Wojciech Jagielski



Pobieranie 1,07 Mb.
Strona1/25
Data01.04.2018
Rozmiar1,07 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   25

PowerPlusWaterMarkObject3


Wojciech Jagielski

Wieże z kamienia

Wydanie I

Warszawa 2004

Michałowi

Zimna, gęsta mgła leżała jeszcze nisko nad zieloną kotliną, a blade słońce dopiero podnosiło się powoli nad górami, budząc do życia wioskę Szodroda, ukrytą między zboczami Kaukazu.

Kobiety kończyły dojenie krów. Rozczochrane dzieciaki biegały po uliczkach i wymyślały sobie zabawy na nowy dzień. Zwyczajną senność poranka przerwało nagłe pojawienie się pasterzy, którzy zdyszani zbiegli z górskiej łąki i przekrzykując się nawzajem, opowiadali o partyzantach maszerujących przez przełęcz w kierunku wioski.

Popędzając juczne osły, szli z karabinami i skrzynkami wypełnionymi amunicją. Nie kryli się, jakby wcale nie obawiali się spotkania z żołnierzami patrolującymi granicę. W południe byli już w wiosce. Nikt ich nie zatrzymywał, weszli bez jednego wystrzału. Na wieść o nadciągającym oddziale miejscowi policjanci, którzy całą noc mocnym winem świętowali urodziny kolegi, wrzucili karabiny do bagażników i samochody z piskiem opon odjechały w stronę najbliższego miasteczka.

Poza starcami mężczyzn w wiosce prawie nie było. Jak zawsze o tej porze roku - a był to sam środek upalnego lata - wędrowali do Rosji, by na budowach czy przy żniwach zarobić na przeżycie w górach kolejnej zimnej i chudej jesieni, kolejnej mroźnej zimy.

Partyzanci byli przyjaźni. Zebrali ludzi na rynku i oznajmili, że przybyli z gór, by ich wyzwolić. Dowódca mówił o niesprawiedliwości, złodziejstwie urzędników, a także o Wszechmogącym, który wynagrodzi wieśniakom krzywdy i upokorzenia. - W imię Wszechmogącego ogłaszam wioskę wolną i niezależną od stolicy, co zapomniała o Bogu!

Brodaty komendant obiecał też, że partyzanci nie zrobią ludziom nic złego. Zakazał nawet swoim żołnierzom zrywać jabłka w wiejskich sadach.

- Przystańcie do nas i żyjcie według nakazów Najwyższego - wzywał mieszkańców Szodrody. - Możecie jednak odejść, jeśli boicie się śmigłowców, które pojawią się tu niechybnie, jak tylko rozniesie się o nas wieść. Albo jeśli nie jesteście jeszcze gotowi, by żyć tak, jak przykazał Pan.

Wyglądał na rozczarowanego, gdy godzinę później posępni mieszkańcy wyruszyli w drogę, porzucając wioskę, nad którą powiewała samotna zielona flaga, zawieszona przez partyzantów na minarecie meczetu.

Tego dnia brodaci partyzanci wkroczyli też do innych wiosek rozrzuconych po zielonych wąwozach Kaukazu rozpłatanego tu granicą, która oddzielała spokojny Dagestan od buntowniczej Czeczenii. Pojawili się w Rachacie, Tando, Aszino, Ansalcie, Agwali, Gałatłach, Szauri, Andi i jeszcze w tuzinie aułów w powiatach botliskim i cumadińskim po dagestańskiej stronie granicy.

Mieszkańcy wiosek rozpoznali w brodaczach Czeczenów. Wyróżniali się nie tylko mową, ale i niespotykanym w tych stronach zachowaniem. Czeczeni zawsze wynosili się nad innych, lecz ich pycha stała się wprost nie do zniesienia, odkąd latem dziewięćdziesiątego szóstego, po prawie dwuletniej wojnie, powstrzymali i zmusili do odwrotu wielokrotnie liczniejszą i silniejszą rosyjską armię. Nie udało się to żadnemu z kaukaskich ludów. Od dawna żaden nawet nie próbował zadrzeć z Rosją. Od czasu zaś zwycięstwa nad Rosjanami Czeczeni nie tylko wywyższali się nad innych jak nigdy dotąd, ale uzurpowali sobie prawo do pouczania sąsiadów i wtrącania się w ich sprawy.

Nazywali pogardliwie Dagestan Krajem Niewiary, Dar alkali, choć sami wiarę Proroka przyjęli ponad tysiąc lat po dagestańskich góralach. Wcześniej żyli przez stulecia oddając pokłony świętym górom i zagajnikom, a nawet Bogu chrześcijan, podczas gdy ulemowie i szejkowie z Dagestanu pod względem pobożności i wiedzy walczyli z powodzeniem o pierwszeństwo ze świętymi mężami z Kairu, Bagdadu czy Stambułu. Także z Dagestanu wywodzili się sławni kaukascy imamowie z Szami-Iimh na czele, którzy walczyli nie tylko o wolność, ale także o państwo Boże. Z Dagestanu pochodzi też aż trzy czwarte kaukaskich pielgrzymów, co roku wyruszających w hadżdż, pielgrzymkę do Mekki, ojczyzny Proroka. Czeczeni zaś, którzy nie dość, że przyjęli wiarę późno i w dodatku od samozwańczego proroka, szejka Mansura, z gorliwością neofitów przywłaszczyli sobie nazwę Kraju Wiary, Dar al-Islam.

Odkąd nie dali się Rosjanom, już tylko siebie stawiali innym za wzór, podburzali bliższych i dalszych sąsiadów do wspólnego buntu przeciw Rosji. Wystarczyło, że usłyszeli, iż ktoś w Kabardzie, Czerkiesji, Bałkarii czy Karaczaju przebąknął o niepodległości, a już słali posłańców, by nawiązać stosunki, udzielić poparcia, przekonać do pomysłu utworzenia jednego państwa kaukaskich górali.

Dagestańskim góralom tłumaczyli natomiast wyniośle, że Dagestan i Czeczenia to właściwie jedno. Tak Dagestańczycy, jak i Czeczeni powinni więc co prędzej wygnać ze swojego kraju rosyjskich żołnierzy, urzędników i celników, by zacząć wreszcie żyć swobodnie, oddychać pełną piersią.

Mieszkańcy zajętej przez brodatych partyzantów Szodrody istotnie uważali Czeczenów za swoich. Granice dzieliły ich wioski, pastwiska i wodopoje tylko na mapie. Mieszkali przez miedzę, po jednej stronie dagestański Botlich, po drugiej czeczeńskie Wiedeno. Kiedy z blaszanego głośnika przymocowanego drutem na wieżyczce meczetu w Szodrodzie wioskowy muezin ochryple wzywa do modlitwy, jego głos docierał także do czeczeńskich aułów po drugiej stronie doliny.

Znali się, odwiedzali, handlowali na bazarach, zapraszali na wesela i pogrzeby, zdarzało się - choć rzadko - że wydawali swoje córki za synów sąsiadów. Kiedy Czeczeni walczyli w górach z Rosjanami, ich żonom i dzieciom dali schronienie dagestańscy górale. Karmili, strzegli, nie licząc dni gościny ani nie pytając o zapłatę. Wielu mieszkańców Dagestanu, głównie miejscowych Czeczenów, zaciągnęło się też do partyzantów, by pomagać im w wojnie z Rosjanami.

Nie oczekiwali wdzięczności. Udzielenie gościny jest na Kaukazie obowiązkiem tak samo świętym jak konieczność troski o dobre imię czy krwawej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie zemsty, jedynego sposobu wyrównania krzywd lub zmycia hańby.

Nie spodziewali się jednak, że nie dziękując nawet za gościnę, Czeczeni zaczną się szarogęsić w dagestańskich wioskach, że wtargną do ich domów z karabinami w garści.

- Czego tu szukacie? - spytali starcy z dagestańskich wiosek, próbując powstrzymać schodzących z gór partyzantów. - Nic tu po was.

- Cała ziemia należy do Najwyższego - odburknął brodaty komendant, odsuwając siwobrodych starców stających mu na drodze. - Jesteśmy sługami Wszechmogącego i możemy chodzić, dokąd chcemy, nie pytając nikogo o zgodę.

Wśród partyzantów było także wielu Dagestańczyków.

Widać obecność miejscowych chłopaków w oddziałach partyzanckich na tyle ośmielała ich czeczeńskich komendantów, że zachowywali się tak, jakby najeżdżając zbrojnie dagestańskich wieśniaków, wyrządzali im przysługę. Nie spodziewali się wcale wrogości czy choćby pretensji. Sprawiali wrażenie pewnych siebie, swojej sprawy i zwycięstwa. Do Dagestańczyków, którzy z nimi przybyli zza gór, odnosili się jak zwierzchnicy do podwładnych, nie zaś jak goście wobec gotowych im nieba przychylić gospodarzy.

Mieszkańcy Szodrody, Tando i Ansalty zorientowali się szybko, że brodacze, w których rozpoznawali swoich rodaków i sąsiadów, to ci sami buntownicy, co pół roku wcześniej musieli uciekać z Dagestanu przed gniewem miejscowych władz. Stołeczni urzędnicy z Machaczkały okrzyknęli ich groźnymi przestępcami i obwieścili, że wyznawana przez nich religia jest wywrotowa i zła. Buntownicy, którzy istotnie głosili potrzebę obalenia skorumpowanego i bezbożnego - jak mówili - rządu, znaleźli ratunek w sąsiedniej Czeczenii, dokąd uciekło ich prawie tysiąc.

Osiedli w miasteczku Urus-Martan, znanym na całym Kaukazie jako niepokorna twierdza muzułmańskich fanatyków i marzycieli, samozwańców i banitów. Nie uznawali niczyjej władzy i śnili o nowym kalifacie, który jednym jawił się jako prawdziwie sprawiedliwe państwo, innym zaś jako oaza anarchii. Do Urus-Martanu zjeżdżali wszelkiej maści kaukascy rebelianci, a nawet wędrujący po świecie arabscy wojownicy, w poszukiwaniu męczeńskiej śmierci na świętej wojnie, przepustki do raju.

Urus-Martan cieszył się też na całym Kaukazie złą sławą głównego targu niewolników porywanych dla okupu przez zbrojne bandy, których hersztowie również tutaj mieli swoje siedziby i wojenne bazy. Urus-Martan wymykał się spod wszelkiej kontroli - także nieuznawanego tu prezydenta Czeczenii - i nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co się tam naprawdę działo.

Na wieść, że buntownicy schronili się w czeczeńskim Urus-Martanie, dagestańskie władze kazały wzmocnić posterunki na granicy z Czeczenią. Zapamiętano dobrze, że ucieczkę z Dagestanu banici porównywali do ucieczki Mahometa z Mekki i zapowiadali, że powrócą równie triumfalnie jak Prorok.

I oto wracali, wierząc, że znajdą posłuch i poklask przynajmniej wśród mieszkańców nędznych przygranicznych wiosek, dawno zapomnianych przez urzędników z odległej Machaczkały, zajętych bez reszty pomnażaniem własnych majątków. Powstańcy liczyli, że przy pomocy doświadczonych czeczeńskich wojowników uda im się przepędzić rosyjskich żołnierzy pilnujących granicy i na wyzwolonych ziemiach ogłosić niepodległą górską republikę prawowiernych. Ta zaś, z czasem, miała połączyć się z Czeczenią, a także z innymi powstającymi w Dagestanie oazami wolności i prawa Bożego, stając się zarodkiem kaukaskiego kalifatu.

Trzeciego dnia czeczeńscy i dagestańscy przywódcy rebelii zebrali się w zdobytej bez walki wiosce Ansalta. Po krótkiej naradzie wybrali powstańcze kierownictwo. Weszli do niego przedstawiciele pół setki zagubionych w górskich wąwozach wsi, które bez rewolucji i zbrojnych buntów rządziły się u siebie według praw Koranu. Z niektórych wiosek przysłanych ze stolicy policjantów i urzędników wypędzono. Z innych sami uciekli przed nędzą i beznadzieją, podobnie jak nauczyciele, lekarze, agronomowie.

Wielu spośród przywódców powstania - mułłów, dziennikarzy i poetów - miało za sobą długoletnie pobyty w więzieniach i koloniach karnych na dalekiej Syberii. Więzienie i wygnanie były karami za daremną - zdawało się - walkę o wolność podbitego przez Rosjan Kaukazu i o zakazany przez nich islam. Na czele powstańczej rady stanął mułła Bagautdin Mohammedow z Kizlaru, który niezwłocznie ogłosił się szejkiem. Jego wezyrem został Siradżuddin Ramazanow, Awar z Gunibu. Powstańcy proklamowali powstanie niepodległej górskiej republiki muzułmańskiej i wydali świętą wojnę Rosji. Wybrali też emira, by poprowadził ich do zwycięstwa. Został nim, bez jednego głosu sprzeciwu czy choćby wahania, czeczeński komendant, który dowodził powstańczym zajazdem z Czeczenii na dagestańskie pogranicze, a podczas wojny z Rosjanami okrył się tak wielką sławą, że za bohatera uważano go nie tylko w Czeczenii, ale na całym Kaukazie. Nazywał się Szamil Basajew.

Nazajutrz nadleciały rosyjskie samoloty i zrzuciły na Ansaltę bomby. Na Kaukazie wybuchła nowa wojna, po której miała nadejść jeszcze większa i jeszcze straszniejsza od wszystkich dotychczasowych.

Śmigłowce ciężko, z jękiem wzbiły się nad ziemię. Szarozielone, z czerwonymi gwiazdami na pancerzach kadłuba, mocowały się z rześkim, przezroczystym powietrzem poranka jak pływak, który rozpaczliwie broni się przed zatonięciem.

Z położonego na wysokim wzgórzu miasteczka Botlich widać je było z daleka, gdy leciały wąwozem, gdzie płynęła rzeczka, z nosami spuszczonymi nisko nad ziemią, jakby przeglądały się w strumieniu albo próbowały wypatrzyć coś między głazami. Dopiero u podnóża góry, gdzie wąwóz zakręcał, by ominąć wysokie wzniesienie z przyklejonym do jego zbocza miasteczkiem, śmigłowce podrywały się znad rzeki. Gwałtownie, jakby dopiero w ostatniej chwili dostrzegały skałę, o którą mogły się roztrzaskać.

Stękając głośno z wysiłku, podnosiły się wyżej i wyżej, powoli wydostawały się z przepaści, zrównywały z botliskim rynkiem i w końcu zawisały nieruchomo nad miasteczkiem. Tam równały szereg, jakby się naradzały, by po chwili drapieżnie zaatakować górę tworzącą przeciwległą ścianę wąwozu. Miejscowi wieśniacy przezywali górę Oślim Uchem. Na jej zboczach, a także na sąsiedniej Łysej Górze i w położonej między nimi wiosce Tando ukrywali się przybyli z Czeczenii partyzanci, którzy chcieli wywołać w spokojnym Botlichu zbrojne powstanie.

Pierwszego dnia podeszli aż do rogatek i celnymi strzałami z granatników zniszczyli kilka rosyjskich śmigłowców na lądowisku wykutym w skałach pod miastem. Nie udało się im jednak poderwać miejscowych Awarów do walki. Co więcej, tutejsi górale nie tylko nie dali posłuchu przybyszom, ale zwrócili się przeciw nim. Wieśniacy z aułu Godoberdi, uzbrojeni w stare, myśliwskie flinty na wilki i niedźwiedzie, pierwsi nie wpuścili partyzantów do swojej wsi, a potem odpierali ataki, spuszczając na nacierających skalne lawiny. Napotkawszy niespodziewany opór, partyzanci okopali się w górskich kryjówkach, pochowali się w pieczarach i lasach porastających zbocza. Podzieleni na kilkuosobowe grupy, bronili już tylko zajętych gór, przełęczy i aułów. Czekali na posiłki i rozkazy z Czeczenii.

Za dnia, gdy rosyjskie samoloty i śmigłowce zrzucały na nich bomby i rakiety, partyzanci kryli się w bezpiecznych jaskiniach. Wyłazili z nich, kiedy po nalotach zapadała głucha cisza, a Rosjanie posyłali w góry piechotę. Z wierzchołków nagich skał partyzanci strzelali do wspinających się z mozołem żołnierzy jak na wiejskiej strzelnicy.

Po odparciu kilku krwawych szturmów Rosjanie zrezygnowali. Odtąd z rzadka było słychać karabinowe strzały, partyzanci witali nimi nadlatujące śmigłowce. Jeszcze rzadsze były bitwy na górskich zboczach. Wojnę przeciw partyzantom prowadziły ciężkie, opancerzone śmigłowce, które przez cały dzień, od rześkiego świtu do ciepłego późnego zmierzchu, nękały partyzanckie kryjówki i burzyły zajęte przez nich wsie. Systematycznie, dzień po dniu, dom po domu.

Góry wokół Botlichu rozbrzmiewały dalekimi, głuchymi eksplozjami. Białe słupy dymów, podnoszące się z szarawych skał i zielonych lasów, znaczyły miejsca, gdzie trafiały rakiety i bomby. Kiedy naloty się nasilały, siwe dymy jak mgła zasnuwały zbocza i wierzchołki gór. Bombardowania przerywano tylko w porze obiadu, w południe, gdy upał najbardziej dawał się we znaki.

W miasteczku było cicho jak makiem zasiał. Wydawało się, że mieszkańcy wstrzymali oddech i z natężeniem wsłuchują się w odległe eksplozje, by wywróżyć z nich przyszłość.

Na kamiennym rynku, przycupnąwszy na małej ławeczce, siedzieli wąsaci starcy w futrzanych czapach. Przyglądali się temu wojennemu widowisku w górach bez słowa, niemal bez ruchu. Od rana do wieczora tkwili na rynku niczym rzadkie i równie stare jak oni drzewa, których cień dawał schronienie przed słońcem. Przypominali weteranów zaproszonych za zasługi na darmowe przedstawienie. Przyprowadzeni z honorami na widownię i pozostawieni sami sobie, w milczeniu oglądali powtarzany w kółko spektakl, którego treści ani przesłania nie pojmowali.

Wrażenie było tym silniejsze, że całe miasteczko przypominało wykuty w stromej skale amfiteatr. Widownią były otaczające Botlich górskie ściany, w ich szczeliny i uskoki wciskały się rzędami kamienne domostwa. Szukając oparcia i równowagi, tłoczyły się, rozpychały, piętrzyły jedne na drugich. Dachy domów położonych niżej na zboczu służyły za podwórza obejść zbudowanych wyżej, a sąsiednie chałupy wspierały się na wspólnych kamiennych murach. W tym zapamiętałym przepychaniu i walce o przestrzeń nie zostawiono niemal miejsca na wąziutkie, kręte uliczki, wiodące z domów w górnych rzędach na rynek i przycupnięty przy nim niewielki meczet. Było to miejsce centralne, najważniejsze, święte, zastrzeżone dla starców, którzy całymi dniami przypatrywali się, jak samoloty i śmigłowce przecinają ciemnogranatowe, pogodne niebo, przeganiając z niego jastrzębie i orły.

Dzieciaki spędzały dnie na dachach i wierzchołkach drzew, skąd roztaczał się najlepszy widok na zawłaszczone przez samoloty i śmigłowce niebo, panoramę gór i toczącą się w oddali wojnę. Najbardziej oblężone były dachy i drzewa na skraju miasteczka, tuż nad przepaścią, z której wzbijały się śmigłowce. Stojąc nad urwiskiem, można było z bliska popatrzeć w twarz pilotom, gdy podnosili maszyny na wysokość skalnej półki Botlichu. Każdy wynurzający się z górskiej czeluści śmigłowiec był witany piskami zachwyconej dzieciarni.

Kobiety oglądały wojnę z obejść domostw, a raczej, zapracowane przy studniach i kuchniach, rzucały jej przelotne, zatroskane spojrzenia. Prostowały się z trudem nad baliami i dymiącymi garami, przysłaniały oczy od słońca i patrzyły w niebo.

Od poranka do zmierzchu zwiastowanego przez muezina, który z wioskowego meczetu zawodzącym głosem wzywał wiernych na wieczorną modlitwę, całe miasteczko, a wraz z nim także my, przyjezdni dziennikarze, trwało w bezruchu, przyglądając się śmigłowcom i wsłuchując w głuche, dalekie eksplozje. Nic innego nie było do roboty. Nic się nie działo.

Z naszego amfiteatru nie było bowiem widać sceny, na której rozgrywało się przedstawienie. Zasłaniała ją wielka zielona góra. Słyszeliśmy odgłosy walki, widzieliśmy słupy dymu unoszące się nad górskim szczytem i niknące za nim śmigłowce i samoloty.

Wleciały trzy, trzy wyleciały, huk, dym, przerwa. I znów. Dwa wleciały, a po nich jeszcze dwa. Huk, dym, warkot silników powracających maszyn.

Siedzieliśmy niby widzowie przed kurtyną, którą ktoś zapomniał podnieść, mimo że przedstawienie już się rozpoczęło. Aktorzy wchodzili i schodzili ze sceny, a my nie wiedzieliśmy, co się na niej dzieje. Docierały do nas dźwięki dramatu rozgrywającego się za zasłoną, ale jego treści i przebiegu mogliśmy się tylko domyślać.

Nie sposób też było ruszyć się dokądkolwiek. Wojsko zdążyło już pozamykać drogi wiodące przez góry do Wiedeno, do Czeczenii. Żołnierze z posterunków otaczających Botlich nie przepuszczali nawet do aułu Godoberdi - w jego pobliżu ponoć toczyły się walki. Mieli nas tam zabrać Awarowie, z którymi lecieliśmy z Moskwy do Machaczkały pustym samolotem. Awarowie mieszkali w Godoberdi, a na lato wyjeżdżali do Rosji, gdzie najmowali się na budowach jako sezonowi robotnicy. Rzucili robotę, usłyszawszy przez radio wiadomości o partyzantach z Czeczenii, którzy zapędzili się za ich miedzę. Awarowie wracali do aułu, by walczyć z intruzami. W drodze kłócili się między sobą. Jeden z nich uważał, że karabiny powinni kupić na bazarze w Machaczkale, dwaj przekonywali, że nie ma co tracić pieniędzy, bo broń z pewnością będą rozdawać w wiosce lokalne władze.

Z Awarami rozstaliśmy się jednak już w Botlichu. Żołnierze przepuszczali do wsi tylko tych, którzy w niej mieszkali i mogli to poświadczyć jakimś dokumentem. Pozostałych podróżnych zawracano do miasteczka, a zdarzało się, że nawet odsyłano aż do Machaczkały. Pojawili się agenci tajnej policji. Stali na posterunkach przy drogach, przesiadywali w gospodach uczęszczanych przez tubylców i przez nas, przybyszów. Snuli się pozornie bez celu krętymi zaułkami, wystawali w cieniu drzew na placu przed meczetem. Nasłuchiwali, mieli baczenie, kręcili się, zakazywali wszystkiego i wszędzie, żądali, by pokazać legitymacje, przepustki, zezwolenia, na których nigdy nie było dosyć pieczęci okrągłych, trójkątnych, kwadratowych.

Przyjechaliśmy nie w porę i nie tam, gdzie trzeba. Jak zwykle.

Z reguły przyjeżdżałem za późno i przeważnie nie z tej strony, co należy.

Wyłączając szczęśliwe zrządzenia losu i zdarzenia przewidywalne, wyruszałem zazwyczaj w podróż dopiero na wieść, że coś ważnego już się stało. Zostawałem w tyle od razu na starcie, próbując potem rozpaczliwie gonić utracony czas. Rzadko udaje się być świadkiem czegoś od samego początku i aż do końca, jeszcze rzadziej - obejrzeć wszystko po jednej i po drugiej stronie barykady, mieć pełny obraz, polegać tylko na własnych obserwacjach i wrażeniach. Stanąć tuż-tuż przy magicznej, niewidzialnej linii - nie przekraczając jej jednak - która wyznacza granicę między widownią a sceną, widzieć z bliska twarze bohaterów dramatu, każdy ich grymas, słyszeć nie tylko ich krzyki, ale także szepty, dostrzec każdy gest. Być tak blisko sceny, by się poczuć, choć przez chwilę, jej równoprawnym gospodarzem, lecz wystarczająco daleko, by się bezpiecznie wycofać. Nie dać się jej porwać, pochłonąć, nie pozwolić, by bezwstydna ciekawość koszmaru przemieniła widza i krytyka w bohatera pozbawionego prawa powrotu na widownię.

Decyzja o wyjeździe do Botlichu była błędem popełnionym świadomie i niemal przez wszystkich dziennikarzy. Na cóż można było liczyć, przybywając trzeciego czy czwartego dnia do oblężonej miejscowości, w kraju rządzonym przez wszechwładnych biurokratów i bezdusznych, brutalnych agentów tajnej policji? Partyzanci nie szturmowali miasteczka, lecz zatrzymali się na jego rogatkach. Nie dało się więc opisać dramatu mieszkańców oblężonej twierdzy ani triumfu jej zdobywców. Jedynym, za to najważniejszym argumentem przemawiającym za Botlichem był fakt, że właśnie tu toczyła się wojna i że można tu było w miarę łatwo i szybko dotrzeć.

Wiedziałem, że należało jechać do Czeczenii. Do Groźnego, Nowych i Starych Atagów, a stamtąd zawrócić na wschód, w góry, do Nożaj-jurtu i Wiedeno, znaleźć przewodników, którzy by przez przełęcz Charami doprowadzili mnie do obozu partyzantów. Z nimi zaś można było dostać się na widoczną z Botlichu, lecz niedostępną górę Ośle Ucho, gdzie toczyła się właściwa wojna, i przekonać się tam, jak wygląda naprawdę, poczuć na sobie, czym jest.

Tak właśnie zrobił Rusłan, fotograf i operator kamery filmowej. Doścignął partyzantów w górach i stał się kronikarzem ich zajazdu na Dagestan. Siedząc po drugiej stronie góry, tuż obok, na starym telewizyjnym ekranie widziałem, jak uśmiechnięty i pewny siebie Basajew rozdziela między partyzantów ciężkie, dojrzałe arbuzy. Jak ubrany w polową kurtkę z arabskimi napisami na pagonach naradza się, studiując mapy ze swoimi komendantami, wreszcie - jak jego kanonierzy strzelają z armatek do prawie niewidocznych na niebie śmigłowców, jak wiwatują: „Allah akbar - Bóg jest wielki!”

Rusłan, choć pracował dla zagranicznych redakcji, był jednak Czeczenem. A do Czeczenii nie jeździło się wtedy, ot, tak sobie. Po wojnie z Rosją, zakończonej nierozstrzygąjącym niczego rozejmem, kraj ten przeistoczył się w nowe Dzikie Pola, wymykające się spod wszelkiej kontroli i żyjące bez żadnych praw. Była to kraina, w której zbrojne bandy, dla zarobku lub na zlecenia patronów z Kaukazu i Rosji, polowały na ludzi i porywały ich dla okupu. Cudzoziemcy, a więc dziennikarze, bo nikt inny z zagranicy tu nie zaglądał, byli towarem szczególnie poszukiwanym. Można było za nich nie tylko wytargować najwyższą cenę, ale ich porwania najskuteczniej kompromitowały tych czeczeńskich polityków, którzy utrzymywali, że Czeczenia może istnieć jako państwo niepodległe, bezpieczne i przewidywalne.

Wybuch powstania pod Botlichem sprawił, że podróż do Czeczenii stawała się jeszcze większą pokusą, a tym samym większym ryzykiem. Można się było spodziewać, że oczekując najazdu cudzoziemców, handlarze żywym towarem wzmogli czujność i pozastawiali nowe pułapki. Aby ich uniknąć, należało wynająć zaufaną własną straż przyboczną i płacić jej za ochronę przynajmniej tak sowicie, by nie uznała za opłacalne odsprzedania swego gościa i dobroczyńcy w jasyr.

Podróż do Botlichu przez Czeczenię nie tylko wydłużała czas wędrówki, ale pomnażała niepomiernie koszty i ryzyko. Decydując się przejechać na drugą stronę barykady, z widowni łatwo można było trafić prosto na scenę. A tego należało za wszelką cenę uniknąć. Pragnąłem być blisko, owszem, ale nie w samym środku. Dlatego pojechałem do Botlichu, by z kamiennego rynku słuchać dalekich eksplozji zza gór i zadowalać się widokiem siwego dymu wybuchów, snującego się po zielonych zboczach i nagich, skalistych turniach. Podsłuchiwać i podglądać wojnę.

Pewnego dnia, w południe, natknąłem się w miasteczku na niewielki oddział rosyjskich żołnierzy. Muskularni, brązowi od słońca, wiatru i kurzu, w ciemnych okularach, snuli się znudzeni po wąskich zaułkach, gasząc pragnienie sprzedawanym po kryjomu ciepłym piwem. Byli wśród nich Dima i Sierioża, Sybiracy, których poprzedniego wieczora poznałem na rynku przed meczetem.

O czerwonym zachodzie zajechali na plac wielką ciężarówką, aby kupić dla oddziału baraninę na szaszłyki, świeże warzywa i owoce. Czekali przy samochodzie na straganiarza, który uwijał się wśród bazarowych kramów, zbierając po przekupniach pieniądze, by wydać resztę z rzadko tu w górach oglądanego banknotu o wielkim nominale. Kurząc papierosy, żołnierze stali oparci o stalową, rozpaloną kabinę samochodu, nonszalancko, w rozchełstanych mundurach, wystawiając spocone twarze na chłodne podmuchy wiatru. Do tubylców odnosili się pobłażliwie, z wyższością, ale bez wrogości czy pogardy.

Jeszcze zanim sprzedawca zdążył wrócić z uzbieraną po kramach resztą, Sybiracy wygadali się, że nazajutrz o świcie ich oddział ma szturmować Ośle Ucho i położoną nieco dalej niższą górę, nazywaną przez żołnierzy Łodzią Podwodną.

- Kto tam idzie, już nie wraca - opowiadał Dima, patrząc gdzieś przed siebie i, dla lepszego efektu, zaciągając się głęboko papierosem.

Tymczasem Siergiej wcisnął straganiarzowi garść pomiętych banknotów i kazał mu przynieść wódkę. Nerwowo rozglądając się na boki, sprzedawca zniknął między kramami. Na ławeczce przed meczetem wciąż siedzieli starcy w futrzanych czapach. To przez nich alkohol jest na Kaukazie czymś wstydliwym, zakazanym. Nie sprzedaje się go w sklepach, nikt o zdrowych zmysłach nie ośmieli się pić publicznie, a już z całą pewnością nie na oczach starców. Upić się - oznacza społeczną degradację, hańbę, z której nie sposób się podnieść. Ale nawet to nie uratowało gór przed pijaństwem. Wódkę pije się tu ukradkiem, pokątnie, za to często na umór. Przywlekli ją słowiańscy osadnicy, którzy rozpijali tubylców równie chętnie, jak biali przybysze z Europy rozpijali północnoamerykańskich Indian. Potem od wódki uzależnili się młodzi górale, schodzący z gór na step i nadmorskie wybrzeże w poszukiwaniu wykształcenia i zarobku. Wielu z nich, ludzi przywykłych do nieograniczonych przestrzeni, przesiedlono siłą z aułów do miast, pozamykano w klatkach betonowych blokowisk. Pili z tęsknoty i żalu, z rozpaczy, że Boga nie ma, i ze strachu przed Bogiem. W wysokie góry wódka dotarła wraz z elektrycznością, telewizją i asfaltowymi drogami, którymi przewiercono Kaukaz, odbierając mu niedostępność - od wieków jego jedyny system odpornościowy. Z niezdobytej twierdzy Kaukaz stawał się zwyczajnym przechodnim podwórzem, które od innych różniło się jeszcze tylko tradycją i wiarą.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   25


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna