Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona11/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   35

Ale poprawa nie nastąpiła.

Zaledwie siedem miesięcy po zdiagnozowaniu choroby Michael Tolland siedział w sterylnej szpitalnej sali przy umierającej żonie. Już nie rozpoznawał jej twarzy. Brutalność chemioterapii dorównywała zajadłości, z jaką rak wyniszczał jej organizm. Celia wyglądała jak szkielet. Ostatnie godziny były najtrudniejsze.

— Michael — wyszeptała chrapliwie — czas odejść.

— Nie... — Tolland miał łzy w oczach.

— Dasz sobie radę. Musisz. Obiecaj, że znajdziesz inną miłość.

— Nigdy nie zechcę żadnej innej. — Naprawdę tak uważał.

— Będziesz musiał nauczyć się chcieć.

Celia zmarła w krystalicznie czysty czerwcowy niedzielny poranek. Michael Tolland czuł się jak statek zerwany z kotwicy, ze strzaskanym kompasem, rzucony na szalejące morze. Na wiele tygodni stracił kontrolę nad własnym życiem. Przyjaciele oferowali pomoc, ale odrzucał ich w swojej dumie, nie chcąc niczyjej litości.

Musisz dokonać wyboru, uświadomił sobie w końcu. Praca albo śmierć.

Podjąwszy decyzję, rzucił się w wir pracy przy realizacji Niezwykłego świata oceanów. Program, który niemal dosłownie uratował mu życie, w ciągu czterech lat stał się przebojem. W tym czasie przyjaciele próbowali go wyswatać, ale Tolland wytrzymał tylko kilka randek. Wszystkie okazały się niewypałami, więc machnął ręką i winę za brak życia towarzyskiego zrzucił na wiążącą się z częstymi wyjazdami pracę. Przyjaciele znali prawdziwą przyczynę — Michael Tolland po prostu nie był gotowy.

Bolesne rozpamiętywania przerwał widok otworu po wydobytym meteorycie. Otrząsnął się z chłodu wspomnień i podszedł do szybu. Woda była surreałistycznie, magicznie piękna. Powierzchnia lśniła jak staw w poświacie księżyca. Jego uwagę przyciągnęły drobiny światła. Wyglądały tak, jakby ktoś rozpylił w wodzie niebiesko-zielone iskierki. Przez długą chwilę patrzył, jak się mienią.

Wydało mu się to dziwne.

Z początku pomyślał, że woda odbija blask reflektorów z kopuły. Po chwili zrozumiał, że nie w tym rzecz. Iskierki miały zielonkawy odcień i pulsowały rytmicznie, jakby powierzchnia wody była żywa, rozświetlona od środka.

Zaintrygowany, wszedł za pachołki, żeby spojrzeć z bliska.

Po drugiej stronie habisfery Rachel Sexton wyszła z przyczepy PSC. Stała przez chwilę, zdezorientowana panującym mrokiem. Habisfera przemieniła się w wielką grotę, oświetloną tylko przez poblask reflektorów płonących pod północną ścianą. Rachel skierowała się ku oświetlonemu studiu.

Była zadowolona z przebiegu spotkania z pracownikami Białego Domu. Kiedy już oswoiła się z sytuacją, gładko przekazała wszystko, co wiedziała o meteorycie. Obserwowała, jak niedowierzanie na twarzach słuchaczy zmienia się w chęć dania jej wiary i wreszcie w pełną podziwu akceptację.

— Życie pozaziemskie? — zawołał któryś z pracowników. — Czy wiecie, co to oznacza?

— Tak — odparł inny. — Wygramy wybory!

Zbliżając się do efektownie oświetlonego studia telewizyjnego, Rachel wyobraziła sobie wystąpienie Hernaya. Zastanawiała się, czy jej ojciec rzeczywiście zasługuje na rozjechanie przez ten prezydencki walec drogowy.

Odpowiedź oczywiście brzmiała twierdząco.

Niekiedy zdarzało się, że myślała o ojcu z sympatią, ale wszelkie przyjazne uczucia znikały, gdy tylko wspomniała matkę. Ból i wstyd, na jaki naraził ją Sedgewick Sexton, wołały o pomstę do nieba. Te wszystkie jego późne powroty do domu, gdy zjawiał się z zadowoloną miną, spowity zapachem perfum... Ta fałszywa religijność, za którą skrywał kłamstwa i zdrady... Bezczelność wynikająca ze świadomości, że Katherine nigdy go nie zostawi.

Tak, zadecydowała Rachel, senator Sexton dostanie dokładnie to, na co zasłużył.

Ludzie w studiu świętowali, wymachując puszkami piwa. Rachel szła przez tłum, czując się jak studentka na imprezie bractwa. Zastanowiła się, gdzie jest Michael Tolland.

Przy jej boku wyrósł Corky Marlinson.

— Szuka pani Mike'a?

Rachel drgnęła.

— No... nie... tak jakby.

Corky, zdegustowany, pokręcił głową.

— Wiedziałem. Mike niedawno sobie poszedł. Chyba miał zamiar się zdrzemnąć. — Rozejrzał się po zaciemnionej kopule. — Chociaż wygląda na to, że wciąż można go złapać. — Uśmiechnął się szelmowsko i wyciągnął rękę. — Mike wpada w trans za każdym razem, gdy widzi wodę.

Rachel spojrzała we wskazanym kierunku. Pośrodku kopuły rysowała się sylwetka Michaela Tollanda, stojącego na brzegu szybu.

— Co on robi? — zapytała. — Tam jest niebezpiecznie.

Corky wyszczerzył zęby.

— Pewnie sika. Chodźmy go popchnąć.

Ruszyli w kierunku otworu. Gdy podeszli bliżej, Corky zawołał:

— Hej, wodniku. Zapomniałeś kąpielówek?!

Tolland się odwrócił. Nawet w mroku Rachel spostrzegła, że ma poważną minę. Jego twarz była dziwnie oświetlona, jakby od dołu.

— Wszystko w porządku, Mike? — zapytała.

— Niezupełnie. — Tolland wskazał wodę.

Corky minął pachołki i stanął obok niego na krawędzi szybu. Jego dobry humor wyparował w chwili, gdy spojrzał w dół. Rachel podeszła i również zajrzała do otworu. Zaskoczona, zobaczyła błyszczące niebiesko-zielone cętki. Wyglądały pięknie, jak pływające neonowe światełka.

Tolland podniósł kawałek lodu i wrzucił go do wody. Wokół miejsca, w którym zniknął, rozbłysnął zielony blask.

— Mike, czy wiesz, co to takiego? — zapytał Corky z niepokojem.

Tolland zmarszczył czoło.

— Wiem. Pytanie, co, do cholery, to tutaj robi.


Rozdział 39

— Wiciowce — stwierdził Tolland, patrząc w fosforyzująca wodę.

— Widzi owce? — Corky ściągnął brwi. — Jeden widzi owce, drugi widzimisię.

Rachel odgadła, że Michael Tolland nie jest w nastroju do żartów.

— Nie wiem, jak do tego doszło — dodał — ale w wodzie są bioluminescencyjne dinoflagellata.

— Bioluminescencyjne co? — zapytała Rachel. Mów po ludzku.

— Jednokomórkowy plankton zdolny do enzymatycznego utleniania katalizatora zwanego lucyferyną.

To ma być po ludzku?

Tolland wypuścił powietrze i odwrócił się do przyjaciela.

— Corky, czy jest szansa, żeby na meteorycie, który niedawno wyciągnęliśmy, znajdowały się żywe organizmy?

Corky wybuchnął śmiechem.

— Mike, nie żartuj!

— Nie żartuję.

— Absolutnie żadnych szans! Wierz mi, gdyby faceci z NASA podejrzewali, że na tej skale mogą się gnieździć jakieś pozaziemskie organizmy, nigdy nie wyciągnęliby jej na otwarte powietrze.

Tolland poczuł tylko nieznaczną ulgę, bo tajemnica wciąż pozostawała niewyjaśniona.

— Bez mikroskopu nie mogę być pewien — powiedział — ale to mi wygląda na biołuminescencyjny plankton typu Pyrwphyta, co znaczy „ognista roślina". W Oceanie Arktycznym jest tego pełno.

Corky wzruszył ramionami.

— W takim razie dlaczego zapytałeś, czy nie pochodzi z kosmosu?

— Ponieważ meteoryt spoczywał w lodzie lodowcowym, złożonym z wody słodkiej pochodzącej z opadów śniegu. Woda w tym szybie została wytopiona z lodowca i była zamarznięta przez trzysta lat. Skąd się w niej wzięły organizmy morskie?

Po tym pytaniu zapadła długa cisza.

Rachel stała na skraju otworu i próbowała zrozumieć, na co patrzy. Plankton biołuminescencyjny w szybie, z którego wyciągnięto meteoryt. Co to oznacza?

— Gdzieś na dole musi być szczelina — odezwał się w końcu Tolland. — To jedyne wytłumaczenie. Plankton dostał się do szybu razem z wodą morską, która wsączyła się przez pęknięcie w lodzie.

Rachel nie zrozumiała.

— Wsączyła się? Skąd? — Przypomniała sobie długą jazdę iceroverem znad oceanu. — Wybrzeże leży dobre trzy kilometry stąd.

Corky i Tolland popatrzyli na nią dziwnie.

— Prawdę mówiąc, ocean znajduje się bezpośrednio pod nami — odparł Corky. — Ta płyta lodu pływa.

Rachel spojrzała na nich z konsternacją.

— Pływa? Przecież... jesteśmy na lodowcu.

— Tak, na lodowcu — przyznał Tolland — ale nie na lądzie. Lodowce czasami spływają z lądu do morza. Ponieważ lód jest lżejszy od wody, lodowiec po prostu unosi się na powierzchni niczym ogromna lodowa tratwa. To definicja lodowca szelfowego... unosząca się na wodzie część lodowca. — Po chwili dodał: — W tej chwili stoimy jakieś półtora kilometra od brzegu.

Rachel, wstrząśnięta, natychmiast stała się czujna. Myśl, że pod nią jest lodowata woda, przyprawiła ją o dreszcz strachu.

Tolland chyba wyczuł jej zaniepokojenie, bo tupnął nogą w lód, żeby ją uspokoić.

— Nie ma powodu do obaw. Ten lód ma dziewięćdziesiąt metrów grubości, z czego sześćdziesiąt unosi się poniżej poziomu morza jak kostka lodu w szklance. Dzięki temu płyta jest bardzo stabilna. Mogłabyś postawić na niej drapacz chmur.

Rachel niepewnie pokiwała głową, nie do końca przekonana.

Odsuwając od siebie złe przeczucia, teraz zrozumiała teorię pochodzenia planktonu. Tolland sądzi, że w lodzie jest szczelina, przez którą plankton wpłynął do szybu. Wyjaśnienie brzmiało wiarygodnie, ale zastanowił ją pewien paradoks. Nora Mangor, która wykonała szereg wierceń i dokładnie zbadała rdzenie, powiedziała jasno, że lodowiec jest jednolity. Popatrzyła na Tollanda.

— Myślałam, że integralność lodowca stanowiła podstawę określenia wieku. Czy doktor Mangor nie mówiła, że w lodowcu nie ma żadnych szczelin ani uskoków?

Corky uniósł brwi.

Wygląda na to, że królowa lodu się pomyliła.

Nie tak głośno, pomyślała Rachel, bo zarobisz czekanem w plecy. Tolland gładził się po brodzie, patrząc na fosforyzujące mikroorganizmy.

— Po prostu nie ma innego wytłumaczenia. Gdzieś tam w dole musi być szczelina. Ciężar lodu unoszącego się w oceanie wpycha bogatą w plankton wodę do szybu.

Nie byle jaka ta szczelina, pomyślała Rachel. Skoro lód ma dziewięćdziesiąt metrów grubości, a szyb sześćdziesiąt głębokości, hipotetyczna szczelina musi przebijać trzydzieści metrów solidnego lodu. Próby rdzeniowe Nory Mangor nie wykazały żadnego pęknięcia.

— Zrób coś dla mnie — Tolland zwrócił się do Corky'ego. — Znajdź Norę. Miejmy nadzieję, że wie o tym lodowcu coś, czym się z nami nie podzieliła. Przyprowadź też Minga. Może on nam powie, czym są te świecące stworzonka.

Corky odszedł.

— Lepiej się pospiesz! — zawołał za nim Tolland, już odwracając się w stronę szybu. — Mógłbym przysiąc, że bioluminescencja gaśnie.

Rachel zajrzała do studni. Tak, zieleń nie była już taka jaskrawa. Tolland zdjął skafander i położył się na lodzie. Rachel popatrzyła na niego zdziwiona.

— Mike?

— Chcę sprawdzić, czy do szybu wpływa słona woda.



— Kładąc się na lodzie bez kurtki?

— Aha. — Tolland podczołgał się na skraj otworu. Trzymając skafander za jeden rękaw, drugi spuścił do szybu, aż mankiet zanurzył się w wodzie. — To nadzwyczaj dokładne badanie zasolenia, stosowane przez oceanografów światowej klasy. Nazywa się „lizanie mokrej kurtki".

Na lodowcu Delta Jeden manipulował urządzeniem sterującym, próbując utrzymać uszkodzonego mikrobota nad grupą skupioną przy szybie. Z rozmowy wynikało, że sytuacja się komplikuje.

— Dzwoń do kontrolera — powiedział. — Mamy poważny problem.


Rozdział 40

W młodości Gabrielle Ashe wiele razy zwiedzała Biały Dom, marząc skrycie, że pewnego dnia dostanie pracę w rezydencji prezydenta i wejdzie w skład elitarnego zespołu, który kreśli przyszłość narodu. W tej chwili wolałaby być zupełnie gdzie indziej.

Gdy agent wprowadził ją do bogato urządzonego holu, zastanowiła się, co, do diabła, próbuje udowodnić jej informator. Zapraszanie jej do Białego Domu to szaleństwo. A jeśli ktoś mnie zobaczy? Ostatnio często występowała w mediach jako prawa ręka senatora Sextona. Na pewno ktoś ją rozpozna.

— Pani Ashe?

Podniosła głowę. Sympatyczny strażnik witał ją uśmiechem.

— Proszę tam spojrzeć — wskazał.

Zrobiła to i oślepił ją błysk flesza.

— Dziękuję pani. — Strażnik zaprowadził ją do biurka i podał pióro. — Proszę wpisać się w książce wejść. — Położył przed nią ciężki, oprawiony w skórę tom.

Gabrielle popatrzyła na księgę. Stronica była pusta. Kiedyś słyszała, że wszyscy goście w Białym Domu wpisują się na pustych stronach, co ma chronić ich prywatność. Wpisała swoje nazwisko.

I tyle jeśli chodzi o potajemne spotkanie.

Przeszła przez bramkę wykrywacza metalu i została poddana pobieżnej rewizji.

Strażnik uśmiechnął się.

— Miłej wizyty, pani Ashe.

Eskortowana przez agenta, pokonała długi na piętnaście metrów, wyłożony płytkami korytarz i stanęła przed drugim stanowiskiem ochrony. Tutaj inny strażnik obsługiwał maszynę do laminowania. Wziął przepustkę, która wysunęła się ze szczeliny, wybił w niej dziurkę, przeciągnął sznurek i założył go na szyję Gabrielle. Plastik był jeszcze ciepły. Zdjęcie na identyfikatorze zostało zrobione piętnaście sekund wcześniej w holu.

Gabrielle była pod wrażeniem. Kto mówi, że rząd jest nieudolny?

Agent prowadził ją w głąb kompleksu Białego Domu. Gabrielle z każdym krokiem odczuwała coraz większy niepokój. Temu, kto wystosował tajemnicze zaproszenie, z pewnością nie zależało na zachowaniu tajemnicy. Gabrielle otrzymała oficjalną przepustkę, wpisała się do księgi gości, a teraz przemierza parter Białego Domu, mijając wycieczki.

— To Pokój Chiński — mówił przewodnik do grupy turystów — a w nim kosztująca dziewięćset pięćdziesiąt dwa dolary porcelanowa zastawa Nancy Reagan, która uświetniała debatę na temat rozrzutności w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym.

Agent prowadził ją w kierunku wielkich marmurowych schodów, po których wchodziła następna wycieczka.

— Zaraz wejdziemy do Pokoju Wschodniego o powierzchni trzystu metrów kwadratowych — informował przewodnik — w którym Abigail Adams rozwiesiła kiedyś pranie Johna Adamsa. Następnie przejdziemy do Pokoju Czerwonego. Tam Dolley Madison upijała szefów państw przed negocjacjami z Jamesem Madisonem.

Turyści wybuchneli śmiechem.

Gabrielle minęła schody. Po pokonaniu labiryntu linek i barierek znalazła się w bardziej prywatnej części gmachu. Weszli do pokoju, który znała tylko z książek i telewizji. Zaparło jej dech w piersi.

— Mój Boże, to Pokój Map!

Tutaj wycieczki nie miały wstępu. Wyłożone boazerią ściany pokoju można było odchylać, odsłaniając kolejne mapy świata. W tym pokoju Roosevelt decydował o przebiegu drugiej wojny światowej. W tym pokoju Clinton przyznał się do romansu z Moniką Lewinsky. Gabrielle odpędziła tę myśl. Co ważniejsze przez Pokój Map wiodło przejście do Zachodniego Skrzydła, gdzie prawdziwe szare eminencje rozdawały polityczne karty. Było to ostatnie miejsce, do którego spodziewała się trafić. Wyobrażała sobie, że e-maile przysyłał jakiś przedsiębiorczy młody stażysta albo sekretarz pracujący w jednym z mniej ważnych biur kompleksu. Najwyraźniej było inaczej.

Idę do Zachodniego Skrzydła.

Agent zaprowadził ją na sam koniec wyłożonego dywanem korytarza i zatrzymał się przed drzwiami bez żadnej tabliczki. Zapukał. Gabrielle słyszała bicie własnego serca.

— Proszę! — krzyknął ktoś wewnątrz.

Mężczyzna otworzył drzwi i ruchem ręki kazał jej wejść.

Gabrielle weszła. Rolety były opuszczone, w pokoju panował półmrok. Ledwo widziała sylwetkę osoby siedzącej za biurkiem.

— Pani Ashe? — Głos płynął zza chmury tytoniowego dymu. — Witam.

Gdy oczy Gabrielle przyzwyczaiły się do nikłego oświetlenia, rozpoznała niepokojąco znajomą twarz i zesztywniała zaskoczona. To ONA przysyłała mi e-maile?

— Dziękuję za przybycie — powiedziała chłodno Marjorie Tench.

— Pani... Tench? — wyjąkała Gabrielle, nagle nie mogąc złapać tchu.

— Mów mi Marjorie. — Brzydka kobieta wstała, buchając dymem z nosa niczym smok. — Zostaniemy przyjaciółkami.
Rozdział 41

Nora Mangor stała z Tollandem, Rachel i Corkym, patrząc w głąb czarnej jak smoła jamy.

— Mike, jesteś bystry, ale stuknięty. Tu nie ma żadnej bioluminescencji.

Tolland żałował, że nie zarejestrował tego na wideo; podczas gay Corky szukał Nory i Minga, bioluminescencja szybko zaczęła przygasać. W ciągu paru minut mruganie się skończyło.

Wrzucił do wody drugi okruch lodu, ale nic się nie stało. Tym razem zielony rozbłysk się nie pojawił.

— Gdzie się podziały? — zapytał Corky.

Tolland wiedział. Bioluminescencja — jeden z najbardziej pomysłowych mechanizmów obronnych w przyrodzie — stanowi naturalną reakcję planktonu na zagrożenie. Wyczuwając wrogie organizmy, plankton zaczyna błyskać w nadziei, że przyciągnie większych drapieżców, które je przepłoszą. W tym wypadku plankton nagle znalazł się w środowisku o bardzo niskim zasoleniu i świecił w panice, powoli zabijany przez słodką wodę.

— Myślę, że nie żyją.

— Zostały zamordowane — parsknęła Nora. — Pożarł je wielkanocny króliczek.

Corky spiorunował ją wzrokiem.

— Ja też widziałem luminescencję, Noro.

— Przed czy po zażyciu LSD?

— Dlaczego mielibyśmy kłamać? — zapytał Corky.

— Faceci zawsze kłamią.

— Tak, gdy chodzi o sypianie z innymi kobietami, ale nigdy w kwestii bioluminescencyjnego planktonu.

Tolland westchnął.

— Noro, przecież musisz wiedzieć, że plankton żyje w oceanach pod lodem.

— Mike, nie ucz ojca dzieci robić — parsknęła ze złością. — Dla twojej informacji, pod arktycznym lodem szelfowym żyje ponad dwieście gatunków okrzemek, czternaście gatunków auto-troficznego nanoplanktonu, dwadzieścia heterotroficznych wiciowców, czterdzieści heterotroficznych bruzdnic oraz kilka gatunków wielokomórkowców, w tym wieloszczety, obunogi, widłonogi, eufazje i ryby. Jakieś pytania?

Tolland ściągnął brwi.

— Wiesz o arktycznej faunie więcej niż ja i zgadzasz się, że pod nami tętni życie. Dlaczego więc nie chcesz uwierzyć, że widzieliśmy bioluminescencję?

— Ponieważ, Mike, ten szyb jest szczelny. Stanowi zamknięte środowisko słodkowodne. Plankton oceaniczny po prostu nie mógł się tu dostać!

— Czułem w wodzie smak soli. Słaby, ale wyraźny. Słona woda jakoś się tu dostaje.

— Pewnie — mruknęła Nora sceptycznie. — Czułeś sól. Polizałeś rękaw starego przepoconego skafandra i stwierdziłeś, że skany gęstości PODS i wyniki badań piętnastu odrębnych próbek rdzeniowych są niedokładne.

Tolland podniósł na dowód mokry rękaw skafandra.

— Mike, nie będę lizała twojej cholernej kurtki. — Nora zajrzała do szybu. — Mogę spytać, z jakiego powodu stada rzekomego planktonu miałyby wpływać przez tę rzekomą szczelinę?

— Ciepło? — zasugerował Tolland. — Ciepło przyciąga mnóstwo morskich stworzeń. Meteoryt był ogrzewany w trakcie wyciągania. Być może plankton instynktownie przypłynął do cieplejszego środowiska w szybie.

Corky pokiwał głową.

— Brzmi logicznie.

— Logicznie? — Nora przewróciła oczami. — Wiecie co? Jak na nagrodzonego fizyka i światowej sławy oceanografa tworzycie dość tępy duet. Czy nie przyszło wam do głowy, że nawet jeśli gdzieś w dole jest szczelina — a zapewniam, że nie ma — to wpłynięcie słonej wody do tego szybu jest fizycznie niemożliwe? — Popatrzyła na nich z politowaniem.

— Ale, Noro... — zaczął Corky.

— Panowie! Stoimy powyżej poziomu morza. — Tupnęła nogą w lód. — Halo? Powierzchnia tego lodu znajduje się trzydzieści metrów nad wodą. Może pamiętacie to wielkie urwisko na końcu szelfu? Stoimy powyżej oceanu. Jeśli w szybie jest szczelina, woda powinna wypływać, a nie wpływać. To się nazywa grawitacja.

Tolland i Corky wymienili spojrzenia.

— Cholera — zaklął Corky. — Nie pomyślałem. Nora wskazała szyb.

— Może zauważyliście też, że poziom wody nie ulega zmianie? Tolland czuł się jak idiota. Nora miała absolutną rację. Gdyby była jakaś szczelina, woda uciekałaby z szybu. Stał w milczeniu przez długą chwilę, zastanawiając się, co robić.

— W porządku — westchnął. — Najwyraźniej teoria szczeliny nie ma sensu. Ale widzieliśmy bioluminescencję. Jedyny wniosek jest taki, że to wcale nie jest środowisko zamknięte. Zdaję sobie sprawę, że swoje datowanie oparłaś na założeniu, iż lodowiec jest litym blokiem, ale...

— Na założeniu? — obruszyła się Nora. — Pamiętaj, Mike, wierciłam w lodzie. Badania NASA potwierdziły moje wyniki. Wszyscy orzekliśmy, że lodowiec jest jednolity. Żadnych pęknięć.

Tolland popatrzył w stronę tłumu zgromadzonego wokół studia telewizyjnego.

Cokolwiek się tu dzieje, powinniśmy poinformować Ekstroma i...

— Bzdura! — syknęła Nora. — Mówię ci, lodowiec jest w idealnym stanie. Nie życzę sobie, żeby kwestionowano moje wyniki w oparciu o lizanie soli i jakieś niedorzeczne halucynacje. — Popędziła do pobliskiego magazynku i zaczęła przekładać narzędzia. — Pobiorę próbkę i udowodnię, że woda nie zawiera słono-wodnego planktonu, żywego ani martwego!

Rachel, Mike i Corky patrzyli, jak Nora opuszcza na lince sterylną pipetę, żeby pobrać próbkę wody z szybu. Po jej wyciągnięciu wpuściła kilka kropel do urządzenia, które przypominało miniaturowy teleskop. Spojrzała przez okular, kierując instrument w stronę światła płynącego z drugiej strony kopuły. Po paru sekundach zaklęła.

— Do cholery! — Potrząsnęła przyrządem i spojrzała jeszcze raz. — Chryste, co jest z tym refraktometrem?

— Zaszkodziła mu słona woda? — podsunął Corky. Nora zmarszczyła czoło.

— W istocie. Wykazuje zasolenie rzędu trzech procent, co jest absolutnie niemożliwe. Ten lodowiec powstał ze śniegu, z czystej wody słodkiej. Nie powinno być soli. — Zabrała próbkę i zbadała ją pod mikroskopem. Jęknęła.

— Plankton? — zapytał Tolland.

G. polyhedra — odparła cicho. — To plankton pospolicie występujący w oceanach pod lodem szelfowym. — Popatrzyła na Tollanda. — Organizmy są martwe. Nie przeżyły w środowisku o trzyprocentowym zasoleniu.

Cała czwórka stała w milczeniu przy głębokim szybie.

Rachel zastanawiała się nad znaczeniem tej informacji dla samego odkrycia meteorytu. W porównaniu ze skalą odkrycia problem wydawał się niewielki, ale podczas swojej pracy niejeden raz widziała, jak całe teorie rozsypywały się w pył z jeszcze błahszych powodów.

— Co tu się dzieje? — Głos brzmiał jak niski łoskot. Wszyscy podnieśli głowy. Z mroku wyłoniła się niedźwiedzia sylwetka administratora NASA.

— Drobny kłopot z wodą w szybie — wyjaśnił Tolland. — Próbujemy dojść z tym do ładu.

— Dane Nory są do luftu — powiedział niemal wesoło Corky.

— Goń się — syknęła Nora.

Ekstrom zbliżył się, ściągając krzaczaste brwi.

— Co z nimi nie w porządku?

Tolland westchnął niepewnie.

— W szybie meteorytowym mamy roztwór o trzyprocentowym zasoleniu, co jest sprzeczne z raportem glacjologicznym, który mówi, że meteoryt leżał w nienaruszonym lodowcu zbudowanym z wody słodkiej. — Po chwili dodał: — Jest również plankton.

Ekstrom nie wyglądał na przejętego.

— To niemożliwe. W lodowcu nie ma szczelin. Wykazały to skany PODS. Meteoryt spoczywał w nienaruszonym lodzie — powiedział.

Rachel wiedziała, że Ekstrom ma rację. Ze skanów gęstości wynikało, iż pokrywa lodowa jest solidna niczym lita skała. Meteoryt ze wszystkich stron otaczały dziesiątki metrów lodu bez śladu pęknięć. A jednak, gdy wyobraziła sobie, jak robione były skany gęstości, przyszła jej do głowy dziwna myśl...

— Co zresztą potwierdziły próbki rdzeniowe doktor Mangor — dokończył Ekstrom.

— No właśnie! — podchwyciła Nora, rzucając refraktometr na biurko. — Podwójne potwierdzenie. W lodzie nie ma śladu uskoków. Ale jak w takim razie wyjaśnić obecność soli i planktonu?

— Prawdę mówiąc... — Rachel była zaskoczona swoją śmiałością — jest inna możliwość. — Pomysł, który wpadł jej do głowy, miał źródło we wspomnieniach.

Wszyscy popatrzyli na nią z nieskrywanym powątpiewaniem. Rachel uśmiechnęła się.

— Istnieje racjonalne wyjaśnienie obecności soli i planktonu. — Spojrzała kpiąco na Tollanda. — Naprawdę, Mike, dziwię się, że nie przyszło ci to do głowy.
Rozdział 42

— Plankton zamarzł w lodowcu? — Corky Marlinson nie wyglądał na przekonanego. — Nie chciałbym się czepiać, ale zwykle kiedy coś żywego zamarza, to umiera. A te małe robaczki mrugały do nas, pamięta pani?



1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna