Witam! Ten blog będzie rodzajem nieregularnego dziennika. Bardziej Gombrowiczowskiego niż pensjonarskiego. Mam nadzieję, że ożywi tę witrynę. Mnie zastąpi w jakimś sensie własną gazetę, jakiej nigdy nie miałem



Pobieranie 1,21 Mb.
Strona1/17
Data19.11.2017
Rozmiar1,21 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

BLOG

otworzony na www.zulinski.pl i prowadzony od dnia 8 marca 2005

do dnia 9.01.2011

Witam! Ten blog będzie rodzajem nieregularnego dziennika. Bardziej Gombrowiczowskiego niż pensjonarskiego. Mam nadzieję, że ożywi tę witrynę. Mnie zastąpi w jakimś sensie własną gazetę, jakiej nigdy nie miałem. No, zobaczymy... Zapraszam! Wszelkie ewentualne reakcje, komentarze itd. – wyłącznie przez „Kontakt”. Także zapraszam!

8.03.2005
Oprócz zmiany projektu graficznego nowa witryna proponuje łatwiejszą lekturę działu „Czytelnia”. To skądinąd dział najważniejszy na tej stronie, mający największy związek z moją pracą literacką. Teksty będą raz w miesiącu uzupełniane lub wymieniane. Zrezygnowałem z klasycznych form interaktywnych – z komentowania blogu przez Czytelników i z „Forum”. Witryna i tak umożliwia ze mną kontakt mailowy – wydaje mi się to wystarczające. Natomiast raziło mnie to publiczne wymienianie pozdrowień, duserów, uwag. Nie czuję się jednak entuzjastycznym uczestnikiem tego typu form kultury młodzieżowej czy internetowej; wolę kontakt nie realizowany na zbiorowej agorze. Sam fakt, że Internet jest taką agorą już mi przeszkadza, ale – no, cóż – dostrzegam jego błogosławieństwa i szanse, jakie daje. Niektóre działy mojej witryny są w „stadium przejściowym”. Np. dział „Rodzina Żulińskich” zmusił mnie do intensywnych poszukiwań i już w tej chwili mam wyniki kwerend z archiwów warszawskich i lwowskich, które pozwolą mi dane te uzupełnić o nowe szczegóły. Ta genealogiczna pasja zawsze mnie gnębiła. W moim pokoju mam dwa wielkie pudła z archiwaliami rodzinnymi, mój syn pyta się, po co to i co on ma z tym „kiedyś” zrobić... Mówię mu: - Jeśli Cię to nie wciągnie, nie rób nic. Przekaż tylko swojemu synowi... Ale wszystko, co napisane natknie się kiedyś na swego Herostratesa. Coraz częściej myślę o zagładzie. Czuję ją. Słyszę. Czy warto więc pisać? Więc jeśli już, to może z lekkim przymrużeniem oka?

9.03.2005


Przeczytałem w „Przeglądzie” (Nr 10/2005) artykuł Marka Barańskiego, zwolnionego niedawno z funkcji redaktora naczelnego „Trybuny”. Wstrętny artykuł – jeszcze jeden z tych wielu, kiedy odwaga i prawdomówność przychodzą za późno. Barańskiego wyrzucił Dariusz Przywieczerski, właściciel „Trybuny”, za słabe wyniki sprzedaży dziennika. No to Barański wyciąga swemu pryncypałowi cały życiorys, nurza go we wściekłych inwektywach i żali się urbi et orbi, z jaką to świnią musiał pracować. Ocknął się w porę, mołojec! Jak siedział w gównie kilka lat, to trzymanie mordy w kubeł było uzasadnione wyższymi racjami?

Nie znoszę takiego „pragmatyzmu”. Jest to w zasadzie krystaliczny oportunizm i koniunkturalizm; z Barańskiego wychodzą uczucia małe i gnidowate. I taki facet, niestety, redagował czołowe pismo lewicy. Brrr!


Nieustannie znajomi pytają mnie, dlaczego na początku grudnia ubiegłego roku przerwałem, po siedmiu latach, współpracę z „Trybuną”. Hm, to był incydent, który przelał czarę goryczy. Na kijowskim Majdanie Niepodległości i Kreszczatiku szalała już pomarańczowa rewolucja. Napisałem entuzjastyczny felieton (od 1997 roku miałem w „T” stały felieton pn. „Czarne dziury”, w sumie opublikowałem ich 346; wybór ukazał się w osobnym tomie w 2003 roku) poświęcony ukraińskiemu zrywowi, który wprowadził Barańskiego w szał („T” była bardzo nieprzychylna ukraińskim wydarzeniom). Zadzwonił do mnie i przez kilka minut wykrzykiwał przez słuchawkę pod moim adresem różnego typu połajanki. Zachowałem zimną krew, powiedziałem, że nadeślę inny tekst i odłożyłem słuchawkę. W fotelu dopadło mnie odrętwienie i bunt: - Dlaczego ten facet znowu mnie cenzuruje (Barański nie po raz pierwszy ingerował w mój tekst)? – Dlaczego na mnie krzyczy? – Dlaczego mam pozwalać, by ktokolwiek krzyczał na mnie za to, co napisałem? – Dlaczego mam przełknąć kolejne poniżenie? Po kilkunastu minutach złapałam za słuchawkę, oddzwoniłem do niego i powiedziałem, że jednak dziękuję za współpracę, że wycofuję się z „T”. I w ten oto łatwy sposób ten facet pozwolił, by moje siedmioletnie zaangażowanie dziennikarskie w „T” legło w gruz.

Teraz, po odejściu Barańskiego, zastanawiałem się, czy zadzwonić do nowego naczelnego z prośbą, by przywrócił mój felieton. Ale zrezygnowałem. Nie chcę już współpracować z „T”. Czuję się nadal zdecydowanie człowiekiem lewicy, ale – tak jak wielu ludziom tej formacji – nie po drodze mi z żadną partią, organem itd. Wiem, że to źle. Wiem, że to rozdarcie jest nieszczęściem lewicy. Ale byłem już raz w partii. Drugi raz w to nie wejdę. Trauma. Jeśli mogę służyć lewicy, to lewicowym myśleniem, które nieustannie prezentuję w swoich tekstach. To wystarczająco dużo.

„Trybuna” była zbyt bezmyślna w bronieniu wielu rozsypujących się (z własnej winy) przyczółków lewicy. Barański trzymał się Millera, jakby nie widział, w którą stronę zmierzają rządy tego nieudacznika. To była jego „racja stanu”. Wyrażała się ona w wielu prymitywnych decyzjach redakcyjnych, w bronieniu linii, którą należało krytykować. Barański to jeszcze jeden z tych, którzy nie rozumieli, że trzeba bronić lewicy, a nie jej wpadek.

Wyprowadzała mnie szczególnie z równowagi rubryka „Twoja Trybuna”. To były tzw. głosy czytelników. Na ogół betonu lewicowego, lewicowego ciemnogrodu (tak, jest i taki), byłych hurra-komuchów, którzy jeszcze dziś za Gomułkę daliby sobie rękę uciąć. Lewactwo! Lewactwo lub głupota. Przy ich pomocy Barański urabiał opinię publiczną, mówił: „Patrzcie – ludzie tak myślą!”. Oczywiście, ta właśnie część publiczności powinna mieć zamknięty dostęp do łamów. Każdy naczelny odpowiada za opinie, które dopuszcza do głosu. A on dopuszczał głosy kretyńskie, jadowite, wściekłe, sfrustrowane, tendencyjne, nieprzemyślane, niemądre, najzwyczajniej w świecie idiotyczne... To właśnie ks. Jankowski wychował sobie w podobny sposób swoich bojarów. To ks. Rydzyk usankcjonował „elektorat” Moherowych Beretów. Tym samym – a rebour – była „Twoja Trybuna” Marka Barańskiego – redaktora, który pomógł mi uczynić krok w stronę niezależnego klerkizmu.

Nieszczęściem jest, że od lat lewica nie zdobyła się na nowoczesny, duży, własny dziennik z prawdziwego zdarzenia. Dziennik konkurencyjny wobec „Gazety Wyborczej” i „Rzeczypospolitej”. Że zdała się na „Trybunę” – pismo nie umiejące udźwignąć wagi spraw i rzeczywiście należące do pojedynczej, podejrzanej postaci, jaką jest Przywieczerski. Lewica nie potrafiła kilka lat temu obronić „Wiadomości Kulturalnych”. Oddała prawicy telewizję. Za chwilę zostanie zupełnie bez mediów. Na własne życzenie.

10.03.2005


Siedzę w domu chory. Grypsko jakieś diabelne... Mam czas na oglądanie telewizji. Akurat awantura spowodowana przez Kwaśniewskiego jego odmową stawienia się przed Komisją Śledczą ds. Orlenu. Końcówka tej kadencji lewicy jest straszna. Blamaż na wielu frontach, wewnętrzne rozdarcia, odsłanianie coraz dalej posuniętego cwaniactwa. Jaka np. zdolna ta rodzina Oleksych! – on złotousty i patriotyczny aż do bólu, ona członkini kilku rad nadzorczych, business-woman i perła Polskiego Czerwonego Krzyża, ich 22-letni syn już w zarządzie wpływowej spółki (zgroza!), a brat Oleksego – konsulem RP w Kolonii. I nagle ta spółka paliwowa, w jakiej maczają palce najbliżsi Pana Józefa. Czy to właściwe miejsce dla rodziny Oleksych? Boże mój! Nepotyzm i cwaniactwo, a co najmniej jakieś łakome „instalowanie” się w dochodowych rewirach aż cuchną na odległość. A z drugiej strony temuż samemu Oleksemu wyrządzono ogromną krzywdę w tzw. sprawie Olina (jak to możliwe, że winni tej prowokacji pozostają od lat bezkarni?) i niewiarygodny wydaje się wyrok sądu lustracyjnego w jego sprawie (nasz prokurator Nizieński – piękny Torquemada!). To wszystko też się działo w majestacie państwa i prawa. Nie mam wątpliwości, że ta formacje muszą odejść.

Nie mam też wątpliwości, że lewica ma złą alternatywę. Widmo Polski Giertycha, Wassermana, Macierewicza, Miodowicza, Ziobry, braci Kaczyńskich, Leppera, Gilowskiej, Wildsteina, posła Strąka, ks. Rydzyka itd. Widmo Młodzieży Wszechpolskiej i partii Moherowych Beretów, gaździny Bigosowej i politruka Pospieszalskiego... Widmo otępiałego chóru polskiego, który pod oknami kliniki chorego papieża wyje narodowe kuplety i wycina hołupce... To jest straszna perspektywa. Czarna perspektywa. Czarna perspektywa. Demokracja umysłom tej formacji jest organicznie obca. Ich „porządek społeczny” będzie dyktaturą nowego typu. Perspektywa utraty wspólnej polityki europejskiej stanie się boleśnie bliska. Polskę czeka głęboka zmiana. Nie będzie to zmiana na lepsze. Ale ona musi się dokonać, żeby wszyscy otrzeźwieli. Pytanie: za jaką cenę?

11.03.2005
W sobotni wieczór obejrzałem, jak zwykle, w TVN program pt. „Cały ten świat”. To znakomity cykl poświęcony polityce międzynarodowej. Prowadzi go red. Grzegorz Miecugow, który ma trzech stałych dyskutantów: Jerzego Bekkera, Jerzego Marka Nowakowskiego i Bartłomieja Sienkiewicza. Dla tego ostatniego oglądam głównie tę audycję. Sienkiewicz (w prostej linii prawnuk noblisty Henryka) jest absolutnym objawieniem dziennikarstwa politycznego, w zasadzie czegoś więcej: to ekspert najwyższej klasy posiadający na dodatek dar bardzo logicznego i przekonującego argumentowania swoich poglądów. Czterdziestoparolatek. Był zawodowym oficerem UOP oraz pracownikiem Instytutu Wschodniego (to placówka paranaukowa, w zasadzie tzw. biały wywiad związany z Krajem Miłującym Pokój), stąd Sienkiewicz jest głównie fachowcem od spraw wschodnich. Niechaj jego „ubecki” rodowód nikogo nie zraża. To jest właśnie ta inna, nowa klasa polityków, którzy jak najszybciej powinni dostać się do władzy i którzy swym wysoce-europejskim poziomem mogliby – tak mniemam – zagwarantować Polsce lepszą przyszłość i nową jakość uprawiania polityki. Moim zdaniem Sienkiewicz to prawie na pewno przyszły minister spraw zagranicznych i choć akurat w tej branży mamy niezłych urzędników, to chyba należy wiązać z pokoleniem Sienkiewicza i takim właśnie standardem ogromne nadzieje.

Jakieś dwa lata temu prowadziłem w warszawskim Klubie Księgarza promocję nowej książki Michała Komara. Sienkiewicz był „koreferentem” - został zaproszony przez autora jako jego przyjaciel. To był popis mądrego i pięknego mówienia. Sala była przekonana, że ma do czynienia z rasowym krytykiem literackim. A to po prostu zatriumfowały wielorodne talenty Pana Bartłomieja, o jakich wyżej.

Miecugow pod koniec audycji mówił o kilku ciekawostkach. M.in. o tym, że władze Mexico City nakazały wszystkim policjantom przeczytać przynajmniej jedną książkę w tygodniu. To miało podniecić naszą polską wyobraźnię stęsknioną za siłami porządkowymi innej klasy. Sienkiewicz zareagował spokojnie i błyskotliwie: policjant czytający książki to złudzenie. Świat pełny był „strasznych krokodyli” (zbrodniarzy), którzy zaczytywali się w literaturze, byli zakochani w operze itd. Nie ma niestety znaku równości między oczytaniem a moralnością! Możemy liczyć na uczciwych inteligentów, uczciwych analfabetów, ale najgorsi są ćwierćinteligenci. Tak, chyba tak. Ćwierćinteligent, nie tylko w mundurze policyjnym, to mutant straszliwych frustracji i uzurpacji. Mutant, który w tej chwili marzy o przejęciu rządów w Polsce.

12.03.2005


Dziś rano w rozmowie z Moniką Olejnik (Radio Zet) Antoni Macierewicz zapytany, co sądzi o lżeniu przez Młodzież Wszechpolską Lecha Wałęsy, który w Giżycku odsłaniał tablicę upamiętniającą miejscową „Solidarność” i przy okazji został trafiony z ręki któregoś junkra kulą śnieżną, argumentował, że przecież młodzież, jak to młodzież, na pewno bawiła się w śnieżki i niechcący któraś wylądowała na głowie Wałęsy.

Ach, te łobuziaki z Młodzieży Wszechpolskiej! I paternalistyczny Pan Antoni patrzący z rozrzewnieniem jak berbecie baraszkują w śniegu.

Żeby tylko potem nie okazało się, że któryś z nich zapatrzył się w Eligiusza Niewiadomskiego... Wtedy przed Zachętą też leżał śnieg...

14.03.2005


Gombrowicz pisząc w Argentynie swój „Dziennik” wspomina w pewnym miejscu, że patrzy na Polskę z daleka jak na łańcuch górski. Nie dałem się na to nabrać. Polska jest w „Dzienniku” stale obecna, bliska, bolesna i obsesyjnie analizowana. Jest punktem odniesienia w wielkim kosmosie wartości. Gombrowicz pisze: „Mój stosunek do Polski wynika z mojego stosunku do formy – pragnę uchylić się Polsce, jak uchylam się formie – pragnę wzbić się ponad Polskę, jak ponad styl – i tu i tam to samo zadanie”.

No i ta słynna scena z nadoceanicznej plaży za miastem Necochea. Żuki wlokące się po pisaku i przewracane wiatrem na grzbiet. Słońce praży ich odkryte brzuszki, lecz nie są w stanie same powrócić do pozycji gwarantującej przeżycie. Gombrowicz odwraca na łapki jednego żuka, drugiego, dwudziestego... Przyłapuje się na myśli, że któryś (który?) już nie doczeka zbawiennej pomocy, że w tej banalnej „zabawie” gdzieś leży dramatyczna granica między życiem a śmiercią, przetrwaniem a klęską, zbawieniem a męczarnią... Gdzie? W końcu wstaje i odchodzi z plaży. Wykonawszy humanitarny uczynek i poniechawszy humanitarnego uczynku...

Są takie kraje, jak Polska, które na rozpalonej plaży nie mogą doczekać się zbawiennej, wyciągniętej z pomocą ręki. Demiurg historii odwrócił się i oddalił. Czy to dziejowe przekleństwo?

15.03.2005


Wiadomość dnia: wracam w najbliższy piątek na łamy „Aneksu” z „Czarnymi dziurami”. Nie jestem w stanie wyrazić – mimo wcześniejszych zastrzeżeń i oporów – swojej radości i podniecenia. Zakładałem przecież, że „to se ne wrati”.

Redakcja jednak nagle zadzwoniła do mnie i sama zaproponowała powrót do współpracy, ale bez felietonu (ten gatunek jest tu mocno i obficie reprezentowany). Po namyśle odpowiedziałem, że interesuje mnie tylko powrót z felietonem. Że felieton był zbyt ważną częścią mego pisarstwa, by powrót bez niego był możliwy bez traumy. Po niedługim czasie zadzwonili nowy redaktor naczelny gazety i jej długoletni pracownik Pan Wiesław Dębski oraz szef „Aneksu” Przemek Szubartowicz i... zapadła zgoda. To się odbyło w świetnym stylu z ich strony. Chciałbym, aby nowe życie „Czarnych dziur” było ciekawe. I żeby przydało się naszym trudnym czasom.

16.03.2005
Zasłyszany dowcip:

Komunikat Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego: „Dzisiaj po wieloletniej, ciężkiej i nieuleczalnej chorobie, nie odzyskawszy przytomności nasz generalny sekretarz Leonid Breżniew powrócił do pracy”.

Hm... Tylko, proszę, bez głupich skojarzeń!

17.03.2005


Dzisiaj jest pierwszy dzień wiosny astronomicznej; jutro – kalendarzowej. Do końca tygodnia ma się zdecydowanie ocieplić.

Zrobiłem lustrację ogrodu – wiosna 2005 wisi w powietrzu. Krokusy zaczynają wypuszczać listki, a w starym orzechu para szpaków, zapewne ta sama, co w ubiegłym roku, pogłębia pracowicie dziuplę, która już wychowała niejedno ptaszę. Ku rozterkom Ramony, która pod tą dziuplą przez całą wiosnę odmawia godzinki w nadziei na udany łup. Moja kochana morderczyni!

Naciąłem gałązek forsycji dla znajomej z pracy. W święta wybuchną one w wazonie żółtym płomieniem. Forsycja – jeden ze sztandarów wiosny!

Julian Przyboś przez wiele lat pisał – co roku – wiersz pt. „Wiosna”. Nowy wiersz o wiośnie. On uważał, że świat, tak jak byt, zatacza wieczne koło – od narodzin do śmierci i od śmierci do narodzin. Każda wiosna jest kolejną eksplozją życia – i z tym się trudno nie zgodzić. „Świat nie jest; świat się wiecznie zaczyna” – to jednio z najpiękniejszych i najmądrzejszych zdań, jakie napisał Przyboś.

20.03.2005
No więc w piątek, w „Aneksie” z dnia 18.03.2005 ukazał się po ponad trzymiesięcznej przerwie mój felieton z cyklu „Czarne dziury”.

Otrzymałem kilka telefonów z gratulacjami. No, żadna to moja zasługa; raczej redakcji i naczelnego „Trybuny”, który zaproponował mi powrót na łamy. Tylko jeden z kolegów zarzucił mi oportunizm. Ale jakiż to oportunizm, skoro drukowało się w tym samym miejscu od siedmiu lat (jako w jednym z wielu innych miejsc) i skoro przy wszystkich zastrzeżeniach do „Trybuny”, a nawet dramatycznych zakrętach tej mojej współpracy wciąż pozostaje ona najważniejszym organem lewicy. Ma wiele słabości, ale jedną niezaprzeczalną zaletę: status gazety ogólnopolskiej. Jestem tam felietonistą. Niczego nie piszę pod dyktando czy pod zapotrzebowanie polityczne. Wyrażam siebie. Dopóki to będzie możliwe, dopóty będzie dla mnie ważne. I wciąż się łudzę, że piszę rzeczy nie szkodzące Polsce, ba, wręcz przeciwnie.

„Czarne dziury” mają garstkę zaprzysiężonych fanów – także im należy się moja wierność i moja aktywność.

I jeszcze jedno: proszę zauważyć, że w „Trybunie” od chwili odejścia Marka Barańskiego słyszalny są lepsze, mądrzejsze tony. Pozytywna zmiana? Tak, takie odnosi się wrażenie i obym się nie mylił.

21.03.2005
Kilka dni temu prowadziłem spotkanie autorskie z Dawidem Bieńkowskim, autorem książek „Jest” (2001) i „Nic” (2005). To znakomite powieści poświęcone mechanizmom polskiej transformacji. Polecam!

Bieńkowski jest synem sławnego małżeństwa literackiego: Małgorzaty Hillar, poetki, kultowej autorki erotyków, i Zbigniewa Bieńkowskiego, także poety, ale bardziej znanego jako eseisty i tłumacza liryki francuskiej. Niestety, oboje już nie żyją.

O Hillar kilkakrotnie coś pisałem, pana Zbigniewa znałem osobiście. Kilka lat temu w redakcji „Literatury” rozmawialiśmy o sztuce błyskotliwej riposty. Bieńkowski poskarżył mi się, że sztuki takowej nie posiada i, jak mówią Francuzi, dobre riposty przychodzą mu do głowy dopiero na schodach. Tu padło francuskie określenie tego typu sytuacji i konsternacji...

Nie znam francuskiego, nie zapamiętałem, ale dręczyło mnie to. To w ogóle dobre skojarzenie: wychodzimy od kogoś, powtarzamy sobie w myślach rozmowę, ale po niewczasie, już „na schodach” artykułujemy celną ripostę...

Napisałem w tej sprawie list do mojej przyjaciółki z dzieciństwa, Basi, romanistki. – Ależ tak – odpowiedziała – to chodzi o „esprit escalier” – „ducha schodów”. Uff! W końcu wiem. Ale jak ładnie to „schodzenie po schodach”, ta „riposta na schodach” przeplata się z tą francuską „duszą schodów”, ich błyskotliwością i polotem przekazywanym – za późno, ale jednak – człowiekowi...

Zapamiętajcie: esprit escalier!

22.03.2005
Do nazwisk księży Czajkowskiego, Musiała, Oszajcy, Pasierba, Tischnera, Twardowskiego dopisuję nazwisko księdza profesora Stanisława Obirka. Szybko lećcie do kiosków i kupcie dzisiejszy numer (12) „Polityki” – zrozumiecie dlaczego. Gdyby takim głosem mówił polski Kościół, może byłbym jego wiernym.

23.02.2005


Wczoraj wieczorne „Fakty” (TVN) pokazały, w jakich to warunkach ma odbyć karę więzienia Lew Rywin. Wina winą, ale pokazana cela, wymienione „luksusy”, a zwłaszcza prawo do ciepłej kąpieli przysługujące skazanym tylko raz na tydzień to okropieństwa kwalifikujące przede wszystkim do ukarania Państwo Polskie i jego służby penitencjarne. To już naprawdę Bangladesz, a nie środek Europy. Pokazywanie zaś tego wszystkiego z nutką satysfakcji (o, patrzcie, czego doczeka się ten łobuz!) to dziwna satysfakcja dziennikarska. Może by TVN zaproponował dyby, łamanie kołem itp. – kary porównywalne do poziomu pierdla na warszawskim Służewcu?

24.03.2005


Jutro Wielkanoc 2005. Życzę wszystkim czytającym te zapiski wszystkiego najlepszego. A zwłaszcza wrażliwości na wiosnę. Pobudzenia wiosną! Kto nie cieszy się wiosną – nie ma już nadziei. Póki porusza nas, zachwyca ta niepowtarzalna zieleń nowej trawy, szalone ptasie radio, arcydelikatność kwietniowych fiołków i wyzywające kolory hiacyntów czy krokusów; póki biegniecie przyjrzeć się gałązce, czy już nabrzmiały pączki, a nawet gdy przypominacie sobie w ciasnych mieszkaniach, że pora niektórym kwiatom zmienić doniczki na większe – macie jeszcze nadzieję, liczycie na coś, oczekujecie od życia nagrody. Straszny będzie ten czas, kiedy wiosny nie zauważycie, kiedy jej strojenie się i kokietowanie nie będzie was nic a nic obchodziło...

Dzisiaj, w przeddzień świąt, posadziłem w ogrodzie różę pienną. Żółtą. Koło róży piennej trzeba chodzić na paluszkach. Jest delikatna. Na zimę trzeba ją okrywać, bo łatwo się przeziębia, nawet ze skutkiem śmiertelnym. Ale kiedy następnego roku, właśnie wiosną, zobaczycie, że wypuszcza nowe pączki – kamień spadnie wam z serca. Uff! Udało się.

Zależy mi na tej róży...

26.03.2005


Dziś nadeszła wiadomość o stanie krytycznym papieża.

Naprawdę nie wiem dlaczego w ciągu dnia przypomniał mi się dowcip, jaki przed laty słyszałem. USA; umiera John, idzie do nieba, ale Pan Bóg pozwala mu wrócić na Ziemię. Otaczają Johna podekscytowani koledzy i wypytują: - A Pana Boga widziałeś? – Widziałem... – Jaki On jest? – Nie uwierzycie: Ona jest czarna!

W kontekście umierania papieża wielu ludzi zapewne myśli o tym, jaki jest Bóg. Wyobraża sobie Ich spotkanie.

Ten dowcip – niesłychanie intelektualny – mówi o jednym: o tym, że prawda może być niewyobrażalna, najmniej spodziewana, zaskakująca. Mamy wiele wariantów interpretacyjnych na temat życia i śmierci, naszego losu, przeznaczenia, świata, wszechświata itd. A jeśli prawda jest zupełnie inna? Taka, jaka nie przyszłaby nam nigdy do głowy?

Więc po co to wszystko? – pytał Alosza Karamazow...

1.04.2005


Kilka godzin po śmierci papieża...Tak, na pewno wielki żal. W Kościele mało jest takich osobowości. On był także – bez wątpienia – postacią „ponadkościelną”, historyczną...

Kościół, zwłaszcza polski, stoi przed wielką cezurą.

Może także media powinny przeżyć przełom, bo ich „udział” w umieraniu papieża, całe to wykreowanie śmierci on-line, to podgrzewanie „atmosfery oczekiwania”, ta ilość nadętych głupot, jakie padły we wszystkich radiach i telewizjach – to światowy skandal i kompromitacja „społeczeństwa medialnego”.

Zabrakło milczenia!

2.04.2005
Jestem ateistą wstrząśniętym śmiercią papieża. Pamiętam z dzieciństwa pogrzeb Jana XXIII, potem Pawła VI, potem Jana Pawła I, ale dopiero tym razem – może ze względu na mój wiek, a może ze względu na wyjątkowość tej właśnie postaci – uświadomiłem sobie wielkość i tradycję Kościoła. Tacy jak ja być może łatwiej pamiętają Kościołowi także jego zbrodnie, krew, jaką przelewał, ofiary, które słał na swojej drodze, a dziś wewnętrzną demoralizację, która nie omija Kościoła, ale jednak tacy właśnie jego ludzie jak Jan Paweł II (ksiądz Tischner, Matka Teresa, ksiądz Stanisław Musiał i inni) rozniecili i podtrzymali w tym okropnym świecie ideę Dobra.

Uzmysławiam sobie, że wspólnota duchowa, jaką wykreował Jan Paweł II jest unikatową wartością w społeczeństwach drążonych nieustannymi chorobami etycznymi, agresją, hipokryzją i złem w setkach jego formuł.

Wspomniałem kilka dni temu o Aloszy Karamazowie. Pamiętacie rozdział pt. „Wielki Inkwizytor”? Bóg schodzi na Ziemię i mówi, że to wszystko fikcja, mit, złudzenie... Trochę i z tego wzięliśmy się my, ateiści. Ale myślę, że jeśli Boga nie ma, to trzeba go było wymyślić. I Kościół. I Dobro. Bo dobra także – być może nie ma, ale właśnie dziś, w świecie wirtualnym łatwiej uwierzyć, że istnieje nie to, co istnieje, a to, co sami wymyślimy. Jeśli to człowiek wymyślił Dobro – to jest to wynalazek wszechczasów!

4.04.2005


Gala, poetka z Mikołowa, którą bardzo wysoko cenię, czytuje ten blog i napisała mi dzisiaj: „Piszesz, że jesteś ateistą, ja nie wiem tak do końca, bardziej chyba jestem agnostykiem. Nie żyje mi się łatwo. A Ty jak sobie radzisz z pustym niebem nad sobą?”

Odpisałem jej, że ja jestem i ateistą, i agnostykiem; te motywacje mieszają się przecież, nachodzą na siebie; natomiast co do owego „pustego nieba” to raczej czuję się uodporniony na nihilizm czy jakąś bezgraniczną niewiarę w sens i cel istnienia.

Ja bowiem wierzę na pewno w jedno: w ład i logikę Natury. W sens „łańcucha pokarmowego”. Nie żartuję! Jeśli z mojego prochu wyrośnie choć jedno źdźbło trawy, to – uważam – świat zrobi krok do przodu, coś się ze mnie urodzi, coś powstanie. Coś w ogóle istnieje – właśnie dzięki temu!

Co? Ziemia? Kosmos? Życie? Nie wiemy... Ale nawet jeśli jesteśmy tylko planktonem w „wielkim akwarium ciemności”, w tym oceanie gwiazd – to plankton w każdej biocenozie jest z jakiegoś powodu potrzebny.

My chcielibyśmy widzieć nasz sens inaczej. Ale być może – tu włącza się agnostycyzm – nigdy się nie dowiemy, po co istniejemy. Czy to jednak musi zatruwać nasz czas? Carpe diem! I pamiętajmy, że kropla, która wyparuje wcale nie jest zmarnowana, lecz wraca do Królestwa Natury...



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna