pociąg przyspieszał, zmierzając w stronę senackiego biurowca. Natychmiast!

W słabym, mrugającym świetle wagonu Gabrielle czuła się, jakby była pod działaniem halucynogenów. Lampy błyskały niczym spowolnione dyskotekowe stroboskopy. Tunel napierał ze wszystkich stron jak ściany coraz głębszego kanionu.

Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę.

Popatrzyła na kopertę leżącą na kolanach. Otworzyła ją, wyjęła jedno zdjęcie. Światła rozbłysły na chwilę, jaskrawy blask oświetlił szokujący obraz — nagi, zaspokojony Sedgewick Sexton zwraca rozanieloną twarz prosto w stronę obiektywu aparatu, a obok niego leży ona, też naga.

Zadrżała, schowała zdjęcie i niezdarnie zamknęła kopertę.

To koniec.

Gdy tylko pociąg wyjechał z tunelu i wspiął się na nadziemny tor w pobliżu L'Enfant Plaza, zadzwoniła na prywatną komórkę senatora. Zgłosiła się poczta głosowa. Zaintrygowana, zatelefonowała do biura. Odebrała sekretarka.

— Tu Gabrielle. Jest?

Głos sekretarki zdradzał złość.

— Gdzie byłaś? Szukał cię.

— Spotkanie się przeciągnęło. Muszę natychmiast z nim porozmawiać.

— Będziesz musiała zaczekać do rana. Jest w Westbrooke. Tam właśnie Sexton miał mieszkanie.

— Nie odbiera telefonu — powiedziała Gabrielle.

— Zarezerwował dzisiejszy wieczór jako PW — przypomniała sekretarka. — Wyszedł wcześnie.

Gabrielle spochmurniała jeszcze bardziej. Prywatny wieczór. Ze zdenerwowania zapomniała o planach Sextona. Senator jasno dał do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby mu przeszkadzano w czasie PW. „Pukać do moich drzwi tylko w razie pożaru, mawiał. W przeciwnym wypadku sprawa może zaczekać do rana". Gabrielle zadecydowała, że dom Sextona stoi w ogniu.

— Musisz się z nim skontaktować.

— To niemożliwe.

To poważna sprawa, ja naprawdę...

— Nie, to po prostu niemożliwe. Zostawił swój pager na moim biurku i powiedział, że nie wolno mu przeszkadzać przez całą noc. Pod żadnym pozorem. — Po chwili dodała: — Był bardziej stanowczy niż zwykle.

Cholera.


— Dobra, dzięki. — Gabrielle się rozłączyła.

„L'Enfant Plaza — rozległo się z głośników. — Połączenie do wszystkich stacji".

Gabrielle zamknęła oczy i spróbowała rozważyć sytuację na spokojnie, ale natychmiast napłynęły koszmarne obrazy... zdjęcia przedstawiające ją i senatora... stos dokumentów świadczących o tym, że Sexton bierze łapówki. Wciąż słyszała chrapliwy głos Tench. „Zrób, co trzeba. Podpisz oświadczenie. Przyznaj się do romansu".

Gdy pociąg zwalniał przed stacją, zmusiła się do zastanowienia, co zrobiłby senator, gdyby zdjęcia trafiły do prasy. Pierwsza myśl, jaka wpadła jej do głowy, zaszokowała ją i zawstydziła.

Skłamałby.

Czy rzeczywiście taka była jej intuicyjna ocena reakcji Sextona?

Tak. Skłamałby... bezczelnie i inteligentnie.

Jeśli zdjęcia trafią do mediów, a ona nie przyzna się do romansu, senator po prostu oświadczy, że dowody są sfałszowane. W epoce fotografii cyfrowej fotomontaż jest dziecinnie łatwy; każdy, kto kiedykolwiek zaglądał do sieci, widział zdjęcia głów sławnych ludzi idealnie stopione z ciałami innych osób, częstokroć gwiazd porno. Gabrielle już widziała, jak senator przekonująco kłamał przed kamerami na temat ich związku, i nie wątpiła, że zdołałby przekonać świat, iż zdjęcia te są kiepską próbą złamania jego kariery. Płonąłby świętym oburzeniem, może nawet insynuował, że mistyfikację zlecił sam prezydent.

Nic dziwnego, że Biały Dom nie opublikował zdjęć. Uświadomiła sobie, że mogły przynieść odwrotny skutek, podobnie jak tamta pierwsza rozpuszczona plotka. Były sugestywne, ale zupełnie nieprzekonujące.

Gabrielle dostrzegła iskierkę nadziei.

Biały Dom nie może udowodnić, że są prawdziwe!

Tench postawiła ją przed brutalnie prostym wyborem: przyznaj się do romansu albo patrz, jak Sexton idzie do więzienia. Nagle wszystko nabrało sensu. Biały Dom potrzebuje jej oświadczenia, bo bez niego zdjęcia nie mają żadnej wartości. Narastające przeświadczenie, że ma rację, poprawiło jej nastrój.

Gdy pociąg stanął i drzwi się rozsunęły, Gabrielle poczuła, że w jej umyśle też otwierają się drzwi, odsłaniając niespodziewaną i podnoszącą na duchu możliwość.

Być może kłamstwem jest również wszystko to, co Tench powiedziała o korupcji.

Zastanowiła się, co naprawdę widziała w jej gabinecie. Czy kilka kserokopii dokumentów bankowych i ziarniste zdjęcia Sextona w jakimś garażu można uznać za rozstrzygające dowody? Jedno i drugie mogło zostać podrobione. Przebiegła Tench pokazała jej fałszywe dokumenty razem z kompromitującymi zdjęciami z gabinetu senatora w nadziei, że wszystko razem zostanie uznane za prawdziwe. Sztuczka nazywana „uwierzytelnieniem przez skojarzenie" jest powszechnie stosowana przez polityków, którym zależy na sprzedaniu wątpliwych koncepcji.

Sexton jest niewinny, powiedziała sobie Gabrielle. Biały Dom znalazł się w rozpaczliwej sytuacji; ludzie odpowiedzialni za kampanię prezydencką postanowili zagrać na jej strachu i zmusić ją do ujawnienia romansu. Chcieli doprowadzić do tego, żeby publicznie, w atmosferze skandalu, odwróciła się do Sextona plecami. „Uciekaj, póki możesz, powiedziała jej Tench. Masz czas do ósmej wieczorem". Wóz albo przewóz. Wszystko pasuje, pomyślała.

Z wyjątkiem jednej rzeczy...

Jedynym niepokojącym elementem układanki były wymierzone w NASA e-maile przysyłane przez Tench. Sugerowały, że agencji kosmicznej naprawdę zależy na jednoznacznie wrogiej deklaracji ze strony Sextona, aby następnie wykorzystać ją przeciwko niemu. Na pewno? Gabrielle uświadomiła sobie, że nawet to można logicznie wyjaśnić.

A jeśli wiadomości nie pochodziły od Tench?

Możliwe, że Tench przyłapała zdrajcę na gorącym uczynku, wyrzuciła go, zajęła jego miejsce i sama wysłała ostatni e-mail, zapraszając ją na spotkanie. Mogła udawać, że celowo przekazała wszystkie informacje dotyczące NASA, żeby mnie wrobić.

Hydraulika zasyczała, drzwi zaraz miały się zamknąć.

Gabrielle patrzyła na peron L'Enfant Plaza, zastanawiając się gorączkowo. Nie miała pojęcia, czy jej podejrzenia rzeczywiście mają sens, czy są tylko pobożnym życzeniem. Wiedziała, że musi natychmiast porozmawiać z senatorem — bez względu na PW.

Z kopertą w ręku w ostatniej chwili wyskoczyła z pociągu, a drzwi z sykiem zamknęły się za jej plecami. Miała nowy cel podróży.

Apartamentowiec Westbrooke Place.


Rozdział 51

Walcz albo uciekaj.

Będąc biologiem, Tolland wiedział, jakie zmiany fizjologiczne zachodzą w organizmie w obliczu zagrożenia. Adrenalina zalewa korę mózgową, przyspieszając bicie serca oraz nakazując mózgowi podjęcie najstarszej i najbardziej intuicyjnej ze wszystkich biologicznych decyzji — walczyć czy uciekać.

Instynkt nakazywał Tollandowi ucieczkę, ale rozsądek przypominał, że wciąż jest związany liną z Norą Mangor. Poza tym i tak nie miał dokąd uciec. Jedyną kryjówką w promieniu wielu kilometrów była habisfera, a napastnicy, kimkolwiek byli, znajdowali się powyżej nich na lodowcu i odcinali im drogę. Z drugiej strony szeroka płyta lodu tworzyła długą na trzy kilometry otwartą równinę, która kończyła się urwiskiem opadającym stromo do lodowatego morza. Odwrót w tym kierunku oznaczałby śmierć z wyziębienia. Zresztą gdyby nawet ucieczka miała szansę powodzenia, Tolland wiedział, że nie mógłby zostawić swoich towarzyszy. Nora i Corky leżeli niczym nie osłonięci, połączeni liną z nim i z Rachel.

Tolland kulił się w pobliżu Rachel, gdy lodowe pociski uderzały w przewrócone sanie. Przetrząsał rozsypany sprzęt, szukając broni, rakietnicy, radia... czegokolwiek.

— Uciekaj! — wrzasnęła Rachel zduszonym głosem.

Nagle, co dziwne, grad lodowych kul ustał. Choć wciąż wiał silny wiatr, noc wydała się spokojna... jakby burza niespodziewanie przeminęła.

Wtedy, wyglądając ostrożnie zza sań, Toland ujrzał jeden z najbardziej przerażających widoków w swoim życiu.

Z ciemności, spoza kręgu światła, wyłoniły się trzy osoby, bez wysiłku sunące na nartach. Były ubrane w białe kombinezony. Nie miały kijków narciarskich, tylko długie karabiny, niepodobne do żadnej znanej mu broni. Ich krótkie narty też wyglądały dziwacznie, bardziej podobne do wydłużonych łyżworolek niż klasycznych desek.

Spokojnie, jakby wiedzieli, że już wygrali bitwę, przybysze zatrzymali się przy najbliższej ofierze — nieprzytomnej Norze Mangor. Tolland, drżąc, podniósł się na kolana i spojrzał ponad saniami. Napastnicy odwzajemnili spojrzenie, patrząc na niego przez dziwne elektroniczne gogle. Wyglądało na to, że nie są nim zainteresowani.

Przynajmniej nie w tej chwili.

Delta Jeden nie miał wyrzutów sumienia, gdy patrzył na nieprzytomną kobietę leżącą na śniegu. Został wyszkolony do wykonywania, nie do kwestionowania rozkazów.

Kobieta była ubrana w gruby czarny termoaktywny kombinezon. Oddychała urywanie i z wysiłkiem, a na jej policzku widniała pręga. Jeden z lodowych pocisków odnalazł cel i pozbawił ją przytomności.

Nadszedł czas na dokończenie roboty.

Gdy Delta Jeden ukląkł obok nieprzytomnej kobiety, jego koledzy wymierzyli w pozostałe cele — jeden w leżącego w pobliżu niewysokiego mężczyznę, a drugi w przewrócone sanie, za którymi ukrywały się jeszcze dwie osoby. Mogliby wkroczyć do akcji i wykonać robotę za jednym zamachem, ale przecież ofiary nie były uzbrojone i nie miały dokąd uciec. Jednoczesne eliminowanie wszystkich celów jest nierozważne. „Nigdy nie rozpraszać uwagi, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Stawiać czoło jednemu przeciwnikowi naraz". Żołnierze Delta Force mieli zabić tych ludzi dokładnie tak, jak zostali wyszkoleni — po kolei. Sztuka polegała na tym, żeby nie zostawić śladów wskazujących na zabójstwo.

Delta Jeden przykucnął obok nieprzytomnej Nory Mangor, zdjął rękawice i nabrał garść śniegu. Otworzył jej usta i zaczął wpychać w nie śnieg, jak najgłębiej, do gardła i do tchawicy. Kobieta miała umrzeć w ciągu trzech minut.

Metodę tę, wymyśloną przez rosyjską mafię, nazywano biełaja smiert'. Ofiara dusiła się na długo przed stopieniem się śniegu w gardle, ale martwe ciało zachowywało ciepło przez czas wystarczający do rozpuszczenia blokady. Nawet gdy podejrzewano brudną robotę, brakowało broni użytej do spowodowania śmierci i dowodów użycia przemocy. W tym przypadku być może ktoś dojdzie, co się stało, ale na pewno nie nastąpi to prędko. Lodowe kule wtopią się w otoczenie, zagrzebane w śniegu, a pręga na głowie kobiety będzie wyglądać na skutek nieszczęśliwego upadku na lód — co w tych warunkach pogodowych nikogo nie zdziwi.

Pozostali zostaną obezwładnieni i zlikwidowani w podobny sposób. Potem Delta Jeden załaduje wszystkich na sanie, przeciągnie kilkaset metrów dalej, przypnie liny i ułoży ciała na śniegu. Zostaną znalezione po kilku godzinach, zamarznięte, jakby cała czwórka padła ofiarą hipotermii. Ci, którzy ich odkryją, będą się zastanawiali, dlaczego zboczyli z kursu, ale nikt nie będzie zdziwiony, że nie żyją. Flary się wypaliły, wiał huraganowy wiatr, a zabłądzenie na lodowcu może skończyć się śmiercią.

Delta Jeden skończył upychać śnieg w gardle kobiety. Przed zajęciem się pozostałymi odpiął jej linę. Ludzie ukryci za saniami mogli wpaść na pomysł, żeby przeciągnąć ją w bezpieczne miejsce, a on w tej chwili nie życzył sobie żadnych komplikacji.

Na oczach Michaela Tollanda dokonano morderswa w sposób, jakiego nie byłaby w stanie wymyślić najbardziej mroczna część jego umysłu. Po odpięciu liny Nory Mangor trzej napastnicy odwrócili się w stronę Corky'ego.

Muszę coś zrobić!

Corky odzyskiwał przytomność i jęczał, próbując usiąść. Jeden z mężczyzn pchnął go z powrotem na śnieg, usiadł na nim okrakiem i kolanami przycisnął jego ręce do lodu. Wiatr porwał głośny krzyk bólu.

Zdjęty paniką Tolland zaczął przerzucać rzeczy, które spadły z przewróconych sań. Musi tu coś być! Broń! Cokolwiek! Widział tylko aparaturę badawczą, w większości rozbitą przez lodowe kule. Obok niego Rachel podnosiła się ze śniegu, pomagając sobie czekanem.

— Uciekaj... Mike...

Tolland popatrzył na trzymany przez nią czekan. Może użyć go jako broni. Zastanowił się, jakie będzie miał szansę, gdy rzuci się z nim na trzech ludzi.



1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna