Wilbur Smith Łowcy diamentów Przełożył: Marek Tomczuk Poznań 1991



Pobieranie 0,78 Mb.
Strona1/13
Data02.04.2018
Rozmiar0,78 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13



Wilbur Smith

Łowcy diamentów

Przełożył: Marek Tomczuk
Poznań 1991


Diamenty... mogą być powodem podziwu, uwielbienia, pożądania i zbrodni Są oznaką piękna, dostojeństwa i bogactwa. Mogą stać się powodem zarówno szczęścia, jak i mordu... ŁOWCY DIAMENTÓW to pasjonująca historia walki dwóch mężczyzn o kobietę i o panowanie nad Van Der Byl Diamond Company, walki, która jest prowadzona wszelkimi środkami i której zasięg rozciąga się od Cape Town do Londynu, od afrykańskich pustyń po lody Atlantyku.

Wilbur Smith urodził się w 1933 roku w Południowej Afryce. Studiował na Rhodes University, potem imał się wielu rzeczy: był biznesmenem, właścicielem fabryki, stał się zapalonym numizmatykiem, a w 1964 roku zadebiutował jako pisarz, zdobywając błyskawiczny rozgłos. Jego książki charakteryzują się tym, że ich akcja rozgrywa się w Afryce, ukochanej i dokładnie poznanej. Wraz z żoną autor przemierzył ją wszerz i wzdłuż tak po drogach, jak i po bezdrożach. Opisuje przeszłość tego kontynentu (np. cykl Ballantine), jak i jego teraźniejszość, np. Eagle in the Sky. Książki Wilbura Smitha były wielokrotnie ekranizowane jak choćby THE DARK OF THE SUN (znane jako NAJEMNICY lub KATANGA), którą wkrótce Państwu zaproponujemy.

Dla D.
Samolot do Nairobi spóźnił się trzy godziny. Mimo wypicia trzech dużych whisky, Johnny Lance nie mógł zasnąć. Gdy Boeing wylądował na Heathrow, czuł się tak, jak gdyby ktoś nasypał mu piasku do oczu. W ponurym nastroju, przeszedł przez komorę celną do głównego hallu lotniska. Tam czekał na niego londyński agent Kompanii Diamentów Van Der Byla.

- Jak tam podróż, Johnny?

- Jak do piekła - mruknął.

- Dobra zaprawa dla ciebie. - Agent uśmiechnął się. Obaj pamiętali dawne dobre czasy.

Odwzajemnił się wymuszonym uśmiechem.

- Masz dla mnie pokój i samochód?

- „Dorchester” i jaguar. - Agent wręczył mu kluczyki do samochodu. - I mam też zarezerwowane na jutro dwa miejsca w pierwszej klasie na lot powrotny do Cape Town. Bilety do odebrania w recepcji.

- Grzeczny chłopiec. - Johnny wsunął klucze do kieszeni kaszmirowego płaszcza. Ruszyli do wyjścia.

- Gdzie jest teraz Tracey van der Byl?

Agent wzruszył ramionami.

- Od czasu gdy napisałem do ciebie, zniknęła bez śladu. Nie wiem, gdzie możesz jej szukać.

- Wspaniale, po prostu wspaniale! - sarknął Johnny. Doszli do parkingu. - Zacznę od Benedykta.

- Czy stary wie o Tracey?

Johnny pokręcił przecząco głową.

- Jest chory. Nie powiedziałem mu.

- Tutaj jest twój samochód. - Agent zatrzymał się obok perłowoszarego jaguara. - Żadnej szansy na wypicie razem drinka?

- Nie tym razem, przykro mi. - Johnny zasiadł za kierownicą. - Przy następnej okazji.

- Trzymam cię za słowo - zakończył agent i odszedł.

Było już prawie ciemno, nadchodził wilgotny, zamglony, szary wieczór. Johnny przejechał przez dwupoziomowe skrzyżowanie na Hammersmith, zabłądził dwukrotnie w labiryncie Belgravi i wreszcie odnalazł rezydencję przy Belgrave Square, gdzie zaparkował samochód. Fasada budynku została z przepychem odnowiona od czasu jego ostatniej wizyty. Johnny skrzywił się z niesmakiem. Jemu nie tak łatwo przychodziło zdobywać pieniądze, za to ten chłoptyś Benedykt z pewnością miał talent do ich wydawania. W środku płonęły światła. Sześć razy uderzył w drzwi kołatką. Wokół rozległo się echo, a w ciszy, która nastąpiła potem, usłyszał dobiegające zza firanek głosy i jakiś cień przesunął się szybko za oknem. Odczekał kilka minut, a potem wycofał się na środek podjazdu.

- Benedykcie van der Byl! Otwieraj! Liczę do dziesięciu. Jeżeli nie, rozwalę te cholerne drzwi! - Nabrał powietrza i wrzeszczał dalej: - Mówi Johnny Lance! Wiesz dobrze, że to zrobię.

Drzwi otworzyły się prawie natychmiast. Johnny pchnął je i nie zwracając uwagi na mężczyznę, który je trzymał, wtargnął na korytarz.

- Cholera, Lance. Nie powinieneś tutaj przychodzić. - Benedykt van der Byl szedł za nim.

- Dlaczego nie? - Obejrzał się. - To mieszkanie należy do Kompanii, a ja jestem dyrektorem naczelnym.

Nim Benedykt zdążył odpowiedzieć, Johnny wszedł dalej. W pokoju były dwie dziewczyny. Jedna z nich zebrała swoje ubranie z podłogi i naga wybiegła do sypialni. Druga naciągnęła na siebie długi kaftan, ponuro spoglądając na wchodzących. Jej włosy były potargane, a sztywne loki tworzyły dookoła głowy groteskową aureolę.

- Niezłe party - stwierdził Johnny. Spojrzał na projektor filmowy stojący na stole z boku, a potem na obraz po drugiej stronie pokoju. - Filmy też.

- Jesteś szpiclem? - zapytała dziewczyna.

- Jesteś bezczelny, Lance. - Benedykt van der Byl szedł za nim, starając się zawiązać pasek jedwabnego szlafroka.

- Czy on jest szpiclem? - zapytała ponownie.

- Nie - uspokoił ją Benedykt. - Pracuje dla mojego ojca. - Stwierdziwszy to wydawał się odzyskiwać pewność siebie. Wyprostował się i zaczął gładzić swoje długie, ciemne włosy. - Obecnie jest sługusem taty.

Johnny odwrócił się w jego stronę i warknął na dziewczynę nie patrząc:

- Wynoś się dziwko! Wyrywaj za przyjaciółką!

Zawahała się.

- Wynoś się!

Odeszła. Obaj mężczyźni stali, przyglądając się sobie. Byli rówieśnikami około trzydziestki, wysocy, ciemnowłosi. Poza tym różnili się jednak we wszystkim. Johnny miał szerokie ramiona, wąskie biodra i wklęsły brzuch. Skóra lśniła opalona pustynnym słońcem. Linia silnej szczęki rysowała się wyraźnie, a oczy wydawały się nieustannie wpatrzone w daleki horyzont. Gdy mówił, wyczuwało się obcy akcent.

- Gdzie jest Tracey? - zapytał.

Benedykt uniósł jedną brew niczym w pantomimie, nadając twarzy wyraz aroganckiego zdziwienia. Jego skóra miała kolor jasnooliwkowy, bez śladu opalenizny - od ostatniego pobytu w Afryce upłynęły już miesiące. Czerwone usta wyglądały jak pomalowane szminką, a klasyczne rysy twarzy zniekształcała nadmierna tusza. Miał worki pod oczami, szlafrok zakrywał otyłe ciało. Dało się zauważyć, że dużo jadł i pił, a ćwiczenia uprawiał nieregularnie.

- Mój dobry człowieku, co u diabła sprawiło, że pytasz mnie o moją siostrę?

Johnny odwrócił się i podszedł do jednego z wiszących na dalszej ścianie obrazów. Pokój był obwieszony dobrymi, oryginalnymi płótnami południowoafrykańskich malarzy: Alexis Preller, Iram Stern i Tretchikoff - niezwykła mieszanina technik i stylów - po prostu ktoś przekonał Starego, że to dobra inwestycja. Ponownie odwrócił się, żeby spojrzeć w twarz Benedykta. Studiował jego postać, tak jak przed chwilą malarstwo, porównując w pamięci z młodym, zgrabnym atletą, jakim był przed kilkoma laty. W jego pamięci zachował się żywy obraz Benedykta poruszającego się z gracją lamparta po zielonym polu do gry przed wypełnionymi trybunami.

- Tyjesz, chłopaczku - powiedział miękko, a Benedykt poczerwieniał z gniewu.

- Wynoś się stąd - warknął.

- Za chwilę, najpierw powiesz mi o Tracey.

- Już ci mówiłem, nie wiem, gdzie jest. Jak sądzę puszcza się gdzieś w Chelsea.

Johnny czuł, jak gniew wzbiera gwałtownie, ale głos miał spokojny.

- Gdzie ona zdobywa pieniądze, Benedykcie?

- Nie wiem. Stary...

Przerwał mu szybko.

- Stary daje jej pensję dziesięć funtów tygodniowo. Z tego co słyszałem, trwoni znacznie więcej.

- Chryste, Johnny! - Benedykt odezwał się pojednawczo - nie wiem, to nie mój biznes. Może Kenny Hartford wie...

Johnny ponownie mu przerwał.

- Kenny Hartford nie daje jej nic. To była część umowy rozwodowej. Chcę wiedzieć, kto finansuje jej wyprawę w zapomnienie. Co o tym sądzisz, szanowny bracie?

- Ja? - Benedykt był oburzony. - Wiesz, że nie ma między nami żadnych uczuć.

- Czy muszę to głośno powiedzieć? - zapytał Johnny. - Zatem dobrze. Stary jest umierający. Nie pozbył się jednak strachu przed słabościami i grzechem. Jeżeli Tracey zmieni się w bezwolną narkomankę, wtedy jest szansa, że nasz chłopczyk Benedykt wróci do łask. To byłaby dobra zagrywka z twojej strony, żeby teraz wyłożyć kilka tysięcy i posłać Tracey do diabła. Odciąć ją kompletnie od ojca i zgarnąć te wszystkie miliony. Niezły pomysł.

- Kto powiedział o narkotykach? - wybuchnął Benedykt.

- Ja. - Johnny podszedł do niego. - Mamy trochę nie dokończonych spraw.

Patrzył Benedyktowi w oczy przez kilka długich sekund, aż ten spuścił wzrok i zaczął manipulować przy pasku od szlafroka.

- Gdzie ona jest, Benedykcie?

- Nie wiem, do cholery!

Johnny podszedł spokojnie do projektora filmowego i podniósł ze stolika rolkę filmu. Rozwinął kilka stóp celuloidowej taśmy i uniósł ją do światła.

- Ładne! - powiedział, wykrzywiając się z niesmakiem.

- Zostaw to! - warknął Benedykt.

- Wiesz, co staruszek myśli o tego rodzaju rzeczach, prawda?

Benedykt zbladł.

- Nie uwierzy ci.

- Uwierzy - rzucił rolkę na stół i odwrócił się do niego. - On mi wierzy, ponieważ nigdy go nie okłamałem.

Benedykt zawahał się. Nerwowo potarł usta ręką.

- Nie widziałem jej od dwóch tygodni. Wynajmowała coś w Chelsea. Stark Street 23. Odwiedziła mnie kiedyś.

- Po co?


- Byłem jej winny kilka funtów - wymamrotał posępnie.

- Kilka funtów? - zapytał Johnny.

- W porządku, kilkaset. Jakby nie było, jest moją siostrą.

- Niech to diabli, co za przyzwoity facet z ciebie - zaśmiał się Johnny. - Napisz adres.

Benedykt podszedł do pokrytego skórą sekretarzyka i napisał adres na kartce. Wrócił i podał Johnny’emu.

- Myślisz, że jesteś wielki i niebezpieczny, Lance.

Głos miał spokojny, ale trząsł się z wściekłości.

- Dobrze, ja też jestem niebezpieczny, ale w inny sposób. Stary nie może żyć wiecznie, Lance. Kiedyś odejdzie, a ja zajmę jego miejsce.

- Możesz w piekle straszyć dzieci, nie mnie - roześmiał się Johnny i poszedł do samochodu.

Na Sloane Square był duży korek, ale Johnny prowadził jaguara spokojnie w kierunku Chelsea.

Rozmyślał. Pamiętał, jak byli sobie bliscy: on, Tracey i Benedykt. Biegali razem niczym dzikie, młode zwierzęta. Po nie kończących się plażach, górach i skąpanym w słońcu Namaqualand. Było to przed tym, jak Stary zorganizował wielki strajk na Slang River, w czasach, kiedy nie mieli pieniędzy nawet na buty. Wtedy Tracey nosiła suknię z czterech zeszytych worków na mąkę. Każdego dnia dojeżdżali razem do szkoły, wszyscy troje na grzbiecie kucyka, jak stado zabrudzonych, małych, brązowych wróbli siedzących na płocie.

Pamiętał długie, wypełnione słońcem tygodnie w czasie nieobecności Starego, które spędzali na zabawach i tajemnych grach. Każdego wieczoru wspinali się na kopiec za pokrytą błotem ścianą chaty i wpatrywali się w ciągnące się na północy bezkresne pola, które o wschodzie słońca przybierały cielistopurpurowy kolor. Wyczekiwali skrzypnięcia piasku w oddali, zapowiadającego powrót Starego. Później ogarniało ich radosne podniecenie, kiedy zabrudzony ford z błotnikami przymocowanymi drutem pojawiał się na podwórzu. Stary zeskakiwał z szoferki w przepoconym kapeluszu zsuniętym na tył głowy, z zakurzoną, nie goloną od kilku dni brodą. Najpierw huśtał piszczącą wysoko nad jego głową Tracey. Następnie zwracał się do Benedykta i w końcu do Johnny’ego. Zawsze w tej samej kolejności: Tracey, Benedykt, Johnny. Johnny nigdy się nie dziwił, dlaczego nie był pierwszy. Zawsze tak samo: Tracey, Benedykt i on. Nigdy się też nie zastanawiał, dlaczego jego nazwisko brzmiało Lance, a nie van der Byl. Potem nagle wszystko się skończyło. Ten wypełniony słońcem sen prysnął jak bańka mydlana i nigdy już nie wrócił.

- Johnny, nie jestem twoim prawdziwym ojcem. Twój ojciec i matka zmarli, kiedy byłeś bardzo mały. - Chłopiec spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Rozumiesz?

- Tak, tatusiu.

Dłoń Tracey szukała go po omacku pod stołem. Wyszarpnął swoją rękę.

- Sądzę, że więcej nie powinieneś nazywać mnie w ten sposób.

Pamiętał dokładnie brzmienie głosu Starego. Rzeczowy, obojętny ton, który rozbił na kawałki naiwny okres dzieciństwa. Zaczęła się samotność. Johnny przyśpieszył i skręcił w King’s Road. Dziwiło go ciągle, że wspomnienie o tym było tak bolesne. Czas przecież powinien je złagodzić i uśmierzyć. Od tego momentu jego życie stało się walką o zdobycie uznania Starego. Nie miał bowiem żadnej nadziei na jego miłość. Nadeszły kolejne zmiany. Tydzień później stary ford z warkotem wrócił niespodziewanie w nocy i obudziło ich szczekanie psa oraz głośny śmiech Starego. Zaspani wygramolili się z łóżek. Stary zaświecił lampę górniczą i posadził ich wszystkich w kuchni, na krzesłach za wyszorowanym stołem. Po chwili, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, położył na stole coś, co wyglądało jak wielki kawałek stłuczonego szkła. Trójka sennych dzieci patrzyła uroczyście nic nie rozumiejąc. Ostry blask lampy górniczej odbijał się w krysztale, który jakby uwięził światło. Zatrzymywał je, potęgował, płonąc i skrząc się niebieskim światłem.

- Dwanaście karatów... - rozkoszował się widokiem Stary - niebieskobiały, bez skazy i tam, skąd pochodzi, jest ich cała fura.

Potem były nowe ubrania, samochód, przeprowadzka do Cape Town. Nowa szkoła i duży dom na Wynberg Hill. Pozostało współzawodnictwo. Rywalizacja, która nie zdobyła uznania Starego. Wywoływała natomiast u Benedykta van der Byl zazdrość i nienawiść. Bez poparcia i stanowczości ojca, Benedykt nie miał szans dorównać osiągnięciom Johnny’ego i to zarówno w klasie, jak i na boisku. Czuł, że jest daleko z tyłu. Nienawidził go za to.

Stary tego nie spostrzegał, ponieważ teraz rzadko z nimi przebywał. Żyli samotnie w wielkim domu razem z cichą kobietą, która była ich gospodynią, a Stary przychodził nieregularnie, na krótko, zawsze zmęczony i roztargniony. Czasami z Londynu, Amsterdamu, Kimberley przywoził im prezenty, ale one znaczyły dla nich bardzo mało. Chcieli, by został z nimi i żeby było tak jak kiedyś na pustyni. W pustce, jaką zostawił po sobie Stary wrogość i rywalizacja pomiędzy chłopcami urosła do takich rozmiarów, że Tracey została zmuszona, by między nimi wybierać. Wybrała Johnny’ego. W tej samotności zbliżyli się do siebie. Poważna, mała dziewczynka i duży, szczupły chłopiec zbudowali pałac odgradzający ich od świata. Było to jasne, bezpieczne miejsce, gdzie smutek nie mógł ich dosięgnąć. Benedykt był z tego wyłączony.

Johnny skręcił jaguarem z głównej drogi na Old Church Street, która prowadziła do Chelsea. Prowadził automatycznie i wspomnienia ponownie zaczęły się kłębić w jego głowie.

Próbował odzyskać i utrzymać zamek wypełniony ciepłem i miłością, który on i Tracey zbudowali tak dawno temu, ale ciągle jego myśli wracały do tej nocy, kiedy wszystko się skończyło.

Pewnej nocy w starym domu na Wynberg Hill obudził go czyjś płacz. W pidżamie, boso poszedł tam, skąd rozlegały się rozdzierające szlochy. W ponurym domu odczuwał wyraźny niepokój.

Tracey płakała w poduszkę. Stanął obok niej.

- Tracey! Co się stało? Dlaczego płaczesz?

Zerwała się i klęcząc na łóżku, zarzuciła mu ręce na szyję.

- Och, Johnny. Miałam sen, okropny sen. Obejmij mnie, proszę. Nie odchodź, nie zostawiaj mnie. - Jej szept był nabrzmiały i tłumiony przez łzy. Usiadł na łóżku i trzymał ją tak długo, aż zasnęła.

Od tego czasu każdej nocy szedł do jej pokoju. To było zupełnie niewinne: dwunastoletnia dziewczynka i chłopiec, który choć nie z nazwiska rzeczywiście był jej bratem. Zanim sen uniósł ich na swoich skrzydłach, siedzieli razem w łóżku i śmiali się z sekretów.

Ale kiedyś nagle oświetlił ich padający z góry silny blask elektrycznego światła. Stary stał w drzwiach pokoju, a Benedykt za nim kręcił się w podnieceniu i tryumfalnie wrzeszczał:

- Mówiłem ci, tato! Mówiłem ci!

Stary trząsł się z wściekłości. Kępa siwych włosów wyprostowała się niczym grzywa u zranionego lwa. Zwlekł Johnny’ego z łóżka i rozerwał uczepione na jego szyi ręce Tracey.

- Ty mała dziwko! - ryknął.

Trzymając jedną ręką przerażonego chłopca, pochylił się do przodu i uderzył córkę w twarz. Johnny’ego zaciągnął na dół do gabinetu na parterze. Wepchnął go do pokoju z taką siłą, że aż sam zatoczył się koło stołu. Stary podszedł do stojaka i wyjął lekką laskę Malcca. Wrócił do niego, chwycił za włosy i rzucił na stół twarzą do blatu. Stary bił go już przedtem, ale nigdy tak jak wtedy. W głuchej wściekłości wybuchnął niepohamowanym, dzikim szałem, który teraz rozładowywał na plecach Johnny’ego. Teraz w tej śmiertelnej udręce stało się dla chłopca niezwykle ważne, by nie płakać. Gryzł wargi aż do krwi. Miała smak soli i miedzi. Nie może usłyszeć mojego płaczu! Dusił jęki, czując jak spodnie pidżamy przylgnęły do ciała przesiąknięte krwią. Jego milczenie wywołało u Starego jeszcze większą furię. Odrzucił laskę, posadził chłopca i zaczął go bić rękoma. Na odlew uderzał otwartą dłonią w głowę silnymi ciosami, które zdawały się wypełniać czaszkę oślepiającymi błyskami światła. Johnny ciągle jeszcze trzymał się na nogach, uczepiony stołu. Usta miał rozerwane i opuchnięte, twarz obrzmiałą i ciemną od sińców. Wtedy rozsądek opuścił Starego zupełnie. Złożył ręce w pięści i ruszył w kierunku chłopca - w tym momencie ból zmienił się w ciepły strumień ciemności.


*
Johnny najpierw usłyszał dziwny głos:

- ...jak gdyby pogryzło go jakieś dzikie zwierzę. Będę musiał zawiadomić policję.

Potem głos, który rozpoznał. Zidentyfikowanie go zajęło mu trochę czasu. Starał się otworzyć oczy, ale wydawały się szczelnie zamknięte. Czuł, że twarz ma jakąś nienormalną, spuchniętą i rozpaloną. Z wysiłkiem uniósł grubą powiekę i rozpoznał Michaela Shapiro, sekretarza Starego, który cicho rozmawiał z drugim mężczyzną. W powietrzu unosił się zapach antyseptyków, a torba lekarska leżała otwarta na stole obok łóżka.

- Proszę posłuchać, doktorze. Wiem, że to wygląda źle, ale czy nie będzie lepiej przed wezwaniem policji porozmawiać z chłopcem?

Obaj spojrzeli w stronę łóżka.

- Jest już przytomny. - Doktor szybko do niego podszedł. - Co ci się stało, Johnny? Powiedz nam. Ktokolwiek ci to zrobił, będzie ukarany, obiecuję.

To było kłamstwo. Nikt nigdy nie ukarze Starego. Johnny próbował mówić, ale jego usta były sztywne i opuchnięte. Spróbował ponownie.

- Przewróciłem się - powiedział. - Przewróciłem się. Nikt! Nikt! Przewróciłem się.

Kiedy poszedł doktor, Mike Shapiro podszedł do łóżka i stanął obok niego. Jego oczy wyrażały współczucie, a może nawet coś więcej - być może złość lub podziw.

- Zabieram cię do mojego domu, Johnny. Będzie ci tam dobrze.

Przez dwa tygodnie był pod opieką żony Michaela Shapiro, Heleny. Strupy zeszły, stłuczenia zmieniły kolor na brudnożółty, ale grzbiet nosa pokrywały guzy, czyniąc go zakrzywionym. Studiował swój nowy nos w lustrze i lubił go. Mój wygląd upodabnia mnie teraz do boksera - myślał - albo do pirata. Minęło wiele miesięcy, zanim opuchlizna zeszła i mógł dotykać go bez bólu.

- Słuchaj, Johnny, idziesz teraz do szkoły. Dobrej szkoły podstawowej w Grahamstown. - Michael Shapiro starał się, żeby zabrzmiało to entuzjastycznie. Grahamstown leżało w odległości pięciuset mil. - W czasie wakacji będziesz pracował w Namaqualand. Nauczysz się wszystkiego o wydobywaniu diamentów. Z pewnością to polubisz. Nie mam racji?

Johnny myślał o tym przez chwilę, obserwując zakłopotaną twarz Michaela.

- Zatem nie wracam do domu? - Myślał o domu na Wynberg Hill.

Michael pokręcił głową.

- Kiedy zobaczę... - Johnny zawahał się i próbował znaleźć odpowiednie słowa - ...kiedy zobaczę ich znowu?

- Nie wiem - odpowiedział mu uczciwie Michael.

Tak jak obiecał, była to dobra szkoła. W pierwszą niedzielę, po mszy, poszedł razem z innymi chłopcami do klasy na obowiązkowe pisanie listów. Pozostali szybko zaczęli szkicować naprędce sklecone listy do rodziców. Johnny siedział przygnębiony, aż nauczyciel stanął obok jego biurka.

- Nie zamierzasz napisać do domu, Lance? - zapytał uprzejmie. - Jestem przekonany, że wszyscy są ciekawi, jak ci się powodzi.

Posłusznie wziął długopis i łamał sobie głowę nad pustą kartką bloku listowego. W końcu napisał:


Drogi Panie,

Mam nadzieję, że ucieszy Pana wiadomość, iż jestem teraz w szkole. Wyżywienie jest dobre, ale łóżka są bardzo twarde. Każdego dnia chodzimy do kościoła i gramy w rugby.

Z poważaniem

Johnny
Od tej chwili, aż do czasu, gdy opuścił szkołę i zapisał się na uniwersytet trzy lata później, co tydzień pisał do Starego. Każdy list zaczynał się od takiego samego powitania i tak samo rozpoczynała się jego pierwsza linia: Mam nadzieję, że ucieszy pana wiadomość... Nigdy nie było odpowiedzi na żaden z nich.

Za każdym razem otrzymywał pisany na maszynie list od Michaela Shapiro ustalający organizację szkolnych wakacji. Zazwyczaj dotyczyły podróży pociągiem do jakichś odległych wsi położonych na wyschniętej, nieurodzajnej ziemi, gdzie lekki samolot należący do Kompanii Diamentów Van Der Byla oczekiwał na niego, aby zabrać go jeszcze dalej na pustynię, do miejsc, na które Kompania posiadała koncesję. Ponownie Michael Shapiro obiecał mu naukę o diamentach i ich wydobyciu. Kiedy nadszedł czas rozpoczęcia studiów, rzeczą naturalną było, że na przedmiot studiów wybrał geologię. Przez wszystkie te lata był wykreślony z rodziny van der Byl. Nie widział ani Starego, ani Tracey, ani nawet Benedykta. Potem, pewnego wypełnionego wydarzeniami popołudnia, zobaczył ich wszystkich. Był to jego ostatni rok na uniwersytecie. Jego tytuł był pewny. Od pierwszego roku do chwili obecnej zajmował czołowe miejsca na listach z każdego egzaminu. Został wybrany starszym studentem Uniwersytetu Stellenbosch, a teraz jeszcze większy honor był prawie w zasięgu jego ręki.

Przed dziesięcioma dniami narodowi selekcjonerzy ogłosili, że drużyna narodowa rugby spotka się z przebywającą na tournee drużyną „All Black” z Nowej Zelandii. Miejsce Johnny’ego jako bocznego napastnika było tak samo pewne, jak jego stopień z geologii. Prasa sportowa nadała mu przydomek „Jag Hound”1 po dzikim drapieżniku z niecywilizowanej części Afryki, psie myśliwskim z Cape, zwierzęciu o niewiarygodnej witalności i determinacji.

Przydomek pasował doskonale, a Johnny był ulubieńcem trybun.

W składzie drużyny z Uniwersytetu w Cape Town był drugi gracz, który także podobał się kibicom. Jego miejsce w drużynie narodowej w spotkaniu z zespołem „All Black” również wydawało się pewne. Z pozycji obrońcy Benedykt van der Byl dominował na polu gry, poruszając się po nim z gracją i mistrzostwem. Wyrósł na wysokiego mężczyznę o szerokich ramionach, długich, silnych nogach i ciemnej karnacji, która podkreślała jego urodę.

Johnny wyprowadził drużynę gości na gładką, zieloną murawę. Biegnąc truchtem, pochylając lekko plecy i ramiona, spojrzał w górę na zatłoczone trybuny, szukając najważniejszych gości. Zobaczył doktora Danie Cravena siedzącego razem z innymi selekcjonerami na uprzywilejowanych miejscach poniżej ogrodzenia dla prasy. Przed doktorem siedział premier. Spotkanie pomiędzy dwoma uniwersytetami było jednym z największych wydarzeń sportowych w sezonie i fani rugby przebywali tysiące mil, żeby je zobaczyć. Premier uśmiechnął się i pokiwał głową, potem pochylił się, by dotknąć ramienia siedzącej poniżej postaci. Był to wysoki mężczyzna z siwą głową. Johnny poczuł mrowienie w kręgosłupie, kiedy biała głowa uniosła się i spojrzała prosto na niego. Po raz pierwszy od siedmiu lat, od czasu tej strasznej nocy, zobaczył Starego. Uniósł rękę w geście pozdrowienia, a Stary popatrzył przez chwilę na niego, nim odwrócił się i zaczął rozmawiać z premierem. Starsze doboszówny wyszły w szeregach na płytę boiska. Ubrane w białe buty, wysokie kapelusze i krótkie spódniczki o barwach Cape Town University. Dziewczęta szły paradnym krokiem, cudowne, młode, zarumienione z podniecenia i wysiłku.

Ryk tłumu ogłuszał Johnny’ego. Ponieważ Tracey van der Byl prowadziła pierwszy rząd, rozpoznał ją natychmiast, mimo upływu tych kilku lat, w czasie których wyrosła na kobietę. Ręce i nogi miała brązowe od słońca, a ciemne włosy połyskując opadały na ramiona. Brykała, tupała, wykrzykując tradycyjne okrzyki, poruszając z wdziękiem pośladkami, podczas gdy tłum wrzeszczał i wił się, wpadając niemal w histeryczny szał. Johnny obserwował Tracey, stojąc w milczeniu w tej wrzawie. Była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Pokaz skończył się. Doboszówny wycofały się do głównego wejścia na stadion i drużyna gospodarzy wybiegła na boisko. Obecność Starego i Tracey podsyciła nienawiść żywioną przez Johnny’ego do ubranej na biało postaci, która teraz cofała się, żeby przejąć kontrolę nad polem obrony Cape Town. Benedykt van der Byl doszedł do swojej pozycji i odwrócił się. Z getrów wyciągnął grzebień i uczesał nim swoje ciemne włosy. Tłum ryczał i gwizdał, ponieważ kibice kochali jego teatralne gesty. Benedykt włożył grzebień z powrotem do getrów i przybrał wyczekującą postawę. Z jedną ręką na biodrze arogancko obserwował przeciwnika. Nagle dostrzegł spojrzenie Johnny’ego i spuścił wzrok. Gwizdy ucichły i zaczęła się gra. To było to, czego oczekiwał tłum. Mecz, który będzie długo wspominany i komentowany. Wspaniałe ofensywy napastników, długie rajdy obrońców wchodzące głęboko w obronę przeciwnika. Owalna piłka wędrująca z rąk do rąk. Ostra, szybka, czysta gra przenosiła się z jednej strony boiska na drugą. Tłum co chwilę unosił się, oczy wychodziły z orbit i szeroko otwarte usta wrzeszczały w napięciu. Głuchy pomruk przetaczał się przez trybuny, gdy z desperackim wysiłkiem zatrzymywano piłkę na skraju pola punktowego. Żadna z drużyn nie zdobyła punktu, a do końca zostały tylko trzy minuty. Wtedy gracze z Cape Town rozpoczęli nieustający atak. Napastnicy przedostali się przez lukę w obronie. Prowadzoną wysokimi podaniami piłkę czysto przejął skrzydłowy, a kiedy nie wypadał z rytmu i jego stopy śmigały wręcz po zielonej murawie, tłum zamarł z wrażenia. Johnny zaatakował go ramieniem nisko, tuż powyżej kolan. Obaj potoczyli się za pole gry, zostawiając za sobą tumany wapiennego pyłu. Tłum zaryczał. Kiedy czekali na wrzut piłki, Johnny szeptał gardłowym głosem komendy. Jego złocistobrązowy golf przesiąknięty był potem i zabrudzony krwią z otartego kolana.

- Podaj do tyłu! Nie biegnij za nią! Podaj Dawidowi! Dawid, kop wysoko i daleko!

Johnny wyskoczył wysoko do lecącej piłki, pięścią wybił ją prosto w ręce Dawida, w tym samym momencie blokując atakujących ciałem. Dawid cofnął się dwa kroki i kopnął. Piłka poszybowała w górę. Zatoczyła łuk nad środkiem stadionu i zaczęła zbliżać się do ziemi. Dwadzieścia tysięcy głów śledziło jej lot, cisza zaległa na stadionie. W tej nienaturalnej ciszy Benedykt van der Byl wycofał się daleko na własne pole. Piłka wpadła wprost w jego ręce. Powoli ruszył w kierunku środka boiska, żeby zdobyć wolne pole do kopnięcia z powrotem. Na stadionie ciągle zalegała cisza. Benedykt van der Byl ściągał na siebie całą uwagę.

- Jag Hound! - Pojedynczy głos w tłumie ostrzegł wszystkich i dwadzieścia tysięcy głów spojrzało w dół.

- Jag Hound! - Krzyczał teraz tłum.

Johnny przeszedł do ataku. Mocno pracował ramionami, nogi poruszały się rytmicznie, gdy biegł w stronę Benedykta. Był to daremny wysiłek, nie mógł liczyć na to, że dogoni takiej klasy zawodnika jak Benedykt, tym bardziej, że siły zaczęły go już opuszczać. Na jego spoconej twarzy rysował się wyraz determinacji, spod butów wylatywały w powietrze kępki odrywanej darni. Benedykt obejrzał się i zobaczył Johnny’ego. Chwila wahania spowodowała, że stracił rytm i zwolnił. Próbował skręcić, chcąc dostać się dalej na swoje pole. Jego pewność siebie znikła. Drobił wkoło i potykał się o własne stopy, omal się nie przewrócił, a piłka odbiła się do przodu. Walczył o nią po omacku, zerkając przez ramię do tyłu. Na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia. Johnny był bardzo blisko. Benedykt sapał przy każdym kroku, a masywne ramiona przygotowane były do ataku. Usta wykrzywił sardoniczny grymas. Wówczas stała się rzecz niezwykła i zadziwiająca. Benedykt van der Byl rzucił się na kolana i rozpłaszczając się na zielonej murawie, przykrył głowę rękami. Johnny minął go, zatrzymał się i swobodnie chwycił piłkę. Kiedy Benedykt odsłonił głowę i ciągle klęcząc spojrzał w górę, Johnny stał dziesięć jardów za nim pomiędzy słupkami bramki obserwując go. Następnie, żeby dokonać formalności przyłożenia, powoli umieścił piłkę między stopami. Teraz, jak gdyby za jakimś obopólnym porozumieniem, obaj spojrzeli w stronę głównej trybuny. Zobaczyli jak Stary wstaje z miejsca i przez rozentuzjazmowany tłum powoli toruje sobie drogę do wyjścia. Następnego dnia Johnny wrócił na pustynię.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna