Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona12/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   35

— W gruncie rzeczy ona może mieć rację — powiedział Tolland, patrząc na Rachel z podziwem. — Wiele gatunków wchodzi w stan śmierci pozornej, kiedy wymuszają to warunki środowiskowe. Zrobiłem kiedyś odcinek poświęcony temu fenomenowi.

Rachel pokiwała głową.

— Pokazałeś szczupaki z północy, zamarzające w jeziorach i czekające do roztopów, żeby znowu pływać. Mówiłeś też o pustynnych mikroorganizmach zwanych nosiwodami, które po dziesięcioleciach zupełnego odwodnienia odżywają z pierwszym deszczem.

Tolland zaśmiał się.

— Naprawdę oglądasz mój program?

Rachel z lekkim zakłopotaniem wzruszyła ramionami.

— Do czego pani zmierza, pani Sexton? — zapytała Nora.

— Do tego, co powinno zaświtać mi wcześniej — odparł Tolland. — Jednym z gatunków wspomnianych przeze mnie w tym programie był plankton, który każdej zimy zamarza w polarnej pokrywie lodowej, hibernuje w lodzie i wypływa latem, kiedy lód się topi. — Milczał przez chwilę. — Zgoda, ten gatunek jest inny, ale być może mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem.

— Zamarznięty plankton mógłby wyjaśnić wszystko, co tu widzimy. — Rachel była podekscytowana entuzjazmem, z jakim Michael Tolland podchwycił jej pomysł. — Kiedyś w przeszłości w tym lodowcu mogły powstać szczeliny, które wypełniły się bogatą w plankton morską wodą, a następnie zamarzły. A jeśli w tym lodowcu były kieszenie zamarzniętej wody morskiej zawierającej zamarznięty plankton? Załóżmy, że w czasie podnoszenia rozgrzany meteoryt trafił na taką kieszeń. Lód stopił się, uwalniając hibernujący plankton i zasalając słodką wodę.

— Och, na miłość boską! — warknęła Nora. — Nagle wszyscy stali się glacjologami!

Corky też był sceptyczny.

— Ale czy PODS nie wykryłby kieszeni słonego lodu, kiedy robił skany gęstości? Ostatecznie woda słona i słodka mają różną gęstość.

— Różnica jest niewielka — zaznaczyła Rachel.

— Cztery procent to wcale niemało — zaoponowała Nora.

— Tak, w laboratorium. Ale PODS robi pomiary z wysokości dwustu kilometrów. Komputery wykrywają oczywiste różnice, na przykład pomiędzy lodem a śryżem12, granitem a wapieniem. — Rachel zwróciła się do administratora: — Czy słusznie zakładam, że PODS, mierzący gęstość z kosmosu, ma za małą rozdzielczość, żeby odróżnić lód słony od słodkowodnego?

Administrator pokiwał głową.

— Słusznie. Różnica czterech procent jest poniżej progu tolerancji PODS. Satelita nie rozróżnia lodu z wody słonej i słodkiej.

Tolland był wyraźnie zaintrygowany.

— Roztopienie kieszeni wyjaśniałoby również stały poziom wody w szybie. — Popatrzył na Norę. — Mówiłaś, że ten gatunek planktonu, który widzieliśmy, nazywa się...

G. polyhedra. Zastanawiasz się pewnie, czy G. polyhedra jest zdolna do hibernowania w lodzie. Z przyjemnością usłyszysz, że tak. Zdecydowanie tak. G. polyhedra występuje obficie wokół lodu szelfowego, ma zdolność bioluminescencji i może hibernować w lodzie. Są pytania?

Wszyscy wymienili spojrzenia. Z tonu Nory jasno wynikało, że jest jakieś „ale", choć na pozór potwierdziła teorię Rachel.

— W takim razie to możliwe, prawda? — upewnił się Tolland. — Ta teoria ma sens?

— Jasne — odparła Nora — dla niedouczonych debili.

Rachel popatrzyła na nią ze złością.

— Słucham?

Nora Mangor spojrzała jej w oczy.

— Domyślam się, że w pani zawodzie niedostateczna wiedza bywa groźniejsza od braku wiedzy. Cóż, proszę mi wierzyć, ta sama prawda odnosi się do glacjologii. — Powiodła wzrokiem po twarzach czwórki ludzi. — Pozwólcie mi wyjaśnić to raz na zawsze. Zdarza się, że w lodowcu występuje zamarznięta słona woda, ale nie w postaci kieszeni, tylko silnie rozgałęzionej sieci grubości ludzkiego włosa. Meteoryt musiałby przejść przez piekielnie gęstą siatkę, żeby po wytopieniu słonej wody zasolenie w studni o tej głębokości wynosiło trzy procent.

Ekstrom ściągnął brwi.

— Jest to więc możliwe czy nie?

— Niemożliwe — odparła Nora stanowczo. — Absolutnie wykluczone. Wykryłabym obecność słonego lodu w trakcie badania próbek rdzeniowych.

— Próbki pobiera się z przypadkowych miejsc, prawda? — zapytała Rachel. — Czy jest możliwość, że odwierty za sprawą czystego przypadku ominęły kieszeń morskiego lodu?

— Wierciłam bezpośrednio nad meteorytem oraz w odległości paru metrów ze wszystkich stron. Bliżej nie można.

— Tylko pytam.

— Zresztą to nieistotne. Słona woda występuje jedynie w lodzie sezonowym, czyli w takim, którzy narasta i topi się zgodnie z porami roku. Lodowiec Szelfowy Milne'a jest lodem trwałym, który tworzy się w górach i nie topnieje w trakcie spływania do strefy cielenia. Zamarznięty plankton byłby wygodnym wyjaśnieniem tego małego tajemniczego fenomenu, ale gwarantuję, że w tym lodowcu nie ma zamarzniętego planktonu.

Zapadło milczenie.

Rachel, przyzwyczajona do systematycznego analizowania danych, nie chciała pogodzić się z odrzuceniem teorii zamarzniętego planktonu. Czuła, że takie wyjaśnienie jest najprostsze. Prawo brzytwy Ockhama, pomyślała. Instruktorzy NRO zadbali, żeby stale miała je w pamięci. Kiedy istnieje wiele wyjaśnień, zwykle poprawne jest to najprostsze.

Nora Mangor straciłaby wiele, gdyby jej datowanie rdzeniowe okazało się błędne. Może po zobaczeniu planktonu zrozumiała, że popełniła błąd, twierdząc, iż lodowiec jest jednolity, i teraz po prostu idzie w zaparte? Ciszę przerwała Rachel.

— Wiem tylko, że niedawno przedstawiłam sytuację personelowi Białego Domu. Oznajmiłam, iż meteoryt został znaleziony w nienaruszonym lodzie, w którym spoczywał, nie będąc narażony na wpływy zewnętrzne, od roku tysiąc siedemset szesnastego, kiedy to oderwał się od słynnego Jungersola. Teraz wydaje się, że to wcale nie jest takie pewne.

Administrator NASA milczał z poważną miną. Tolland chrząknął.

— Muszę zgodzić się z Rachel. W studni znajduje się słona woda z planktonem. Niezależnie od przyczyny, szyb nie jest środowiskiem zamkniętym. Temu nie możemy zaprzeczyć.

Corky był wyraźnie zakłopotany.

— Uch, ludzie, nie chcę tu mówić jak astrofizyk, ale w mojej dziedzinie, kiedy popełniamy błąd, zwykle mylimy się o miliardy lat. Czy ta odrobina planktonu i słonej wody naprawdę jest taka ważna? Chodzi mi o to, że przecież stan lodu otaczającego meteoryt nijak nie wpływa na sam meteoryt, prawda? Mamy skamieliny. Nikt nie kwestionuje ich autentyczności. Jeśli okaże się, że popełniliśmy błąd w datowaniu rdzeniowym, nikogo nie będzie to obchodziło. Najważniejsze, że znaleźliśmy dowód istnienia życia na innej planecie.

— Przepraszam, doktorze Marlinson — przerwała mu Rachel — jako osoba, która zarabia na życie analizowaniem danych, nie mogę się z panem zgodzić. Nawet najmniejsza nieścisłość w informacjach, jakie NASA zaprezentuje dziś wieczorem, może rzucić cień wątpliwości na całe odkrycie. Łącznie z autentycznością skamielin.

Corky rozdziawił usta.

— O czym pani mówi? Skamieliny są prawdziwe!

— Ja to wiem. Pan to wie. Ale jeśli ludzie zorientują się, że NASA świadomie przedstawiła wątpliwe dane, natychmiast zaczną się zastanawiać, w czym jeszcze zostali okłamani.

Nora z błyskiem w oczach wysunęła się do przodu.

— Moje dane nie budzą wątpliwości. — Zwróciła się do administratora: — Mogę udowodnić, że w tym lodzie nie ma uwięzionego słonego lodu!

Administrator patrzył na nią przez długą chwilą.

— Jak?


Nakreśliła swój plan. Rachel musiała przyznać, że pomysł jest rozsądny.

Ekstrom nie wyglądał na przekonanego.

— I wyniki będą rozstrzygające?

— Na sto procent — zapewniła Nora. — Jeśli gdzieś w pobliżu tego szybu jest choć jeden mililitr zamarzniętej słonej wody, to go zobaczycie. Wystarczy kilka kropel, a mój sprzęt rozbłyśnie jak choinka w Boże Narodzenie.

— Mamy niewiele czasu. Konferencja prasowa rozpocznie się za kilka godzin — przypomniał Ekstrom, marszcząc czoło pod obciętymi po wojskowemu włosami.

— Mogę wrócić za dwadzieścia minut.

— Jak daleko będzie pani musiała odejść?

— Niedaleko. Dwieście metrów powinno wystarczyć.

— Jest pani pewna, że to bezpieczne?

— Wezmę flary. I pójdzie ze mną Mike.

Tolland podniósł głowę.

— Ja?


— Jak najbardziej, Mike. Zwiążemy się liną. Będę wdzięczna za parę silnych rąk tam, gdzie wieje silny wiatr.

— Ale...


— Ona ma rację — powiedział administrator do Tollanda. — Nie może pójść sama. Wysłałbym z nią moich ludzi, ale szczerze mówiąc, wolę nie rozgłaszać tej sprawy z planktonem, dopóki nie ocenimy wagi problemu.

Tolland niechętnie pokiwał głową.

— Ja też chciałabym pójść — oświadczyła Rachel.

Nora sprężyła się jak kobra.

— Nie ma mowy.

Będę spokojniejszy, jeśli pójdzie standardowy zespół czteroosobowy — powiedział administrator w taki sposób, jakby ten pomysł właśnie przyszedł mu do głowy. — Jeśli pójdziecie we dwójkę i Mike wpadnie do szczeliny, pani go nie utrzyma. Cztery osoby są znacznie bezpieczniejsze niż dwie. — Popatrzył na Corky'ego. — Albo pen, albo doktor Ming. — Rozejrzał się po habisferze. — A gdzie on jest?

— Nie widziałem go od dłuższego czasu — odparł Tolland. — Może ucina sobie drzemkę.

Ekstrom zwrócił się do Corky'ego:

— Doktorze Marlinson, nie mogę żądać, żeby pan z nimi poszedł, ale...

— Po kiego licha? — parsknął Corky. — Jak dotąd każdy dobrze sobie radził.

— Nie! — krzyknęła Nora. — Cztery osoby tylko nas spowolnią. Mike mi wystarczy.

— Nie pójdziecie sami. — Ton administratora brzmiał kategorycznie. — Zestawy asekuracyjne nie bez powodu przystosowane są dla czterech osób. Musimy zagwarantować maksymalne bezpieczeństwo. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest wypadek na kilka godzin przed najważniejszą konferencją prasową w dziejach NASA.


Rozdział 43

Ogromnie zdenerwowana Gabrielle Ashe siedziała w zadymionym biurze Marjorie Tench. Czego ta kobieta ode mnie chce? Tench odchyliła się na krześle. Z jej brzydkiej twarzy biło zadowolenie ze skrępowania gościa.

— Przeszkadza pani dym? — zapytała, wyjmując z paczki nowego papierosa.

— Nie — skłamała Gabrielle.

Tench i tak już zdążyła zapalić.

— Pani kandydat w czasie kampanii ogromnie zainteresował się NASA.

— To prawda — warknęła Gabrielle, nie próbując ukryć złości. — Dzięki pewnym pomysłowym podpowiedziom. Chętnie wysłucham wyjaśnień.

Tench niewinnie wydęła usta.

— Chce pani wiedzieć, dlaczego wysyłałam tę e-mailową pożywkę do waszych ataków na NASA?

Informacje, które pani przysłała, godzą w prezydenta.

— Tak, na krótką metę.

Złowieszcze brzmienie głosu Tench sprawiło, że Gabrielle zaniepokoiła się jeszcze bardziej.

— Co to ma znaczyć?

— Niech się pani odpręży, Gabrielle. Te e-maile niewiele zmieniły. Senator Sexton rozpoczął nagonkę na NASA na długo przed moją interwencją. Ja tylko pomogłam mu zdefiniować przesłanie. Utwardzić stanowisko.

— Utwardzić stanowisko?

— Właśnie. — Tench uśmiechnęła się, pokazując żółte od nikotyny zęby. — Trzeba przyznać, zrobił to dziś całkiem dobrze w CNN.

Gabrielle przypomniała sobie reakcję senatora na jej pytanie. Tak, będę dążył do zlikwidowania NASA. Sexton dał się przyprzeć do muru, ale wyszedł obronną ręką. Zrobił właściwy ruch. Na pewno? Widząc zadowoloną minę Tench, Gabrielle miała wrażenie, że coś przeoczyła.

Tench wstała nagle, a jej chuda sylwetka dominowała w niewielkim pomieszczeniu. Z papierosem zwisającym z ust podeszła do sejfu, wyjęła grubą szarą kopertę i wróciła na miejsce.

Gabrielle podejrzliwie popatrzyła na opasły pakunek.

Tench uśmiechała się, przytulając kopertę do piersi niczym pokerzysta, który dostał królewskiego pokera. Pstrykała czubkiem żółtawego palca w róg koperty, jakby bawiło ją budowanie napięcia.

Gabrielle wiedziała, że jej lęk bierze się z poczucia winy, ale przestraszyła się, że koperta zawiera jakiś dowód jej seksualnego związku z senatorem. To absurd, pomyślała. Spotkanie odbyło się po godzinach w zamkniętym gabinecie Sextona. Poza tym, gdyby Biały Dom rzeczywiście miał jakieś dowody, już by je podał do publicznej wiadomości.

Mogą coś podejrzewać, pomyślała, ale nie mają dowodu.

Tench zgasiła papierosa.

— Nie wiem, czy zdaje pani sobie sprawę, że trafiła pani w środek bitwy, która toczy się za zamkniętymi drzwiami w Waszyngtonie od roku dziewięćdziesiątego szóstego.

Gabrielle nie spodziewała się takiego otwarcia.

— Słucham?

Tench zapaliła następnego papierosa. Jej cienkie wargi zacisnęły się wokół filtra i żar rozbłysł w półmroku.

— Co pani wie o ustawie zwanej Aktem Promocji Komercjalizacji Kosmosu?

Nigdy o niej nie słyszała. Zagubiona, wzruszyła ramionami.

— Poważnie? — zdumiała się Tench. — To mnie dziwi, biorąc pod uwagę platformę pani kandydata. Projekt ustawy został zgłoszony w dziewięćdziesiątym szóstym przez senatora Walkera. Jego istota sprowadza się do stwierdzenia, że NASA nie dokonała niczego interesującego od czasu wysłania człowieka na Księżyc. Postuluje prywatyzację NASA przez natychmiastowe sprzedanie majątku przedsiębiorcom prywatnym oraz otwarcie kosmosu dla systemu wolnorynkowego, który przyczyni się do bardziej efektywnej eksploracji i zdejmie z podatników brzemię narzucane przez NASA.

Gabrielle słyszała, że krytycy zalecają prywatyzację jako lekarstwo na bolączki NASA, ale nie miała pojęcia, że pomysł już miał formę oficjalnego projektu ustawy.

— Projekt komercjalizacji został przedstawiony Kongresowi cztery razy — ciągnęła Tench. — Jest podobny do ustaw, które zapoczątkowały pomyślną prywatyzację państwowych gałęzi przemysłu, takich jak produkcja uranu. Kongres przyjmował go za każdym razem, ale na szczęście Biały Dom nieodmiennie zgłaszał weto. Zachary Herney wetował dwa razy.

— Do czego pani zmierza?

— Do tego, że senator Sexton na pewno poprze projekt tej ustawy, jeśli zostanie prezydentem. Mam powody wierzyć, że nie będzie miał skrupułów wobec sprzedaży majątku NASA prywatnym przedsiębiorcom i że zgodzi się na to przy pierwszej nadarzającej się okazji. Krótko mówiąc, pani kandydat przedłoży prywatyzację nad finansowanie badań kosmosu za pieniądze podatników.

— O ile wiem, senator nigdy nie wyraził publicznie swojego stanowiska wobec projektu ustawy o komercjalizacji kosmosu.

— Prawda. A jednak znając jego politykę, zakładam, że nie byłaby pani zaskoczona, gdyby ją popierał.

— Systemy wolnorynkowe z założenia zwiększają efektywność.

— Przyjmuję to za „tak". — Tench przeszyła ją spojrzeniem. — Niestety, prywatyzacja NASA jest okropnym pomysłem. Projekt ustawy był torpedowany przez kolejne administracje nie bez powodu.

— Słyszałam argumenty przemawiające przeciwko prywatyzacji kosmosu — przyznała Gabrielle. — Rozumiem pani obawy.

— Naprawdę? — Tench pochyliła się w jej stronę. — Jakie argumenty?

Gabrielle poruszyła się niespokojnie.

— Najpoważniejszym jest obniżenie poziomu naukowego. W powszechnym mniemaniu obecne dążenie do poszerzania wiedzy o kosmosie zostanie szybko zarzucone na rzecz bardziej dochodowych przedsięwzięć.

— Otóż to. Astronautyka jako nauka umarłaby w mgnieniu oka. Zamiast wydawać pieniądze na prawdziwe badanie wszechświata, prywatne firmy kosmiczne eksploatowałyby asteroidy, budowały w kosmosie hotele, oferowały usługi wystrzeliwania satelitów. W imię czego prywaciarze mieliby zadawać sobie trud badania przestrzeni kosmicznej, skoro to kosztuje miliardy i nie przynosi zysków?

— To prawda — przyznała Gabrielle. — Ale z pewnością można by powołać jakąś krajową fundację badań kosmicznych, żeby finansować misje naukowe.

— Już ją mamy. Nazywa się NASA.

Gabrielle milczała.

— Zarzucenie nauki dla zysków jest kwestią poboczną — mówiła Tench. — Mało istotną w porównaniu z chaosem, jaki byłby wynikiem samowoli sektora prywatnego w kosmosie. Mielibyśmy nowy Dziki Zachód. Pionierów oznaczających palikami działki na Księżycu i na asteroidach, i broniących ich siłą. Słyszałam o petycjach firm, które chcą budować neonowe billboardy mrugające na nocnym niebie, a także hotele i atrakcje turystyczne na orbicie. Ich działalność obejmowałaby wyrzucanie śmieci w przestrzeń kosmiczną i tworzenie orbitalnych wysypisk. Ledwie wczoraj czytałam o propozycji pewnego przedsiębiorstwa, które chciałoby przekształcić kosmos w mauzoleum, wystrzeliwując zmarłych na orbitę. Wyobraża sobie pani satelity telekomunikacyjne zderzające się z nieboszczykami? W zeszłym tygodniu przyjęłam w biurze pewnego miliardera, któremu marzy się wysłanie misji na pobliską asteroidę, przyciągnięcie jej bliżej Ziemi i wydobywanie cennych minerałów. Naprawdę musiałam mu uświadomić, że takie przedsięwzięcie pociągnęłoby za sobą ryzyko globalnej katastrofy! Pani Ashe, zapewniam, jeśli projekt tej ustawy zostanie przyjęty, ludzie przypuszczający szturm na kosmos nie będą naukowcami. Będą biznesmenami o głębokich kieszeniach i płytkich umysłach.

— Argumenty brzmią przekonująco i jestem pewna, że jeśli senator zamieszka w Białym Domu, potraktuje tę kwestię z nadzwyczajną rozwagą. — Mogę zapytać, co to ma wspólnego ze mną?

Tench zmrużyła oczy nad papierosem.

— Wielu ludzi chciałoby zbić fortunę na kosmosie, a polityczne lobby naciska na usunięcie wszelkich ograniczeń i otworzenie kosmosu dla wszystkich chętnych. Prezydenckie prawo weta jest ostatnią barierą chroniącą nas przed prywatyzacją, przed totalnym chaosem w kosmosie.

— W takim razie pochwalam Zacha Herneya za wetowanie projektu ustawy.

— Obawiam się, że pani kandydat nie będzie równie rozsądny, jeśli zwycięży w wyborach.

— Powtarzam, senator sumiennie rozpatrzy wszystkie za i przeciw, jeśli kiedykolwiek będzie władny wyrokować w tej sprawie.

Tench nie wyglądała na przekonaną.

— Wie pani, ile senator Sexton wydaje na reklamy w mediach? Pytanie było co najmniej dziwne.

— Te liczby są powszechnie znane.

— Ponad trzy miliony miesięcznie.

Gabrielle wzruszyła ramionami. Tench niewiele się pomyliła.

— Skoro pani tak mówi...

— Wydaje mnóstwo pieniędzy.

— Ma mnóstwo pieniędzy.

— Tak, dobrze to zaplanował. A raczej dobrze się ożenił. — Tench wydmuchnęła dym. — To smutne, co spotkało jego żonę, Katherine. Jej śmierć musiała być dla niego wielkim ciosem. — Dramatyczne westchnienie było wyraźnie nieszczere. — Zginęła nie tak dawno temu, prawda?

— Proszę przejść do rzeczy, w przeciwnym wypadku zaraz wyjdę.

Tench zaniosła się długim kaszlem. Gdy atak minął, otworzyła pękatą kopertę. Wyjęła plik spiętych zszywkami kartek i podała je nad biurkiem.

— Dokumenty finansowe Sextona.

Gabrielle ze zdumieniem przejrzała dokumenty. Obejmowały kilka ostatnich lat. Nie była wtajemniczona w wewnętrzne finanse Sextona, ale przypuszczała, że są autentyczne — wyciągi bankowe, zestawienia transakcji z kart kredytowych, kredyty, kapitał w akcjach i nieruchomościach, wykazy długów, zysków i strat.

— To prywatne dane. Skąd pani je ma?

— Moje źródło nie powinno pani interesować. Ale jeśli poświęci pani trochę czasu tym liczbom, stanie się jasne, że senator Sexton nie ma takich pieniędzy, jakie wydaje. Po śmierci Katherine roztrwonił znaczną część spadku na nietrafione inwestycje, przyjemności i kupienie sobie czegoś, co wygląda na pewne zwycięstwo w prawyborach. Sześć miesięcy temu pani kandydat był bez grosza. Gabrielle domyśliła się, że Tench blefuje. Nic nie wskazywało na to, że Sexton jest spłukany. Z tygodnia na tydzień kupował coraz większe bloki czasu reklamowego.

— Obecnie wydaje na kampanię cztery razy więcej niż prezydent — kontynuowała Tench. — A nie ma majątku osobistego.

— Otrzymujemy wiele dotacji.

— Tak, niektóre są nawet legalne.

Gabrielle podniosła głowę.

— Słucham?

Poczuła przesiąknięty nikotyną oddech, gdy Tench pochyliła się nad biurkiem.

— Gabrielle Ashe, zadam pani pytanie i proponuję, żeby przed udzieleniem odpowiedzi dobrze ją pani przemyślała. Odpowiedź może zadecydować, czy następnych kilka lat spędzi pani w więzieniu, czy nie. Czy jest pani świadoma, że senator Sexton przyjmuje ogromne łapówki od firm lotniczych i kosmonautycznych, które mogą zarobić miliardy na prywatyzacji NASA?

Gabrielle wytrzeszczyła oczy.

— To niedorzeczne oskarżenie!

— Mówi pani, że nic jej o tym nie wiadomo?

— Wiedziałabym, gdyby senator przyjmował łapówki, wysokie łapówki, jak pani sugeruje.

Tench uśmiechnęła się zimno.

— Gabrielle, rozumiem, że senator Sexton pokazał się pani nagi, ale to wcale nie znaczy, że nie ma nic do ukrycia.

Gabrielle wstała.

— Spotkanie dobiegło końca.

— Przeciwnie. — Tench wyłożyła na biurko resztę zawartości koperty. — Spotkanie dopiero się zaczyna.


Rozdział 44

Rachel Sexton czuła się jak astronauta, gdy w „garderobie" habisfery NASA zakładała czarny mikroklimatyzowany kombinezon Mark IX z kapturem, przypominający nadmuchiwaną piankę do nurkowania. W dwuwarstwowej tkaninie z pamięcią kształtu znajdowały się kanaliki, w które wpompowywano gęsty żel, pozwalający zachować odpowiednią temperaturę ciała zarówno w gorącym, jak i zimnym środowisku.

Rachel naciągnęła na głowę obcisły kaptur, a gdy się odwróciła, zobaczyła administratora NASA. Stał w drzwiach niczym milczący strażnik, wyraźnie niezadowolony z konieczności zorganizowania tej małej wyprawy.

Nora Mangor przeklinała pod nosem, każąc wszystkim się ubrać.

— Ten jest najszerszy — powiedziała, rzucając kombinezon Corky'emu.

Kiedy Rachel zapięła kombinezon, Nora znalazła zawór i podłączyła do niego przewód owinięty wokół srebrnego pojemnika, który przypominał wielką butlę do nurkowania.

— Wdech — poleciła, odkręcając zawór.

Rachel usłyszała syk i poczuła, jak żel wpływa do kombinezonu. Pianka napęczniała i kombinezon szczelnie otulił jej ciało, przyciskając warstwy odzieży. Wrażenie przypominało to, jakie towarzyszy wkładaniu do wody ręki w gumowej rękawicy. Kaptur przylgnął do głowy i ucisnął uszy. Wszystkie dźwięki stały się przytłumione.

Jestem w kokonie.

— Najlepsza w tych kombinezonach jest amortyzacja — powiedziała Nora. — Można klapnąć na tyłek i nic się nie poczuje.

Rachel uwierzyła na słowo. Czuła się jak uwięziona w materacu. Nora podała jej sprzęt — czekan, pętle i karabinki, które przypięła do jej uprzęży.

— Aż tyle tego? — zdziwiła się Rachel. — Żeby przejść dwieście metrów?

Nora zmrużyła oczy.

— Chce pani iść czy nie?

Tolland uspokajająco pokiwał głową.

— Nora po prostu jest przezorna.

Corky podłączył się do zbiornika i z rozbawioną miną napompował kombinezon.

— Jak w wielkim kondomie.

Nora prychnęła lekceważąco.

— Chciałbyś wiedzieć, jak to jest, prawiczku.

Tolland usiadł obok Rachel. Uśmiechał się lekko, gdy sznurowała podwójne plastikowe buty i raki.

— Na pewno chcesz iść? — W jego oczach widać było troskę. Rachel z przekonaniem pokiwała głową. Miała nadzieję, że nie widać po niej narastającego niepokoju. Dwieście metrów to całkiem niedaleko.

— A ty myślałeś, że tylko wzburzone morze jest emocjonujące. — Tolland zaśmiał się, zakładając raki.

— Uznałem, że bardziej lubię wodę w stanie ciekłym niż stałym.

— Nigdy nie przepadałam ani za jednym, ani za drugim. W dzieciństwie wpadłam pod lód. Od tej pory widok otwartej wody przyprawia mnie o ciarki.

Tolland popatrzył na nią ze współczuciem.

— Przykro mi to słyszeć. Kiedy będzie po wszystkim, musisz odwiedzić mnie na „Goyi". Zmienisz zdanie na temat wody. Obiecuję.

Zaskoczyło ją zaproszenie. „Goya" był statkiem badawczym Tollanda — rozsławionym przez Niezwykły świat oceanów i uchodzącym za jeden z najdziwniejszych wśród wszystkich jednostek pływających. Choć pobyt na morzu mógł być denerwujący, Rachel wiedziała, że nie zrezygnuje z wizyty na „Goyi".

— W tej chwili kotwiczy dwanaście mil od brzegów New Jersey — mówił Tolland, walcząc z paskami raków.



1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna