Wydawnictwo sonia draga



Pobieranie 2,1 Mb.
Strona10/35
Data23.10.2017
Rozmiar2,1 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   35

Podawane życzliwym tonem argumenty zaczęły trafiać jej do przekonania.

A więc przyznaje pan, że ta prośba ma coś wspólnego z moim pokrewieństwem z pańskim przeciwnikiem.

Prezydent zaśmiał się z zakłopotaniem.

— Oczywiście. Ale, jak z pewnością zdajesz sobie sprawę, mój personel zostanie zaznajomiony z odkryciem w taki czy inny sposób, niezależnie od twojej decyzji. Nie jesteś jedyna, Rachel, lecz w tej chwili najlepsza. Masz odpowiednie kwalifikacje i tak się składa, że jesteś córką człowieka, który w następnej kadencji chce wykopać mój personel z Białego Domu. To podwaja twoją wiarygodność.

— Powinien pan zajmować się sprzedażą bezpośrednią.

— W zasadzie tak właśnie jest. To samo odnosi się do twojego ojca. I szczerze mówiąc, dla odmiany chciałbym sfinalizować transakcję. — Prezydent zdjął okulary i spojrzał jej w oczy. Rachel wyczuwała w nim siłę swojego ojca. — Proszę o przysługą, Rachel, również dlatego, że jestem przekonany, iż jej wyświadczenie nie wykracza poza zakres twoich obowiązków. Jak brzmi twoja odpowiedź? Tak czy nie? Wprowadzisz mój personel w tę sprawę?

Rachel czuła się w przyczepie jak w pułapce. Nie ma jak jasne postawienie sprawy. Prezydent był oddalony o pięć tysięcy kilometrów, ale miała wrażenie, że z ekranu emanuje siła jego woli. Wiedziała również, że prośba Herneya jest jak najbardziej uzasadniona, czy jej się to podoba, czy nie.

— Mam warunki.

Herncy uniósł brwi.

— Jakie?

— Porozmawiam z pańskim personelem nieoficjalnie. Bez reporterów. To będzie prywatne spotkanie, a nie publiczne wystąpienie.

— Masz moje słowo. Spotkanie odbędzie się w bardzo prywatnym miejscu.

Rachel westchnęła.

— W takim razie zgoda.

Prezydent pojaśniał.

— Doskonale.

Rachel spojrzała za zegarek i zaskoczona stwierdziła, że już minęła czwarta.

— Chwileczkę — powiedziała, zaintrygowana — jeśli zamierza pan wystąpić o ósmej, nie mamy czasu. Nawet gdybym miała lecieć tym strasznym odrzutowcem, który mnie tu przywiózł, nie zdążę do Waszyngtonu na czas. Nie mogą wyruszyć wcześniej niż za parą godzin. Muszę przygotować notatki i...

Prezydent pokręcił głową.

— Obawiam się, że nie wyraziłem się jasno. Odbędziesz wideokonferencję z miejsca, w którym jesteś.

— Aha. — Rachel zawahała się. — A jaką porę ma pan na myśli?

— Może zaraz? — odparł Herney z uśmiechem. — Wszyscy już czekają, wpatrując się w wielki, pusty ekran telewizora. Czekają na ciebie.

Rachel poczuła, jak napinają się jej mięśnie.

— Panie prezydencie, jestem zupełnie nieprzygotowana. Nie mogę...

— Po prostu powiedz prawdę. Czy to trudne?

— Ale...

— Rachel... — Prezydent pochylił się w stronę kamery — zarabiasz na życie kompilowaniem i przekazywaniem informacji. I właśnie to masz zrobić. Opowiedz, co się tam dzieje, to wszystko. — Wyciągnął rękę, żeby przerwać połączenie, ale znieruchomiał na chwilę. — Myślę, że będziesz zadowolona, gdy stwierdzisz, że przemawiasz z pozycji władzy.

Rachel nie zrozumiała, o co mu chodzi, ale było za późno na pytania. Prezydent przerwał połączenie.

Ekran na chwilę ściemniał, a kiedy znów się rozjaśnił, Rachel ujrzała jeden z najbardziej szokujących widoków w swoim życiu. Przed sobą miała Gabinet Owalny. Pękał w szwach, zostały tylko miejsca stojące. Wydawało się, że są tam wszyscy pracownicy Białego Domu. I wszyscy patrzyli na nią. Zrozumiała, że kamera stoi na biurku prezydenta.

„Przemawiasz z pozycji władzy". Rachel zaczęła się pocić.

Sądząc z min, zebrani również byli zaskoczeni jej widokiem.

— Pani Sexton? — zabrzmiał szorstki głos.

Rachel przeszukała morze twarzy i zobaczyła, kto się odezwał. Była to chuda kobieta, zajmująca miejsce w pierwszym rzędzie. Marjorie Tench. Jej charakterystyczna powierzchowność nawet w tłumie rzucała się w oczy.

— Dziękuję, pani Sexton, że dołączyła pani do nas — powiedziała Marjorie Tench z zadowoleniem. — Prezydent uprzedził, że ma pani do przekazania interesujące wieści.
Rozdział 33

Zadowolony z mroku panującego w kopule, paleontolog Wailee Ming siedział samotnie przy swoim stanowisku pracy. Już żył myślą o wieczornym wydarzeniu. Niedługo zostanę najsłynniejszym paleontologiem świata. Miał nadzieję, że Michael Tolland okazał się wspaniałomyślny i umieścił w dokumencie wszystkie jego wypowiedzi.

Gdy Ming rozkoszował się nadchodzącą sławą, lodem pod jego stopami wstrząsnęło lekkie drżenie. Skoczył na równe nogi. Mieszkanie w Los Angeles uwrażliwiło go na trzęsienia ziemi i reagował nawet na najsłabszy ruch podłoża. W tej chwili jednak poczuł się głupio, bo uświadomił sobie, że wibracja jest najzupełniej normalna. Lodowiec się cieli, przypomniał sobie, z ulgą wypuszczając powietrze. Jeszcze do tego nie przywykł. Co parę godzin z oddali napływało dudnienie, gdy od czoła lodowca odrywał się ogromny blok i spadał do morza. Nora Mangor ładnie to określiła: „Rodzi się nowa góra lodowa".

Ming przeciągnął się, omiatając wzrokiem habisferę. W blasku telewizyjnych reflektorów trwało przyjęcie. Nie bawiły go takie imprezy, dlatego skierował się w przeciwną stronę.

Labirynt pustych stanowisk roboczych przypominał wymarłe miasto, a cała kopuła przywodziła na myśl grobowiec. Wielki metalowy trójnóg został złożony i otoczona pachołkami sadzawka wyglądała jak dziura na jakimś wielkim lodowym parkingu. Ming podszedł do otworu i stanął w bezpiecznej odległości, żeby zajrzeć w głęboką na sześćdziesiąt metrów studnię. Woda niebawem zamarznie, zacierając wszelkie ślady ludzkiej działalności.

Pomyślał, że sadzawka wygląda pięknie. Nawet w ciemności.

Zwłaszcza w ciemności.

Zawahał się. Przemyślał swoje stwierdzenie.

Coś jest nie w porządku.

Gdy uważniej przyjrzał się wodzie, zadowolenie ustąpiło konsternacji. Zamrugał, spojrzał jeszcze raz, a potem szybko odwrócił się i rozejrzał po kopule. Pięćdziesiąt metrów dalej ludzie świętowali w studiu telewizyjnym. Wiedział, że nie mogą zobaczyć go w ciemności.

Czy mam komuś o tym powiedzieć?

Znowu popatrzył na wodę, zastanawiając się, co miałby powiedzieć. Co to jest? Złudzenie optyczne? Jakieś dziwne refleksy?

Niepewnie wszedł za stożki i przykucnął na brzegu otworu. Lustro wody znajdowało się sto dwadzieścia centymetrów poniżej krawędzi, dlatego pochylił się, żeby lepiej widzieć. Tak, zdecydowanie patrzył na coś dziwnego. Nie sposób było tego nie zauważyć, a jednak stało się widoczne dopiero wtedy, gdy w kopule zgasły światła.

Ming się wyprostował. Ktoś musi o tym usłyszeć. Ruszył szybko w kierunku studia, ale przystanął po przejściu paru kroków. Dobry Boże! Zawrócił w stronę szybu, szeroko otwierając oczy. Właśnie go olśniło.

— Niemożliwe! — szepnął.

A jednak wiedział, że to jedyne wyjaśnienie. Nie wyciągaj pochopnych wniosków, przestrzegł się w duchu. Musi istnieć bardziej racjonalna przyczyna. Ale im dłużej rozmyślał, tym bardziej był pewny słuszności swojego wniosku. Nie ma innego wyjaśnienia! Nie mógł uwierzyć, że NASA i Corky Marlinson nie zauważyli tego niewiarygodnego zjawiska, ale nie miał powodów do narzekań.

Teraz będzie to odkrycie Wailee Minga!

Drżąc z podniecenia, pobiegł do pobliskiego stanowiska i znalazł zlewkę. Potrzebuje tylko próbki wody. Nikt nie da temu wiary!


Rozdział 34

— Moje obowiązki jako łącznika wywiadu z Białym Domem — mówiła Rachel Sexton do tłumu widocznego na ekranie, starając się panować nad głosem — obejmują wyjazdy do politycznych punktów zapalnych na kuli ziemskiej, analizowanie sytuacji grożących konfliktami oraz składanie raportów prezydentowi i pracownikom Białego Domu.

Otarła kropelki potu z czoła, w duchu przeklinając prezydenta za obarczenie jej tym zadaniem.

— Nigdy wcześniej obowiązki nie zaniosły mnie do tak egzotycznego miejsca. — Ruchem ręki omiotła wnętrze ciasnej przyczepy. — Wierzcie albo nie, przemawiam do was zza koła podbiegunowego, z lodowca o grubości niemal stu metrów.

Widziała zdziwienie i ciekawość na twarzach zebranych. Zdawali sobie sprawę, że gniotą się w Gabinecie Owalnym nie bez powodu, ale na pewno nikt nie przypuszczał, że zebranie ma coś wspólnego z wydarzeniami rozgrywającymi się za kręgiem polarnym.

Znów poczuła na czole pot. Podaj to jak na talerzu, Rachel. Przecież tym się zajmujesz.

Jestem zaszczycona, dumna i... przede wszystkim podekscytowana, zwracając się do państwa w takiej chwili.

Odpowiedziały jej puste spojrzenia.

Pieprzyć to, pomyślała, ze złością wycierając kropelki potu. Ja się tu nie pchałam. Wiedziała, co usłyszałaby od matki: „Kiedy masz wątpliwości, wypluj je!". Stare jankeskie przysłowie ilustrowało jedno z podstawowych przekonań Katherine: wszystkim wyzwaniom można podołać, mówiąc prawdę, niezależnie od wyniku.

Biorąc głęboki oddech, Rachel wyprostowała ramiona i popatrzyła w kamerę.

— Przepraszam, jeśli zastanawiacie się, jakim cudem oblewam się potem za kręgiem polarnym... Cóż, jestem trochę zdenerwowana.

Twarze przed nią jakby się cofnęły. Rozległ się nerwowy śmiech.

— W dodatku — podjęła — wasz szef powiadomił mnie dziesięć sekund temu, że będę przemawiała do całego personelu. Ten chrzest bojowy nie jest rzeczą, jaka przyszłaby mi na myśl w czasie fantazjowania o pierwszej wizycie w Gabinecie Owalnym.

Tym razem roześmiało się więcej osób.

— I na pewno nie wyobrażałam sobie — popatrzyła na dolną część ekranu — że będę siedziała za prezydenckim biurkiem... a tym bardziej na nim!

Odpowiedział jej głośny śmiech i kilka szerokich uśmiechów. Zaczęła się rozluźniać. Wal prosto z mostu.

— Oto jak wygląda sytuacja. — Nareszcie jej głos brzmiał normalnie. — Prezydent Herney w ubiegłym tygodniu unikał mediów nie z powodu braku zainteresowania swoją kampanią, ale dlatego, że pochłonęła go inna sprawa. Sprawa, którą uznał za znacznie ważniejszą.

Umilkła, nawiązując kontakt wzrokowy ze słuchaczami.

— Na Arktyce na Lodowcu Szelfowym Milne'a dokonano doniosłego odkrycia naukowego. Prezydent poinformuje o nim świat na konferencji prasowej, która odbędzie się dziś wieczorem o ósmej. Odkrycia dokonała grupa ciężko pracujących Amerykanów, których ostatnio prześladował pech i którzy szczerze zasłużyli na uśmiech losu. Mówię o NASA. Możecie być dumni, że wasz prezydent z przenikliwością jasnowidza postanowił popierać agencję na dobre i na złe. Wydaje się, że jego lojalna postawa została nagrodzona.

Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że to historyczna chwila. Wzruszenie ścisnęło jej gardło.

— Jako oficer wywiadu specjalizujący się w analizie i weryfikacji danych — ciągnęła z pewnym trudem — zostałam poproszona przez prezydenta o ocenę wiarygodności odkrycia NASA. Sprawdziłam dane osobiście, zostały one również potwierdzone przez kilku specjalistów rządowych oraz cywilnych, mających odpowiednie kompetencje i niepodlegających wpływom politycznym. Jako analityk powiem, że informacje, które zaraz przekażę, są bezstronne i oparte na faktach. Jako osoba prywatna dodam, że prezydent wykazał się godną podziwu ostrożnością, dla dobra swojego urzędu i całego narodu zwlekając z ich ogłoszeniem, choć wiem, że z przyjemnością zrobiłby to w ubiegłym tygodniu.

Rachel widziała, jak ludzie wymieniają zaintrygowane spojrzenia. Po chwili znów wszyscy popatrzyli na nią. Wiedziała, że skupia niepodzielną uwagę.

— Proszę państwa, zaraz usłyszycie coś, co z pewnością uznacie za jedną z najbardziej ekscytujących rewelacji ogłoszonych w tym gabinecie.
Rozdział 35

Widok przesyłany przez mikrobota krążącego w habisfcrze mógłby zdobyć nagrodę na awangardowym festiwalu filmowym — przyćmione oświetlenie, lśniący szyb i leżący na lodzie elegancko ubrany Azjata, w płaszczu z wielbłądziej wełny rozpostartym niczym ogromne skrzydła. Najwyraźniej Ming zamierza pobrać próbkę wody.

— Musimy go powstrzymać — powiedział Delta Trzy. Delta Jeden przyznał mu rację. Lodowiec Milne'a skrywa tajemnice, które jego zespół miał prawo chronić z użyciem siły.

— Jak? — zapytał Delta Dwa, wciąż trzymając manipulator. — Mikroboty nie są uzbrojone.

Delta Jeden ściągnął brwi. Mikrobot krążący w habisferze był modelem zwiadowczym, odciążonym do granic możliwości, żeby jak najdłużej unosił się w powietrzu. Nie był groźniejszy od muchy.

— Powinniśmy skontaktować się z kontrolerem — oświadczył Delta Trzy.

Delta Jeden wpatrywał się uważnie w samotnego Wailee Minga, leżącego ryzykownie na krawędzi dołu. W pobliżu nie było nikogo, a zimna woda ogranicza zdolność człowieka do krzyku.

— Daj mi joystick.

— Co chcesz zrobić?

— To, do czego zostaliśmy wyszkoleni — warknął Delta Jeden. — Będę improwizował.


Rozdział 36

Wailee Ming leżał na brzuchu przy szybie i wyciągał rękę, żeby zaczerpnąć wody. Oczy go nie zwodziły; niespełna metr od lustra wody widział wszystko dokładnie.

To nie do uwierzenia!

Przesuwał zlewkę w palcach, próbując dosięgnąć wody. Jeszcze tylko kilka centymetrów.

Nie mogąc bardziej wyciągnąć ręki, przysunął się do otworu. Przycisnął noski butów do lodu, a lewą ręką mocno oparł się o krawędź. Ponownie wyciągnął prawą rękę. Prawie. Przesunął się jeszcze kawałek. Tak! Brzeg zlewki musnął powierzchnię. Gdy płyn wlewał się do naczynia, Ming z niedowierzaniem szeroko otwierał oczy.

Nagle zdarzyło się coś zupełnie niewytłumaczalnego. Z ciemności, jak kula z pistoletu, wypadła drobina metalu. Ming widział ją tylko przez ułamek sekundy, zanim uderzyła go w prawą gałkę oczną.

Instynkt ochrony oczu jest tak silny, że Wailee Ming postąpił wbrew ostrzeżeniom mózgu, iż każdy gwałtowny ruch zakłóci jego równowagę. Zareagował gwałtownie, bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Odruchowo poderwał lewą rękę, bliższą twarzy. Ręka jeszcze nie dotarła do celu, gdy zrozumiał, że popełnił błąd. Wychylony głęboko do przodu, nie mając podparcia, zaczął ześlizgiwać się z krawędzi. Puścił zlewkę, próbując przytrzymać się gładkiego lodu. Po chwili wpadł do ciemnego szybu.

Różnica poziomów wynosiła tylko sto dwadzieścia centymetrów, jednak w chwili zderzenia głowy z lodowatą wodą miał wrażenie, że upadł twarzą na chodnik z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Woda była tak zimna, że paliła niczym kwas. Natychmiast wpadł w panikę.

Wisząc w ciemności głową w dół, przez chwilę był zdezorientowany. Nie wiedział, w którą stronę się odwrócić, żeby wypłynąć na powierzchnię. Ciężki płaszcz chronił go przed zimnem — przez parę sekund. Wreszcie zdołał się przekręcić i wypłynąć w chwili, gdy woda znalazła drogę do jego torsu, ściskając płuca w miażdżącym imadle zimna.

— Pomooo... cy... — chciał krzyknąć, ale nie mógł zaczerpnąć tchu. Z jego ust popłynął tylko szept.

— Pomooo... cy! — Nawet on nie słyszał krzyku. Przysunął się do ściany dołu i spróbował się wyciągnąć, ale tworzył ją gładki lód i Ming nie miał się czego przytrzymać. Machał nogami, bezskutecznie szukając oparcia. Wyciągał ręce w górę, usiłując dosięgnąć krawędzi. Brakowało tylko trzydziestu centymetrów.

Mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Mocniej wierzgnął nogami, chcąc podnieść się na tyle wysoko, żeby złapać krawędź. Ciało wydawało się ciężkie niczym ołów, płuca skurczyły się jak w uścisku pytona. Nasiąknięty wodą płaszcz z sekundy na sekundę stawał się coraz cięższy, ciągnąc go w dół. Chciał zrzucić go z ramion, ale gruby materiał stawiał opór.

— Pomocy!

Strach wezbrał w nim jak rzeka.

Kiedyś czytał, że utonięcie jest najstraszliwszym rodzajem śmierci. Nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, że kiedyś doświadczy tego na własnej skórze. Mięśnie przestały współpracować z mózgiem i walczył już tylko o utrzymanie głowy nad powierzchnią. Przemoczone ubranie ciążyło, gdy zdrętwiałymi palcami skrobał lodowe ściany szybu.

Wrzaski brzmiały teraz tylko w jego głowie.

A potem się stało.

Poszedł pod wodę. Poczuł grozę, gdy uświadomił sobie, że czeka go rychła śmierć. Nie wyobrażał sobie, że los zgotuje mu taki koniec. A jednak... Wailee Ming opadał powoli w dół głębokiej na sześćdziesiąt metrów studni. Przed jego oczami przemykały setki obrazów. Chwile z dzieciństwa, z pracy naukowej. Zastanowił się, czy ktoś go znajdzie. Może po prostu opadnie na dno i zamarznie... pogrzebany w lodowcu na wieki.

Płuca domagały się tlenu. Ming wstrzymywał oddech, wciąż starając się wypłynąć na powierzchnię. Oddychaj! Zwalczył odruch, zaciskając pozbawione czucia usta. Oddychaj! Na próżno próbował płynąć do góry. Oddychaj! W tej chwili, w tej beznadziejnej walce odruchu z rozsądkiem, instynkt oddychania wziął górę nad nakazem zaciskania ust.

Wailee Ming odetchnął.

Woda zalała delikatną tkankę płucną niczym wrzący olej. Miał wrażenie, że płonie od środka. Na nieszczęście woda nie zabija od razu. Przez kilka koszmarnych sekund oddychał lodowatą wodą, przy czym każdy kolejny wdech był bardziej bolesny od poprzedniego i żaden nie dawał tego, czego tak rozpaczliwie potrzebowało jego ciało.

Wreszcie Ming osunął się w lodowatą ciemność. Wiedział, że traci przytomność. Z radością powitał to wyzwolenie. Wszędzie wokół niego jarzyły się maleńkie światełka. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.


Rozdział 37

Wschodnia Brama Wizyt Białego Domu stoi na East Executive Avenue pomiędzy Departamentem Skarbu a Wschodnim Trawnikiem. Wzmocnione ogrodzenie i betonowe słupki zainstalowane po ataku na koszary piechoty morskiej w Bejrucie sprawiają, że nie wygląda zachęcająco.

Coraz bardziej zdenerwowana Gabrielle Ashe po raz kolejny spojrzała na zegarek. Była za kwadrans piąta, a nikt nie nawiązał z nią jeszcze kontaktu.

WSCHODNIA BRAMA WIZYT, 16:30.

PRZYJDŹ SAMA.

Jestem, pomyślała. A gdzie ty jesteś?

Wodziła wzrokiem po twarzach turystów, czekając, aż ktoś podchwyci jej spojrzenie. Kilku mężczyzn popatrzyło na nią, żaden jednak się nie zatrzymał. Gabrielle zaczęła się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Czuła, że agent służb specjalnych w budce wartowniczej ma ją na oku. Uznała, że jej informator stchórzył. Spojrzała jeszcze raz przez ogrodzenie w kierunku Białego Domu, westchnęła i odwróciła się, by odejść.

— Gabrielle Ashe? — zawołał za nią agent.

Okręciła się na pięcie, czując przyspieszone bicie serca. Tak?

Mężczyzna w budce, poważny chudzielec, skinął na nią ręką.

— Osoba, z którą jest pani umówiona, jest gotowa na spotkanie. — Otworzył bramę i gestem kazał jej wejść.

Gabrielle wrosła w ziemię.

— Do środka?

Agent pokiwał głową.

— Kazano mi przeprosić panią za to, że musiała pani czekać.

Popatrzyła na otwarte wejście. Wciąż nie mogła się ruszyć. Co jest grane? Nie tego się spodziewała.

— Pani nazywa się Gabrielle Ashe, prawda? — zapytał strażnik niecierpliwie.

— Tak, ale...

— W takim razie proponuję, żeby poszła pani ze mną.

Gabrielle ruszyła niepewnie. Brama zatrzasnęła się za jej plecami.


Rozdział 38

Dwa dni bez światła słonecznego rozregulowały biologiczny zegar Michaela Tollanda. Choć według zegarka było późne popołudnie, ciało upierało się, że jest środek nocy. Po wprowadzeniu ostatnich poprawek do filmu Michael Tolland przegrał cały plik na płytę DVD i ruszył przez zaciemnioną kopułę. W oświetlonym studiu przekazał dysk technikowi NASA odpowiedzialnemu za przebieg prezentacji.

— Dzięki, Mike — powiedział technik i mrugnął, podnosząc płytę. — Film z cyklu „po porostu musisz to zobaczyć", co?

Tolland zaśmiał się ze zmęczeniem.

— Mam nadzieję, że spodoba się prezydentowi.

— Bez wątpienia. W każdym razie, twoja rola dobiegła końca. Siadaj i ciesz się przedstawieniem.

— Dzięki. — Tolland stanął w jasno oświetlonym studiu i popatrzył na personel NASA wznoszący toasty kanadyjskim piwem. Choć sam też miał ochotę uczcić znalezienie meteorytu, był na to zbyt zmęczony, emocjonalnie wypalony. Rozejrzał się w poszukiwaniu Rachel Sexton, ale najwyraźniej wciąż rozmawiała z prezydentem.

Chce, żeby wzięła udział w programie, pomyślał. Nie miał o to pretensji. Rachel wspaniale uzupełni gremium naukowców wypowiadających się na temat meteorytu. Poza urodą wyróżnia się naturalnością i pewnością siebie, cechami nieczęsto spotykanymi u znanych mu kobiet. Z drugiej strony, większość znanych mu kobiet pracuje w telewizji — są to albo bezwzględne karierowiczki, albo mizdrzące się gwiazdki, którym brakuje jednego bądź drugiego.

Tolland opuścił świętującą gromadę i szedł labiryntem ścieżek przez kopułę, zastanawiając się, gdzie podziewają się cywilni naukowcy. Jeśli są równie wyczerpani jak on, to pewnie śpią w sekcji sypialnej, zbierając siły przed wielką chwilą. W oddali widział pachołki STASK otaczające szyb. Pusta kopuła nad jego głową zdawała się rozbrzmiewać echami dalekich wspomnień. Próbował nie dopuścić ich do siebie.

Zapomnij o duchach, powiedział sobie. Często nawiedzały go w chwilach, kiedy był zmęczony albo sam — w chwilach osobistego triumfu, w chwilach godnych uczczenia. Powinna być teraz z tobą, szepnął głos. Sam w ciemności, czuł, jak pogrąża się w otchłani wspomnień.

W Celii Birch zakochał się na studiach podyplomowych. Pewnego razu w walentynki zaprosił ją do jej ulubionej restauracji. Kelner przyniósł deser — różę i pierścionek z brylantem. Celia natychmiast zrozumiała. Ze łzami w oczach wypowiedziała jedno słowo, które sprawiło, że Michael Tolland był szczęśliwy jak nigdy w życiu.

— Tak.


Przepełnieni oczekiwaniem, kupili nieduży dom w pobliżu Pasadeny. Zarabiali niewiele, ale na początek musiało wystarczyć. Celia pracowała w szkole, ucząc przedmiotów ścisłych. Tolland znalazł zatrudnienie w Instytucie Oceanograficznym Scrippa w San Diego i pracował tak, jak sobie wymarzył — na pokładzie geologicznego statku badawczego. Praca oznaczała kilkudniowe rozłąki z żoną, ale gdy znów się spotykali, Celia zawsze była namiętna i pociągająca.

Tolland zaczął kręcić dla niej krótkie filmy, dokumentujące pracę na statku. Z pewnego rejsu wrócił z ziarnistym nagraniem wideo, które zrobił przez okno batyskafu — były to pierwsze zdjęcia dziwnej chemotropicznej mątwy, której istnienia nikt dotąd nie podejrzewał. Komentując odkrycie na pokładzie statku, Tolland nie posiadał się z radości.

„W głębinach żyją tysiące nieznanych gatunków! — opowiadał z entuzjazmem. — Ledwie musnęliśmy powierzchnię! Tutaj na dole kryją się tajemnice, jakich nikt z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić!".

Celia była zauroczona żywiołowością męża i zwięzłym fachowym komentarzem. Niewiele myśląc, pokazała nagranie klasie i film natychmiast zrobił furorę. Inni nauczyciele prosili o pożyczenie kasety, rodzice chcieli zrobić kopie. Wydawało się, że wszyscy z niecierpliwością czekają na kolejne dokonania Michaela. Celia wpadła na pewien pomysł. Zadzwoniła do kolegi, który pracował w NBC, i posłała mu kasetę.

Dwa miesiące później Michael Tolland zaprosił ją na spacer po plaży w Kingman. Było to ich wyjątkowe miejsce, gdzie dzielili się nadziejami i marzeniami.

— Chcę ci coś powiedzieć — oznajmił.

Celia zatrzymała się, biorąc go za ręce. Fale pluskały u ich stóp. Rozsadzała go duma.

— W zeszłym tygodniu dostałem telefon z telewizji NBC. Uważają, że powinienem poprowadzić cykl programów dokumentalnych. Chcą, żebym w przyszłym roku nakręcił pilota! Możesz w to uwierzyć?

Celia pocałowała go i uśmiechnęła się promiennie.

— Wierzę. Będziesz wielki.

Sześć miesięcy później żeglowali w pobliżu Cataliny, kiedy Celia zaczęła skarżyć się na ból w boku. Ignorowała problem przez parę tygodni, ale w końcu ból stał się nie do zniesienia. Poszła na badania.

W jednej chwili wyśnione życie przemieniło się w koszmar. Celia była chora. Bardzo chora.

— Zaawansowany chloniak — oświadczyli lekarze. — Rzadki u osoby w jej wieku, ale się zdarza.

Celia i Tolland odwiedzili niezliczone kliniki i szpitale, konsultując się ze specjalistami. Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo. Choroba nieuleczalna.

Nie pogodzę się z tym! Tolland natychmiast zrezygnował z pracy w Instytucie Scrippa, zapomniał o filmie dokumentalnym dla NBC. Całą energię i miłość skupił na niesieniu pomocy Celii. Walczyła twardo, dzielnie znosząc ból, za co kochał ją jeszcze bardziej. Zabierał ją na długie spacery po plaży, przyrządzał zdrowe posiłki i opowiadał, co zrobią, kiedy poczuje się lepiej.



1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   35


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna