Wilbur Smith



Pobieranie 1,22 Mb.
Strona1/28
Data26.03.2018
Rozmiar1,22 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   28

Wilbur Smith

Oko tygrysa

Mojej żonie, Danielle, z wyrazami miłości


Był to jeden z tych sezonów, w których ryba przychodzi późno. Każdego dnia wraz z załogą mojej łodzi wypływaliśmy daleko na północ i wracaliśmy do przystani późnym wieczorem. Dopiero szóstego listopada udało nam się złowić pierwszą z tych wielkich ryb, śmigających po szkarłatnych falach Prądu Mozambickiego.

Wtedy już rozpaczliwie potrzebowałem ryby. Moim stałym klientem był agent reklamowy z Nowego Jorku o nazwisku Chuck McGeorge, który co roku pokonywał odległość sześciu tysięcy kilometrów, aby na Wyspie Św. Marii uczestniczyć w połowie marlina. McGeorge był małym twardym człowiekiem o głowie jak strusie jajo, siwy na skroniach, z pokrytą zmarszczkami ogorzałą małpią twarzą, mający jednak mocne nogi, niezbędne przy połowach dużej ryby.

Kiedy w końcu zobaczyliśmy marlina, był tuż pod powierzchnią wody. Ukazywał szablistą płetwę, dłuższą niż ramię mężczyzny, po której można tę rybę odróżnić od rekina czy morświ-na. Angel spostrzegł go w tej samej chwili co ja i uczepiony sztagu, wychylając się poza pokład, krzyczał z podniecenia; jego cygańskie kosmyki opadały na ciemne policzki, a zęby połyskiwały w ostrym tropikalnym słońcu.

Marlin nurzał się w falach, które otwierały się i zamykały nad jego szerokim i lśniącym grzbietem. Czarny, ciężki i masywny, podobny do pnia drzewa, z wdzięcznie wygiętą płetwą grzbietową.

Odwróciłem się i spojrzałem do kokpitu. Chubby już pomagał Chuckowi usadowić się w specjalnym fotelu. Przypinał go

pasami i nakładał rękawice. Spojrzał w górę i pochwycił mój wzrok. Zmarszczył się gniewnie i splunął ze spokojem kontrastującym z naszym podnieceniem. Ten ogromny mężczyzna, wysoki jak ja, lecz o wiele potężniejszy, należał do najbardziej konsekwentnych i zagorzałych pesymistów w branży.

- Nieufna ryba - mruknął Chubby i splunął ponownie. Uśmiechnąłem się do niego.

- Nie przejmuj się, Chuck! - krzyknąłem. - Stary Harry naprowadzi cię na tę rybę.

- Stawiam tysiąc dolców, że ci się to nie uda! - odkrzyknął Chuck, krzywiąc twarz od słońca, którego promienie odbijały się w wodzie. Jego oczy błyszczały z emocji.

- Zgoda! - zaakceptowałem zakład, na który nie było mnie stać, i całą uwagę skierowałem na rybę.

Chubby miał, rzecz jasna, rację. Zaraz po mnie -jest największym znawcą w tej dziedzinie. Ryba była olbrzymia, lecz nieufna.

Pięć razy zarzucałem przynętę, wkładając w to całą zręczność i wiedzę. Za każdym razem marlin robił zwrot i zanurzał się. W końcu skierowałem Tańczącą Falę na kurs tak, aby przecięła mu drogę.

- Chubby, w skrzyni z lodem mamy świeżego delfina, zaczep go i spróbujemy z pojedynczą przynętą! - krzyknąłem w rozpaczy. Sam założyłem przynętę, która spłynęła swobodnie do wody. Wyczułem moment brania. Wydało się, że ryba jakby skurczyła się w sobie. Marlin zawrócił nagle i spostrzegłem tylko błysk brzucha jak odbicie lustra pod powierzchnią wody.

- Płyńmy za nim! - wrzeszczał Angelo. - Chwycił!

Tuż po dziesiątej rano Chuck ujął wędkę. Od tej chwili walczyłem zawzięcie. Moja praca wymagała nieskończenie więcej umiejętności niż zgrzytanie zębami i kurczowe zaciskanie dłoni wokół ciężkiej wędki ze szklanego włókna. Trzymałem kurs łodzi prosto na rybę, pomimo pierwszych wściekłych ataków i oszalałych, nagłych, szybkich jak błyskawica skoków, aż do chwili, kiedy Chuck, usadowiwszy się prawidłowo w fotelu, mógł wreszcie zaprzeć się na swych mocnych nogach.

8

Kilka minut po dwunastej było po walce. Ryba została pokonana. Marlin ukazał się na powierzchni już przy pierwszym okrążeniu, które Chuck zawężał, kręcąc kołowrotem, aż do chwili, gdy ryba znalazła się w zasięgu dźwigu.



- Hej, Harry! - krzyknął Angelo. - Mamy gościa, chłopie!

- Co się stało?

- Wielki Johnny przybywa. Wyczuł rybę.

Zobaczyłem rekina zwabionego walką i zapachem krwi. Tępo zakończona płetwa poruszała się pewnie i spokojnie. Był to wielki rekin młot.

- Idź na mostek! - zawołałem do Angela i oddałem mu ster.

- Harry, jeśli pozwolisz temu łotrowi schrupać moją rybę, to możesz się pożegnać ze swoim tysiącem dolców! - krzyknął przerażony Chuck.

Zniknąłem w głównej kabinie. Przyklęknąłem, odblokowałem rygle trzymające pokrywę luku silnika i odsunąłem ją. Leżąc na brzuchu, sięgnąłem pod pokład i chwyciłem karabinek FN z ukrytego wieszaka. Kiedy wróciłem na pokład, sprawdziłem, czy broń jest naładowana, i nastawiłem na ogień ciągły.

- Angelo, nakieruj łódź wzdłuż starego Johnny'ego! Wisząc na relingu, spojrzałem na rekina, w momencie gdy

łódź przepływała nad nim. Był wielki, sześć metrów miedzia-nobrązowego cielska, widocznego wyraźnie w czystej wodzie.

Wycelowałem spokojnie w środek spłaszczonej głowy między monstrualnie osadzone oczy i wystrzeliłem krótką serię.

Karabinek FN zagrzmiał i puste mosiężne łuski posypały się w wodę, która wytrysnęła fontanną.

Rekin zadrżał konwulsyjnie, gdy kule roztrzaskały chrzą-stkowatą kość i rozerwały malusieńki móżdżek. Wykręcił się brzuchem do góry i zaczął tonąć.

- Dzięki, Harry - wysapał Chuck, czerwony i spocony z przejęcia.

- Zawsze do usług. - Rozpromieniłem się w uśmiechu, przejmując ster z rąk Angela.

Za dziesięć pierwsza Chuck podprowadził marlina do dźwigu. Wyczerpana ryba leżała na boku. Jej sierpowato wygięty ogon uderzał coraz słabiej, a długi dziób otwierał się i za-

mykał spazmatycznie. Szkliste oko było wielkie jak dojrzałe jabłko, a długie podrygujące ciało lśniło tysiącem odcieni srebra, złota i królewskiej purpury.

- Teraz sprawnie, Chubby! - krzyknąłem. Włożyłem rękawicę i delikatnie przyciągnąłem rybę za stalowy przypon Chubby'ego. Czekał z przygotowanym hakiem zwisającym z dźwigu.

Chubby posłał mi miażdżące spojrzenie, mówiące wyraźnie, że byłem jeszcze dzieciakiem taplającym się w rynsztokach londyńskich slumsów, kiedy on już nadziewał ryby na hak.

- Poczekaj, aż się obróci - poleciłem, żeby mu trochę dokuczyć. Chubby skrzywił się, słysząc tę nieproszoną radę.

Fala obróciła rybę w naszą stronę. Ukazał się szeroki brzuch, błyskający srebrem spomiędzy rozpostartych płetw.

- Teraz! - rzuciłem, a Chubby wbił hak głęboko. Buchnęła jasnoczerwona krew i ryba zaczęła trzepotać się

w śmiertelnym szaleństwie, zalewając nas strumieniami zimnej morskiej wody.

Powiesiłem marlina na dźwigu na Nabrzeżu Admiralicji. Benjamin, komendant portu, wystawił zaświadczenie stwierdzające, że całkowita waga ryby wynosi trzysta pięćdziesiąt cztery kilogramy. Żywe, opalizujące kolory marlina szybko zbladły i zastąpiła je matowa czerń, lecz ciągle robił wrażenie samym swoim ogromem. Cztery i pół metra od szczęk do końca jaskółczego ogona.

- Pan Harry powiesił potwora przed Admiralicją - bosono-dzy ulicznicy roznosili nowinę po ulicach, a mieszkańcy wyspy ochoczo korzystali z okazji do przerwania pracy i gromadzili się na przystani w nastroju radosnej fiesty.

Wieść dotarła aż do starej siedziby rządu na urwistym cyplu. Prezydencki land-rover, z chorągiewką powiewającą wesoło na masce, nadjechał krętą drogą. Utorował sobie drogę przez tłum i ważny pasażer wysiadł na przystani. Godfrey Biddle, wykształcony w Londynie rodowity mieszkaniec wyspy, był przed uzyskaniem niepodległości jedynym adwokatem na Św. Marii.

- Panie Harry, co za wspaniały okaz! - krzyczał zachwycony prezydent. - Taka ryba przyniesie niewątpliwą korzyść roz-

10
wijającej się dopiero turystyce im ow. mam. - *

nąć moją rękę. Jeśli chodzi o prezydentów w tej części świata,

to ten był najwyższej klasy.

- Dziękuję, panie prezydencie. - Nawet w filcowym kapeluszu na głowie sięgał mi do pachy. Był symfonią czerni: czarny wełniany garnitur i lakierowane pantofle, których skóra przypominała wypolerowany antracyt. Jedynie zadziwiająco białe, puszyste, kręcone włosy łamały tę nieskazitelną czerń.

- Rzeczywiście, trzeba panu gratulować. - Prezydent tańczył z podniecenia i wiedziałem, że i w tym sezonie będę jadać w jego rezydencji na wieczornych przyjęciach. Dopiero po roku albo i dwóch prezydent w końcu zaakceptował mnie jako tubylca. Zostałem jednym z jego dzieci ze wszystkimi przywilejami, jakie ta pozycja zapewniała.

Fred Coker przyjechał swoim karawanem, zaopatrzony w sprzęt fotograficzny, i podczas gdy rozstawiał statyw i znikał pod czarną tkaniną, żeby nastawić antyczny aparat, my ustawiliśmy się do zdjęcia na tle olbrzymiego ciała marlina. Chuck w środku, trzymając wędkę, my dookoła niego, obejmując się nawzajem jak drużyna piłki nożnej. Ja i Angel, uśmiechnięci szeroko, Chubby przeraźliwie nachmurzony. Zdjęcie wspaniale się zaprezentuje w nowym folderze reklamowym - wierna załoga i nieustraszony szyper o kręconych włosach, wymykających się spod czapki i wyzierających z koszuli rozchylonej na piersiach; potęga i uśmiech - to na pewno chwyci w następnym sezonie.

Zorganizowałem przeniesienie marlina do chłodni, gdzie przechowywano ananasy przeznaczone na eksport. Miałem możliwość wysłania go najbliższym chłodniowcem przez londyński oddział Rowlanda. Następnie zostawiłem Angela i Chubby'ego, którzy mieli wyszorować pokład Tańczącej, zatankować ją u Shella przy przystani naprzeciw i zacumować tam, gdzie zwykle.

Kiedy gramoliliśmy się z Chuckiem do szoferki mojego poobijanego starego forda, nachylił się do mnie i konspiracyjnym szeptem mruknął:

- Harry, co do mojej premii...

11

Wiedziałem dokładnie, o co ma zamiar prosić. Powtarzało się to za każdym razem.



- Pani Chubby nie musi o tym wiedzieć, o to chodzi? - zakończyłem za niego.

- Tak - zgodził się ze mną i mruknął ponuro, zsuwając swą brudną żeglarską czapkę na tył głowy.

Następnego ranka o dziewiątej wsadziłem Chucka do samolotu i zjeżdżając w dół swoim wysłużonym fordem, całą drogę śpiewałem i trąbiłem na dziewczęta pracujące na plantacjach ananasowych. Prostowały się i z wybuchami śmiechu machały mi spod rond szerokich słomkowych kapeluszy.

Czeki podróżne American Express, otrzymane od Chucka, zmieniłem w biurze podróży Cokera, po długich targach z Fre-dem Cokerem o odpowiedni kurs wymiany. Fred prezentował się uroczyście - we fraku i czarnym krawacie. W południe miał pogrzeb. Aparat i statyw odłożono na bok. Fotograf przemienił się w przedsiębiorcę pogrzebowego.

Salon pogrzebowy Cokera znajdował się na tyłach agencji turystycznej i wychodził na małą uliczkę między domami. Fred wykorzystywał karawan do przewozu turystów na lotnisko, uprzednio dyskretnie zmieniając tablicę reklamową pojazdu i montując fotele nad szynami do trumien.

Bukowałem u niego wszystkich klientów, wobec czego odliczył sobie dziesięć procent z moich czeków podróżnych. Prowadził także agencję ubezpieczeniową, więc potrącił mi również roczną opłatę asekuracyjną za Tańczącą. Policzyłem ponownie pieniądze tak samo uważnie jak on, bo jakkolwiek Fred wyglądał na dyrektora szkoły - wysoki, smukły i wymuskany, z taką tylko domieszką krwi tubylczej, by nadała mu zdrową karnację - to znał wszelkie możliwe finansowe sztuczki i kilka innych, których dotychczas nikt jeszcze nie rozszyfrował.

Fred, nie okazując urazy, czekał cierpliwie, aż sprawdzę pieniądze. Kiedy włożyłem plik banknotów do tylnej kieszeni, odezwał się tonem kochającego ojca:

- Niech pan nie zapomni, że jutro przyjeżdża następna grupa pańskich klientów, panie Harry.

12

- Oczywiście, panie Coker, niech się pan nie obawia, moja załoga będzie gotowa.



- Oni są teraz w „Lordzie Nelsonie" - zauważył delikatnie. Fred zawsze trzymał rękę na pulsie, jeśli idzie o życie wyspy.

- Panie Coker, mój interes to łódź, a nie towarzystwo antyalkoholowe. Niech się pan nie denerwuje - powtórzyłem. - Nikt jeszcze nie umarł od kaca - dodałem wstając.

Przeciąłem ulicę Drakę'a i wszedłem do sklepu Edwarda, gdzie zostałem powitany jak bohater. Mama Eddy osobiście wyszła zza kontuaru i przycisnęła mnie mocno do swego ciepłego bujnego biustu.

- Panie Harry - gruchała - zeszłam do przystani, żeby zobaczyć rybę, którą pan wczoraj złowił. - Następnie odwróciła się i ciągle trzymając mnie w objęciach, krzyknęła do jednej ze sprzedawczyń: - Shirley, daj panu Harry'emu zimnego piwa, słyszysz?!

Wyjąłem plik pieniędzy. Na ten widok ładne tubylcze dziewczęta zaświergotały jak wróble, a mama Eddy wywróciła oczami i jeszcze mocniej przytuliła mnie do siebie.

- Ile jestem winien, pani Eddy?

Od czerwca do listopada jest długi martwy sezon, kiedy nie ma co łowić, i mama Eddy umożliwia mi przeżycie tego ciężkiego okresu.

Oparłem się o kontuar z puszką piwa w ręku, wybierając produkty, których potrzebowałem. Jednocześnie przyglądałem się nogom dziewcząt wspinających się po drabinie, aby sięgnąć po towary na górnych półkach...

Stary Harry czuł się dobrze i pewnie z tą wielką kupą zielonych w tylnej kieszeni.

Zszedłem następnie do basenu Towarzystwa Shella, gdzie natknąłem się na kierownika stojącego w drzwiach biura między wielkimi srebrnymi zbiornikami na ropę.

- Boże, Harry, czekam na ciebie od rana. Centrala awanturuje się o twój rachunek.

- Twoje czekanie się skończyło, bracie - odpowiedziałem. Tańcząca Fala, podobnie jak większość pięknych kobiet, jest

13

drogą kochanką i kiedy wsiadłem z powrotem do ciężarówki, plik w mojej kieszeni był znacznie uszczuplony.



Czekali na mnie w ogródku piwnym hotelu „Lord Nelson". Mieszkańcy wyspy są bardzo dumni z powiązań z Marynarką Królewską, pomimo że wyspa nie jest już brytyjską posiadłością i szczyci się sześcioletnią niepodległością. Poprzednio jednak przez dwieście lat była bazą brytyjskiej floty. Bar zdobiły stare sztychy, wykonane przez dawno już nieżyjących artystów. Przedstawiały wielkie statki, lawirujące w kanale lub zacumowane wzdłuż Nabrzeża Admiralicji - okręty wojenne i handlowe z towarzystwa Johna zaopatrywały się tutaj w prowiant lub dokonywały niezbędnych napraw przed wyruszeniem w długi rejs na południe do Przylądka Dobrej Nadziei i na Atlantyk.

Wyspa Św. Marii nigdy nie zapomniała swojego miejsca w historii ani admirałów, ani wielkich statków przybijających do jej brzegów. „Lord Nelson" stał się parodią swojej poprzedniej wielkości, lecz ja o wiele bardziej wolałem jego upadającą i podniszczoną elegancję i związki z przeszłością niż wieżę ze szkła i aluminium, którą wzniósł Hilton na cyplu nad przystanią.

Chubby z żoną siedzieli na ławce przy ścianie oddalonej od wejścia, każde z nich w swoim niedzielnym ubraniu. Dopiero teraz można było ich odróżnić od siebie. Chubby miał na sobie trzyczęściowy ślubny garnitur, przy którym brakowało kilku guzików. Te, które jeszcze się uchowały, zwisały naderwane. Na głowie nosił czapkę rybacką, poplamioną skrystalizowaną solą i rybią krwią. Pani Chubby wystroiła się w długą czarną suknię z ciężkiej wełny, zzieleniałej ze starości. Spod sukni wyglądały czarne trzewiki, zapinane na guziczki. Poza tym ciemne, mahoniowe twarze małżonków były prawie identyczne, pomimo że Chubby był świeżo ogolony, a ona miała drobny, mały

wąsik.


- Halo, pani Chubby, jak się pani miewa? - spytałem.

- Dziękuję panu, panie Harry.

- Czy napije się pani czegoś?

14

- Może mały dżin pomarańczowy, panie Harry, i małe piwo, żeby lepiej się piło.



Podczas gdy popijała słodki napój, odliczyłem zapłatę Chubby'ego do jej ręki. Usta kobiety poruszały się, kiedy liczyła po cichu pieniądze. Chubby obserwował to z niepokojem, a ja zastanawiałem się znów, jak udawało mu się przez te wszystkie lata oszukiwać ją na premii od ryby.

Pani Chubby wypiła piwo, a pianka podkreśliła jej wąsik.

- Idę już, panie Harry. - Wstała majestatycznie i pożeglowa-ła przez dziedziniec.

Odczekałem, aż skręci w ulicę Frobishera, zanim pod stołem wsunąłem Chubby'emu niewielki zwitek banknotów, po czym przeszliśmy do prywatnego baru.

Dwie dziewczyny siedziały po bokach Angela, a trzecia na jego kolanach. Jego czarna koszula, rozpięta aż do klamry u pasa, odsłaniała błyszczącą muskularną pierś. Obcisłe dżinsy nie pozostawiały wątpliwości co do jego męskości. Buty typu westernowego, wybijane ćwiekami, aż lśniły. Wypomadowane, przylizane włosy zaczesywał do tyłu w stylu młodego Presleya. Uśmiechnął się do mnie szeroko poprzez salę, a kiedy mu zapłaciłem, każdej dziewczynie włożył za bluzkę banknot.

- Hej, Eleonoro, idź i usiądź Harry'emu na kolanach, ale ostrożnie. Harry jest dziewicą... Obchodź się z nim jak trzeba, słyszysz? - wybuchnął radosnym śmiechem i odwrócił się do Chubby'ego.

- Hej, Chubby, przestań wreszcie chichotać, chłopie. To idiotyczne, wszystkie te chichoty i szczerzenia zębów. - Niezadowolenie Chubby'ego pogłębiało się. Jego zmarszczona twarz przypominała teraz buldoga. - Hej, panie barman, daj staremu Chubby'emu drinka. Być może to pohamuje jego głupie chichoty.

O czwartej po południu Angelo odprawił dziewczyny i usiadł. Obok szklanki stojącej przed nim na stole leżał nóż do preparowania przynęty, naostrzony jak brzytwa, połyskujący groźnie w świetle padającym z góry.

Angelo mruczał do siebie, pogrążony w alkoholowej zadu-

15

mie. Co kilka minut próbował kciukiem ostrze noża i rzucai groźne spojrzenie dookoła sali. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Chubby siedział po mojej drugiej stronie, uśmiechając się szeroko jak wielka brązowa ropucha. Ukazywał komplet wielkich, niesamowicie białych zębów z różowymi plastykowymi dziąsłami.



- Harry. - Chubby zarzucił grube muskularne ramię na moją szyję. - Jesteś fajny chłop, ale, Harry, wiesz co, Harry, mam zamiar powiedzieć ci coś, czego nigdy przedtem ci nie powiedziałem. - Chubby kiwnął poważnie głową, zbierając się do wygłoszenia deklaracji, którą powtarzał w każdy dzień wypłaty. -Harry, kocham cię, chłopie. Kocham cię bardziej niż własnego brata.

Uniosłem jego poplamioną czapkę i lekko pogładziłem łysą brązową czaszkę.

- A ty jesteś moje ulubione blond jajo - powiedziałem.

Na moment odsunął mnie na długość ręki i przyjrzawszy się mojej twarzy, zaczął ryczeć ze śmiechu. Było to tak zaraźliwe, że obaj śmialiśmy się nawet wtedy, kiedy wszedł Fred Coker i przysiadł się do nas. Poprawił swoje pince-nez i oznajmił, ściągając usta:

- Panie Harry, dostałem przed chwilą specjalną wiadomość z Londynu. Pańscy klienci zrezygnowali.

Przestałem się śmiać.

- Co do diabła! - wykrzyknąłem. Dwa tygodnie w środku sezonu bez klientów i jedynie tych dwieście wszawych dolarów za rezerwację. - Panie Coker, musi mi pan załatwić klientów. -W kieszeni miałem tylko trzysta dolarów, które mi zostały z sumy zapłaconej przez Chucka. - Musi mi pan załatwić klientów - powtórzyłem, a Angelo chwycił swój nóż i z trzaskiem wbił go w stół. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, więc potoczył gniewnie wzrokiem po sali.

- Spróbuję - rzekł Fred Coker - ale teraz jest trochę za późno.

- Zatelegrafuj do klientów, którym musieliśmy odmówić.

- Kto zapłaci za te telegramy?- zapytał Fred delikatnie.

16

- Do diabła z tym, ja zapłacę. - hred kiwnął głową i wyszedł.



Usłyszałem ruszający karawan.

- Nie przejmuj się, Harry - rzekł Chubby. - Ja ciągle cię kocham, chłopie.

Nagle siedzący obok mnie Angelo zasnął. Upadł na stół, z trzaskiem uderzając czołem o blat. Odsunąłem mu głowę od kałuży rozlanego alkoholu, wsadziłem nóż do pochwy i schowałem jego pieniądze, chroniąc je przed kręcącymi się blisko dziewczynami.

Chubby zamówił następną kolejkę i zaczął śpiewać w wyspiarskim patois żeglarską szantę, podczas gdy ja siedziałem i martwiłem się.

Jeszcze raz zostałem narażony na finansowe katusze. Boże, jak ja nienawidziłem forsy albo raczej jej braku. Te dwa tygodnie mogły zadecydować o tym, czy Tańcząca i ja będziemy w stanie przeżyć martwy sezon, dotrzymując naszych dobrych postanowień. Wiedziałem, że nie będziemy mogli. Wiedziałem, że będziemy musieli znów wybrać się na nocny wypad.

Do diabła. Jeśli musimy to zrobić, równie dobrze możemy to zrobić teraz. Wystarczy tylko słowo, że Harry jest gotów do interesu. Podjąwszy decyzję, czułem na nowo przyjemne napięcie wywołane niebezpieczeństwem. Te dwa wolne tygodnie mogłyby w końcu nie być wcale stracone.

Przyłączyłem się do śpiewów Chubby'ego, nie będąc całkiem pewien, czy śpiewamy ten sam kawałek, bo wydawało mi się, że kończę każdą zwrotkę na długo przed nim.

Prawdopodobnie te radosne śpiewy zwabiły stróżów porządku wyspy. Oznaczało to inspektora i czterech szeregowców, co i tak jest więcej niż rzeczywiście potrzeba. Poza wielką ilością „stosunków seksualnych wśród młodocianych" i paroma pobitymi żonami nie ma na Wyspie Św. Marii przestępstw zasługujących na to miano.

Inspektor Peter Dały był młodym mężczyzną o blond wą-^ policzkach, typowo po angielsku zarumienio-Eiiebieskich oczach, osadzonych blisko jak aundur brytyjskiej policji kolonialnej, czapkę

17

ze srebrnym otokiem i daszkiem z błyszczącej skóry, drelichowe spodnie i bluzę, wykrochmalone i wyprasowane tak, że przy chodzeniu lekko szeleściły, oraz wypolerowany skórzany pas z krzyżującymi się rzemieniami na piersiach. Używał wytwornej, również obciągniętej błyszczącą skórą, laski z trzciny ma-lacca. Wyglądałby jak duma chylącego się ku upadkowi imperium, żeby nie zielono-żółte, w barwach wyspy, naramienniki.



- Panie Fletcher - rzekł, stojąc nad naszym stołem i lekko uderzając wytworną laską w dłoń. - Mam nadzieję, że nie będziemy mieć dzisiejszej nocy żadnych kłopotów.

- Proszę pana - poprawiłem go. Inspektor Dały i ja nigdy nie byliśmy przyjaciółmi... Nie lubię tyranów czy też ludzi, którzy wykorzystują stanowisko do pomnażania łapówkami swojej najzupełniej wystarczającej pensji. W przeszłości wyłudził ode mnie dużą część ciężko wywalczonych pieniędzy, czego nie mogłem mu wybaczyć.

Zacisnął usta pod blond wąsami i zaczerwienił się.

- Proszę pana - powtórzył niechętnie.

Wprawdzie zdarzało się kilka razy w odległej przeszłości, że razem z Chubbym daliśmy upust chłopięcemu entuzjazmowi, kiedy właśnie złowiliśmy wielką rybę, jednakże w niczym to nie usprawiedliwiało tonu, jakim inspektor Dały zwracał się do nas. W końcu - był tu tylko cudzoziemcem na trzyletnim kontrakcie, który, jak wiedziałem od samego prezydenta, nie miał być odnowiony.

- Inspektorze, czy się nie mylę, że jest to publiczne miejsce.. . i że ani moi przyjaciele, ani ja nie popełniliśmy żadnego wykroczenia?

- Rzeczywiście.

- Czy także słusznie uważam, że śpiewanie w publicznym miejscu melodyjnych i przyzwoitych piosenek nie stanowi czynu przestępczego?

- Tak, jest to prawda, ale...

- Inspektorze, niech się pan odpieprzy - rzekłem uprzejmie. Zawahał się, patrząc na mnie i na Chubby'ego. Pamiętał liczne scysje z nami, a teraz mógł dostrzec w naszych oczach

18

bry błysk wojowniczości. Było widoczne, że chciałby mieć swoich ludzi przy sobie.



- Będę mieć na was oko - powiedział i rozpaczliwie starając się zachować godność, wyszedł z baru.

- Chubby, śpiewasz jak anioł - stwierdziłem. Cały się rozpromienił.

- Harry, mam zamiar postawić ci drinka. - Fred Coker wszedł w odpowiednim momencie, by przyłączyć się do kompanii. Pił lageri sok z zielonej cytryny, na widok czego ściskało mnie w dołku. Jednak nowiny, które przyniósł, stanowiły na to dobre antidotum.

- Panie Harry, mam dla pana klientów.

- Panie Coker, kocham pana.

- Ja też pana kocham - wtrącił Chubby.

W głębi duszy jednakże poczułem odrobinę zawodu. Cieszyłem się na ten nocny wypad.

- Kiedy przyjeżdżają? - spytałem.

- Są już tutaj... czekali na mnie w biurze, kiedy wróciłem.

- Bez blagi - powiedziałem.

- Wiedzieli, że poprzedni pana klienci zrezygnowali, i pytali o pana po nazwisku. Musieli przylecieć tym samym samolotem co i tamta wiadomość.

Gdybym nie miał trudności z myśleniem, na pewno zastanowiłoby mnie, że tak od razu jedną grupę zastąpiła inna.

- Zatrzymali się w „Hiltonie".

- Czy chcą, żebym ich stamtąd zabrał?

- Nie, będą jutro o dziesiątej rano na Przystani Admiralicji.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   28


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna