Wiking płacze pod bankiem



Pobieranie 28,7 Kb.
Data04.03.2018
Rozmiar28,7 Kb.


http://new-arch.rp.pl/artykul/813072_Wiking_placze__pod_bankiem.html
Wiking płacze pod bankiem

10.10.2008, Iwona Trusewicz



Islandka Erna nie idzie do banku. Po co? Banki zawiesiły wypłaty. Ludzie sprzedają auta i mieszkania, ale nie ma chętnych. Kraj się chwieje, ale Erna myśli pozytywnie: mamy bogaty kraj, przetrwamy

Znacjonalizowany Landsbankinn, podobnie jak pozostałe banki islandzkie, zawiesił wszystkie operacje walutowe. Mieszkańcy wyspy są w szoku

W środę Bogumiła i Hanes Oskarsson oglądali telewizję w swoim domu w Isafjordur. Mżyło, wiatr rozpychał łodzie w porcie. W powietrzu cztery stopnie, niebo pokryły chmury. Niby zwykły październik w islandzkim mieście za kręgiem polarnym.

W czwartek do szpitala trafił – z powodów kardiologicznych – prezydent Olafur Ragnar Grimsson, zaprzysiężony na czwartą kadencję 2 sierpnia. Na giełdzie w Reykjaviku wstrzymano handel akcjami w związku z „niezwykłą sytuacją rynkową”. Przerwa potrwa do poniedziałku. Islandzka giełda jest zdominowana przez banki, a te zainfekował amerykański wirus.

Dzień wcześniej w dzienniku podali, że trzecia osoba popełniła samobójstwo, bo prawdopodobnie straciła oszczędności życia. – Ludzie są tym kryzysem załamani. Ciągle ze sobą rozmawiają, śledzą telewizję, radio, gazety. Nabrali pożyczek, kredytów, teraz nie wiedzą, co robić. Nasz sąsiad grał na giełdzie. Stracił połowę oszczędności, więc flagę przed domem opuścił do połowy, jak u nas na czas żałoby – opowiada Bogumiła Oskarsson.

Bogumiła wyszła za mąż za Hanesa w latach 90. Teraz jest na rencie. Przez lata pracowała w fabrykach ryb m.in. w Isafjordur, trzytysięcznej stolicy regionu Fiordy Zachodniej. To leżąca za kręgiem polarnym najmniej ludna część wyspy.



Wygrane wojny dorszowe

Bogumiła w Islandii mieszka od szesnastu lat. Przyjechała z Polski za chlebem w czasach islandzkiej prosperity, gdy w każdej liczącej się mieścinie była fabryka rybna. Islandczycy żyli dostatnio. W globalnych statystykach pod względem dochodu na mieszkańca zajmowali szóste miejsce na świecie.

Kupowali domy; w każdej rodzinie były po dwa, trzy samochody, w tym wielkie jeepy, by jeździć po bezludnym, obfitującym w wulkany i lodowce wnętrzu wyspy. Ciemne zimy spędzali w kurortach Hiszpanii i na plażach karaibskich. Wszystko za tanie pożyczki i kredyty.

W latach 70. maleńka Islandia wygrała wojny dorszowe z wielką Anglią. Grożąc usunięciem z wyspy baz NATO poszerzyła wody terytorialne do 200 km i zaczęła rozwijać przemysł rybny. W fabrykach pracowali przede wszystkim cudzoziemcy, w tym Polacy. Islandczycy woleli kupować akcje i inwestować w fundusze.

Na przemyśle wyrosły miliardowe fortuny. Najbogatsi obywatele wyspy to Bjorgolfur Gudmundsson (ojciec) i Bjorgolfur Thor Bjorgolfsson (syn), właściciele m.in. kompanii inwestycyjnej Samson, która do tego tygodnia posiadała 41 proc. akcji drugiego co do wielkości banku islandzkiego Landsbankinn, zanim w poniedziałek nie przejął go rząd. Forbes oceniał majątek Thora na 2,2 mld dol.

Islandczycy zawsze cenili swoją odrębność. Język nie zmienił się od czasów, gdy wiking Eryk Rudy zasiedlił wyspę w X wieku. Dzięki temu do dziś swobodnie czytają średniowieczne sagi. Kilka razy w referendum odmawiali wstąpienia do Unii. Nie chcieli wspólnej waluty ani wspólnej polityki ekonomicznej.

W Islandii na powierzchni jednej trzeciej Polski mieszka mniej ludzi niż w Lublinie (320 tysięcy), z tego aż 131 tysięcy w stolicy Reykjaviku. Ale zaludnienie nie ma nic wspólnego z tym, że właśnie w lodową wyspę światowy kryzys uderzył najmocniej i najszybciej w Europie.

Przebudzenie w innym świecie

To lato było dla Islandii bardzo dobre. Przyjechało więcej turystów niż przed rokiem, bo korona słabła i Islandia taniała. Cieszyli się więc hotelarze i farmerzy wynajmujący pokoje. Nie narzekali właściciele biur turystycznych i firm wynajmujących samochody.

Nie zwracali uwagi, że w ciągu roku korona straciła aż 70 procent wartości. Od dawna było wiadomo, że Islandia to kraj bardzo bogaty, ale i drogi. Ceny żywności były wyższe o 62 proc. niż w krajach unijnej „15”, a inne wydatki gospodarstw domowych – o 42 proc. Tania korona przyciągnęła cudzoziemców.

– Pracuję w Hertzu, wypożyczamy auta turystom. Tego lata mieliśmy prawdziwy boom – opowiada Arkadiusz Korpak, magister politologii i były radny Malborka, od dwóch lat w Islandii. Mieszka w Keflaviku – miasteczku pod Reykjavikiem, gdzie jest największe międzynarodowe lotnisko na wyspie.

Euforia trwała krótko. Pod koniec września Islandczycy obudzili się w innym świecie. Trzy główne banki, które przez lata tworzyły hossę islandzkiej gospodarki, znalazły się na skraju bankructwa. Kaupthing, Landsbankinn i Glitnir zaciągały pożyczki na całym świecie i na całym świecie inwestowały. Najwięcej w to, co uważane było za najpewniejsze – papiery amerykańskich firm i funduszy.

W czasach boomu lat 80. i 90. ta taktyka przynosiła wielkie zyski. Łączne aktywa trzech banków sięgają 100 mld dol. To prawie 900 proc. rocznego produktu krajowego Islandii, który w przeliczeniu wynosi ok. 14 mld euro. Gdy tąpnął amerykański rynek finansowy, wszystko się posypało.

Najpierw na początku października rząd islandzki uchronił Glitnir Bank przed upadkiem, przejmując 75 proc. udziałów kosztem ponad 600 milionów euro. W poniedziałek na giełdzie islandzkiej wstrzymano handel akcjami sześciu największych instytucji finansowych, a premier Geir H. Haarde wygłosił dramatyczne orędzie. Obiecał ochronę wszystkich bankowych depozytów.

– Szok. Widziałam ludzi stojących w grupach na ulicach przed sklepami z telewizorami i słuchających przemówienia. Byli jak wmurowani – przyznaje Erna Indridadottir, dziennikarka pracująca na wyspie w biurze prasowym amerykańskiego koncernu aluminiowego Alcoa.

We wtorek rząd przejął pełną kontrolę nad systemem bankowym. Rozwiązał zarządy banków, nakazał sprzedaż zagranicznych aktywów i transfer funduszy do kraju. Wszystkie operacje walutowe zostały zawieszone. Dostanie euro czy dolarów stało się w Reykjaviku niemożliwe.

Psychiatrzy dyżurują

Gdy niecałe pół wieku temu urodziła się Erna, Islandia była biednym, peryferyjnym zakątkiem Europy. Wielu ludzi jak przed wiekami mieszkało we wkopanych w ziemię domach o ścianach i dachach z kostek torfu. Gdyby nie bazy NATO, które pilnowały płynących przez Atlantyk radzieckich statków, na wyspie nie byłoby nawet porządnych dróg.

– Nie pamiętam, by za mojego życia coś takiego się w naszym kraju wydarzyło – mówi Erna. Dodaje, że najbardziej nerwowo jest w Reykjaviku. W telewizji widziała ludzi opowiadających ze łzami, że nie mogą w banku wybrać swoich depozytów walutowych. Coraz więcej osób zgłasza się do szpitali psychiatrycznych. Rząd uruchomił dyżury lekarzy.

– To jest sprawa świadomości i odporności psychicznej. Ludzie boją się, że stracą pracę. Wielu młodych nabrało kredytów i nie ma pewności, czy zdoła je spłacić. Dlatego próbują sprzedać np. drugi samochód, czy obciążone kredytem hipotecznym mieszkanie, ale chętnych nie ma. Płyniemy na tej samej łodzi co Europa, a ja nie mam wpływu na to, co będzie dalej. Więc czekam i jestem optymistką. Mamy bogaty kraj. Przetrwamy – opowiada z pasją.

Kryzys obserwuje z Rejdarfjordur, półtysięcznego miasteczka na wschodzie Islandii, w którym dwa lata temu ruszyła wielka huta aluminium koncernu Alcoa. Wybudowało ją tysiąc robotników z Polski. Ale ich już na wyspie nie ma.

– Od początku roku Polacy opuszczają Islandię, bo korona bardzo traci do euro. Ostatnio skarżyli się w telewizji, że w bankach nie mogą wymienić swoich oszczędności na waluty, a na kontynencie nikt naszych koron nie chce – dodaje Erna.

Arkadiusz Korpak opowiada, jak w weekend w supermarkecie Bonus w Keflaviku trwał szturm na półki. – Żywność wykupywali Polacy, bo oni mają złe doświadczenia, np. ze stanu wojennego. Islandczycy obserwowali to zdziwieni. Oni ufają swojemu rządowi.

Spokojnie we Flateyri

Alina i Stanisław Kordkowie zachowują spokój. Z Islandii nie wyjadą, bo w ciągu kilkunastu lat pokochali ten lodowy kraj, nauczyli się języka i mają islandzkie obywatelstwo. W liczącej trzystu mieszkańców Flateyri na Fiordach Zachodnich zbudowali nie tylko dom, ale i małą ojczyznę. Żyje tu kilka polskich rodzin.

– Mnie denerwują media, które nakręcają atmosferę. Ludzie reagują spokojnie. U nas nie ma żadnych kolejek w sklepach ani wykupywania produktów. Rozmawiałam ze szwagierką, której mąż jest w parlamencie. Sądzi, że nie będzie źle. Poszłam się dowiedzieć o bezpieczeństwo mojego konta emerytalnego. Zapewnili mnie, że jest bezpieczne. Jedyne, co nam się tutaj kojarzy z kryzysem, to wzrost cen w sklepach – przyznaje Alina.

– Niepokoi mnie szybko drożejące paliwo. Teraz litr diesla kosztuje już 194 korony, a na początku roku było 80 koron – dodaje Stanisław.

Alinę zdenerwowała informacja o tym, ile zarabiał prezes banku Glitnir – dwa miliony koron dziennie. – Kobiety przy rybach wyciągają 130 – 150 tys. koron, ale miesięcznie – oburza się.

Burmistrz stracił na akcjach

Halldor Halldorsson, 44-letni burmistrz Isafjordur, odbiera telefon w biurze w Brukseli. Jako przewodniczący Związku Gmin Islandzkich odwiedza często belgijską stolicę. Z Halldorem znamy się dziesięć lat, ale i on przyznaje, że czegoś takiego nigdy nie przeżywał.

– Ludzie reagują tak jak po trzęsieniu ziemi czy zejściu lawiny. Są przygnębieni, oszołomieni, nie wiedzą, co robić, za co się najpierw wziąć. Starają się funkcjonować normalnie, ale nie wszyscy radzą sobie ze stresem. W takich miejscach jak Isafjordur jest łatwiej, bo nie mamy tu wielkich banków, korporacji, instytucji, tylko farmy i rybaków – tłumaczy Halldor.

On sam już na kryzysie stracił. Miał akcje spółki, która upadła. – Zobaczymy jak głęboko jest dno. Islandia ma dobre rolnictwo, silną hodowlę owiec, rybołówstwo, najtańszą na świecie energię, gorące źródła, bogactwa naturalne – zapewnia. – Nie zginiemy.



Alinę zdenerwowała informacja, ile zarabiał prezes banku Glitnir – 2 miliony koron dziennie. Kobiety przy rybach wyciągają 130 – 150 tys. koron miesięcznie

10.10.2008



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna