Wspomnienia Krzysztofa Nieszkowskiego z lat 1942 – 2943



Pobieranie 38,3 Kb.
Data28.03.2018
Rozmiar38,3 Kb.



Wspomnienie Krzysztofa Nieszkowskiego z lat 1942 – 1943

Sokal nad Bugiem – senne miasteczko. Trochę transportów na torach kolejowych, ale to za rzeką; do stacji trzeba iść przez drewniany most łączący z Zabużem.

Nie pamiętam, dlaczego moja matka zabrała mnie ze sobą do Lwowa – przy okazji okresowych zakupów towaru do sklepu, którego była współwłaścicielką. Wobec konieczności noclegu trafiliśmy do Niuni H., która dysponowała ogromnym mieszkaniem i była zaprzyjaźnioną kuzynką Mamy. Drzwi otwarła nam jakaś pani, która ujrzawszy moją marchewkowatą czuprynę zawołała „nu i pani z dzieckiem dała się wciągnąć do tego piekła”. Było to dość dziwne powitanie; na pytanie o nianię oświadczyła: „ona przyjdzie może wieczorem”. Nasza rozmowa w korytarzu spowodowała, że z różnych pokoi zaczęły się wynurzać dziwne osoby, najwyraźniej Żydzi i wszyscy naraz zaczęli mieć do nas pretensje:- że i tak ciasno – że to przechodzi wszelkie pojęcie – że to skandal. Ten niesamowity prowadzony w żargonie gwar ogłuszył nas i nie bardzo był zrozumiały. Nie wiedzieliśmy, co to za ludzie i czego od nas chcą. Szybko wycofaliśmy się i poszukaliśmy noclegu gdzie indziej.

Taki był początek. Mama w końcu odnalazła Niunię i od niej i od „mieszkańców” dowiedziała się rzeczy bardzo smutnych i niepokojących. Otóż Niania dysponująca dużym mieszkaniem została poproszona o przyjęcie na kwaterę tych ludzi; zgodziła się nie bardzo zdając sobie sprawę, jakie będą skutki. A te były co najmniej nieciekawe. Ta mała, izolowana i zakonspirowana „społeczność” bardzo szybko uległa całkowitej atomizacji, skłóceniu i wzajemnemu zantagonizowaniu. Jedynym czynnikiem spajającym ją była żywiołowa nienawiść do gospodyni, na niej skupiały się wszystkie pretensje. Nie wiadomo w jaki sposób powstał tam wewnętrzny rynek handlowy z wszystkimi wypaczeniami, jakie można sobie wyobrazić w złym śnie. Wśród tej 10-12 osobowej grupki byli „bogacze” i wręcz głodujący „nędzarze”, to wszystko przy obiektywnie dostatecznej ilości produktów dostarczanych z zewnątrz. To było przerażające – Niunia przemęczona do granic możliwości (zakupy żywności trzeba było robić zręcznie i dyskretnie) i ciągły transport, który przekraczał jej siły, a na dodatek awantury z lokatorami. Po prostu nie potrafiła zaprowadzić jakiegoś społecznego ładu wśród swoich podopiecznych. Wszystkie realne zagrożenia (przy wykryciu przez Niemców takiego procederu można było zarobić „czapę”) rozwiały się w jej umyśle jak sen wobec ciągłych awantur, skarg i pretensji tej chorej i znerwicowanej społeczności…

Typowym problemem było „po co pani wzięła tych… oni nas objadają”, i drugi „oni maja, a my jesteśmy głodni”. Wiadomo ile człowiek może zjeść – Tyla x 12 było dostarczane. Tymczasem ciągły był problem braku produktów, wszyscy zaczęli robić jakieś tajne tapczanowe schowki na żywność. Mieszkanie dosłownie zaczęło śmierdzieć. O sprzątanie też się kłócili.. Mówiąc krótko – żeby się wyspać i odpocząć Niunia chodziła nocować do przyjaciół. Teraz zdała sobie sprawę, że tak dalej nie pociągnie
i rozpaczliwie próbowała rozładować sytuację, ale to nie było łatwe… „weź ode mnie kogo możesz” – to było jej wielkie błaganie do mojej Matki.

Rzeczywistym pariasem tej „bunkrowej” społeczności była pani Karola – osoba 25-28 lat pozbawiona kompletnie wszystkiego i w jakimś stopniu zagłodzona (skutki działania ryneczku wewnętrznego). Mama postanowiła zabrać ją do nas do Sokala. Był nam potrzebny ktoś, kto prowadziłby gospodarstwo domowe. Było nas a zasadzie czworo, a właściwie pięcioro, bo okresami mieszkał u nas Marian S. Domownikami byli: wielce zasłużona garbuska Maria Nowosielska, która nie trudziła się dosłownie niczym (potem okazało się, że trudziła się i to ciężko), ja, do którego należało noszenie wody, rąbanie drewna na opał na zimę i pewna część zakupów (te funkcjonowały słabo), mój brat Piotruś miał


4 lata, więc nie miał obowiązków, a o jego potrzeby dbała (rzeczywiście) garbata. Pan Marian świetnie malował, a właściwie rysował. Utrzymywała to wszystko przy życiu Mama – swą praca w sklepie i dzięki pomocy państwa O. i innych. Do tego domku przybyła pani Karola i wszystko popłynęło jakoś lepiej. Posiłki były na czas, zakupy także i kuchnia przestała się lepić od brudu, ale to się okazało później,
w okresie od lata 1942 do lipca 1943.

Wracam teraz myślą do Lwowa, a właściwie do samej podróży do Sokala – mój ówczesny strach bardzo mocno odcisnął się w mojej pamięci. Miałem wtedy 13 lat i trochę za bogaty bagaż doświadczeń, bo w roku 1941/42 mieszkałem u obcych w Hrubieszowie „na stancji” i tam pod koniec zimy lub na przedwiośniu Niemcy dokonali likwidacji częściowej, a może całkowitej (nie pamiętam) getta. Przy tej okazji z odległości nie większej jak 30-35 m widziałem zabijanie Żyda: kazali mu się położyć na ziemi


i zabójca strzelał z pistoletu, ale widocznie niecelnie, albo człowiek był taki żywotny, bo po każdym strzale się ruszał – w końcu uspokoił się.

Nasza podróż była dziwaczna. Niemcy ogłosili nie wiadomo dlaczego zakaz sprzedaży biletów


i wyjazdów tego dnia ze Lwowa. Za drobną łapówkę kolejarz wprowadził naszą trójkę przez dziurę w płocie do pociągu – oczywiście biletów nie mieliśmy. Nie wiem czemu wyobraziłem sobie, że pierwsza kontrola biletów wykryje, że wieziemy Żydówkę. Oczywiście bzdura, podróż poszła gładko i bez problemów, ale ja ze zgrozy rozchorowałem się. Chyba już nigdy w życiu tak się nie bałem – i przez tyle godzin…

Pani Karola dość szybko przyszła do siebie po przeżyciach w „bunkrze”, szybko opanowała zakupy, kuchnię, porządki (miałem z nią scysje, bo przystawianiu wiader z wodą za bardzo chlapałem), chodziła nawet ze mną do kościoła. Przestała mieć „skuloną” postawę, bo czuła się swobodnie i bezpiecznie. Tu mała dygresja – nie należy sądzić, że każda rodzina w małym miasteczku mogła sobie pozwolić na przyjęcie Żydówki na przechowanie. To mogło się udawać tylko nam: byliśmy obcy, dom był prowadzony w sposób dziwaczny (w małomiasteczkowym pojęciu), ogromne ilości krewnych i gości oraz zachowanie się mojej Mamy dostarczało sąsiadkom tylu plotek i sensacji, że w tym nawale smakowitych niedyskrecji jakaś „kuzynka” Karola po prostu ginęła.

Zawiesista atmosfera trój narodowego (Polacy – Ukraińcy – Żydzi) miasteczka nie tolerowała jakiś tajemniczych krewniaków. Wszyscy musieli o sobie wszystko wiedzieć i wywąchać prędzej czy później.
O tym, żeby ktoś z sokalaków mógł bez wpadki jawnie przechować Żyda czy Żydówkę mowy nie było. Ale myśmy mogli i to z powodzeniem – zresztą do czasu. Teraz dygresja – muszę wyjaśnić skąd się u nas wzięła „święta i garbata krowa M. N.”, która odegrała tak złowieszczą rolę i zmusiła nas do jeszcze jednej ucieczki.

W grudniu 1939 roku musieliśmy uciekać z Wołynia, bo mieli nas wywieźć. Dotyczyło to Mamy, mnie i mojego bardzo słabego (po ciężkiej operacji) dwuletniego brata. Z nami też wyjechała nasza przedwojenna gospodyni M. N. Zdecydowano, że będziemy uciekać przez „zieloną granicę”, ale… Piotruś był rzeczywiście za słaby. Do procedury nielegalnego przejścia należało przemaszerowanie nocą około 15-20 km odcinka pasa przygranicznego, tak aby sam przemyt wypadł nad ranem pomiędzy 4, a 6 godzina. Obcy ludzie z pasa przygranicznego byli starannie wyłapywani, aresztowani, a dalej – wiadomo. Nowosielska miała krewnych w Drohiczynie i tam miała zostać, a my z malcem na plecach zdecydowaliśmy się na nielegalne przejście. Ona nas namówiła, żeby go zostawić z nią i że ona z nim przejdzie w ramach „wymiany” do nas do Warszawy. Tak się stało. Przechowała go i połączyliśmy się


w 1940 r. wiosną w Warszawie. Tak powstała jej pozycja „zasłużonej”, którą w sposób konsekwentny eksploatowała na naszej rodzinie, aż do naszej ucieczki, tym razem przed nią. Na czym to polegało – jak widać z tekstu, nie byliśmy specjalnie zamożni w tym czasie i co tu mówić o eksploatacji. A jednak … uznała, że ona zajmuje się tylko Piotrusiem i sobą. Trzeba przyznać, że chłopcem opiekowała się dobrze, sobą też. To były dość paradne rzeczy, np. wielogodzinne zabiegi pielęgnacyjne nad swoimi włosami (1,20 czy 1,40 m długości) przy pomocy jakiś szczególnych szamponów z jajek, własnej produkcji (i to na tle znanych problemów z wyżywieniem domu), a poza tym ciągle robiła niezwykle kunsztowne
i wymyślne wypieki na użytek własny, Piotrusia i kum. Tak wyglądała jej jawna część działań. Stroną niejawną była szybka i zręczna kradzież. Każdy, kto nas odwiedził (a było wielu) albo był okradziony, albo był podejrzany, bo coś nam ginęło. W tym czasie jak przybyła pani Karola w domu już nie było dosłownie ani sztuki biżuterii. Ludzie po trochę zaczęli nas omijać. Atmosfera była po prostu gęsta. Za rękę nie dało się złapać, naiwne próby rewizji jej rzeczy osobistych oczywiście nie dały wyników (tajemnica ta wyjaśniła się dopiero po wojnie, gdy spotkałem jedną z jej kum – otóż u niej przechowywała łupy i ją w końcu też okradła). Pozostaliśmy w sferze domysłów i poczucia bezradności. Okropne były te ciągłe poszukiwania czegoś co ginęło - i o dziwo – raz na dziesięć razy znajdowało się w najdziwniejszych miejscach, np. pierścionek wciśnięty w gniazdo rygla (zamka) drzwi… No, ale dość biadolenia, atmosfera była podła i tyle…

Tymczasem powoli mijała zima 42/43. Ja zacząłem chodzić do jakiejś szkółki pseudo handlowej. Tylko taka była. Był początek lata (już zacząłem się kąpać w Bugu), rano idąc do szkoły, widzę, że na ulicy dochodzącej do głównej wiodącej przez most do dworca, leży we krwi zastrzelona kobieta, a przy niej siedzi na ziemi i gaworzy jakieś 1,5 roczne dziecko – przerażony uniosłem głowę i spojrzałem na ulicę główną wiodącą na północ ku kościołowi … wszędzie leżą zabici.. Idę jak oszalały – po ubiorach i wyglądzie zaczynam się orientować, że to wszystko Żydzi: mężczyźni, kobiety, podrostki. Leżą na skraju ulicy po obu stronach. Jest ich dużo – na przestrzeni kilometra widziałem chyba do trzydziestu osób. Spotykam kolegów szkolnych, idziemy dalej razem jak zahipnotyzowani tą ulicą z porozrzucanymi zwłokami. Nie wiem i nie rozumiem do dziś, co nas pcha naprzód. Mijamy kościół. Na skwerku przy kościele też leżą – idziemy dalej i nareszcie na targowisku za kościołem tłum żywych ludzi pilnowanych przez żołnierzy niemieckich (mundury nie policyjne) i przez ukraińskich policjantów. Nikt na nas nie zwraca uwagi – ci mundurowi są zajęci dzieleniem i formowaniem jakiś kolumn, oddziałów, które są prowadzone drogą na wschód poza miasto. Wszystko to odbywa się właściwie w ciszy, spokojnie, bez bicia i strzelaniny. Piękne bezchmurne niebo i ta pracowita krzątanina mundurowych wykonujących swą upiorną pracę, Była już 9-ta, a może 10-ta, upał narastał, krzątanina trwała. W mojej otępiałej głowie

tkwiła jedna myśl „co zrobię, jak w przechodzącej kolumnie rozpoznam kogoś, kogo znam” (znałem ok. 20-30 osób z getta), lecz nic takiego nie nastąpiło. Jedyna brutalność, jaką w tych strasznych godzinach widziałem była tak dziwaczna, że do dziś stoi mi w oczach. Obok naszej grupki chłopców, chyba jedynych spektatorów, leżały zwłoki młodej rudej i rosłej kobiety – leżała na wznak z podciągniętymi nogami przy nie kompletnej bieliźnie. Przechodził jakiś żołnierz – elegancki, z podwiniętymi rękawami (oni w ogóle byli domyci i dobrze ubrani); coś mu się w tych zwłokach nie podobało, bo zatrzymał się
i z niesamowitą siłą kopnął je. Korpus się uniósł na odrzuconej nodze i przewalił na brzuch. Z tej niewiarygodnej sceny w moim oczadziałym umyśle najważniejsze było pytanie „czemu ciało się tak uniosło” (nie miałem wówczas pojęcia o stężeniu pośmiertnym). Nie pamiętam momentu, kiedy wycofaliśmy się z tego miejsca, ale na pewno nikt nas nie przegnał. Oprawcy nie zwracali na nas uwagi jakbyśmy byli powietrzem.

Najwięcej informacji o tej likwidacji zdobyły pani Karola i Nowosielska przez swoje znajome – że nocą gnano mieszkańców na dworzec, że ich zawrócili z powrotem (zabrakło wagonów) i że wówczas


w czasie tego pochodu tam i z powrotem tyle nastrzelali ludzi, że te kolumny były gonione za dnia do dołów na bunkry (nie wykonane) i tam ich zabijano. Później był u nas pan Bączkowski, który jadąc wózkiem polną drogą z odległości 150-200 m widział procedurę rozbierania i gnania nagich ludzi na rozstrzał ku dołom na bunkry. Potem jeszcze jakiś chłop opowiadał, że dał nagiej i rannej kobiecie jakąś odzież i jedzenie. Wydzielona i odrutowana część miasta, gdzie było getto, stała pusta. Co śmielsi wybierali się tam na kradzież. Miasteczko powoli wracało do równowagi. O likwidacji mówiło się mało. Zresztą napływały nowe przerażające wieści o rzeziach ukraińskich i o wielkim mordzie w Porycku,
i inne.. I nasze życie toczyło się jak dawniej, aż do chwili, gdy pani Karola stwierdziła znaczne i ciągłe ubytki żywności z domu.

Dziś to się wydają śmieszne rzeczy, te brakujące zapasy kaszy czy oleju, jakeśmy dostawali od państwa O., ale wówczas był to problem. Ponieważ woreczek mąki czy grochu to nie pierścionek czy puderniczka, łatwo było się zorientować, że wynosi Nowosielska. Odbyła się zasadnicza rozmowa Mamy z nią z potworną awanturą o oszczerstwo, a odpowiedź i następstwa przyszły dość szybko: w stosownej porze, aby zastać Matkę w domu, pojawił się umundurowany ukraiński szantażysta „nu, pani, u was jest Żidiwka”. Oczywiście dostał wódkę i forsę na „zgodę” oraz gorące zapewnienie, że to nieprawda


i poszedł zapowiadając dalsze odwiedziny. Wypadki zaczęły się toczyć błyskawicznie, jeszcze tego samego wieczoru pani Karola została odprowadzona przeze mnie na dworzec. Procedura była taka, że ja szedłem pierwszy na wypadek, gdyby napatoczył się ten szmalcownik, dalej ja kupowałem bilet, bo uważaliśmy, że on może mieć wspólnika, i w razie gdyby mnie się coś nie podobało, to miałem panią Karolę zaprowadzić do stacji Krystynopol. Na szczęście nic złego się nie zdarzyło i pani Karola pojechała w świat (wiem, że przeżyła), a z nami pozostały problemy. Stało się jasne, że to już sprawa gardłowa,
a nie jakaś tam biżuteria czy mąka. Na takie dictum nie ma innego wyjścia, jak uciec od garbusa
i szantażysty – nie mamy dowodu, ale chyba Nowosielska miała spółkę z tą szują. W każdym razie na pewno go na nas napuściła (on – prymityw – sam się wygadał). Mamie przyszedł do głowy genialny pomysł. Mieliśmy w domu pismo – odmowę na mój wyjazd do Rzeszy pod Wieluniem do mojej babki, autentycznej Niemki von Rappard z domu. Pismo było od niemieckich władz prowincji czy rejonu. To pisemko posłużyło do wykonania fałszywego fikcyjnego zezwolenia na przyjazd do babci do Dzietrzkowic dla Anny, Krzysztofa i Piotra N. Odpowiednie stemple zostały podrobione przez właściwych specjalistów. Oczywiście, była to bzdura, ale wystarczyło na postraszenie szantażysty
i oszukanie Nowosielskiej. W trybie ekspresowym nastąpiła likwidacja udziału w sklepie (zostaliśmy pięknie oszukani przez wspólnika), pakowanie do wagonu towarowego naszego mienia i nieszczęsnego towaru ze sklepu. Nie pamiętam daty wyjazdu, ale zdarzyła się wówczas rzecz straszna. Nasz wagon nie mógł być wyekspediowany tego dnia, więc poszliśmy na nocleg i pożegnanie do państwa Odrzywolskich do Opulska. W nocy nastąpił napad bandytów, którzy chyba niewiele zrabowali, ale śmiertelnie ranili panią Odrzywolską, osobę, która nas gościła. Uprowadzili również Mariana Siegmunda – nie wiadomo po co, bo go poturbowali i puścili wolno.

P.s.


Tak skończyła się nasza przygoda, nazwijmy ją „żydowsko-garbata”. Na naszym losie zaważyła i Żydówka i Garbus – autentyczny nie tylko fizyczny, ale i umysłowy.

W Krakowie zaczął się dla nas bardzo ciężki okres – mówiąc krótko – nędza. Trwało to mniej niż rok, bo później Matka „złapała oddech” w Warszawie. Tylko, ze za pół roku było powstanie i znów od początku…

„Na nogi” nie stanęła Mama już nigdy…

Pisane przez Krzysztofa w latach 1982 – 83.
Objaśnienia dotyczące osób, miejsc i zdarzeń

Matka Anna Nieszkowska, córka Wincentego Rozwadowskiego, zmarła w roku 1958

Niania Horodyska córka generała Tadeusza Rozwadowskiego. Wiem, że po wojnie mieszkała
w Sopocie (potem w Bytomiu). Epizod z mieszkańcami zakończył się zapewne
szczęśliwie. Przed śmiercią mieszkała w Gdyni, gdzie zmarła w roku 1978.

Pani Karola nazwiska niestety nie znam. Albo ona, albo jej siostra były spikerką radia
lwowskiego W roku 1947 nawiązała kontakt z moją Matką i stąd wiem, że
przeżyła oraz, że zaraz po wojnie urodziła dziecko Korespondencja się urwała;
być może, że żyje.

Maria Nowosielska występująca pod przezwiskiem „garbus” – rzeczywiście osoba kaleka, zapewne
obarczona jakąś dewiacją umysłową. Wówczas miała około 50 lat, pewnie nie
żyje.

Piotr Nieszkowski występuje pod imieniem Piotruś. Żyje i mieszka w Szczecinie.

Marian Siegmund artysta malarz. Żyje i mieszka w Krakowie. Jestem z nim w kontakcie.

Państwo Odrzywolscy pani zginęła latem 1943, pan zmarł ze zgryzoty wkrótce po tym. Żyje ich jedyna
córka pani Wacława Odrzywolska (nieznacznie starsza ode mnie), mieszka
i pracuje w Krakowie, jesteśmy w kontakcie.

Helena von Rappard moja babcia w linii prostej. Niemka, właścicielka resztówki Dzietrzkowice.
Podczas wojny prześladowana za to, że syn jej (mój ojciec) był oficerem WP
i w oflagu IIC omówił podpisania volkslisty. Zmarła w roku 1949, a ojciec
w 1975, oboje w Dzietrzkowicach.

Jedna z „kum” garbuski - w roku 1945, po wyzwolenie, zostałem agresywnie zaczepiony przez panią,
zdaje się o nazwisku Kochan (?) z pretensją o to, że garbus ją okradł i że ja lub
my jesteśmy winni udzielić informacji gdzie jest ta Nowosielska. W trakcie
rozmowy wyszło, że ona przechowywała u nic „swoją” biżuterię i znając ich
skrytki okradła ich. Na moje pytanie czy u nich też przechowywała żywność,
którą od nas wynosiła – rozmowa gwałtownie się urwała i na tym ostatni kontakt
się zakończył. Rozmowa odbyła się na ulicy w Krakowie.

Bączkowski krewny właścicielki majątku Spasów pod Sokalem, pani Romanowskiej (a też
krewny Rozwadowskich!). Ostatni raz widziałem go w roku 1946.

Objaśnienia dotyczące sytuacji oraz użytych zwrotów

żargon - słowo to oznacza sposób wyrażania się osób narodowości żydowskiej ze
wschodnich miasteczek lub osób starszych. W zasadzie młodzi Żydzi nie używali
go, mówili poprawną polszczyzną.

dyskretne zakupy” - podstawowym zagrożeniem dla ukrywających się była wszechogarniająca plotka


Zresztą była jedynym i powszechnym źródłem informacji. Prasa „gadzinówka”
informowała tylko o zwycięstwach Rzeszy. Rozpowszechnienie się plotki – przez
ludzi dobrej woli – mimowolnie stawało się źródłem informacji dla HIEN. Stąd
konieczność ukrywania każdej nietypowej rzeczy… Samotna Niunia nagle
zaczyna kupować duże ilości pożywienia… A więc czynność ta musiała być
prowadzona ostrożnie.

czapa” - czyli kara śmierci. Czy była realizowana? Otóż tak i to w szczególni


spektakularny sposób w małych miasteczkach i wioskach. Niekiedy z wybiciem
całej rodziny łącznie z dziećmi, ze spaleniem domu i zakazem (znów pod karą)
pochówku przez tygodnie. Nie było to regułą. Czasem kończyło się tylko
Oświęcimiem dla głowy domu. Jednak jeżeli były pieniądze, to można było się
niekiedy wykupić. W dużych miastach z reguły Oświęcim.

ukrywający się - dziś jako człowiek dojrzały wiem, że to po prostu kliniczny opis zachowań ludzi
stłoczonych i zamkniętych, w stanie zagrożenia. Przez wiele lat myślałem, że to
szczególna cecha aspołeczna narodowości Żydów (czyżby mój antysemityzm??).

likwidacja getta - likwidacja getta w Hrubieszowie musiała nastąpić wczesną wiosną 1942.
Opisana scena, to mglisty mroźny wieczór. Następnego dnia rankiem (znów
mróz) widziałem zbiorowy pochówek (wrzucanie do dołu) zwłok zabitych Żydów

Ukraińcy - przed wojną Ukraińcy byli w jakiś sposób uciskani przez administrację polską
(np. przerwana budowa społecznego ukraińskiego teatru w Sokalu), w czasie
wojny stali się oni – na skutek polityki okupanta – czymś zwierzchnim kastowo
w stosunku do Polaków (większość). Pariasami poza wszelkim „prawem” byli
oczywiście Żydzi (do czasu ich wymordowania). W tym czasie, gdy tam mieszka-
łem, jeszcze nie było żadnych ekscesów ukraińsko – polskich, lecz wzajemna
obserwacja i dystans. Rzezie i prześladowania nastąpiły nieco później, lecz poza
Sokalem (patrz „Poryck”).

ucieczka z Wołynia - Mama, jako właścicielka majątku leśnego Spangródek koło wsi Huta Polska oraz
żona oficera WP była skazana razem z dziećmi na wywózkę w głąb Rosji.
Ostrzegli nas i pomogli w ucieczce chłopi z Huty i Żydzi sklepikarze z innej
wioski „rusińskiej” o nazwie Stepangród. Dla skomplikowania sytuacji dodam, że
nadjeżdżający agitatorzy i działacze pseudokomuny, którzy prowadzili rewizje,
kradli i agitowali do samosądu nad naszą rodziną byli też Żydami. Z kolei
w Mińsku osoby, które nam pomogły w wyprzedaży reszty mienia (na pokrycie
kosztów przemytu), to też Żydzi, nawet zapamiętałem przez przypadek nazwisko
pana, który udzielił nam noclegu : p. Szapiro…

hasło „wymiana” - w roku 1939 w skutek ucieczki na wschód przed armią niemiecką – za granicę
wynikającą z rozbioru Polski między Sowiety, a Rzeszę, znalazło się dziesiątki,
jeśli nie setki tysięcy, uciekinierów bez możliwości powrotu do siebie. Tym
oczekującym na powrót tłumom obiecały władze sowieckie (nie oficjalnie, lecz
inspirowaną plotką), że wkrótce nastąpi otwarcie granicy i „wymiana”. We
wstępnym projekcie mieliśmy się przebijać przez granicę w Brześciu lub jego
okolicy. To wskutek wczesnego śniegu okazało się niemożliwe. Przy okazji
zapamiętałem nieprzebrane tłumy koczujące na niezniszczonym dworcu
brzeskim. W późniejszym terminie (wiosną 1940 roku) ograniczona „wymiana”
została zrealizowana. W ten sposób odzyskałem swego brata, my pryśliśmy
z p. Małkinią.

zakupy - pewna liczba osób z getta odwiedzała nasz dom – czy to dostarczając materiały
malarskie dla p. Mariana, czy biorąc coś od nas (lekarstwa czy coś takiego).
Poza tym moje zakupy najlepiej się jednak udawały na ryneczku w przyszłym
getcie. Tam po raz pierwszy i jedyny widziałem kobiety w perukach chodzące po
zakupy. Stąd moja znajomość z widzenia 20 – 30 osób.

Poryck - w miarę zbliżania się końca wojny nasiliły się sztucznie pobudzane i naturalne
antagonizmy ukraińsko – polskie. W Porycku nastąpiła wielka i spektakularna
rzeź ludności polskiej przez ekstremistów ukraińskich. Zginęło w zbiorowym
mordzie ok. 80 osób. W tej okolicy był to prekursorski wypadek. Dalej na
wschodzie te rzeczy rozpoczęły się już w roku 1939 – na uciekinierach i
pojedynczych żołnierzach.

Szantażyści - „straszenie szantażysty” wydaje się niewiarogodne, ale jest prawdą.
Półpiśmienny i tępy „Hrycio” mundurowy gdy zobaczył pismo w języku „panów”
z pieczątkami, z którego mógł zrozumieć tylko nasze nazwiska „przysiadł”.
Dodatkowego strachu napędziła mu chyba sama Nowosielska, która znała pełną
treść fałszywki i w nią uwierzyła. Posiadanie krewnych Niemców było groźne
nawet dla tego mundurowego (w jego pojęciu).

Pisane przez Krzysztofa w roku 1990.




©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna