WstęP. Igor ta książka została napisana przez mojego syna o tym co dzieje się we współczesnej Białorusi, o wyborze człowieka między życiem, a śmiercią, między wolnością, a niewolą, sumieniem, a zdradą



Pobieranie 254,24 Kb.
Strona1/5
Data23.11.2017
Rozmiar254,24 Kb.
  1   2   3   4   5

WSTĘP. IGOR
Ta książka została napisana przez mojego syna o tym co dzieje się we współczesnej Białorusi, o wyborze człowieka między życiem, a śmiercią, między wolnością, a niewolą, sumieniem, a zdradą. Wszystko, co dotknęło mojego syna, zdarzyło się w realnym życiu w XXI wieku, w kraju uważającym się za cywilizowane europejskie państwo, w przeddzień i po wyborach prezydenckich w 2010 roku. Pomysł na napisanie tej książki pojawił się wiosną 2011 roku w czasie jedynego spotkania, na które pozwolili nam w areszcie śledczym KGB. Chociaż cała rozmowa była obserwowana, z mężem byliśmy niesamowicie szczęśliwi, że mogliśmy zobaczyć syna... Wszystko przez co przeszedł i przechodzi Igor bardzo przypomina sytuację opisaną przez Anatolija Rybakowa w książce "Dzieci Arbatu". Chociaż Saszę Pankratowa aresztowali w 1933 roku, historia, niestety się powtarza. Zaproponowałam Igorowi napisać o wszystkim, żeby wydarzenia te nie poszły w niepamięć. Wszystkim nam się wydaje, że bezprawie i represje nigdy nie dotkną nas i naszych bliskich. Bardzo ważnym jest, żeby wszyscy poznali historię Igora.

Szczegółów jego uprowadzenia w Moskwie i wsadzenia do aresztu śledczego KGB wiosną 2011 roku ja jeszcze nie znałam. Tylko co odbył się sąd, który pokazał całą nieskładność i bezpodstawność zarzutów przedstawionych jemu i jego przyjaciołom, Nikołajowi Dziedkowi i Aleksandrowi Franckiewiczowi. Cały szereg podobnych sądów miał miejsce w tym samym czasie. Wyroki dostali działacze Młodego Frontu, Daszkiewicz i Łobow, kandydaci na prezydenta Sannikow, Ussu i Nieklajew, członkowie ich sztabów, aktywiści młodzieżówek i inni synowie narodu białoruskiego. Prawie w tym samym czasie, co nasz sąd, miał miejsce proces nas Nikołajem Statkiewiczem. Ostatnie sprawy sądowe zaszokowały okrucieństwem swoich wyroków - 6 lat dla Statkiewicza, 8 lat dla Igora. Pojawiały się słuchy o warunkach w areszcie śledczym KGB, o pobiciach, toturach, ostrym nacisku psychicznym. Jednak ja starałam się odganiać od siebie te myśli, nie chciało się wierzyć, że takie bezprawie i szyderstwa mogą dotknąć moje dziecko, które urodziłam i wychowałam, żeby żyło życiem szczęśliwym, a nie żeby było mięsem armatnim dla reżimu.

Często pada pytanie, co czułam, kiedy czytałam dziennik mojego syna. Piszę te linie, i chociaż minęły już dwa lata, jak wspominam, ciekną mi łzy. Oczywiście, ból. Ból rozdzierający duszę i serce. I nie ma tutaj przedawnienia. I to ból nie tylko z powodu mojego syna, mojej rodziny - to ból z powodu białoruskiego narodu i młodzieży białoruskiej, którą zmuszają do odsiadywania niesprawiedliwych wyroków w strasznych, nieludzkich warunkach, emigrowania ze swojego kraju, ukrywania się, bycia poniżaną i bitą tylko dlatego, że chciała lepszego, wolnego życia dla swojego narodu. Historia się powtarza. Starając się zachować władzę, reżim niszczy przyszłość kraju. Nie mniej jednak, jestem dumna z tego, że wychowałam tak dostojnego człowieka, jakim jest mój syn. Stanąwszy twarz w twarz ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, w całkowitej izolacji od świata, bez pomocy z zewnątrz, pozostał on wierny sobie i wartościom, które wyznawał. Ale nie tylko on. Wydarzenia grudnia 2010 roku pokazały ilu dostojnych ludzi żyje w Białorusi. Mogą zaliczać się do różnych warstw społecznych, do różnych partii i ruchów, mogą patrzeć w inne strony, ale bije u nich jedno serce. To serce odważnych, szczerych i prawdziwych patriotów, zachowawszych swój rozum, cześć i sumienie i nie zgodziwszych się na współpracę z reżimem. Igor, jak i inni więźniowie polityczni Białorusi, okazali się ludźmi o wiele bardziej godnymi poszanowania, niż ci, którzy znaleźli się w stadzie byków tratujących nasz kraj.

Kiedy Igor miał 16 lat, dałam mu wiersz R. Kiplinga. Chciałam, żeby u progu dorosłego życia, przyswoił prawdy, ważne dla prawdziwego człowieka. Wysłałam mu ten list i przed procesem, żeby dodać mu otuchy, żeby zrozumiał, że pokój istnieje, a ludzkie wartości pozostają niezmienne zawsze i wszędzie. Nawet jeśli wydaje ci się, że świat się zawalił i zostałeś sam na sam ze strasznym smokiem.

Jako matka, jestem odpowiedzialna za to jaki los zgotowaliśmy swoim dzieciom. Jako matka jestem dumna z tego, że wychowałam syna, który pozostał Człowiekiem.

Walentyna Oliniewicz


      1. List do syna


Rudyard Kipling

Jeżeli zdołasz zachować spokój,


chociażby wszyscy go stracili, ciebie oskarżając;

Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o Tobie zwątpili,


licząc się jednak z ich zastrzeżeniem;

Jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia,


jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami,
jeżeli nie odpłacasz na nienawiść nienawiścią,
nie udając jednakże mędrca i świętego;

Jeżeli marząc - nie ulegasz marzeniom;


Jeżeli rozumując - rozumowania nie czynisz celem;

Jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę,


traktując jednakowo oba te złudzenia,

Jeżeli ścierpisz wypaczenie prawdy przez Ciebie głoszonej,


kiedy krętacze czynią z niej zasadzkę, by wydrwić naiwnych
albo zaakceptujesz ruinę tego, co było treścią twego życia,
kiedy pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;

Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy


i potrafisz zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę,
jeśli potrafisz przegrać i zacząć wszystko od początku, bez słowa,
nie żaląc się, że przegrałeś;

Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy, siły, by nie zawiodły,


choćbyś od dawna czuł ich wyczerpanie,
byleby wytrwać, gdy poza wolą nic już nie mówi o wytrwaniu;

Jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości


lub spacerować z królem w sposób naturalny,

Jeżeli nie mogą Cię zranić nieprzyjaciele ani serdeczni przyjaciele;


Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;

Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę,


nadając wartość każdej przemijającej chwili;

Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej


i co - najważniejsze - synu mój - będziesz Człowiekiem.

KONTEKST. SPRAWA ANARCHISTÓW

"Sprawa białoruskich anarchistów" była wszczęta po ataku na przedstawicielstwo Federacji Rosyjskiej w Mińsku 30 sierpnia 2010 roku, kiedy to nieznana wtedy grupa "Przyjaciele wolności" rzuciła kilka butelek z łatwopalną cieczą na terytorium ambasady. Według oświadczenia grupy była to akcja solidarności z rosyjskimi więźniami politycznymi, protest przeciwko represjom w Rosji.

Rozwój i skutki tej sprawy dobrze obrazują sytuację społeczno-politycznego aktywizmu na Białorusi.

Mieszkańcom Białorusi jeszcze bardzo ciężko przychodzi obrona swoich praw i wolności, które powoli, ale nieprzerwanie są zawężane nie tylko za pomocą praw, ale też dyrektyw prezydenta, oraz publicznych oświadczeń przedstawicieli władzy. Świadomość młodzieży bardzo często ogranicza się aksjonatem mówiącym, że nic od nas nie zależy, że o wszystkim już wcześniej zdecydowano. Prawie 18 lat paternalizmu Łukaszenki wychowało całe pokolenie. Co więcej, nie ma żadnej możliwości publicznej politycznej autoekspresji. Absolutnie każda pokojowa inicjatywa o charakterze politycznym jest na Białorusi ostro tłumiona: niemożliwe jest przeprowadzenie legalnej pikiety czy demonstracji, zorganizowanie dyskusji albo spotkania, zatrzymywana jest również publiczność koncertów. Nie dziwi, że przy braku jakiegokolwiek dialogu między władzą, a społeczeństwem, najbardziej zdecydowanym aktywistom obrona swoich poglądów wydaje się możliwa jedynie drogą konfrontacji.

W takim kontekście argumenty stronników "taktyki partyzanckiej" zaczęły wydawać się bardziej uzasadnionymi: po pierwsze rozgłos tylko wystawia aktywistów na ciosy, po drugie w obecnych warunkach legalna i pół legalna działalność ledwie wypełnia swoje zadanie przyciągania nowych ludzi, po trzecie wpływ pokojowych inicjatyw na szerokie masy jest minimalny. Represje władzy i inercja mas posłużyły jako wyzwanie do konfrontacji. Dlatego lata 2009 i 2010 szczególnie obfitowały w radykalne akcje, odpowiedzialność za które wzięły białoruskie grupy anarchistyczne.

Bodźcem do przejścia od pikiet i ulotek do bardziej widocznych akcji stał się antymilitarystyczny pochód przeciwko wspólnym rosyjsko-białoruskim wojennym szkoleniom przeprowadzony obok budynku Generalnego Sztabu Sił Zbrojnych we wrześniu 2009 r. Zwykły pochód z banerami i hasłami tym razem był uzupełniony o petardę dymną, rzuconą na terytorium Sztabu.

Po pochodzie antymilitarystycznym miały miejsce i inne akcje, w których wykorzystywano nie tylko ulotki, banery i megafony, ale także pirotechnikę i koktajle Mołotowa: napad na kasyno "Shangri-La" w Mińsku z wykorzystaniem żarówek napełnionych farbą i sztucznej racy w znak protekstu przeciwko masowemu otwieraniu rosyjskich kasyn na Białorusi po wprowadzeniu zakazu w Rosji; atak na komendę milicji w Soligorsku, związany z dniami akcji przeciwko policyjnemu bezprawiu na Białorusi (w rozbite okno budynku wrzucono sztuczną racę); atak na Federację Związków Zawodowych, która już dawno nie broni praw pracownicznych, a tylko stara się zażegnywać konflikty na korzyść pracodawców; podpalenie drzwi oddziału Białoruskiego Banku w Mińsku w znak protestu przeciwko instniejącemu systemowi finansowemu.

Nie zważając na wykorzystanie nowych metod, akcje te nadal miały charakter czysto symboliczny - strat nie można nazwać znaczącymi. Głównym ich plusem był rezonans medialny. Jednakże, sprawozdania drukowały tylko niektóre nastrojone opozycyjnie gazety. Oficjalne media w najlepszym wypadku wspominały jako fakt, w najgorszym - snuły domysły i osądy, przedstawiając anarchistów jako pozbawionych motywacji agresorów i bezmózgich chuliganów, co w sumie jest charakterystyczną reakcją państwowych mediów na jakąkolwiek opozycyjną działalność na Białorusi.

Mający miejsce 30 sierpnia 2010r. atak koktajlami Mołotowa na ambasadę rosyjską, w rezultacie którego ucierpiał służbowy samochód, wywołał falę represji nakierowaną na białoruski ruch wolnościowy.

Jesienią 2010 r. przesłuchano ponad 150 osób, 19 z nich zatrzymano jako podejrzanych, z czego pięć osób zostało skazanych za udział w wyżej wspomnianych akcjach bezpośrednich. Byli to: Igor Oliniewicz (8 lat pozbawienia wolności), Nikołaj Dziedok (4,5 roku pozbawienia wolności), Aleksander Franckiewicz (3 lata pozbawienia wolności), Maksim Wietkin (4 lata ograniczenia wolności) i Eugeniusz Siliwończyk (1,5 roku ograniczenia wolności). W czasie ich pobytu w areszcie miała miejsce jeszcze jedna akcja: "Przyjaciele Wolności" zaatakowali koktajlami Mołotowa bramę Izolatora Tymczasowego Zatrzymania, gdzie przetrzymywano aresztowanych. W oświadczeniu prasowym oznajmili, że zatrzymano nie te osoby i wzięli na siebie odpowiedzialność za wszystkie radykalne akcje, o które obwiniani byli aktywiści ruchu anarchistycznego.

W tym samym czasie rozwijała się międzynarodowa kampania: akcje solidarnościowe przetoczyły się przez Europę, Rosję, gdzie miały miejsce głównie pokojowe pikiety, a nawet w Meksyku, gdzie napadano na banki. Nie można zapominać, że na Białorusi radykalne metody walki były kontynuowane. W październiku w znak solidarności został zaatakowany koktajlami Mołotowa oddział KGB w Bobrujsku. Po tej akcji aresztowano i skazano na 7 lat pozbawienia wolności Eugeniusza Waśkowicza, Arcioma Prokopenko i Pawła Syromołotowa.

Igor Oliniewicz, Nikołaj Dziedok, Aleksander Franckiewicz, Eugeniusz Waśkowicz i Arciom Prokopenko do chwili obecnej znajdują się za kratami. I podczas gdy pozostający w niewoli "grudniowcy"1 mają wszelkie szanse w najbliższym czasie wyjść na wolność (reżim będzie zmuszony do uwolnienia niektórych więźniów politycznych celem normalizacji stosunków z Europą), to dla skazanych za "sprawę anarchistów" ta perspektywa nie jest tak oczywista.

A. Żiniewicz, socjolog, aktywista społeczny
1

28 listopada 2010, Moskwa, kawiarnia w centrum handlowym "U Gorbuszki", na zegarku 14:45. Wychodzimy z kompleksu, ze wszystkich stron naskoczyły na na nas czarne cienie, łapiąc za ręce. jeden z ludzi ubranych na czarno uspokaja "My to waszym pomagamy". Hm, ci "nasi" - wasi, a nie nasi. Szczęknęły kajdanki, wepchnęli do samochodu, przeszukanie kieszeni, telefon, portfel, empetrójka. ... Czapka na oczy, jeden samochód, potem drugi, między sobą ludzie w czarnym nie rozmawiają, piszą wiadomości na telefonie i przekazują sobie. Parę przystanków na toaletę, patrzysz na pole, las i wydaje się, że to sen...

... Granica z Białorusią. Głowę wciskają w podłodę, znaczy się operacja jest nielegalna. Przekazują miejscowym w busik. Moskwicze mówią:

"Więcej takiej ch... nie podrzucajcie".

"Jasne, będziemy wam dłużni" - odpowiada miejscowy.

Ruszamy. Zaczynają z zastraszania:

"Zrozumiałeś, co masz powiedzieć? Czy mamy zajechać do jednego miejsca i wyjaśnić?"

"Ta, ta, zrozumiałem - odpowiadam - czego tu nie rozumieć..."

Aha, więc tak. Nie kopać w pamięci, nie żałować, liczyć sekundy, uspokajać nerwy. Trzeba się zebrać w sobie, skupić na jednej jedynej prawdzie: "Nie wierz, nie bój się, nie proś..."

"Już 20.30, wjeżdzaj".

Otworzyły się drzwi, samochód wjechał. Na oczach, jak wcześniej, czapka. Jestem zbity z tropu. Prowadzą do kabinetu, sadzają na krzesło, twarzą w stół, na szyję opuszcza się czyjaś dłoń. Przede mną najdłuższa noc mojego życia...

"Igor, chodź porozmawiamy jak człowiek z człowiekiem" - rozległ się głos naprzeciwko mnie.

"W takich warunkach ludzie nie rozmawiają" - sam zdziwiłem się usłyszawszy swój głos. Widać, oni też nie spodziewali się oporu i na jakiś czas się zmieszali.

"Jakie nowości z internecie? Nikogo nie złapali? Słabo pracujecie. O waszym "chłopczyku" było już wiadomo wcześniej. Byliśmy przygotowani".

Otworzyły się drzwi, ktoś powiedział:

"Rzeczywiście jest już na stronie".

Nastąpiła niezręczna cisza. Wszyscy, a było ich trzech czy czterech, wyszli. Wrócili dochodzeniowcy.

"Jesteś naiwny. Myślisz, że masz przyjaciół? Wszyscy cie zdradzili, a ty nic nie podejrzewałeś! - Próbowali mnie złamać. Zasypiałem wiele razy i budziłem się, jak oni czuli zmęczenie, naciskali mocniej. Używali wszystkiego: zastraszanie, pochlebstwa, szantaż, zapewnienia o bezsensowności walki, wątpliwości w stosunku do przyjaciół itp. Nie wiedziałem ile czasu przeszło. Czas przestał istnieć. Nie było jasne gdzie kończy się realność i zaczyna sen... "Wrzucimy cię do celi ze skinheadami! Mamy specjalną skin-celę!... Jesteś przystojniaczkiem, takich w więzieniach lubią. Jeszcze nigdy cię normalnie nie pobili... I po co ci to? Żył byś jak wszyscy. Jeszcze jest możliwość! Uprawiasz karate? Przecież to jest hierarchiczny sport, zaprzeczasz swoim zasadom. Boisz się, jesteś tchórzem!... Posadzą cię. I to twoja decyzja. Tylko na pięć czy dziesięć lat, sam wybieraj. Ja bym dał ci 12 lat, a nawet 20. Zadzwonię do twojej babci, niech się wszystkiego o tobie dowie... Tobie nikt nie wynajmie adwokata... Chcemy dowiedzieć się tylko jednego: kto ci zapłacił?..."

2.

Włączałem się tylko, żeby powiedzieć "Nie wiem, nie byłem" i znowu odchodziłem w trans. Drugie prawo mówi "nie bój się". Kto się przestraszył, jest przegrany. Wystarczy pokazać strach i jesteś na haczyku. Na jakiś czas zdjęli czapkę. Za stołem siedział tylko jeden:



"Ech, jesteś dobrym chłopakiem. Inżynier, prowadzisz zdrowy tryb życia, uprawiasz sport. Nie można tak przepadać. Ja sam rozumiem, że w wielu kwestiach macie racje, ale realizacja... A może, ch.. z tym?"

Znowu naciągnęli czapkę na oczy. Przyszedł ktoś nowy. Nie owijał w bawełnę, a z całym przekonaniem, dokładnie dobierając słowa, specyficznym tonem zaczął mi udowadniać jakim jestem "tchórzem". Znowu oczekiwanie. Strasznie chciało mi się pić i chciałem poprosić o papierosa, ale wiedziałem, że nie mogę tego robić. Każdą prośbę można przekształcić w żądanie. Trzecie prawo "nie proś". Każda prośba zmiękcza psychologiczny klimat i może wlaśnie ta kropla wystarczy, żeby waga drgnęła na ich korzyść.

Zdjęli czapkę, przynieśli jedzenie. Dochodzeniowcy siedzą przygaszeni, wyczerpani. Na coś czekamy, bardzo długo. Przez maleńkie okienko przebija się światło. Znaczy już jest dzień. Nagle wstajemy. Znowu idziemy po korytarzach, schodach, krótkim przejściem po wewnętrzemu podwórku, mijamy wiele kabintów z tabliczkami "Trwa przesłuchanie". Prowadzą do śledczego. Jest tam również adwokat. Wszystko pełna kultura. Dają nakaz aresztu po oskarżeniu o napad na izolator śledczy na Okrestina. Zaczyna się przesłuchanie, na zegarku 16.00. Znaczy jestem w ich łapach już dobę. Przesłuchanie trwało 19 godzin. W końcu zdjęli kajdanki. To magiczne uczucie swobody poruszania rękami.

Przeszukanie, konfiskacja rzeczy, zabrali glany, dali jakieś przedwojenne kapcie. Już nie wytrzymuje, zasypiam na ławce w celi. Budzą mnie, prowadzą do dużego holu z masywnymi ścianami. Wąskie schody na piętro. Takie uczucie, że trafiłem do jakiejś symbiozy przeciwatomowego bunkru i koloseum. Pozioma kratka oddziela cały parter od pierwszego piętra. Po środku znajduje się centralny pulpit z telefonem. Konwojent prowadzi mnie wzdłuż drzwi, na około. W rękach mam materac, poduszkę i prześcieradło. Przystanek, otwierają się drzwi nr 3 i wchodzę do celi. Pusta. Dwie żelazne prycze z twardych prętów, dwa taborety wmontowane w ścianę. Taki sam stolik. W rogu plastikowe wiaderko. Na stoliku stoi taca: ziemniaki, śledź, sok. Maleńkie okienko za podwójną kratką podobną do kagańca, z widokiem na ceglaną ścianę, łączy ze światem zewnętrznym. Drzwi zatrzaskują się z hukiem. Padam na materac i momentalnie zasypiam.

Budzę się od tego, że do celi wchodzi starszy chorąży i prosi o sprawozdanie.

"W celi jeden człowiek, listów i podań nie ma, spacer jedna godzina. Dyżurny w celi Oliniewicz" - i tak codziennie.

Godziny szły wolno. Nie było się czym zająć. Strasznie zimno i przeciąg, ale owinąć się w kołdrę nie wolno. Dla tych, którzy trafiają tu bez ciepłych rzeczy to męka. Szczególnie doskwiera brak obuwia. Nogi przewiewa w każdych skarpetkach, nawet wełnianych. Pomaga tylko owinięcie stóp w sweter. Ale to są drobnostki. Najgorsze jest to, że w około panuje cisza, nie istnieje czas. Czasami słychać kroki, skrzypnięcie kajdanek, brzęk "karmników" (małe drzwiczki w drzwiach dla podawania jedzenia), uderzenia w drzwi i gwizdy i szepty kontrolerów (oni nie rozmawiali!).

W ciągu paru dni zaczynasz słyszeć i rozpoznawać nawet najmniejsze dźwięki. W ciągu doby karmnik otwiera się parę razy: śniadanie, obiad, kolacja, lekarstwa. Drzwi otwierają się 4 razy: rano i wieczorem do toalety, rano na obchód dyżurnego i raz na spacer (jeśli zabierają). I tak przechodzą miesiące, a niektórym nawet lata pod ciągłym lekkim światłem świetlówki.


3.

Całkowita niepewność gdzie się znajduję i co dalej. Zegarek zabrali. Dni zlewają się w jedno... Budzisz się i zasypiasz nie wiedząc ani jak długo spałeś, ani czy jest dzień czy noc.

Czym jest świadomość zaaresztowanego w pierwszych dniach? To fale kreatywności pod katalizatorem podświadomego, zwierzęcego strachu. Tylko ciągłe ćwiczenia fizyczne dawały uczucie realności. Izolacja... I co? Życie człowieka splata się z tysięcy sieci socjalnych: kontakty, obowiązki, plany, stosunki, praca, nawet sałatka w lodówce, wszystko ma swoją niteczkę w naszej świadomości. W jednej chwili zaczynasz zsuwać się z tego stałego lądu. Nie od razu, a po trochu. Nagle przypominasz sobie o jakichś sprawach, od ważniejszych, po mniej ważne, rozum zaczyna jakby się trząść, miotać, trzeba coś przedsięwziąć. Starasz się łapać za nitki, nie odpuszczać, jakoś związać je na nowo, ale zamiast tego tracisz jedną za drugą i padasz w bezdenną pustkę. To jeszcze nie jest najstraszniejsze: tutaj chociaż widzisz co tracisz...

W tej zamglonej próżni pierwsza przesyłka i pierwszy list od bliskich, jak promień światła, przebija się przez mrok i daje ciepło. Pamiętam jak wyjąłem z torebek ciepłe skarpetki i wełniany koc. Owinąłem się nim i zasnąłem myśląc o domu i rodzicielskiej trosce...

"... Mamy o czym porozmawiać" - powiedział siwy, ale krzepki pułkownik z czwatego odziału KGB. Z okna najdalszego kabinetu nagle rozpostarł się widok na nocne miasto, centralny prospekt Mińska. Nie uwierzę, że po pobycie w celi ktoś pozostałby obojętny wobec takiego widoku. Tak blisko i tak daleko... Herbatka, ciasteczka, pierniczki i cała ta uprzejmość - jak w filmach.

"Wie pan, dlaczego pan tu jest?" - zabrzmiało podstępne pytanie, jak za czasów inkwizycji setki lat temu. "Chciałbym z początku dowiedzieć się gdzie jestem?" - odpowiedziałem.

"To nie więzienie, dzięki Bogu, a areszt śledczy KGB. Jest różnica. Amerykanka, jak go nazywają. W latach 30. rozstrzelano tu ponad 30 tys. osób. Przykre, ale zapewniam pana, ani ja, ani moi koledzy nawet w myślach czegoś takiego już nie mogą dopuścić" - kontynuował pułkownik.

Trzy rozmowy do nocy, o ruchu anarchistycznym, metodach, własnym wyborze, sensie życia itp. Pułkownik interesował się takimi rzeczami jak "finansowanie", "liderzy", "kontakty międzynarodowe" tj. potencjałem ruchu w kwestii wykorzystania przez siły zewnętrzne do destabilizacji sytuacji w kraju. Jasnym jest, że ich myśli idą w jednym kierunku. Nikt nie wierzy, że ludzie mogą coś robić samemu, z pobudek ideowych. Na trzeci dzień wszystko zakończyło się pytaniem:

"Czy anarchiści i władza mogą iść ramię w ramię ku świetlanej przyszłości? Chcielibyście stworzyć własną organizację?"

Tutaj nagle w pamięci pojawia się fragment z "Dzienników źródła", gdzie z takiego pytania zaczynał się werbunek!

"Po zakończeniu wyroku chciałbym zająć się kwestią alternatywnej energii" - wolno, słowo po słowie odpowiedziałem. Moja replika zasmuciła pułkownika... Po drodze do celi przypomniał mi się Majakowski i jego wielkie "ja już lepiej będę kurwom w restauracjach podawać ananasową wodę".

... Pierwszy spacer w mokrym śniegu, w dziurawych, materiałowych kapciach. Spacer to trzymetrowe surowe ściany, podwóreczko trzy na sześć kroków (!) i kraty z drutem kolczastym pod napięciem. Pierwszy raz na długo odbiera chęć na ponowne wyjście, ale tylko do tej chwili, kiedy przychodzi świadomość, że niebo, nawet w kratkę, jest lepsze niż brudno-biały sufit z niezmiennym światłem 24h na dobę.

"Z rzeczami do wyjścia!" - zabrzmiała komenda kontrolera. Skończyły się dwa tygodnie w samotności, teraz do innej celi. Wchodzę, witam się. Przede mną stoją ludzie, najzwyklejsi, z ludźkimi twarzami. Podchodzi chłopak i pyta "kibicowałeś MTZ2?". Mówią, że świat jest mały. Komu by do głowy przyszło, że w areszcie śledczym KGB, gdzie znajduje się 18 cel na 60 miejsc, spotkam człowieka z którym kilka lat kibicowaliśmy razem MTZ RIPO! Naprawdę, świat jest mały! Nastrój się poprawił. Maks - 22 lata, Kirill - 29, Władimir - 55. Przechodziły dni, tygodnie. Siedzenie w kompanii konkretnych ludzi jest o wiele lepsze, niż w pojedynkę. Z bytowego punktu widzenia trzeba radzić sobie bez tysiąca drobiazgów: czosnek, cebula, mydło, pasta, zapałki, grzałka, długopis, ołówek, kartka papieru, koperta, miednica, nitki... o wszystkim nie wspomnisz. Ale ważniejsze jest zdanie sobie sprawy z dalszych perspektyw życia za kratami. O czym i jak decyduje się z administracją, jakie procesy mają miejsce w sądowo-śledczym systemie, oczekiwane terminy wstępnego śledztwa, artykuły kodeksu karnego, które grożą w danej sprawie. Ogólnie rzecz biorąc kompleksowe spojrzenie na swoje bieżące położenie. Ale najważniejsze jest poczucie kolektywizmu. Bardzo szybko pojawia się więzienna solidarność, chociaż w Amerykance nie ma stałej kultury więzienniczej. Obecne są wszystkie naturalne dążenia człowieka do kontaktu, pomocy wzajemnej, uczucia solidarności, zabawy, żartów i, oczywiście, śmiech. Nieszczęścia zbliżają i widać od razu jak człowiek będący na wolności zamkniętym indywidualistą, staje się bardziej społeczny, otwiera się. Przygotowanie jedzenia, sprzątanie, mycie, czy nawet najprostrze przemieszczanie się po celi wymaga ciągłego brania pod uwagę innych. Jednym słowem, przechodzi początkowy strach przed nieznanym i przed surowością więziennego życia. Przecież największym wrogiem jest własna wyobraźnia. Niebawem warunki zmuszą nas do potwierdzenia tej teorii. Wszyscy my, więźniowie Amerykanki tego okresu, przekonaliśmy się o tym.

Od rodziny i bliskich, przyjaciół i nieznajomych przychodziły listy ze słowami otuchy i solidarności. Miało miejsce spotkanie z adwokatem. Z sobą przyniósł on część absolutnie obcego tej kamiennej próżni świata, tego przyjaznego dla mnie. To mnie natchnęło i jeszcze bardziej wzmocniło świadomość, że nie jestem sam. Poczucie pewności siebie całkowicie dominowało i zagłuszało głosy frustracji i skruchy za przegrane życie, karierę, byt i inne drobnostki. Co tu ukrywać, na początku każdy o tym myśli. Pytanie brzmi, czy opuszczą nas te myśli "na początku", czy będą dalej dręczyć duszę.


4

O wynikach wyborów prezydenckich 19 grudnia 2010 roku dowiedzieliśmy się w nocy, kiedy do celi została dorzucona piąta osoba, Oleg Korban. Okazało się, że dziesiątki tysięcy osób wyszły na miasto i odbyły się starcia przed siedzibą rządu. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć...

Następnego dnia zobaczyliśmy na korytarzu więziennym dziesiątki osłon-prycz. Większość z nich wyglądała na świeże zrobione, co naprowadzało na jeszcze jedną myśl... Jedno było pewne: masowe aresztowania. W wiadomościach powiedziano o sześciuset zatrzymanych. Ilu było naprawdę, nigdy się nie dowiemy. W ten sam dzień Olega zabrano. Zamiast niego dorzucono Anatola Labiedźko - przewodniczącego Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Obyty działacz polityczny, udało mu się odwiedzić masę miejsc i wziąć udział w dużej ilości spraw. Co prawda, to nie przeszkadzało mu ograć nas w domino i inne gry, na których bardzo dobrze się znał, pewno dzięki Izolatorom Tymczasowego Zatrzymania. W proteście Labiedźko rozpoczął strajk głodowy i mężnie wytrzymał do Sylwestra.

Wtedy panował nastrój, że władza chce tylko trochę postraszyć opozycję i przetrzymać w zamknięciu około dziesięciu dni. Największe świństwo, które zarysowywało się w wyobraźni na ten moment, to to że ludzi mogli nie wypuścić przed świętem, zatrzymać w więzieniach na kilka dni dłużej. Ale nawet taka myśl wydawała się nieprawdopodobna. W ogóle nie przywiązywaliśmy wagi do pojawienia się ochrony w maskach. Jakoś to wyglądało logicznie, jeśli areszt śledczy był przepełniony, to wysyłano pomoc dla pracowników etatowych. Nie wiedzieliśmy tego, co oznacza wprowadzenie sił specjalnych do więzienia. Wśród nas nie było doświadczonych więźniów. Ale wtedy jeszcze na wypowiedź "twarzą do podłogi" w gniewie i po chamsku odpowiadaliśmy, a chamstwo i grubiaństwo w stosunku do nas rozumieliśmy tak, że tych olbrzymów zatrudniono pewnie z OMONu3. Nawet wtedy gdy postawili nas w rozkroku w trakcie przeszukania i specjalnie wyprowadzili nas do hali sportowej, odbieraliśmy to jako kiepskie bajery, grube próby przestraszenia, tanie wygłupy, które lada chwila się skończą. Przecież całe społeczeństwo teraz patrzy na przebieg wydarzeń, cały Zachód uważnie śledzi sytuację na Białorusi.

Złudzenia zostały rozwiane, kiedy odebrano nam telewizor, kiedy ochrona prawie nie doprowadziła Władimira do zawału serca (na zażalenia nam odpowiedziano: „Umrzecie – wyniesiemy”), kiedy na dziedzińcu zmuszano nas do chodzenia w kółko, kiedy o 10-ej wieczorem 31 grudnia Labiedźko poszedł z rzeczami, a za pół godziny wrócił z powrotem... Zmienił się areszt śledczy, zmienił się kraj. Władza zrobiła wyraźny krok w stronę otwartej dyktatury, demonstrując swoją pewność do własnej siły, niezłomność, bezkarność.

Sylwester był najbardziej niesamowitym noworocznym świętem w moim życiu. Nawet w fantastycznym śnie nie mogłem sobie wyobrazić, że przywitam 2011 rok w lochach KGB w tak dziwacznym towarzystwie, z Coca Colą i torcikiem czekoladowym na stole, a raczej na szafce nocnej, przy akompaniamencie starych piosenek z niejasnym oczekiwaniem wielkiej łapanki.

Na prawach starszego Władimir wzniósł toast z serii: „Jak cudownie, że tu wszyscy dzisiaj zebraliśmy się!”, Labiedźko powiedział krótko: „Niech żyje Białoruś!”.
5.

2011 rok rozpoczął się ponuro. 1 stycznia podczas spaceru z Maksem narysowaliśmy kulami śniegu emotikona i hasło: „Vivat anarchia”. Ledwo wróciliśmy do celi, jak w okienku pojawiła się głowa klawisza z pytaniem: „A kto tu jest taki artysta?”. Wziąłem to na siebie i poszedłem sam zacierać ślady. Błąd. Jakoś nie zwróciłem uwagi na eskortę z dwóch masek, które weszły po mnie na dziedziniec. Nagle kazano mi zdjąć sweter (babcia zrobiła go na drutach) i wytrzeć nim malowidła śniegowe. Oczywiście odmówiłem. Od razu dostałem pałą po głowie. Przez pierwsze kilka sekund byłem w szoku, nie mogłem uwierzyć, że poważnie oczekują, że normalny człowiek będzie rozbierać się na mrozie i wycierać swoim ciuchem ten brudny i szorstki mur. Ale właśnie tego oni chcieli! Rozkaz – odmowa – uderzenie, rozkaz – odmowa – uderzenie. Uderzali w głowę, w uszy, w szyję, w pachwinę, ciosy w zęby, oczy. Krew mi się zagotowała, pięści zacisnęły się same z siebie. Zobaczywszy taką sytuację ludzie w maskach zawrócili kilka kroków do tyłu i zatrzymały się z pochylonymi pałami, krzyczały, żebym rozluźnił pięści, ale już ich nie słuchałem. Sytuację poprawił nagle pojawiwszy się zza ich pleców dyżurny. W jego obecności nie odważyli się kontynuować. W środku wszystko płonęło... W drodze powrotnej przy schodach znowu mnie zatrzymano. Ci albo inni, nie rozpoznałem. Wymagali, żebym na komendę schylił głowę. Odmowa. Potężne uderzenie w potylicę. Odmowa. Ponowne podejście kompleksowe. Odmowa. Całkowicie zdenerwowany gad zaczął wrzeszczeć:



  • Jesteś ideologiczny?

  • Tak, ideologiczny.

  • Nie rozumiem. Jesteś złodziejem, czy co?

  • Nie.

  • No to kurwa za jaką jesteś ideą?

  • Za wolnością!

A dozorca nadal wrzeszczał: „Kurwa! Spierdalaj stąd!”... Histeryczka.

Następnego ranku egzekucja trwała. Złapano mnie podczas powrotu z wychodka. Teraz maski zebrały się wszystkie razem, w czwórkę czy piątkę. Zablokowały drogę, na komendę musiałem uchylić głowę. Odmowa. Kilka uderzeń, zero reakcji. Stawiają w rozkrok przy ścianie. Pytają czy nadal będę odmawiać. Odpowiedź pozytywna. Ostre uderzenie po nogach, padam kamieniem na kolana i łokcie. Pały, nogi... Próbują podnieść, ale mi już zryło banię, na oczach – czerwona płachta. To już nie jestem ja. Bronię się od napadów, kręcę się na podłodze jak bąk. Krępują, zatrzaskują się bransoletki. Ciągną do hali sportowej. Stawiają w bardzo szerokim rozkroku, opierając moją głowę o ścianę. Rozciągają nogi glanami, skórę na goleni rozrywają podeszwą. Uderzają w okolice płuc, w tę i wewtę, ale bólu już nie czuję. Krew ma lwią cześć adrenaliny. Podnoszą do twarzy włączony paralizator. Boję się, ale coraz bardziej zaciskam zęby. Negocjacje. Dochodzimy do tego, że będę uchylał głowę na komendę „głowa w dół”. Przynajmniej coś. Ukradkiem smarują zadrapania wodą utlenioną.

Dzień później zwracam się do punktu pomocy medycznej, aby wykonać obdukcję. Na czole – krwiak, kolana i łokcie stłuczone. Na dolnej części nogi – blizna. Usta, ucho – więcej niż wystarczająco. Jednak zamiast lekarza cała cela idzie na spotkanie do kierownika aresztu śledczego. W przestronnym, dobrze wyposażonym gabinecie siedzi człowiek niskiego wzrostu, ale z władczą i pewną twarzą.


  • Jesteś terrorystą? - srogo zapytał pułkownik Orłow.

  • Nie.

  • Po co pobiłeś dwóch ochroniarzy? Mam tu raporty. Jeden musiał dostać zwolnienie lekarskie, a drugi ma uszkodzoną rękę.

Nieźle! Opowiadam wszystko tak jak było, ale naczelnik tylko zaaprobował działania swoich podwładnych.

        • Tu jest jak w wojsku – kontynuował Orłow. – Dyscyplina wymaga karać nawet niewinnych. Potrzebuję porządku i nie chcę mieć tu problemów. Sam widzisz z jakimi problemami boryka się teraz państwo.

        • W drodze powrotnej zaczęło do mnie docierać, że wszystko tu jest pod kontrolą i te wydarzenia nie były przypadkowe. Tak samo jak i pojawienie się Orłowa, który zastąpił poprzedniego kierownika izolatora śledczego dokładnie po wyborach. Zrobiło się bardzo ponuro.

6.

Dnie, które i bez tego były pozbawione radości, zaczęły się zamieniać w tortury. Wszystko zaczynało się o szóstej rano z rykiem masek w korytarzu, podczas kiedy ludzi pędzono do wychodka. Ostre uderzenia pałami o ścianę, poręczę, podłogę, ciągłe krzyki: „Głowę w dół!”, „Szybciej!”, „Biegiem!”, z głosem esesmana krzyczącego „Sznela” do Żydów w Auschwitz przed komorą gazową. Trzaśnięcie drzwiami i to samo dzieje się z następną celą.



To wszystko razem tworzyło dźwięczną i ostrą kakofonię, która tłumi wolę i karmi stracha. Po porannym obchodzie dyżurnego wszystko się powtarzało. Najpierw wpół do dziewiątej, kiedy na spacer wychodziła pierwsza zmiana, później co 1-2 godziny do wpół do pierwszej, kiedy wracała ostatnia zmiana. Sześć przebiegnięć na zewnątrz, sześć do celi – dokładnie tyle co dziedzińców. Jeśli było mniej, wysnuwaliśmy wniosek, że niektóre cele odmawiali wyjścia. Z czasem zaczęliśmy zauważać, że na jednych krzyczą mocno, na innych mniej, a na jeszcze innych w ogóle nie krzyczą. Podejście indywidualne.

Od 13 do 15 – pora obiadowa. Kilka godzin przerwy. Od piętnastej rozpoczynało się drugie podejście: przeszukania. Jeśli wcześnie przeszukania odbywały się raz na półtora miesiąca, to teraz przekształciło się to w cotygodniową czynność (konkretnie naszej celi). Zwykle pędzono nas do hali sportowej, gdzie powinniśmy byli rozebrać się i ukucnąć kilka razy. Po przeszukaniu ubrania stawiali w rozkroku przy ścianie często z wygiętymi z tyłu dłońmi, tak jak robią więźniom skazanym na dożywocie. Pewnego razu staliśmy tak z Maksem przez pół godziny, podczas gdy odbywało się przeszukiwanie. Pamiętam pierwszy raz staliśmy „na wesoło” przez pięć minut, ale to też była męka, po której z trudem udaje się poruszyć nogami. Po 30 minutach już w ogóle nic się nie chce. Trzymasz się, żeby nie stracić przytomności i masz pod nogami kałużę własnego potu i zwierzęce dreszcze w rękach.

O 16.30 drugie pójście do wychodka. Wszystko to samo według schematu porannego. I znowu przeszukiwania do 18. Kolacja. O 20 zaczyna pracę nowa zmiana, która również próbuje zdążyć przeprowadzić „imprezę”. Tu zazwyczaj nas dręczono tzw. „kontrolą osobistą”. Oznaczało to zbiór wszystkich rzeczy, zwijanie materaca z pościelą, spakowanie produktów itp. Następnie ze wszystkimi torbami wysyłano do hali sportowej, przy czym osobno wnosić rzeczy było dozwolone tylko w pierwsze dni, później byliśmy zmuszeni wnosić wszystkie rzeczy naraz. Nadzorujący wytrzepywali torby, przeszukiwali ubrania, listy, reklamówki; znowu kucanie. Przy czym przez cały czas popędzali: „Żwawiej!”, „Szybciej!” Jeśli się nie spodobała szybkość wykonania – jeszcze raz od nowa. Z powrotem rzeczy nie pakowaliśmy, a wpychaliśmy. Przecież czasu było mało. W kolejce stało dużo innych osób. Potem rozpoczynało się najbardziej skomplikowana rzecz – droga powrotna. Najpierw szliśmy, później biegliśmy. W końcu doszliśmy do wielokrotnych biegów. Na komendę, obładowani torbami i materacem z ciągle wypadającym prześcieradłem, musieliśmy biec do góry wąskimi schodami. Prawie na mecie dozorcy zatrzymywali i zmuszali schodzić na dół. I znowu do góry... Tego nie wytrzyma nawet bardzo silny fizycznie człowiek! Dopełzasz do pryczy spieniony jak koń, nawet nie rozpakowujesz się, wszystko staje się nieistotne.

Wymęczywszy „ciało i duszę” ochrona zabierała się do mózgu. Od 18 do 22 w telewizji lokalnej „Areszt śledczy TV” (normalne TV wyłączono jeszcze w grudniu) były pokazywane jakieś programy, z których 90% to był prawdziwy chłam. Mistycyzm, pseudohistoria, czeczeńscy bojownicy, terroryści, politycy, narkomani, spisek Żydów, dolar-wampir – słowem, sensacja mająca na celu zastraszania obywatela. Wszystko mogło być w porządku, ale to się powtarzało każdego dnia. Dziesiątki raz to samo. Oni dobijali mózg trwogą, poczuciem zagrożenia. Liczyli raczej na rozwój nerwicy, w pierwszej kolejności, neurastenii. TV-zombie była najgorszą rzeczą. Momentami doprowadzali do paniki i załamania się. Oprócz tego były pokazywane programy jawnie popierające skrajnie prawe poglądy, takie jak RUSTV и «Kulikowe pole». Pokazywali filmy „Rosja z nożem w plecach” itp. To było bardzo idiotyczne, kiedy więźniów przekonywano, że Putin jest Żydem, a Rosja mocarstwem syjonistycznym. Czas od czasu wpadali gady w maskach i pałami w rękach. Sprawdzali, czy oglądamy. Z czasem zaczęliśmy oszukiwać, robiliśmy dźwięk do tła, a później wyłączaliśmy go w ogóle.

Spacer na dziedzińcu – 1-2 godziny – był odskocznią nie zwracając uwagi na ponure szaro-matowe mury i rozmiary 3 na 6 kroków (były też mniejsze dziedzińce). Osoby na wieży włączały radio (później wyłączono w ogóle) albo płyty czasem z przyzwoitą muzyką elektroniczną. Ale nawet tutaj dozorcy zepsuli nam życie: zmusili chodzić dookoła trzymając ręce za plecami. Odmawiasz – odprowadzają z powrotem do celi. W końcu część aresztantów w ogóle odmówiła wychodzenia. Zaczęli zmuszać. To nie jest proste przespacerować przez dwie godziny dookoła, gdy już 15 minut po rozpoczęciu spaceru podłoga staję się lodowiskiem. Naturalnie nikt i nie myślał posypywać lodu piaskiem. Dopiero po kilku tygodniach, kiedy śnieg zaczął się topić, a ludzie przewracali się w śliskiej cieczy, pojawił się piasek.

Listy szybko zniknęły. Jeszcze w grudniu zdążyłem otrzymać cały stos, ale od stycznia wszystko stało się marne. Dochodziły tylko niektóre listy od niektórych osób: rodziców, krewnych, przyjaciół i pojedyncze od towarzyszy, gdzie z tekstów trudno było zrozumieć, że miały podtekst polityczny. W zależności od zachowania, treści rozmów w celi listy szły od kilku dni do miesiąca. Średnio dwa tygodnie, te wysyłane z Mińska do Mińska.

Listy – zdradliwa rzecz! One niesamowicie podnoszą humor, zwłaszcza gdy opisują jakieś drobiazgi z normalnego codziennego życia. Perfidia polega na tym, że gady regulując przepływ i filtrując selektywnie pocztę mogą sprawiać błędne wrażenie o prawdziwym stosunku ludzi do ciebie. Na przykład, pisze kilka równych, jeśli chodzi o relację, ludzi, oni przepuszczą tylko list od jednej osoby, a następnie też przerywają korespondencję z nią. Wtedy właśnie zaczyna się wydawać, że o tobie zapomnieli i nie jesteś nikomu potrzebny. Albo mogą zebrać podrząd kilka listów z informacją negatywną. To jest ciężkie. Oczywiście umysł tysiąc razy podkreśla, że to prowokacja i nie trzeba tym się przejmować, ale robaczek zwątpienia przebija drogę w podświadomości. Od tego nie da się uciec. Na to właśnie liczą. W sytuacji informacyjnej pustki selektywne przedstawienie informacji wpływa na ciebie, chcesz tego, czy nie. W takiej sytuacji konieczne jest powtarzanie jak modlitwę: „Przyjdzie czas i dowiem się jak było naprawdę!”, tak robiłem codziennie. Nie zwracając na system filtracji co nieco oni przeoczyli. Wiadomości od przyjaciół, które udało mi się otrzymać na samym początku, dały mi dodatkowy punkt wsparcia. Przyjaciele... Ile lat wspólnej drogi, wesołych imprez, fascynujących przygód, rozumienia dusz. Wydawało się, że to będzie trwać wiecznie. Kto by pomyślał, że zamiast szturmowania drewnianych ścian fikcyjnego pałacu w kolczugach i hełmach, będziecie szturmować lochy tego „czerwonego domu” listami z wolności. Każda wiadomość z wyrazem wsparcia, którą otrzymałam, była bezcenna. Te słowa orzeźwiały pamięć, nie dawały zapomnieć kim byłem i kim jestem, nie pozwalały nadzorcom robić ze mnie posłusznej kukły.
7.

Na początku stycznia w celi odbyły się przetasowania, które zadecydowały o przyszłym składzie próbnej woliery nr 4.

Wołodzię i Labiedźko zabrano, zamiast nich dorzucono Sanię Mołczanowa i Aliaksandra Fiadutę. Obydwoje – polityczni.

Mołczanowa zatrzymano w pierwszych dniach stycznia w Borysowie, „po rozpoznaniu” przez kamery wideo. Z zewnątrz wyglądał jak chorobliwie wychudzony student idealista. I może dlatego traktowano go szczególnie surowo. Regularnie był poddawany szyderstwom. Często łapali go za szyję i głowę, krzyczeli i poniżali. Czekiści od pierwszego dnia wzięli go w swoje ręce i wymusili skruchę przed kamerą i przyznanie się do winy. Pamiętam, drzwi się otworzyły i do celi weszła maska - bez maski - z pałą w rękach. Myśleliśmy, że zaraz rozpocznie się maski show (masowe pobicie całej celi), ale ona zawołała tylko jednego Sanię i wyprowadziła na korytarz. Przy czym z takim wyrazem twarzy, że niby na rozstrzelanie. Pytanie Kiryła: „Faceci, co będziemy robić?” zawisło w powietrzu.

Z czasem poznaliśmy Sanię z innych stron. Aktywista ruchu demokratycznego od młodości, do dwudziestego roku życia zdążył w wielu miejscach zabłysnąć. W wolnym od polityki czasie interesował się eksploracją miejską i czytaniem. Taki pozytywny tryb życia doprowadził do tego, że Mołczanow stał się swego rodzaju gwiazdą telewizyjną placu 19 grudnia. Zostało nagrane jak zrywa flagę państwową z budynku KGB i macha biało-czerwono-białą flagą na dachu sprzętu odśnieżającego... Po każdym nacisku Sasza nie wpadał w rozpacz i bluzgał na czekistów, chociaż wiedział, że w celi jest podsłuch i monitoring.

Aliaksandr Fiaduta okazał się 46-letnim mężczyzną w okularach. Nie tylko był postawnej budowy, był jeszcze wiekszą postacią polityczną. Podczas tych wyborów i w ogóle. Był technologiem politycznym i kierownikiem sztabu Nieklajewa - kandydata opozycji. Sprawiał wrażenie XVIII wiecznego humanisty i szarej eminencji. Aliaksander prawie że nocował na przesłuchaniach. Inkwizytorzy poświęcali mu niezmiennie 8-12 godzin. Nie patrząc na jego rolę politycznego rekina, szybko złapaliśmy kontakt. Kiedyś Aliaksander był nauczycielem w szkole, przywódcą komsomołu, dziennikarzem, który spotkał się z Gorbaczowem. Później jedną z grubych ryb Łukaszenki, a teraz jego więźniem. Zycie, to życie. Oprócz polityki, Aliaksander okazał się zawodowym literatem i wspaniałym gawędziarzem. Tę cechę aktywnie wykorzystywaliśmy. Pamiętam, jak po rozpoczęciu ciszy nocnej, wstrzymując oddech, słuchaliśmy w streszczeniu „Hrabia Monte Christo”, a także mnóstwo historii o różnych wyjazdach. Było ciekawie obserwować twarze współwięźniów, gdy hrabia dokonywał kolejnego aktu zemsty. Z pewnością, każdy wyobrażał w swojej głowie własną sytuację, przymierzając się do roli hrabiego.

Im więcej nas dręczono, tym głośniej w celi roznosił się śmiech, tym aktywniej graliśmy w gry planszowe. Przeciwstawić się istniejącemu koszmarowi pomagała wyjątkowa solidarność w celi. Koński śmiech i czarny humor stały się próbą psychologicznej obrony, ponieważ umysł nie mógł się pogodzić z tym co się działo.

Jeśli chodzi o jedzenie, to zbudowaliśmy komunizm w naszej celi. Z reguły, podczas obiadu i kolacji siadaliśmy przy stole (raczej, przy szafce nocnej, pokrytej gazetą) wszyscy razem. Zazwyczaj Kirył, a później ja, robiliśmy sałatkę. Kroiliśmy warzywa, cebulę, zieleninę, czosnek, chleb, słoninę i kiełbasę. Z czasem powróciłem do diety wegetariańskiej i nawet namówiłem Maksa. Herbata, kawa, ciastka, słodycze, owoce też z grubsza były wspólne. Każdy po prostu przestrzegał zasady odnośnie rzadkich produktów, dlatego nie mieliśmy z tym problemu.

Ale jednak ze wzrostem przemocy pracowników więzienia zdarzały się dni, kiedy nikt prawie nie rozmawiał z powodu strachu i bezradności. Stawialiśmy opór: co raz częściej rozmawialiśmy szeptem w martwej strefie ukrytej od kamery. Kiedy nas zmuszano przemieszczać się biegiem (oczywiście z rękami z tyłu i uchyloną głową), wystawialiśmy do przodu Fiedutę. Przy takim rozwiązaniu nikt nie pozostawał w tyle i ostatniego nie podganiano pałami. Ochrona próbowała zburzyć solidarność. Jakby specjalnie przeprowadzali przeszukania lub „kontrolę osobistą” w trakcie gry planszowej, kiedy w momentach podniecenia, zapominaliśmy o wszystkim. Albo jedni byli przeszukiwani, a drudzy nie, żeby wywołać zazdrość i podejrzenie. Jest to stare zagranie, znane wśród więźniów. Nie dawaliśmy się nabrać, ale na poziomie podświadomości zostawał jednak osad. Jak się okazało w rezultacie, oni na to liczyli. Zaczęli sięgać po oszustwo. Tak po kolejnym przesłuchaniu, Fieduta od razu przy wejściu powiedział: „Faceci, co ja nie tak zrobiłem? Dlaczego sporządziliście wniosek o przeniesieniu mnie do innej celi?”. Nawet zdziwiliśmy się tak rażącemu kłamstwu. W sumie nie ma czego się dziwić: nasza cela i wcześniej była straszona jako chatka prasowa narkomanów i terrorystów. Nie warto myśleć, że te oszustwa odbywały się z powodu głupoty ludzi i pełnym zaufaniu, przecież szkolenie z manipulacji demonstrował sam nowo wybrany kierownik aresztu śledczego, pułkownik Orłow.

Zaproszenie do właściciela Amerykanki, to jest osobny temat. W całym tym domu wariatów, tylko jego gabinet przypominał ciszę i spokój. Zazwyczaj witał bardzo przyjaźnie, potrafił ciekawie mówić i słuchać. Opowiadał, że brał udział w operacji wojskowej w górach, trafił do więzienia azjatyckiego, że nie pije, nie pali. Jakoś nie mogłem uwierzyć, że to właśnie on dręczy nas, bawi się jak kot z myszami, dyryguję całą tragikomedią. On nie popełniał głupich błędów jak zwykłe gliny. Mógł ukradkiem zapytać się o zdanie na temat kolegi z celi. Własne zdanie mógł przerobić na twoje w wyniku zaprzeczenia stanowiska, które jest jeszcze bardziej nie do przyjęcia itd. Pamiętam, jak proponował obejrzeć zdjęcia, gdzie niby było utrwalone, że Liabiedźko nie przestrzegał głodówki. Tu popełnił błąd, ponieważ tę sztuczkę przerabiał już z kimś innym. W tej sytuacji komputer „nagle” zawieszał się w trakcie otwierania zdjęć. Miałem taką samą sytuację, dlatego w ogóle nie byłem zdziwiony. Jednak i mistrzowie popełniają błędy. Ponadto osobiście widziałem jak Labiedźko w ciągu kilku dni porządnie osłabł, że nawet miał zawroty głowy i twarz mu zbladła. Orłow mówił o sytuacji w więzieniu, jako o „odpowiedzi na to, z czym obecnie boryka się państwo”. On porównywał opozycję do rewolucjonistów francuskich, którzy doprowadzają okoliczności do terroru, ale „nie wiadomo czyj terror będzie gorszy”. Przez cały czas musiałem przebywać w stanie maksymalnego napięcia: uważać na każdy wyraz, uważać na tok myślenia (swój i jego), uważać ogólnie na cały dialog. To nie było łatwe. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo wypowiedzieć zdanie albo powiedzieć jakiś szczegół, który on później dla wiarygodności wprowadzi w rozmowie z innymi więźniami, doprowadzając przy tym do wątpliwości i niezgody. Nie rozmawiać z nim było niemożliwe. Wielokrotnie szedłem z myślą sprowadzić rozmowę do prostych odpowiedzi, ale za każdym razem Orłowu udawało się porozmawiać ze mną. Tak samo jak i ten pułkownik z 4 oddziału, oni to umieją i potrafią robić dobrze. W gabinecie znajdował się piękny serwis, pierniki i koniak – wszystko tak jak w filmach. Żadnej herbaty z gadami. Tak od razu powiedziałem i powtarzałem za każdym razem, kiedy naczelnik proponował. Ludzie nie wiadomo dlaczego myślą, że to jest drobiazg. Jeśli glina zachowuję się kulturalnie i przyzwoicie, to wtedy można i herbaty się napić. Takim działaniem uznaje się za słuszne całe znęcanie się i oszustwo, na które są narażani więźniowie. Klawisze dzielą się na dwie grupy: źli i bardzo źli. Jest to aksjomat. Każde grzeczne zachowanie z ich strony jest elementem pajęczyny, nakierowanej na wywołanie podświadomego zaufania. Próbowano dopasować się poprzez dołączenia do systemu wartości (zgoda z całą wypowiedzią), oraz dublowanie (kopiowanie postawy). Niestety moja wiedza w tej dziedzinie jest bardzo skromna, dlatego duża część z tego oblężenia psychologicznego była dla mnie niewidoczna.

Stosowałem środki obronne. Jako obronę, patrząc na naczelnika z pół uśmiechem, powtarzałem w głowie za każdym razem: „To on mnie gnębi, dusi, poniża, wyrządza ból bliskim mi osobom. On jest wrogiem. Wszystko co mówi jest kłamstwem”. Orłow otwarcie omawiał metody znęcania się, moralny aspekt sprawy. Twierdził, że jego celem jest zmusić nas do wątpliwości. Na mój sprzeciw, że nie jesteśmy jeszcze oskarżeni, nic nie odpowiedział. Zresztą już wtedy było wiadomo, że człowiek jest winny dla nich nie w sytuacji, gdy sędzia ogłasza wyrok, a w wtedy, gdy jest podejrzany. Oni przecież nie mogą się mylić! KGB. Zwykły śmiertelnik im nie dorówna.

Z rozmów dotarło do mnie, że praktykują indywidualne podejście do każdej celi i do każdej osoby. Razem 18 kamer, około 60 aresztowanych. Duże środki techniczne i wielka załoga pracowników nie jest im potrzebna. Wszystko dokładnie było zaplanowane: kiedy, gdzie i ile razy. Gdzie robić przeszukania, kogo narazić na osobistą egzekucję, gdzie nie zgasić światła na noc, gdzie zabronić palić. Nawet kogo zaczepić w szeregu podczas przejścia do toalety lub na spacer. Orłow w mojej obecności gdzieś dzwonił i dawał instrukcje, żeby Mołczanowa przez dwa dni nikt nie zaczepiał. Ale oczywiście cele były tasowane, żeby utrudnić albo polepszyć życie.

„Świat to stado wilków. I najsilniejsze stado próbuje wyrwać coś od mniejszego sąsiada. Utożsamiam się ze swoim stadem, a jego dobre samopoczucie oznacza dobre samopoczucie mojej rodziny, bliskich, kolegów” - mówił o swoim światopoglądzie Orłow.

Na te patriotyczne dowody miałem co odpowiedzieć:

„Klasyczny faszyzm. Proszę poczytać Mussoliniego, Panu się spodoba – komentowałem. Tak, obraz cywilizacji taki sam jaki istnieje dzisiaj, nie posprzeczasz się. I z wilkami wszystko jest jasne. Tylko co w Pańskim świecie robić z prostymi antylopami, które ciągną te wilki na swoim karku?”. Wygląda na to, że antylopy muszą zapieprzać i siedzieć cicho, realizować plany gospodarcze, dawać skórę na wojskowe pasy i plecaki. A w międzyczasie antylopy, w zależności od ich zachowania, odprowadzano do naczelnika albo kulturalnie, bez kajdanek, albo robiąc „jaskółkę”. To znaczy tak, kiedy kajdanki zatrzaskują się za plecami, a ręce wykręcają do góry tak, że jeśli chcesz, to możesz pocałować własne buty. I tak przez korytarz, schody, znowu niby tak jak chodzą więźniowie skazani na dożywocie. Pewnego razu zapomnieli instrukcji na mój temat. Dzwonili do naczelnika, dopytywali się jak mają mnie odprowadzić. „Ja wam tu zrobię Guantanamo” - groził Orłow. Tak Amerykanka przekształciła się w Guantanamkę.
8.

Pod koniec stycznia w celi panował przygnębiający nastrój. Spędzałem czas nad encyklopedią z psychologii, którą mi kupiono po kilku tygodniach wysyłania podań z prośbą o nią. Wieczorami studiowałem malarstwo z książki, którą wysłali mi rodzice. Albo robiłem pompki na podłodze lub opierając się o pryczę, niby o poręcze.



Czasami było słychać zwierzęce krzyki masek w korytarzu, jak zwykle kogoś gnębiły. To doprowadzało do jawnej paniki. I tylko ćwiczenia pomagały przynajmniej jakoś się ogarnąć. Ukradkiem omawialiśmy scenariusz ostrych epizodów do filmu „Piła 8: Nikt nie jest zapomniany”. Oczywiście z klawiszami w roli głównej. Nienawiść się z nas wylewała, dlatego wyobraźnia była przesycona jaskrawymi i krwawymi farbami. Śmiech coraz częściej miał histeryczne podłoże. Specyficzny humor więzienny, wywołany przełomową sytuacją życiową i przestrzenią zamkniętą, wynikający z nieludzkiego traktowania, zamienił zwykłe ludzkie żarty.

Nikt oczywiście nie wiedział, czy w danym momencie jest obserwowany. Snuto jedynie domysły, jak często i według jakich zasad Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie sposób też było wykluczyć, że przez cały czas nadzoruje wszystkich. Pozostawało więc żyć z założeniem - i żyło się, z nawyku, który przeszedł w odruch - iż każde słowo jest podsłuchiwane, a każdy ruch pilnie śledzony, dopóki nie zostanie wyłączone światło...

Ten cytat z utworu George'a Orwella 1984 najlepiej pokazuje stan psychologiczny, który zaistniał w duszy każdego więźnia. Tylko u nas nigdy nie wyłączano światła. Mieliśmy światło dzienne – żarówka 100W, mieliśmy światło nocne, tak bardzo jasne, że można było czytać. Zdarzało się, że kilka dni podrząd spaliśmy z włączonymi dwoma żarówkami. Nadzorca tylko bezradnie odpowiadał: „Mam nakaz”. Z każdym tygodniem robiło się coraz gorzej. Metodycznie, krok po kroku. Półświadomie czekaliśmy na jakieś rozwiązanie, ponieważ tak dalej być nie mogło. Czuliśmy swoje granice.

Wtedy pojawiły się sytuacje „drugiej fali”. Co innego jest odczuwać stratę, bezradność zapobiegania czegoś. Ale dopóki jest to „coś”, rozumiesz siebie, uświadamiasz sobie swoją sytuację, to kim jesteś. A co innego, kiedy zaczyna ci się wydawać, że nic nie istnieje i nic nie będzie istnieć. Skąpa monotonia zabija tak bardzo, że już nie wyobrażasz sobie innej postaci rzeczy. Worek z kamieniami w pustce z zestawem prostych bodźców zewnętrznych, zawsze tych samych. Uczucie ponadczasowości, bez początku i końca. Leżysz na pryczy i nie możesz wstać, bo nie wiesz, co jest ważniejsze i aktualniejsze, meteoryt w kosmosie, czy napić się herbaty, dopóki jest grzałka do wody. Schizofreniczny rozkład świadomości. I wtedy próbujesz jak szalony robić sałatkę, kroić wszystko co masz, na przemian robisz pompki, nie chcesz, ale siadasz grać w szachy. Wykonujesz zwykłe czynności każdego dnia, jak jakiś rytuał – to staje się twoją ucieczką od szaleństwa. Ale często też wpada inny gość – strach. Wtedy tylko pozostaje swoista autoterapia.

Zdarzało się zwijałem się w kłębek na pryczy, przykrywałem się, żeby nic nie widzieć i nic nie słyszeć i ukradkiem patrzyłem na zdjęcie, które dostałem od nieznanej mi osoby z Petersburga. Była na nim duża czarna chmura, w której ledwie dało się rozpoznać zarysy figury z kamienia, zaciśniętej w pięści. Wydaję się, że już całkowicie ten kamień został wciągnięty, ale on nadal stoi niezniszczalny, niby latarnia morska we mgle. Ile osób przeszło przez więzienia i obozy pracy, prześladowania i tortury. Wiele razy czytałem o nich i wiem, że tym osobom było naprawdę ciężko. Ilu z nich zginęło w nędzy i zapomnieniu. Ale one wciąż szły, wciąż nie mogły się pogodzić. Ta walka – konfrontacja między wolnością i niewolą, czerwoną linią przeplata się przez historię ludzkości.

Zmieniały się epoki, cywilizacje, nazwy, ale sens pozostawał ten sam: antagonizm dążeń prostego człowieka i dążenia panów (rodziny, wiary, pieniędzy, usytuowania). Człowiek kontra władza, zawsze i wszędzie. Jestem malutką cząstką w tym żywiole uczuć. Myśli, działań. Jak kropla w oceanie: beze mnie nie zrobi się mniejszy, ale sam w całości składa się właśnie z takich kropelek, każda z nich przyczynia się do ogólnego rytmu bicia oceanu. Niech gady robią ze mną co chcą, i tak wygrałem...

Na początku lutego maski zupełnie się rozbestwiły. To był piątek i trzy osoby w celi zachorowały na grypę. Całą noc mnie trzęsło, gorączka i dreszcze. Nad ranem poszliśmy do lekarza, on przepisał tabletki. Wieczorem wzięli mnie i Mołczanowa ze wszystkimi rzeczami. Nauczeni gorzkim doświadczeniem, powyjmowaliśmy książki i ciężkie rzeczy. Jak zwykle poszliśmy do hali sportowej, ale nie wiedzieć czemu spokojnie i bez krzyku. Podejrzanie cicho. Nic dobrego to nie wróżyło. Plecaki i torby opróżnili, wszystko wrzucili na jedną kupę. Oczekiwanie, na bosaka na betonowej podłodze, na golasa. Zaczęło się.

«Zebrać rzeczy!», «Żywo!», «Co tu jest nie jasne?!», «Żywiej!», «Ja powiedziałem!», «Bieeegiem!»

Po schodach, korytarzach. Zagonili nas do chatki durnia (jest to cela do uspokojenia zadziornych osób wyściełana gumą i materiałem ze sztucznej skóry) w piwnicy. Znowu przeszukanie. Każą stanąć w rozkroku i wychodzą, ale od czasu do czasu podchodzą do wizjera i sprawdzają. Zabierają rzeczy, ledwie nadążasz się ubrać, materac pod pachę i biegiem po korytarzu na schody prowadzące do centrum tego neokoloseum. Na końcu stoi oprawca i krzyczy: „Za wolno, z powrotem!”. Drugi pogania. Słyszę, jak na drugich schodach gonią Sanię Mołczanowa. Sukinsyny. Wracam do chatki duria. Strasznie gorąco, pot leje się dosłownie strumieniem, w głowie mam mgłę. To już przesada. A jeśli przekroczyć tą granicę, co będzie dalej? Nie ważne, olać.

Oprawca krzyczy:

- Powtórka! Biegiem marsz!

- Nie

- Powiedziałem – bierz rzeczy i biegiem, szybciej!



- Odmawiam.

- Rzeczy do ręki i biegiem!

- Rób co chcesz. Więcej nie pobiegnę.

Patrzy na mnie jakiś czas, a potem idzie za drugim, rozmawiają szeptem. Potem drugi oprawca podchodzi i przyjaznym tonem mówi: „Zabierajcie wasze rzeczy i idźcie do celi”. Aż mnie wmurowało, nie wierzyłem swoim uszom. Tak bardzo jego ton nie pasował do sytuacji. Okazuje się, że oni umieją rozmawiać po ludzku. Dobra...

… Nie rozkładając materaca padasz prosto na żelazne pręty. Zupełny brak sił. W głowie mętlik. Sania pada tuż po tobie. Ledwie żywy, blady jak śmierć. Niedobrze mu, mdli go. W celi panuje grobowa cisza. Kirił i Maks jeszcze przez to nie przechodzili. Wszyscy się boją. Ta, jakie tam boją?! Strach przeniknął do każdego atomu ciała i rozumu tak głęboko, że wszyscy milczeli, bojąc się powiedzieć chociaż słowo.

Ja w gorączce zaczynam rozumieć co robić. Sytuacja doszła do linii, przekroczywszy którą nie da się już szanować samego siebie. Jeszcze jeden krok i wszystko stanie się możliwym. Zaczynam rozumieć, że czegoś takiego nawet nie można do siebie dopuszczać. Kategorycznie. Trzeba postawić się już na samym początku, nie zbierać rzeczy. Jeśli to nie będzie kolejny bieg, a przeniesienie do innej celi, przyjdzie dyżurny. A tak to on nigdy nie przychodzi. Specjalnie go nie ma, żeby nie być świadkiem. Chytrze to wymyślili, szumowiny.

Następnego ranka dyżurny spytał: „No kto jeszcze choruje?”.

A za parę dni była najostrzejsza siłówka tej czarnej zimy. Krzyk był tak głośny, że dźwięk wyraźnie donosił się z hali sportowej, to jest przez dwoje drzwi i centralny hol. Nie mogliśmy ni czytać, ni pisać, ni grać, ani nawet leżeć. Ktoś chodził w te i we wte, ktoś robił pompki. Kilka godzin w oczekiwaniu, coraz to otwierają się sąsiednie cele, ale nie wiedzieć czemu, do nas nie wchodzą. Z zewnątrz donosi się krzyk: „Leżeć! Wstać! Leżeć! Wstać!” To koszmar. Nikt nie patrzy nikomu w oczy i tylko wargi zdradzają „Suki, bestie, skurwysyny...”. Kolacja. Znaczy naszej celi się upiekło. Ale czy na długo? Cuda nie zdarzają się dwa razy, następny raz na pewno nas wezmą.

W sobotę z samego rana zabrali mnie do naczelnika. Orłow, ubrany po cywilnemu, przywitał mnie gościnnie. Od razu spytał „Co panu dokucza?”. Później wprost powiedział coś o moim stanie i że powierzono mu rozwiać „wątpliwości”.

„To przecież tylko przedstawienie, - mówi poufnym i przyjaznym głosem. - My uważnie śledzimy za stanem każdego i, zapewniam pana, nikomu nic nie grozi”. I dodaje: „główny wróg to własny strach. Nie trzeba robić pochopnych kroków i wszystkie problemy można rozwiązać właśnie tutaj”.

Byłem w szoku. Jak on się dowiedział? Czyżby wszystkie te rozmowy na temat psychologicznej kontroli to nie puste słowa? Pytam bez ogródek:

- Skąd pan wie?

- Widzę po oczach. - poważnym tonem odpowiedział naczelnik aresztu KGB.

9

W połowie lutego nastąpiła „odwilż”. Coś wyraźnie stało się poza granicami aresztu, poziom nacisku znacznie spadł. Biegi z tak zwanym „przeszukaniem osobistym” zakończyły się. A i zwykłe przeszukania stały się lżejsze, rzadsze z wyprowadzeniem do wychodka jak wcześniej.



23 lutego Kirił spadł ze schodów. Tak jak nauczyli nas ludzie w maskach, zbiegał z rękami za plecami, nie trzymając się poręczy. Pierwszy raz widziałem krwiaka na pół pleców. Kirił doznał szoku. Tak go trzęsło, że nie mógł normalnie mówić, ani nawet palić. W końcu wzięli go do szpitala. Sądząc po urywkach rozmów kontrolerów, nie był on jedynym takim przypadkiem. Tak czy inaczej, następnego dnia oprawcy krzyczeli na nas, że poruszamy się biegiem i nie trzymamy się za poręcze! Coraz rzadziej widzieliśmy ludzi w maskach, a w końcu, na początku maja, zupełnie zniknęli.

Jakby kamień spadł z serca. Łatwiej było oddychać. Już nie chodziliśmy po wybiegu w kółko gęsiego, chociaż często słyszeliśmy, że zmuszali do tego sąsiadów. Indywidualne podejście zostało, ale stało się subtelniejsze.



Interesującym jest śledzić jak z wzrostem władzy zmieniają się zwykli pracownicy. Z przyjemnych i dobrodusznych, niektórzy stają się prawdziwym bydłem. Jak na przykład parka, którą zapamiętali wszyscy. Wasia i Żaba. Ten drugi ostatnio zabrał mnie do ludzi w maskach, tylko dlatego, że nie wstałem jak otworzył drzwi. Postawili w rozkroku, okrążyli. Żaba tak mocno uderzył mnie w nogę, że prawie upadłem. Widać było, że ci dwoje chcieli udowodnić maskom, że też są „zajebistymi gościami”. Żałosne frajerzyny, już po miesiącu chodzili jak z zegareczku. Byli też tacy, którzy nie wstąpili na ścieżkę zezwierzęcenia, pozostali ludźmi. Mimo wszystko nie wolno zapominać, że psiarz zawsze pozostanie psiarzem

  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna