Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona13/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   35

— Niezbyt ciekawe miejsce.

— Przeciwnie. Wybrzeże Atlantyku jest niesłychanie interesujące. Szykowałem się do nakręcenia nowego filmu, kiedy brutalnie przeszkodził mi prezydent.

Rachel się roześmiała.

— Filmu poświęconego...

Sphyrna mokarran i megawirom hydrotermalnym.

Rachel ściągnęła brwi.

— Cieszę się, że spytałam.

Tolland zapiął paski raków i podniósł głowę.

— Słuchaj, mówię poważnie. Będę tam przez kilka tygodni. Waszyngton leży niedaleko wybrzeża Jersey. Przyjedź, kiedy już będziemy wolni. Nie ma powodu, żebyś przez całe życie bała się wody. Moja załoga przyjmie cię ze wszystkimi szykanami.

Nora Mangor ryknęła:

— Idziecie, czy mam wam zamówić świece i szampana?!


Rozdział 45

Gabrielle Ashe nie miała pojęcia, co sądzić o dokumentach rozłożonych przed nią na biurku przez Marjorie Tench. Plik, składający się z fotokopii listów, faksów i bilingów, zdawał się potwierdzać tezę, że senator Sexton prowadzi potajemny dialog z prywatnymi firmami kosmicznymi.

Tench przesunęła w jej stronę kilka czarno-białych zdjęć.

— Przypuszczam, że to dla pani nowość, prawda?

Gabrielle popatrzyła na zdjęcia. Pierwsze, zrobione z ukrycia, przedstawiało Sextona wysiadającego z taksówki w jakimś podziemnym garażu. Sexton nigdy nie jeździ taksówkami. Spojrzała na drugie zdjęcie, zrobione przez teleobiektyw. Sexton wsiada do białego minivana. W kabinie siedzi starszy mężczyzna.

— Kto to jest? — zapytała, podejrzewając, że zdjęcie może być fotomontażem.

— Gruba ryba z SFF?13

Gabrielle okazała niedowierzanie.

— Z Fundacji „Otwarty Kosmos"?

SFF pełniła rolę „związku zawodowego" prywatnych firm kosmicznych. Reprezentowała kontrahentów, biznesmenów, inwestorów dostarczających kapitał wysokiego ryzyka — wszystkich, którzy chcieli prowadzić działalność w kosmosie. Ludzie ci na ogół krytykowali NASA i dowodzili, że agencja stosuje nieuczciwe metody, nie chcąc dopuścić do interesu prywatnych przedsiębiorców.

— Obecnie SFF reprezentuje ponad sto wielkich korporacji — powiedziała Tench. — Te najbogatsze wprost nie mogą się doczekać ratyfikacji ustawy o komercjalizacji kosmosu.

Gabrielle przemyślała jej słowa. Z oczywistych powodów członkowie SFF głośno popierali kampanię Sextona, choć ostrożny senator wolał nie zbliżać się do nich za bardzo z powodu ich kontrowersyjnej taktyki lobbingu. Ostatnio SFF nazwała NASA „nielegalnym monopolistą", który mimo ponoszonych strat utrzymuje się w biznesie, stanowiąc nieuczciwą konkurencję dla prywatnych firm. Według SFF, ilekroć AT&T zgłaszało zapotrzebowanie na satelitę telekomunikacyjnego, prywatne firmy kosmiczne proponowały budowę urządzenia za rozsądną cenę pięćdziesięciu milionów dolarów. NASA za każdym razem składała kontrofertę, wyceniając swoje usługi na dwadzieścia pięć milionów, choć w rzeczywistości ponosiła koszty pięć razy większe. „NASA utrzymuje się w biznesie wyłącznie dzięki prowadzeniu działalności ze stmtą, grzmieli prawnicy SFF. A podatnicy płacą".

— To zdjęcie dowodzi, że pani kandydat potajemnie spotyka się z osobą, która reprezentuje prywatne przedsiębiorstwa kosmiczne. — Marjorie Tench wkazała kilka innych dokumentów. — Mamy również wewnętrzne notatki SFF nakazujące zebranie wielkich sum od firm członkowskich — sum proporcjonalnych do wartości aktywów netto — i przekazanie ich na konta kontrolowane przez senatora Sextona. W rzeczywistości prywatne agencje kosmiczne płacą za posadzenie Sextona w prezydenckim fotelu. Mogę tylko przypuszczać, że senator obiecał im podpisanie ustawy o komercjalizacji i sprywatyzowaniu NASA, jeśli wygra wybory.

Gabrielle popatrzyła sceptycznie na stos papierów.

— Spodziewa się pani, że uwierzę, iż Biały Dom ma dowody świadczące o nielegalnym finansowaniu kampanii kontrkandydata, a jednak z jakiegoś powodu trzyma je w sekrecie?

— A w co pani wierzy?

Gabrielle spojrzała na nią ze złością.

— Biorąc pod uwagę pani talent do manipulowania, bardziej logiczne wydaje się inne wyjaśnienie. Zasypuje mnie pani fałszywymi dokumentami i zdjęciami sfabrykowanymi przez jakiegoś pracownika Białego Domu, obdarzonego inicjatywą i małą poligrafią komputerową.

— To możliwe, przyznaję. Ale niezgodne z prawdą.

— Nie? W takim razie skąd pani ma te wszystkie wewnętrzne dokumenty różnych korporacji? Nie sądzę, by Biały Dom dysponował środkami umożliwiającymi wykradnięcie tych rzekomych dowodów z tak wielu firm.

— Ma pani rację. Dostaliśmy je w prezencie.

Gabrielle była zdezorientowana.

— Dostajemy dużo prezentów. Prezydent ma wielu potężnych politycznych sprzymierzeńców, którzy chcą, żeby pozostał na dotychczasowym stanowisku. Proszę pamiętać, pani kandydat sugeruje poważne cięcia, w tym wiele w Waszyngtonie. Senator Sexton bez skrupułów podaje rozdęty budżet FBI jako przykład rozrzutności rządu. Przypuścił też parę ataków na urząd skarbowy. Może ktoś z biura albo ze skarbówki trochę się zirytował.

Gabrielle zrozumiała implikacje. Ludzie z FBI i skarbówki mogli zdobyć tego rodzaju informacje. Mogli przesłać je w prezencie do Białego Domu, żeby przyczynić się do reelekcji prezydenta. Tak, to możliwe, nie mogła jednak uwierzyć, że senator Sexton nielegalnie finansuje swoją kampanię.

— Jeśli te informacje są zgodne z prawdą, w co wątpię, dlaczego nie podano ich do publicznej wiadomości? — zapytała.

— A jak pani sądzi?

— Ponieważ zostały zdobyte niezgodnie z prawem.

— To, jak je zdobyliśmy, nie ma najmniejszego znaczenia.

— Oczywiście, że ma. Nie zostałyby dopuszczone jako dowody na przesłuchaniu.

— A kto mówi o przesłuchaniu? Wystarczy przeciek do prasy. Gazety puszczą to jako historię „z wiarygodnego źródła" ze zdjęciami i dokumentacją. Sexton będzie winny, dopóki nie udowodni swojej niewinności. Jego zaciekłe ataki na NASA staną się wirtualnym dowodem brania łapówek.

Gabrielle wiedziała, że to prawda.

— Świetnie — parsknęła wyzywająco. — Dlaczego więc jeszcze tego nie zrobiliście?

— Bo jest negatywne. Prezydent obiecał, że nie będzie prowadzić kampanii negatywnej i chce pozostać wierny danemu słowu.

Aha, akurat!

— Mówi pani, że prezydent w swej szlachetności nie godzi się na ujawnienie informacji, bo ludzie uznaliby to za negatywne?

— To jest negatywne dla kraju. Wplątuje dziesiątki prywatnych firm, w których pracuje wielu uczciwych ludzi. Rzuca cień na amerykański senat i wywiera zły wpływ na morale narodu. Jeden nieuczciwy polityk psuje opinię wszystkim politykom. Amerykanie muszą ufać swoim przywódcom. Śledztwo byłoby bardzo nieprzyjemne i najprawdopodobniej zakończyłoby się wysłaniem do więzienia senatora wraz z wieloma członkami zarządów zamieszanych firm.

Choć wywód brzmiał sensownie, Gabrielle wciąż powątpiewała w prawdziwość zarzutów.

— Co to ma wspólnego ze mną?

— Krótko mówiąc, pani Ashe, jeśli ujawnimy te dokumenty, pani kandydat zostanie oskarżony o nielegalne finansowanie swojej kampanii, straci miejsce w senacie i prawdopodobnie trafi za kratki. — Tench zrobiła pauzę. — Chyba że...

Gabrielle dostrzegła w jej oczach wężowy błysk.

— Chyba że co?

Tench głęboko zaciągnęła się dymem.

— Chyba że postanowi pani nam pomóc.

W pokoju zapadła głucha cisza.

Tench zakaszlała chrapliwie.

— Gabrielle, proszę posłuchać, postanowiłam podzielić się z panią tymi nieszczęsnymi informacjami z trzech powodów. Po pierwsze, aby pokazać, że Zach Herney jest przyzwoitym człowiekiem, który przedkłada dobro państwa nad korzyści osobiste. Po drugie, aby poinformować, że pani kandydat wcale nie jest taki wiarygodny, jak może się wydawać. I po trzecie, aby nakłonić panią do przyjęcia propozycji, którą zamierzam przedstawić.

— Jakiej propozycji?

— Chcę dać pani szansę na zrobienie tego, co słuszne. Co patriotyczne. Proszę mi wierzyć lub nie, ale może pani uratować Waszyngton przed wielkim skandalem. Jeśli spełni pani moją prośbę, być może zasłuży pani nawet na miejsce w ekipie urzędującego prezydenta.

Miejsce w ekipie prezydenta? Gabrielle nie wierzyła własnym uszom.

— Pani Tench, nie wiem, o co pani chodzi, ale nie podoba mi się szantaż, zmuszanie ani namolne przekonywanie. Pracuję dla senatora, ponieważ wierzę w słuszność jego polityki. I jeśli pani postawa jest jakimś wyznacznikiem wykorzystywania wpływów politycznych przez Zacha Herneya, to nie chcę mieć z nim nic wspólnego! Jeśli macie coś na senatora Sextona, proponuję przeciek do prasy. Naprawdę uważam, że ta sprawa to jedna wielka lipa. Tench westchnęła dramatycznie.

— Gabrielle, nielegalne fundusze pani kandydata są faktem. Przykro mi. Wiem, że pani mu ufa. — Ściszyła głos. — Proszę posłuchać, o co chodzi. Prezydent ujawni kwestię finansowania, jeśli będzie musiał, ale wówczas wybuchnie wielki skandal. Afera dotycząca łamania prawa przez kilka poważnych amerykańskich korporacji. Ucierpi wielu niewinnych ludzi. — Zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym. — Oboje z prezydentem mamy nadzieję, że jest inny sposób na zdyskredytowanie senatora. Sposób, którego skutki będą bardziej ograniczone... sposób, który nie skrzywdzi niewinnych. — Tench odłożyła papierosa i splotła ręce na piersi. — Krótko mówiąc, chcielibyśmy, żeby publicznie przyznała się pani do romansu z senatorem.

Gabrielle zesztywniała. Tench mówiła z niebywałą pewnością siebie. To niemożliwe. Nie ma dowodu. Kochali się tylko raz, za zamkniętymi drzwiami w senackim biurze Sextona. Tench nic nie ma. Strzela w ciemno. Starając się panować nad głosem, powiedziała:

— Lubi pani snuć domysły, pani Tench.

— Domysły? Na temat romansu z senatorem czy odstąpienia od udziału w jego kampanii?

— Jednego i drugiego.

Tench uśmiechnęła się zimno i wstała.

— Ustalmy, że przynajmniej jeden z tych domysłów jest faktem, dobrze? — Podeszła do sejfu i wróciła z czerwoną kopertą z godłem Białego Domu. Otworzyła ją i wysypała zawartość na biurko.

Patrząc na tuziny kolorowych zdjęć, Gabrielle zrozumiała, że jej kariera wali się w gruzy.


Rozdział 46

Wiatr ryczący na zewnątrz habisfery w niczym nie przypominał poziomych ruchów powietrza, do jakich Tolland był przyzwyczajony. Na oceanie wiatr dmie ze zmienną siłą, będąc funkcją pływów i ciśnienia. Ten był niewolnikiem prostych praw fizyki — ciężkie, zimne powietrze pędziło w dół lodowca jak fala przypływu. Tolland nigdy dotąd nie spotkał się z równie monotonną wichurą. Gdyby dęła z prędkością dwudziestu węzłów, byłaby marzeniem żeglarza, ale przy osiemdziesięciu mogła stać się koszmarem nawet dla tych, którzy stoją na solidnym gruncie. Tolland przypuszczał, że gdyby się odwrócił i wyprostował, wiatr bez trudu zwaliłby go z nóg.

Sytuację pogarszał fakt, że rwąca rzeka powietrza spływała w dół lodu, który nachylał się lekko w kierunku odległego o trzy kilometry oceanu. Nawet w rakach Tolland miał nieprzyjemne uczucie, że wystarczy jeden fałszywy krok, a zostanie porwany przez wiatr i zjedzie po lodowym stoku. Dwuminutowy kurs Nory Mangor poświęcony zachowaniu bezpieczeństwa na lodowcu wydawał się przerażająco niewystarczający.

„Czekan Pirania, powiedziała w habisferze, przypinając im sprzęt do uprzęży. Stylisko, głowica, ostrze i łopatka. Jeśli ktoś się ześlizgnie albo zostanie porwany przez wiatr, niech chwyci jedną ręką za głowicę, drugą za stylisko, wbije ostrze w lód i położy się na nim na brzuchu, unosząc nogi do góry".

Z tymi krzepiącymi słowami Nora Mangor pomogła im zapiąć uprzęże. Wszyscy założyli gogle i wyszli w popołudniową ciemność.

Teraz maszerowali gęsiego w dół lodowca, oddzieleni dziesięciometrowymi odcinkami liny. Prowadziła Nora, za nią szedł Corky, Rachel, a na końcu Tolland, pełniący rolę kotwicy.

W miarę oddalania się od habisfery ogarniał go coraz większy niepokój. Napompowany kombinezon chronił przed zimnem, ale czuł się w nim jak kosmiczny podróżnik zabłąkany na dalekiej planecie. Księżyc zniknął za grubą, skłębioną warstwą burzowych chmur i lodowiec tonął w nieprzeniknionym mroku. Wydawało się, że wiatr z minuty na minutę przybiera na sile, coraz mocniej napierając na ich plecy. Tolland wytężał wzrok, próbując omieść wzrokiem otaczającą ich pustkę. Zaczynał rozumieć, na czym polega prawdziwe niebezpieczeństwo tego miejsca. Podjęli nadzwyczajne środki ostrożności, ale mimo to był zdziwiony, że Ekstrom zgodził się zaryzykować życie czterech osób, w tym córki senatora oraz sławnego astrofizyka. Sam nie był zaskoczony swoją troską o Corky'ego i Rachel. Jako człowiek dowodzący statkiem, przywykł do odpowiedzialności za ludzi.

— Trzymać się za mną! — krzyknęła Nora, a wiatr porwał jej słowa. — Niech sanki prowadzą!

Aluminiowe sanie, na których przewoziła swój używany od kilku dni sprzęt, wyglądały jak powiększony model zwykłych dziecięcych sanek. Aparatura pomiarowa i osprzęt, łącznie z akumulatorem, flarami sygnalizacyjnymi i potężnym reflektorem, leżały pod plastikową plandeką. Mimo ciężkiego ładunku sanie sunęły lekko na długich, prostych płozach, wykorzystując nawet najłagodniejszy spadek. Nora tylko trzymała linkę, pozwalając, żeby same wybierały drogę.

Świadom powiększającej się odległości między nimi a habisferą, Tolland obejrzał się przez ramię. Krzywizna bladej kopuły, odległa zaledwie o pięćdziesiąt metrów, już znikała w wietrznej ciemności.

— Jak znajdziemy drogę powrotną?! — wrzasnął. — Habisfery prawie nie wi...

Jego słowa zagłuszył głośny syk flary. Jaskrawy czerwono-biały blask oświetlił krąg o promieniu dziesięciu metrów. Nora wykopała butem niewielkie zagłębienie w śniegu pokrywającym lód i spiętrzyła ochronny kopczyk po nawietrznej stronie jamy, po czym wbiła flarę w zagłębienie.

— Nowoczesne okruszki chleba! — krzyknęła.

— Okruszki chleba? — zapytała Rachel, osłaniając oczy od światła.

— Z bajki o Jasiu i Małgosi. Te flary palą się przez godzinę. Mnóstwo czasu na znalezienie drogi powrotnej — wyjaśniła Nora.

Ruszyła dalej, prowadząc ich w dół lodowca, w ciemność.


Rozdział 47

Gabrielle Ashe wypadła z gabinetu Marjorie Tench jak burza, o mało nie przewracając sekretarki. Potwornie zażenowana, przed oczami miała tylko to, co przedstawiały zdjęcia — splecione ręce i nogi, twarze z wyrazem ekstatycznego uniesienia.

Nie miała pojęcia, jak je zrobiono, ale aż nazbyt dobrze wiedziała, że są prawdziwe. Zostały zrobione w gabinecie senatora Sextona, z góry, może z ukrytej kamery. Boże, dopomóż. Na jednym uprawiali seks na biurku, na rozrzuconych dokumentach.

Marjorie Tench dopędziła ją przed Pokojem Map. Niosła czerwoną kopertę ze zdjęciami.

— Z pani reakcji wnoszę, że uważa pani zdjęcia za autentyczne. — Miała taką minę, jakby dobrze się bawiła. — Mam nadzieję, że przekonają panią, iż pozostałe informacje, jakie posiadamy, są równie prawdziwe. Pochodzą z tego samego źródła.

Gabrielle czuła, że czerwieni się od stóp do głów. Do cholery, gdzie jest wyjście?

Obdarzona szczudłowatymi nogami Tench bez trudu dotrzymywała jej kroku.

— Senator Sexton przysiągł przed całym światem, że wasza znajomość ma charakter platoniczny. Jego telewizyjne oświadczenie naprawdę wypadło bardzo przekonująco. — Tench wskazała kciukiem przez ramię. — Mam nagranie w gabinecie, gdyby chciała pani odświeżyć pamięć.

Gabrielle nie potrzebowała odświeżania. Doskonale pamiętała tę konferencję prasową. Zaprzeczenie Sextona brzmiało stanowczo i szczerze.

— Przykra sprawa — mówiła Tench bez cienia współczucia. — Senator Sexton patrzył Amerykanom w oczy i kłamał jak z nut. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć. I będzie wiedziało. Osobiście tego dopilnuję. Pytanie, jak ludzie to przyjmą. Jesteśmy zdania, że będzie najlepiej, gdy prawda padnie z pani ust.

Gabrielle osłupiała.

— Naprawdę sądzi pani, że przyłożę rękę do zlinczowania własnego kandydata?

Twarz Tench stężała.

— Próbuję odwołać się do pani sumienia, Gabrielle. Daję pani szansę na oszczędzenie wszystkim wielkiego wstydu poprzez wyznanie prawdy z podniesionym czołem. Wystarczy pisemne oświadczenie, w którym przyzna się pani do romansu.

Gabrielle stanęła jak wryta.

— Czy dobrze usłyszałam?

— Oczywiście. Podpisane oświadczenie umożliwi nam załatwienie sprawy po cichu, bez robienia paskudnego bałaganu. Moja propozycja jest prosta: podpisze pani oświadczenie, a zdjęcia nigdy nie ujrzą światła dziennego.

— Mam napisać oświadczenie?

— Formalnie rzecz biorąc, wolałabym oświadczenie złożone pod przysięgą, ale nie mamy tutaj notariusza, który...

— Pani zwariowała. — Gabrielle ruszyła do wyjścia. Tench szła za nią i mówiła ze złością:

— Senator Sexton w taki czy inny sposób pójdzie na dno, Gabrielle, a ja daję ci szansę na wykaraskanie się bez oglądania własnej gołej dupy w porannych gazetach! Prezydent jest przyzwoitym człowiekiem i nie chce, żeby zdjęcia zostały opublikowane. Jeśli złożysz oświadczenie i przyznasz się do romansu, wszyscy zachowamy choć trochę godności.

— Nie jestem na sprzedaż.

— W przeciwieństwie do twojego kandydata. Jest niebezpiecznym człowiekiem i łamie prawo.

— On łamie prawo? To wy włamujecie się do biur i robicie nielegalne zdjęcia! Słyszała pani o Watergate?

— Nie mieliśmy nic wspólnego ze zbieraniem tych brudów. Zdjęcia pochodzą z tego samego źródła, co informacje na temat finansowania kampanii przez SFF. Ktoś przyglądał się wam bardzo uważnie.

Gabrielle przemknęła obok biurka, przy którym dostała identyfikator. Zerwała go z szyi i rzuciła zdumionemu strażnikowi. Tench wciąż deptała jej po piętach.

— Musisz szybko pojąć decyzję — powiedziała, gdy zbliżyły się do wyjścia. — Albo przyniesiesz oświadczenie, że spałaś z senatorem, albo dzisiaj o ósmej wieczorem prezydent będzie zmuszony wszystko ujawnić — machlojki finansowe Sextona, wasze zdjęcia, wszystko, co będzie trzeba. I wierz mi, kiedy społeczeństwo zobaczy, że nie kiwnęłaś palcem, gdy Sexton kłamał w sprawie waszego związku, pójdziesz na dno razem z nim.

Gabrielle skręciła do drzwi.

— Na moim biurku przed ósmą, Gabrielle. Bądź rozsądna. — Tench podała jej kopertę ze zdjęciami. — Zachowaj je, moja droga. Mamy ich znacznie więcej.
Rozdział 48

Rachel Sexton czuła narastający wewnętrzny chłód, gdy szła po lodowcu w gęstniejącą noc. W jej głowie wirowały niepokojące obrazy i myśli — meteoryt, fosforyzujący plankton, implikacje pomyłki Nory Mangor w ocenie próbek rdzeniowych.

„Solidna płyta słodkowodnego lodu", dowodziła Nora. Przypomniała im, że pobrała próbki z odwiertów wokół meteorytu i znad samego kamienia. Twierdziła, że gdyby w lodowcu były szczeliny wypełnione słoną wodą z planktonem, musiałaby je wykryć. Na pewno? Mimo jej argumentów Rachel intuicyjnie wracała do najprostszego wyjaśnienia.

W lodowcu jest zamarznięty plankton.

Dziesięć minut i cztery flary później, gdy oddalili się mniej więcej na dwieście pięćdziesiąt metrów od habisfery, Nora niespodziewanie przystanęła.

— Tutaj! — krzyknęła niczym różdżkarz, który sobie tylko znanym sposobem znalazł idealne miejsce na wiercenie studni.

Rachel odwróciła się i popatrzyła w górę stoku. Habisfera już dawno zniknęła w mroku bezksiężycowej nocy, lecz światła odznaczały się wyraźnie, a najdalsze mrugało krzepiąco jak nikła gwiazda. Flary płonęły w idealnie prostej linii, jak na starannie wytyczonym pasie startowym. Umiejętności Nory robiły duże wrażenie.

— Puściliśmy sanie przodem również dlatego — zawołała Nora, kiedy zobaczyła, że Rachel patrzy z podziwem na sznur flar — że płozy są proste. Jeśli pozwolimy sile ciężkości prowadzić sanie i nie będziemy przeszkadzali, mamy zagwarantowaną podróż w linii prostej.

— Niezła sztuczka — pochwalił Tolland. — Szkoda, że nie można zastosować jej na pełnym morzu.

To jest pełne morze, pomyślała Rachel, wyobrażając sobie ocean pod lodem. Na ułamek sekundy jej uwagę przyciągnął najdalszy płomień. Zniknął, jakby przysłoniła go przechodząca postać. Chwilę później znowu się pojawił. Nagle poczuła niepokój.

— Noro! — wrzasnęła, przekrzykując wiatr. — Czy tutaj są niedźwiedzie?!

Glacjolog przygotowywała ostatnią flarę i albo nie usłyszała pytania, albo je zignorowała.

— Niedźwiedzie polarne żywią się fokami — wyjaśnił Tolland. — Ludzi atakują tylko wtedy, gdy zostanie naruszone ich terytorium.

— Ale to kraina niedźwiedzi polarnych, prawda? — Rachel nigdy nie mogła zapamiętać, na którym biegunie żyją niedźwiedzie, a na którym pingwiny.

— Tak! — odkrzyknął Tolland. — Od nich pochodzi nazwa Arktyki. Arktos to po grecku niedźwiedź.

Cudownie. Rachel nerwowo wpatrywała się w ciemność.

— Na Antarktyce nie ma niedźwiedzi polarnych — mówił Tolland. — Dlatego nazywa się Antiarktos.

— Dzięki, Mike. Wystarczy tego gadania o niedźwiedziach — ucięła.

Roześmiał się.

— Racja. Przepraszam.

Nora wbiła w śnieg ostatnią flarę. Jak wcześniej, czerwonawy blask zalał pękate czarne sylwetki. Poza kręgiem światła płynącego z flary, reszta świata była zupełnie niewidoczna.

Rachel i mężczyźni patrzyli, jak Nora staje pewnie na nogach i ostrożnie przyciąga sanie do siebie. Mocno trzymając linkę, przykucnęła i zwolniła hamulce — cztery ustawione pod skosem kolce, które wbiły się w lód. Wyprostowała się i otrzepała. Linka przy jej uprzęży, do której przypięte były sanie, zwisała swobodnie.

— W porządku, do roboty.

Podeszła do drugiego końca sań i zaczęła odpinać zaciski przytrzymujące plandekę. Rachel doszła do wniosku, że była dla niej trochę niesprawiedliwa, dlatego postanowiła jej pomóc. Zaczęła odpinać płachtę z drugiej strony.

— O Jezu, nie! — wrzasnęła Nora, podrywając głową. — Nigdy tego nie rób!

Rachel odskoczyła, skonsternowana.

— Nie wolno odpinać od nawietrznej! — wyjaśniła Nora. — Powstanie rękaw powietrzny! Sanie poleciałyby na wietrze jak parasol w tunelu aerodynamicznym!

Rachel cofnęła się.

— Przepraszam. Nie...

Nora spiorunowała ją wzrokiem.

— Nie powinno was tu być, pani i tego astronoma od siedmiu boleści.

Nikogo nie powinno tu być, pomyślała Rachel.

Amatorzy, zżymała się Nora, przeklinając Ekstroma, który uparł się wysłać na lód Corky'ego i tę Sexton. Przez tych baranów ktoś może zginąć. Ostatnią rzeczą, o jakiej marzyła, była zabawa w niańkę.

— Mike — rzuciła — pomóż mi zdjąć GPR14 z sań.

Tolland pomógł jej rozpakować radar do penetracji gruntu i ustawić go na lodzie. Aparat wyglądał jak trzy miniaturowe lemiesze pługu śnieżnego, przymocowane równolegle do aluminiowej ramy. Miał nie więcej niż metr długości i był połączony kablami ze stabilizatorem napięcia i wodoodpornymi akumulatorami na saniach.

— To radar? — zapytał Corky, przekrzykując wiatr.

Nora w milczeniu pokiwała głową. W porównaniu z PODS to urządzenie było znacznie lepiej przystosowane do wykrywania lodu słonego. Nadajnik GPR wysyła impulsy elektromagnetyczne, które w różny sposób odbijają się od substancji o różnej strukturze krystalicznej. Zamarznięta czysta woda słodka tworzy płaską, dachówkowatą koronkę. Struktura zamarzniętej wody słonej z powodu zawartości sodu jest bardziej nieregularna, co sprawia, że impulsy GPR rozpraszają się i odbicie jest znacznie słabsze.

Nora włączyła urządzenie.

— Zrobię swego rodzaju echolokacyjne zdjęcie lodu wokół szybu! — wrzasnęła. — Komputer przetworzy dane, a następnie wydrukuje obraz. Lód morski będzie widoczny jako ciemne plamy.

— Wydrukuje? — zapytał Tolland zdziwiony. — Tutaj?

Nora wskazała przewód łączący GPR z urządzeniem wciąż osłoniętym plandeką.

— Nie ma innego wyboru. Ekrany komputerów zużywają zbyt dużo cennej energii, dlatego glacjolodzy terenowi drukują dane na drukarkach termicznych. Są monochromatyczne, ale lepsze od laserowych. Toner nie sprawdza się w temperaturach poniżej minus dwudziestu stopni. Przekonałam się o tym w bolesny sposób na Alasce.

Nora kazała wszystkim stanąć na stoku poniżej GPR, a sama zajęła się ustawianiem nadajnika w taki sposób, żeby przeskanował otoczenie szybu o powierzchni trzech boisk futbolowych. Kiedy jednak spojrzała w stronę habisfery, zobaczyła tylko ciemność.



1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna