Wilbur smith głodny jak morze



Pobieranie 1,48 Mb.
Strona1/31
Data26.03.2018
Rozmiar1,48 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   31

WILBUR SMITH

GŁODNY JAK MORZE

Przekład ANDRZEJ MILCARZ

Tytuł oryginału HUNGRY AS THE SEA

Ilustracja na okładce KEYIN TWEDDELL

Redakcja merytoryczna KRYSTYNA PETRYK

Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSK

Korekta JOANNA DZIK

Copyright © 1978 Wilbur Smith

Pierwsze wydanie 1978 rok

pod tytułem HUNGRY AS THE SEA

William Hememami Limited, part ofReed Consumer Books

Limited, Michelm House, 81 Fulham Road, London SW3 6RB

For tlie fohsh edition Copyright © 1996 by Wydawnictwo Amber Sp z o o

ISBN 83-7169-098-3


Wydawnictwo Amber Sp z o o Warszawa 1996 Wydanie I

Druk Zakłady Graficzne ATEXT S A Gdańsk ul Trzy Lipy 3 tel (O 58) 32 67 69 (O 58) 32 64 41


Książkę tę poświęcam mojej żonie Daniel

Nicholas Berg wysiadł z taksówki obok rzęsiście oświetlonego basenu portowego i zatrzymał się, aby popatrzeć na „Warlocka". Przypływ uniósł statek wysoko ponad kamienne nabrzeże i chociaż portowe dźwigi górowały teraz nad nim, wyglądał potężnie.

Nicholas czuł ze zmęczenia ból w mięśniach i otępienie, ale ten widok podziałał na niego orzeźwiająco. Wróciła dawna duma, poczucie wartości.

Lśniący i groźny „Warlock" przypominał okręt wojenny, strzelający w górę dziób i rasowa linia stalowego kadłuba obiecywały bezpieczeństwo w każdych warunkach. Sznury świateł jarzyły się karnawałowo w pancernym szkle nadbudówek. Mostek nawigacyjny, ze skrzydłami elegancko wygiętymi do tyłu, dawał pełną osłonę oficerom, którzy muszą tam pracować przy najokrutniejszej pogodzie i na najzdradliwszych wodach.

Ponad szerokim pokładem rufowym był drugi mostek, z którego wykwalifikowany marynarz mógł operować potężną windą holowniczą i kabestanami, za pomocą hydraulicznego ramienia zaczepiać i kontrolować hol, mógł w sztormie lub po jedwabiście gładkim morzu pewnie prowadzić powaloną wieżę wiertniczą albo śmiertelnie ranny liniowiec.

Zamiast typowego dla staromodnych holowników ratowniczych przysadzistego komina ku nocnemu niebu sterczały dwie bliźniacze wieże, a złudzenie, że „Warlock" to okręt wojenny, potęgowały działka wodne na górnym pokładzie, zdolne do wyplucia na gaszony obiekt tysiąca pięciuset ton wody morskiej w ciągu godziny. Z wież mogły być również wyrzucane drabinki dla ratowników przechodzących na zagrożoną jednostkę. Koncentryczne kręgi między wieżami znaczyły lądowisko dla helikoptera. Pokład „Warlocka", podobnie jak cały kadłub, wykonano z materiałów ogniotrwałych, aby przetrwał piekło płonącej wokół dziurawego zbiornikowca ropy lub chemikaliów.

Choć Nicholas Berg nogi miał obolałe i sztywne jak sterany życiem starzec, kiedy zbliżył się do trapu, poczuł, że opuszcza go powoli zniechęcenie i psychiczne wyczerpanie.

„Do diabła z nimi wszystkimi — pomyślał. — Zbudowałem ten statek. Jest silny i dobry".

Mimo że była już jedenasta w nocy, załoga „Warlocka" patrzyła na Nicholasa ze wszystkich możliwych punktów obserwacyjnych. Nawet motorzyści wynurzyli się z maszynowni na wieść o jego nadejściu i dyskretnie kręcili się po roboczym pokładzie rufowym.

David Allen, pierwszy oficer, przy głównej bramie portu postawił marynarza z fotografią Nicholasa Berga i pięciocentówką do automatu telefonicznego, aby cały statek był w porę uprzedzony.

Pierwszy oficer i starszy mechanik stali w przeszklonym skrzydle mostka nawigacyjnego i spoglądali w dół na samotną postać z neseserem, przemierzającą nabrzeże.

— Więc to jest on — w głosie Davida, który ze spłowiałą na słońcu czupryną wyglądał jak uczniak, brzmiał respekt i nutka lęku.

— To cholerny gwiazdor — prychnął starszy mechanik Yinny Baker, skutkiem czego okulary zsunęły mu się po długim i cienkim nosie, a opadające spodnie musiał przytrzymać łokciami. — Cholerny gwiazdor — powtórzył z najwyższą pogardą.

— Był lepszy nawet od Julesa Levoisina — zwrócił uwagę David, a odrobina strachu znów dała się słyszeć w intonacji — i jest starym ratownikiem.

— To było piętnaście lat temu — Yinny Baker poprawił okulary na nosie i zwolnił ucisk łokci na spodnie, które natychmiast rozpoczęły powolne, acz nieubłagane zsuwanie się ku pokładowi. — Potem — dodał — stał się cholernym przystojniakiem i armatorem.

— Tak — zgodził się David Allen i czoło zmarszczył na myśl o tych dwóch legendarnych bestiach: kapitanie i armatorze połączonych w jedno monstrum. A monstrum wchodziło właśnie po trapie na pokład „Warlocka".

— Lepiej byś zszedł i dał mu buzi — mruknął od niechcenia Yinny i odpłynął dwa pokłady niżej do sterowni maszynowej, swojego sanktuarium, w którym nie mogli go tknąć ani kapitanowie, ani armatorzy.

Gdy zdyszany i zaczerwieniony David Allen dotarł do trapu, nowy kapitan był już w połowie kładki. Uniósł głowę i zbliżając się' do burty patrzył uważnie na oficera. Chociaż Nicholas Berg był mężczyzną wzrostu nieco tylko więcej niż średniego, robił wrażenie niemal olbrzyma, a pod granatowym kaszmirem marynarki zaznaczały się barki szerokie i mocne. Nie miał czapki, a bardzo ciemne, gęste włosy były zaczesane do tyłu nad szerokim, gładkim czołem. W kościstej twarzy dominował duży nos i wydatna szczęka, teraz niebieskawa od świeżego zarostu. Plamy śliwkowego koloru dawały złudzenie, że Nicholas ma podbite oczy.

Najbardziej zdumiała Davida bladość kapitana. Mogła to być twarz człowieka, który przed chwilą miał krwotok z tętnicy szyjnej. Bladość śmiertelnej choroby lub śmiertelnego wyczerpania podkreślona przez ciemne oczodoły. Nie tak wyobrażał sobie legendarnego Golden Prince of Christy Marinę. To nie była twarz, którą tak często widywał w gazetach i kolorowych tygodnikach z całego świata. Ze zdumienia wręcz zaniemówił.

— Allen? — spytał cicho Nicholas Berg monotonnym głosem, o zaskakującej barwie.

— Tak, panie kapitanie. Witamy na pokładzie, panie kapitanie.

Kiedy Nicholas Berg uśmiechnął się, ślady choroby i zmęczenia widoczne w kącikach ust i na skroniach zniknęły. Jego dłoń była gładka i zimna, ale uścisk tak mocny, że David aż przymrużył oczy.

— Pokażę pańską kabinę, panie kapitanie. — David wziął neseser z ręki Nicholasa.

— Znam drogę — powiedział Nick Berg. — Projektowałem ten statek.

Stał pośrodku kapitańskiego saloniku, czuł drżenie ud i wydawało mu się, że pokład kiwa się pod nogami, chociaż „Warlock" był unieruchomiony przy kamiennym nabrzeżu.

— Jak przebiegł pogrzeb? — spytał Nick.

— On został poddany kremacji, panie kapitanie — odpowiedział David. — Takie było jego życzenie. Załatwiłem przesłanie prochów do domu, do Mary. Mary to jego żona, panie kapitanie.

— Tak — powiedział Nick. — Wiem. Widziałem ją przed wyjazdem z Londynu. Mac i ja byliśmy kiedyś na wspólnym rejsie.

— Opowiadał mi. Szczycił się tym.

— Zabraliście wszystkie jego rzeczy? — Nick rozglądnął się po kabinie.

— Tak, panie kapitanie. Spakowaliśmy wszystko. Tu nic nie zostało.

— To był porządny człowiek.

Nick zachwiał się znowu i z wahaniem popatrzył na kanapę. Nie usiadł jednak, lecz podszedł do bulaja i popatrzył na basen portowy.

— Jak to się stało?

— Mój raport...

— Mów! — głos Nicka był jak smagnięcie biczem.

— Zerwał się hol, panie kapitanie. Mac był na pokładzie rufowym. Lina obcięła mu głowę jak gilotyna.

Nick milczał przez chwilę myśląc o tym lakonicznym opisie tragedii. Kiedyś widział, jak zerwał się naprężony hol. Zginęło wtedy trzech marynarzy.

— Rozumiem — Nick zawahał się. Wyczerpanie sprawiło, że działał wolniej i nie był tak twardy jak zwykle, toteż omal nie zaczął wyjaśniać, dlaczego sam objął dowództwo na „Warlocku" zamiast przysłać kogoś na miejsce Maca.

Rozmowa teraz, kiedy był powalony na kolana, zbity, złamany i śmiertelnie zmęczony, mogłaby przynieść ulgę. Jeszcze moment wahania, po czym przełamał się i przezwyciężył pokusę. Do tej pory nigdy nikogo nie prosił o współczucie.

— Rozumiem — powtórzył. — Przeproś kolegów. Mało spałem przez ostatnie dwa tygodnie, a lot z Heathrow był morderczy jak zawsze. Zobaczę się z nimi jutro rano. Poproś kucharza, żeby przyniósł mi kolację do kabiny.

Kucharz, wielki mężczyzna, ubrany w śnieżnobiały fartuch i operetkową czapę szefa kuchni, poruszał się jak tancerz. Berg przypatrywał się, jak stawiał tacę na stole. Włosy kucharza były starannie zebrane w ogon, który spadał na prawe ramię, w lewym uchu tkwił kolczyk z diamentem, a ciemne rzęsy! wywijały się miękko ku policzkom. Ręką włochatą jak u goryla zdjął serwetęj z tacy i niespodziewanie lirycznym dziewczęcym głosem, powiedział:

— Proszę. Pot-au-feu, czyli miseczka pysznego rosołku. To jeden z moich małych specjałów. Będziesz za nim przepadał.

Cofnął się i oparłszy wielkie dłonie na biodrach obserwował Nicka Berga.

— Rzuciłem okiem, kiedy wchodziłeś na pokład, i od razu zorientowałem się, czego naprawdę potrzebujesz — wykonał gest sztukmistrza i z przepaścistej kieszeni fartucha wydobył piersiówkę pinch haig. — Strzel sobie, biedaku, jednego do kolacji, a potem, kochanie, prościutko do łóżeczka.

Nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie zwrócił się do niego per kochanie ale miał zbyt skołowaciały język, żeby zdobyć się na jakąkolwiek ripostę. Patrzył więc bez słowa na kucharza, który oddalał się szeleszcząc białyr fartuchem i błyskając diamentem w uchu. Nick uśmiechnął się i lekko podrzucił butelkę.

— Niech mnie diabli, jeśli tego nie potrzebuję — mruknął i rozejrzał: za szklanką. Usadowił się na kanapie i popijał małymi łykami. Zdjął pokrywkę garnka z rosołem. Aromat, który rozszedł się po saloniku, zaktywizowa ślinianki Nicka.

Po gorącym rosole i mocnej whisky miał ochotę już tylko na jedno; zrzucił buty i chwiejnym krokiem przeszedł do sypialni.

Obudził się zły. Nie był zły przez dwa ostatnie tygodnie, co najlepiej świadczyło, jak bardzo upadł na duchu. Po ogoleniu zdawało mu się wciąż, że w lustrze widzi cudzą twarz: za bardzo była blada, wymizerowana i martwa, zmarszczki wokół ust zbyt głębokie. Poranne słońce zaglądające przez bulaj padło na jego ciemną skroń, na której srebrzyście błysnął szron. Pochylił się do lustra. Po raz pierwszy spostrzegł u siebie siwe włosy — może do tej pory nie dość dokładnie przyglądał się sobie albo siwizna była rzeczą nową.

„Czterdziestka — pomyślał. — W czerwcu skończę czterdzieści lat".

Zawsze uważał, że jeśli mężczyzna nie schwyta wielkiej fali przed czterdziestką, nie dokona tego już nigdy. A co z mężczyzną, który dosiadł wielkiej fali, zanim skończył lat trzydzieści, pędził na niej bez strachu, aż został zmyty i runął w kotłującą się, białą kipiel? Czy nie ma już szansy na sukces? Nick wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i czuł, jak gniew staje się ukierunkowany i mobilizujący.

Wszedł pod prysznic i podstawił pierś pod kłujące uderzenia gorącej wody. Po raz pierwszy od wielu tygodni wiedział, że pod zmęczeniem i rozczarowaniem tkwi w nim siła. A już w nią wątpił. Teraz wzbierała na nowo i znowu pomyślał, że jest stworzony do życia na morzu, że pod stopami musi czuć pokład, a w nozdrzach zapach słonej wody.

Wyszedł spod prysznica i szybko się wytarł. Był na właściwym miejscu. Tu mógł odżyć — dobrze zrobił decydując się osobiście zastąpić Maca. Tego właśnie potrzebował.

Wiedział dobrze, że aby pędzić na wielkiej fali, trzeba najpierw pojawić się w miejscu, gdzie ona wzbiera. Sprawa instynktu — po prostu się wie, że to właśnie tam. Nick Berg był absolutnie pewien, że teraz nie gdzie indziej, lecz dokładnie tu jest takie miejsce, i w miarę jak potężniała w nim siła, rosło też znajome podniecenie, wracało coraz pewniejsze siebie: „zobaczymy, kto komu dołoży". Ubrał się szybko i kapitańską zejściówką wyszedł na pokład.

Wiatr natychmiast zrzucił mu czarne, mokre włosy na twarz. Wiała piątka z południowego wschodu i kotłowało się ponad ogromnymi górami o płaskich wierzchołkach, które przykucnęły ponad miastem i portem. Nick popatrzył w stronę gór. Gruba, biała chmura, nazywana „obrusem", zsuwała się z nich, kłębiąc się na szarych, skalistych urwiskach.

— Przylądek sztormów — mruknął. Nawet w osłoniętym basenie portowym woda tłukła się i wzbierała w białe grzędy, które rozłaziły się jak smugi dymu.

Południowy koniuszek Afryki wcina się w jedno z najzdradliwszych mórz na całym globie. Wody dwóch oceanów z impetem wskakują na kamienne klify Przylądka Igielnego i dalej wściekłe suną przez płycizny Agulhas Bank. Tutaj rozgywa się wiecznotrwały konflikt pomiędzy wiatrem i prądem morskim. Tutaj powstaje monstrualna fala, zwana przez żeglarzy „falą stulecia", bo statystycznie taka jest częstotliwość jej występowania.

Tutaj, w pobliżu Agulhas Bank, czaiła się zawsze, czekając jedynie na; odpowiedni układ wiatru i prądu morskiego, na właściwą częstotliwość ruchu mas wodnych, aby wreszcie spiętrzyć się w grzbiet wysoki na trzydzieści metrów i stromy niczym sama Góra Stołowa.

Nick czytał relacje marynarzy, którzy przeżyli spotkanie z taką falą nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, pisali jedynie o ogromnej dziurze! w morzu. Statek, bez najmniejszej szansy, wpadał w tę otchłań, a monstrualna góra wody kręciła nim jak zabawką i pochłaniała bez reszty. Być może „Waratah Castle" dostał się w coś takiego. Nikt się już tego nie dowie — wielka jednostka o nośmości dziewięciu tysięcy ton z dwustu jedenastomaj członkami załogi przepadła bez śladu na tych właśnie wodach.

A biegnie przecież tędy jeden z najruchliwszych szlaków żeglugowych.! Procesja gigantycznych zbiornikowców przesuwa się ociężale wokół Przyląd-ka Dobrej Nadziei. Nie ma chwili przerwy w komunikacji wahadłowej między krajami Zachodu a polami naftowymi Zatoki Perskiej. Kto wie czy supertankowce, mimo swojego ogromu, nie są najbardziej kruchymi środkam transportu, jakie zbudował człowiek.

Nick odwrócił się i spojrzał na jeden z nich, zacumowany po drugiej stronie smaganego wiatrem basenu Duncana. Mógł przeczytać nazwę na rufie, sterczącej w górę niczym pięciopiętrowy blok mieszkalny. Tankowiec o nośności 250 000 DWT, własność Shell Oil, nie obciążony ładunkiem, pokazywał czerwone od rdzy dolne partie kadłuba. Przechodził tu remont, podczas gdy dwa inne monstra czekały cierpliwie w kolejce na redzie Table Bay.

Taki wielki, ociężały, potężny, ale słaby — i jaka to pływająca góra pieniędzy. Nick bezwiednie oblizał wargi. Statek z ładunkiem — to będzie trzydzieści milionów dolarów. Dlatego właśnie ustawił „Warlocka" tutaj, w Kapsztadzie, na najdalej na południe wysuniętym koniuszku Afryki. Czuł wzbierającą siłę i podniecenie.

W porządku, stracił swoją falę. Już nie dosiadał jej rozpędzonego grzbietu. Spadł na dół i miotała nim biała kipiel. Utrzymywał się jednak na powierzchni i na linii, gdzie tworzą się fale. Wiedział, że zaraz nadejdzie następna wielka. Właśnie zaczęła się spiętrzać. Był pewien, że nie zabraknie mu sił; schwyta ją, stanie na grzbiecie i popędzi ponownie.

— Zrobiłem to kiedyś i na pewno zrobię jeszcze raz — powiedział głośno i zszedł na śniadanie.

Przez dłuższą chwilę nikt nie zauważył jego wejścia do mesy. Wszyscy z ekscytacją słuchali czytanego tekstu. Padały uwagi i pytania.

Starszy mechanik nad talerzem jajecznicy trzymał egzemplarz List". To, co czytał, było wydrukowane na pierwszej stronie.

„Gdzie on znalazł ten stary numer?" — zastanawiał się Nicholas.

Okulary zjechały mechanikowi na czubek nosa, tak że musiał odchylać głowę, aby widzieć litery. Jego australijski akcent brzmiał jak dźwięki gitary:

We wspólnym oświadczeniu nowy prezes i członkowie Zarządu składają wyrazy szacunku Panu Nicholasowi Bergowi, który lojalnie służył firmie Christy Marinę przez piętnaście lat.

Pięciu oficerów słuchało chciwie, zapominając o śniadaniu, aż wreszcie David Allen dostrzegł postać w drzwiach.

— Panie kapitanie — krzyknął, zrywając się z miejsca. Równocześnie wyrwał gazetę z rąk Vinny Bakera i cisnął zmiętą na swoje krzesło. — Panie kapitanie, pozwoli pan przedstawić sobie oficerów „Warlocka".

Niepewni, zmieszani uścisnęli mu kolejno dłoń i czym prędzej w milczeniu siedli do stygnącego śniadania, skupiając się na jedzeniu w sposób wykluczający wszelką konwersację. Nick zajął fotel kapitański u szczytu długiego stołu. David Allen usiadł na zgniecionej gazecie.

Steward podał nowemu kapitanowi jadłospis i zaraz potem przyniósł półmisek duszonych owoców.

— Zamawiałem jajko na miękko — powiedział łagodnie Nick, a z kambuza wyłoniła się zjawa w śnieżnej bieli, z przekrzywioną na bakier czapą szefa kuchni.

— Przekleństwem żeglarzy jest zatwardzenie, wielki szyprze. Dbam o moich oficerów; te owoce są pyszne i dobrze ci zrobią. Zaraz podam ci jajeczka, kochanie, ale zjedz najpierw troszkę owoców — błysnął diamentem i zniknął.

Nick patrzył za nim i nie przerywał dojmującej ciszy.

— To jest fantastyczny kucharz — zagadał David Allen. Na jego jasnej skórze pojawił się blady rumieniec, a na krześle pod nim zaszeleścił „Lloyd's List". — Dostałby pracę na każdym liniowcu pasażerskim, Angel by dostał.

— Gdyby kiedyś zszedł z „Warlocka", połowa załogi poszłaby za nim — zaburczał ponurym tonem starszy mechanik, odruchowo już przytrzymując łokciami spodnie. — Ja na pewno.

Nick Berg uprzejmie zwrócił twarz w stronę rozmawiających.

— On jest niemal jak lekarz — dodał David Allen, zwracając się do starszego mechanika.

— Uczył się pięć lat w szkole medycznej w Edynburgu — przytaknął z uszanowaniem starszy mechanik. — Pamiętacie, jak złożył nogę drugiemu? Doktor na pokładzie to jest cenna rzecz.

Nick niespiesznie sięgnął łyżką do półmiska z owocami. Wszyscy oficerowie patrzyli na niego uważnie.

— Powinien pan spróbować jego dżemów, panie kapitanie. — David Allen zwrócił się wreszcie bezpośrednio do Nicka. — Nic nie gorsze niż cordon bleu.

— Dziękuję wam, panowie, za te informacje. — Zmarszczki wokół oczu Nicka zdradzały rozbawienie, choć na ustach nie było uśmiechu. — Czy ktoś zechciałby jednak przekazać Angelowi moje szczere zapewnienie, że wbiję mu tę idiotyczną czapę między uszy, jeśli jeszcze raz powie do mnie „kochanie"?

Zebrani roześmiali się z wyraźną ulgą, a Nick przyprawiając Davida Allena o następny rumieniec, zapytał:

Wygląda na to, że skończył pan studiowanie tego starego numeru „Lloyd's List", panie pierwszy oficerze. Pozwoli mi pan również zerknąć?

David uniósł się z ociąganiem i podał pismo, na którym siedział. Znowu nastała ciężka cisza, gdy Nick, rozprostowawszy pogniecione kartki, przystąpił do lektury z absolutną, wydawało się, obojętnością.

THE GOLDEN PRINCE ZDETRONIZOWANY W CHRISTY MARINE

Stary Arthur Christy miał kaprys wstawiania przymiotnika „Golden" do nazwy każdego ze swoich statków. Dwanaście lat temu jakiś żartowniś ukuł więc przydomek „Golden Prince" dla Nicka w związku z jego błyskawicznym awansem w Christy Marine. Nicholas nie cierpiał tego określenia.

ALEXANDER NA CZELE RADY DYREKTORÓW CHRISTY

Nicholas sam się dziwił, że tak strasznie nienawidził tego człowieka. Byli jak dwa byki walczące o przywództwo stada, a taktyka, którą zastosował Duncan Alexander, okazała się lepsza. Arthur Christy powiedział kiedyś, iż „w tych cholernych czasach nikt nie wie, co jest moralne i uczciwe, a jedyne, co się liczy, to skuteczność". Duncan tym się kierował i wygrał w najwspanialszym stylu.

Jako dyrektor odpowiedzialny za usługi morskie Mr Nicholas Berg zdołał z małego przedsiębiorstwa kabotażu i ratownictwa przekształcić Christy Marine w jedną z pięciu największych firm armatorskich, operującą na całym świecie.

Po śmierci Arthura Christy w roku 1968 Mr Nicholas Berg objął stanowisko prezesa i prowadził kompanię drogą spektakularnego rozwoju.

Obecnie flota Christy Marine liczy jedenaście zbiornikowców o tonażu przekraczającym 250 000 DWT, a niebawem wzbogaci się o najpotężniejszą jednostkę, jaką kiedykolwiek zbudowano: gigantyczny tankowiec „Golden Dawn" — l 000000 DWT!

Tak brzmi zwięzły zapis życiowych dokonań. Statki o wartości miliarda dolarów, których projekty, finansowanie i budowa opierały się na energii, entuzjazmie i wierze Nicholasa Berga.

Mr Nicholas Berg ożenił się z panną Chantelle Christy, jedyną córką Mr Arthura Christy. Małżeństwo to zakończyło się jednak rozwodem we wrześniu ubiegłego roku i dawną panią Berg poślubił Mr Duncan Alexander, nowy prezes Christy Marinę.

Z bolesną wyrazistością zobaczył jej postać oczyma wyobraźni. Nie chciał teraz o niej myśleć, ale nie mógł tego wizerunku oddalić. Była jak płomień jasna i piękna i jak płomień nieuchwytna. Kiedy odeszła, zabrała ze sobą wszystko, wszystko. Powinien nienawidzić jej również, naprawdę powinien. Wszystko, powtórzył w myśli, firmę, całą pracę jego życia. I dziecko. Dziecko — w tym momencie udało mu się niemal ją znienawidzić. Zaszeleścił gazetą.

Przypomniał sobie o pięciu obserwujących go mężczyznach i bez zdziwienia stwierdził, że jego twarz najmniejszym drgnieniem nie zdradziła uczuć. Żeby przez piętnaście lat nie wypaść z rozgrywki o jedną z najwyższych stawek na świecie, na wstępie należało do perfekcji opanować umiejętność zachowania kamiennej twarzy.

We wspólnym oświadczeniu nowy prezes i członkowie Zarządu składają wyrazy szacunku...

„Duncan Alexander składał wyrazy szacunku z jednego tylko powodu — pomyślał ze złością Nick — strasznie mu zależało na przejęciu 100 tysięcy akcji Christy Marinę, które należały do Berga".

Te sto tysięcy — to jeszcze bardzo daleko do kontrolnego pakietu akcji. Na nazwisko Chantelle był zapisany milion akcji, następny milion stanowił własność Christy Trust. Akcje posiadane przez Nicka, mimo że nie tak liczne, dawały mu jednak prawo głosu i wgląd w sprawy firmy. Nick zapłacił za każdą z nich. Nigdy w życiu nie dostał niczego za darmo. Zawierając swój kontrakt, wynegocjował zamianę części pensji na akcje, chciał ich mieć jak najwięcej, a teraz sto tysięcy akcji miało wartość trzech milionów dolarów. Licha nagroda za pracę, która przyniosła Arthurowi Christy i jego córce sześćdziesiąt milionów.

Niemal roku potrzebował Duncan Alexander, aby zdobyć wreszcie te udziały. Targowali się z Nicholasem w zapiekłej nienawiści. Nienawidzili się od dnia, kiedy Duncan po raz pierwszy przekroczył próg budynku Christy przy Leadenhall Street. Pojawił się jako ostatnie Wunderkind starego Arthura Christy; geniusz finansowy, który błysnął, badając aktywa International Electronics. Była to nienawiść od pierwszego wejrzenia, głęboka i wzajemna, podobna do gwałtownej reakcji chemicznej.

Duncan Alexander wygrał, zdobył wszystko oprócz tych akcji, po czym natychmiast z wielkim zapałem zaczął o nie wojować. Nie brakowało mu ani cierpliwości, ani sprytu i nękał Nicka przez długie miesiące. Osaczał go krok po kroku, używając całej potęgi Christy Marinę, wywierając taką presję, że w końcu Nicholas ugiął się i przystał na ryzykowną cenę. Za swoje udziały dostał filialną firmę Christy Marinę — Christy Towage and Salvage, z wszystkimi jej aktywami i zobowiązaniami. Czuł się jak bokser, który zbierał ciosy przez piętnaście rund i zawisł na linach ringu, nie mogąc już ustać na nogach, nie widząc na oczy zalane potem i krwią, nie umiejąc zgadnąć, skąd padnie następny cios. Wytrzymał jednak wystarczająco długo. Dostał Christy Towage and Salvage; odchodził z czymś, co należało całkowicie i wyłącznie do niego.

Nicholas Berg opuścił gazetę, a jego oficerowie natychmiast rzucili się z zapałem na swoje talerze i słychać było jedynie podzwanianie sztućcami.

— Brakuje jednego oficera.

— Tylko Troga, panie kapitanie — wyjaśnił Dave Allen.

— Troga?

— Radiooficera Speirsa, panie kapitanie. Nazywamy go Troglodytą.

— Życzyłbym sobie, aby wszyscy oficerowie byli obecni.

— On nigdy nie wychodzi ze swojej jaskini — pospieszył z wyjaśnieniem Yinny Baker.

— W porządku — skinął Nick. — Porozmawiam z nim później.

Pięciu mężczyzn zastygło teraz w wyraźnym oczekiwaniu, nawet Vin Baker nie mógł ukryć zainteresowania za usmarowanymi soczewkami okularów ani pod swoją, daleką od subtelności, australijską fizjonomią.

— Chciałbym poinformować o zmianach w strukturze firmy. Chief był łaskaw przeczytać artykuł, którego, być może, niektórzy z was nie widzieli rok temu.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   31


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna