Świadek Christopher Shennan! Jestem, Wysoki Sądzie



Pobieranie 187,17 Kb.
Strona2/4
Data24.02.2019
Rozmiar187,17 Kb.
1   2   3   4
Mimo to, właściwie nie wiedziałem, czego szukać. Hipoteza mojego oficera naukowego też do mnie nie przemawiała, nie dlatego, że była sformułowana przez kogoś kto codziennie spędzał godzinę na myciu włosów, ale dlatego że według przyjętej teorii naukowej, wszelkie podróże czasowe na obszarze Doliny Śmierci kończyły się grawitacyjnym skompresowaniem pojazdu i podróżników do rozmiaru piłki golfowej. Dlatego też surfowałem po artykułach, tabelach i diagramach, próbując wyłowić coś, co mogłoby być istotne. Trwało to długo.

Ale wyłowiłem.


- Słuchajcie, już wiem - oświadczyłem, wracając na mostek. Usiadłem na fotelu obok Alexa. - Nie uwierzycie.

- No, dawaj.

- Tuż przed akcją Cesarstwa przeciwko partyzantom, ci ostatni zdobyli podstępem eksperymentalny okręt. Jest on tak tajny, że nikt o nim nie wiedział, więc nikt nie zwrócił uwagi na jego zniknięcie. Być może ma on doki zdolne przyjąć statek klasy Falcon i urządzenia maskujące najwyższej klasy.

- Skąd wiesz?

- Czytałem raport naszego wywiadu. Jeszcze przed podpisaniem sojuszu z mutantami, cesarscy przeprowadzili szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą w Dolinie. Stracili przy tym dwa okręty, które wpadły w wiry. Dosłownie przeczesali wtedy całą przestrzeń wirów i obszar wokół nich.

- Szukali tego statku?

- Oczywiście nie ma o tym wzmianki, ale czegoś szukali, a nie byli to partyzanci. W toku akcji zniszczono tylko jeden partyzancki statek, prawdopodobnie napatoczył się zupełnym przypadkiem. Po co mieliby robić na nich obławę, kiedy mogli z tym poczekać na mutantów i wykonać robotę ich rękami?

- A skąd wiesz, że go nie znaleźli?

- A skąd wziął się ten Falcon?

- Przeczekał na zamaskowanym tajnym okręcie, zdobytym przez partyzantów - stwierdził Alex.

- To się nie trzyma kupy - oznajmiła Agnes.

- Mi tam się podoba - odezwał się pilot M'leek. Chwilowo nie miał nic do roboty, więc pożerał zreplikowane truskawki ze śmietaną. Replikator w mesie oficerskiej nie produkował nic innego.

- No i co, chcesz odnaleźć ten okręt? - zaśmiał się Pierwszy. - Całe Cesarstwo nie dało rady, a ty na swojej starej Ariadnie pstrykniesz palcami i już?

- Mam plan - oświadczyłem.


Zebrałem w mesie wszystkich oficerów, łącznie z oboma inżynierami (którzy już prawie zakończyli naprawy) i przedstawiłem im mój plan. Uznali go za beznadziejnie głupi. Powiedziałem, że partyzanci też są beznadziejnie głupi, więc mój plan się powiedzie. Koniec końców, postanowiliśmy najpierw wykonać misję holowniczą, a później się zobaczy.
Poszliśmy godzinę na jonowych, potem moi niezastąpieni mechanicy uruchomili nadświetlną i pomknęliśmy nieco szybciej. Nie trwało długo, jak złapaliśmy kontakt z uszkodzonym Excaliburem. Dowodził nim prawdziwy żółtodziób, kapitan Wales (czy jakoś tak); wyglądał na śmiertelnie przerażonego stanem, w jakim znalazł się jego nowy, pachnący okręt. Ich teleportery też były rozsypane, więc posłałem Terry'ego do ładowni, żeby osobiście nadzorował przeniesienie czterech kontenerów z częściami zamiennymi na "Texas". Następnie ustawiliśmy się odpowiednio i zestawiliśmy między oboma statkami mikrofalowe łącze energetyczne, dzięki czemu "Texas" mógł korzystać z naszych zasobów energii. Wyssał prawie 20 procent, zanim jego inżynierowie uruchomili swoje poszatkowane generatory. Później poszło już łatwo: holownicza, silniki jonowe i ruszyliśmy z powrotem, wioząc kapitana Walesa na jego własnej wiązce. Nie chciałem podrażniać jego ambicji, ale zależało mi na czasie, więc posłałem na nieszczęsnego Excalibura swoich inżynierów, żeby swymi światłymi poradami wspomogli proces naprawy. Co się udało; zaledwie po pięciu godzinach wleczenia się na jonowych przywrócono na "Texas" napęd nadświetlny i mogliśmy już się od nich odczepić. Kapitan Wales pośpieszył do najbliższej Bazy, aby tam poprawić prowizorkę, jaką zrobili moi ludzie, a my wróciliśmy na granicę Doliny.
* * *
- Czy komisja, której pan przewodniczy, badała także logi pokładowe statku FBS "Texas", numer rejestracyjny SV-23443, klasa Excalibur, pod dowództwem kapitana Ronalda Walesa?

- Tak, Wysoki Sądzie.

- Czy zapisy w logach "Texas" odzwierciedlają udzielenie mu pomocy przez FBS "Sharleen"?

- Tak jest. Z zapisów wynika, że FBS "Sharleen" odnalazł unieruchomiony statek FBS "Texas", teleportował na niego cztery kontenery z częściami zamiennymi, a następnie użyczył "Texas" swoich zasobów energetycznych, dzięki czemu załoga kapitana Walesa przywróciła główne zasilanie na swoim statku w niezmiernie krótkim czasie. Ponadto kapitan Kennemann wydał rozkaz oddelegowania na "Texas" czterech członków załogi, w tym Głównego Inżyniera komandora porucznika Terry'ego Ankei, aby pomogli załodze "Texas" w usunięciu awarii.

- Ile przepisów bezpieczeństwa złamali inżynierowie kapitana Kennemanna?

- Sprzeciw! Sugerowanie nieudowodnionych faktów.

- Uwzględniam. Proszę inaczej sformułować pytanie.

- Czy usuwanie awarii na statku FBS "Texas" odbyło się zgodnie z przepisami bezpieczeństwa Floty Gwiezdnej?

- Niezupełnie, ale...

- Czy jest prawdą, że Główny Inżynier "Texas", komandor podporucznik Vasek, słuchając porad komandora Ankei, między innymi, zainstalował i uruchomił bimodularne łącze plazmowe, bez wykonania wymaganych testów, w tym próby ciśnienia zwrotnego i próby amplitudy termicznej, przez co złamał paragraf 398 Instrukcji Bezpieczeństwa i naraził statek na ponowną awarię, a może i na zniszczenie?

- Tak, jest to prawda, jednak pragnę zauważyć, że próba ciśnienia zwrotnego trwa ponad godzinę, a w zaistniałych warunkach każda chwila przebywania w przestrzeni Cesarstwa zwiększała prawdopodobieństwo ataku wrogich okrętów, co zapewne skończyłoby się jeszcze tragiczniej. Poza tym pragnę zauważyć, że to komandor podporucznik Vasek jest osobą odpowiedzialną za to, co dzieje się w maszynowni statku FBS "Texas", a komandor Ankei był jedynie doradcą.

- Dobrze. Sąd zarejestrował pańskie uwagi. Proszę kontynuować.


* * *
- Jeśli będziemy się wdawać w bitwę z każdym napotkanym statkiem, niedaleko zalecimy - oświadczył Alex. W pełni się z nim zgadzałem. Dlatego też plan mój opierał się na wykorzystaniu sprytu (naszego) i naiwności (partyzantów). Po krótkiej naradzie przystąpiliśmy do jego wykonywania.
Na początek Ankei wysłał na pancerz automat z puszką farby w sprayu, który sprawnie zamalował numery rejestracyjne Floty i nazwę statku. Kilkanaście minut spieraliśmy się w kwestii nowej nazwy; w końcu zdecydowaliśmy się na "Vengeance", jako że jest to słowo szumne, podniosłe i nacechowane negatywnymi emocjami, a także sugerujące, że załoga tego statku ma z kimś porachunki, których wyrównanie jest głównym celem owej załogi. Tak jak większości partyzantów. Później wydałem rozkaz zmiany ubrań. Mundurki poszły do przemiany na energię, a załoga moja wdziała na się stroje, jakie zwykle noszą piraci, najemnicy i inni młodzi gniewni. To oznaczało skórzane kurtki z szerokimi naramiennikami, bure spodnie z naszytymi kieszeniami, ciężkie buciory i zwisający na biodro pas z bronią. Kazałem też zlikwidować komunikatory; partyzanci używali zwykle przemycanych z terytorium Federacji komunikatorów-odznak, albo kupowanych tu i ówdzie ręcznych radyjek produkcji Lissp, więc zreplikowaliśmy kilkadziesiąt.
* * *
- A zatem oskarżony kapitan Kennemann, po pierwsze, wykroczył przeciwko paragrafowi 113 Regulaminu Floty Gwiezdnej, zacierając znaki identyfikacyjne statku i jego nazwę, po drugie wykroczył przeciwko paragrafowi 129 wymienionego rozporządzenia, wydając załodze rozkaz zdjęcia mundurów Floty Gwiezdnej i zastąpienia ich strojami cywilnymi?

- Na to wygląda.

- Chciałbym także zwrócić uwagę, że rozkaz zniszczenia mundurów i komunikatorów w replikatorze może być potraktowany jako akt profanacji insygniów oficerskich oraz symboli Federacji Słonecznej, co jest wykroczeniem z artykułu 432 ustęp 7 Kodeksu Wykroczeń. Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem?

- Sprzeciw! Świadek nie ma obowiązku zgadzać się ze stwierdzeniami oskarżenia.

- Uwzględniam. Komandorze Shennan, proszę kontynuować.
* * *
Agnes ubrała się w obcisłą, czarną kurteczkę z czegoś w rodzaju grubej folii, a na swej smukłej talii zapięła szeroki pas z metalowych płytek. Wyglądała dużo lepiej, niż w mundurze. W ogóle musiałem stwierdzić, że moja załoga wygląda o wiele barwniej, kiedy nie jest skrępowana przepisami o umundurowaniu. Pilot M'leek, na przykład, miał teraz na głowie jaskrawoczerwoną chustkę. Na pewno zobaczył to w jakimś filmie o piratach. Dobrze, że zrezygnował z czarnej przepaski.
Sama charakteryzacja była jedynie połową sukcesu. Należało teraz zarzucić przynętę. Co ciekawe, przynętą tą miał być sam wędkarz, czyli my. Odpaliliśmy silniki jonowe i ruszyliśmy wolniutko, przy samej granicy wirów, okrążając ostrożnie zajęty przez nie obszar. Czujniki pokazywały to co zwykle, to znaczy bzdury. Miałem co prawda na pokładzie w miarę dokładną mapę Doliny, mniej więcej wiedzieliśmy, czego spodziewać się po wirach, ale kiedy wydałem rozkaz skierowania się pomiędzy nie, przyznam się, że czułem się niepewnie.
Dolina Śmierci była jedynym w swoim rodzaju fenomenem przestrzeni. Był to fragment mgławicy, rozdzielonej na dwie gigantyczne, spiralne ramiona, pomiędzy którymi znajdował się obszar próżni prawie doskonałej. Jedyne, co różniło ją od próżni występującej powszechnie w kosmosie, był znacznie wyższy współczynnik fluktuacji kwantowych, które powodowały powstawanie pomiędzy ramionami mgławicy potężnych wyładowań energetycznych. Przypominało to nieco pioruny podczas burzy w atmosferze planety, z tą drobną różnicą, że słupy rozdygotanej, kotłującej się plazmy miały po kilkaset tysięcy kilometrów długości i okres życia rzędu kilkudziesięciu minut. Statek nasz powoli nawigował przez niebezpieczny obszar, zaś wyładowania przepływały wzdłuż burt. Czasami w głębi ognistego piekła rozrywała się bezgłośna eksplozja, której fale uderzeniowe wstrząsały naszym statkiem, wprawiając kadłub w nieznośne drgania. Porucznik M'leek, wpatrzony w przyrządy i skoncentrowany do granic możliwości, precyzyjnie przeprowadzał "Sharleen" obok tych kolosalnych wirów, z których najmniejszy mógł rozerwać pancerz Ariadny jak papier i zamienić okręt w obłoczek gorącego gazu. Agnes, równie skoncentrowana nad swoją konsolą, analizowała poziomy fluktuacji, próbując na tej podstawie przewidzieć, czy nowe wyładowanie nie wystrzeli akurat tam, gdzie się kierujemy. Przeprawa przez zewnętrzny pas wirów trwała niecałe piętnaście minut, ale dla mnie - i chyba dla wszystkich - była to prawie wieczność.

- Co, już? - porucznik M'leek podniósł głowę znad konsoli i popatrzył w ekran, na którym przez rozrzedzone obłoki gazu prześwitywały najbliższe gwiazdy. Znajdowaliśmy się w zewnętrznej przerwie między wirami, w obszarze, gdzie próżnia uspokajała nieco swoje ekscesy kwantowe. Dopiero teraz zauważyłem zmniejszające się liczby na wskaźniku temperatury poszycia; w trakcie przejścia musieliśmy mieć ponad cztery tysiące. Stocznia co prawda dawała gwarancję na osiem, ale było to bardzo, bardzo dawno temu.


No i spotkaliśmy statek.
Nie, nie był to cesarski tajny niewidzialny okręt wojenny. Szczerze mówiąc, nie wyglądał ani na wojenny, ani na cesarski, ani też na jakiś szczególnie tajny. Był to jeden z tych dziwnych frachtowców, które wyglądają, jakby stoczniowcy poskładali je z odpadów produkcyjnych, doczepili znalezione za szopą silniki, ochrzcili przy pomocy butelki z resztką rozpuszczalnika, wysłali w kosmos i poszli pić, żeby zapomnieć o tym, co właśnie uczynili. Nie wyglądał groźnie. Według sensorów miał na pokładzie jakieś nędzne laserki i nawet wyrzutnię torped, ale obecnie nieaktywne. Jedynie osłony były uruchomione. Co przy wskaźniku mikrozderzeń pyłowych powyżej setki na sekundę było rzeczą rozsądną.
Pooglądaliśmy sobie ów statek na ekranie, skierowaliśmy nań czujniki - wykazały obecność istot żywych - i kazałem otworzyć kanał.

- Dowódca okrętu "Vengeance" wzywa niezidentyfikowany statek w zewnętrznym pasie międzywirowym. Proszę odpowiedzieć.

Coś zatrzeszczało, przez ekran przeleciały ukośne, drżące pasy, a potem pojawiła się na nim niewyraźna zza zakłóceń twarz. Po chwili obraz się wyostrzył. Twarz należała do człowieka lat około trzydziestu, ubranego w typowy strój piratów. Miał nawet skórzaną kamizelkę.

- Mówi komandor Gran'shak, dowódca okrętu "Revenge II"!

Mogłem się domyślić. Partyzanci nie mieli zbytniej fantazji, jeśli chodzi o nazewnictwo.

- Kim jesteście?

- A wy? - komandor Gran'shak koniecznie chciał wiedzieć pierwszy.

- Przyjaciele - rzuciłem. Czasami ten tekst działał. Komandor wyglądał, jakby się głęboko namyślał.

- Z czyjego jesteście oddziału? - zapytał podchwytliwie. Ale ja miałem już na to odpowiedź.

- Mówi ci coś nazwisko De'Angie?

Wziąłem je z jakiegoś raportu.

- De'Angie nie żyje - komandor Gran'shak popatrzył podejrzliwie.

- Jak większość z nas - stwierdziłem, przecząc oczywistym faktom. - Będziemy tak sobie ględzić?

- Skąd macie Ariadnę? To statek federacyjny!

Dobre pytanie.Ale na nie też miałem przygotowaną odpowiedź.

- Ukradliśmy z Bazy Gwiezdnej Federacji.

- Każdy tak może powiedzieć. Udowodnijcie to.

- Chcesz dowodów? Teleportuj się na nasz statek, to coś ci pokażemy.

- Taak? A wy mnie złapiecie i wydacie Federakom! - komandor Gren'shak najwyraźniej nie miał do nas zaufania. Wcale się mu nie dziwiłem. Potrzebna była demonstracja dobrej woli.

- Dwóch naszych ludzi teleportuje się na wasz okręt. Jako zabezpieczenie. Ja i mój drugi oficer. Odpowiada wam taki układ?

Komandor zrobił grymas i pokiwał głową.

- Niech będzie. Przygotujcie teleportery - wyłączył się. Popatrzyłem na mojego oficera taktycznego. Nie przedstawiałem go do tej pory, więc szybko to nadrobię. Olaf Gustavsson, porucznik, rodowity Ziemianin, potężnie zbudowany blondyn, specjalista od walenia ludzi i innych istot rozumnych (lub nie) po mordzie (lub organie pełniącym jej funkcje). Jego właśnie zamierzałem zabrać ze sobą.

- Olaf, idziemy. Żadnej broni. Agnes, ty z nami.

- Okay - taktyczny kliknął coś na swojej konsoli i skierował się do windy. Zjechaliśmy do teleporterów.

- Gdy komandor Gren'shak się zjawi, zaprowadzisz go do chłodni. Wiesz, co mu pokażesz?

- No pewnie. Teg - Agnes popatrzyła mi w oczy - uważaj na siebie.

- Ja zawsze uważam - zapewniłem ją. Weszliśmy do przesyłowni. Mój wzrok padł na leżący w kącie cylinder testowy. Był na pół stopiony, a jego dolna część podziurawiona jak rzeszoto.

- Już naprawione - uspokoił mnie stojący przy konsoli technik. W dwójkę weszliśmy na podest.

- Mam koordynaty.

- Dawaj - wydałem rozkaz. Nasze cząsteczki rozpadły się na błękitne słupy promieniowania. Przez chwilę czułem dziwne poczucie nieobecności, a potem przed moimi oczami zmaterializowała się przesyłownia obcego statku. Oraz komitet powitalny z wycelowaną w nas bronią. Nie poruszając się, popatrzyłem na twarze piratów... i o mało nie odleciałem z powrotem w niebyt.


* * *
- Obrona wzywa na świadka major Dorothy Parker!

- Jestem, Wysoki Sądzie.

- Proszę podać swoje nazwisko, stopień i funkcję.

- Parker, major Marines Floty Gwiezdnej, obecnie na stanowisku agenta specjalnego Wywiadu Floty Gwiezdnej.

- Czy zna pani oskarżonego kapitana Tega Kennemanna?

- Owszem, znam go dość dobrze.

- Kiedy spotkała go pani po raz pierwszy?

- O ile pamiętam, było to tutaj, w San Francisco, w Akademii Floty Gwiezdnej. Kapitan Kennemann, to znaczy wtedy jeszcze kadet Kennemann, był w mojej grupie zajęciowej.

- Czy widziała go pani po zakończeniu nauki w Akademii?

- Nie. Spotkałam go dopiero na okręcie "Revenge II".


* * *
Ani jeden mięsień jej twarzy nie drgnął, patrzyła na mnie obojętnie, choć byłem stuprocentowo pewien, że mnie poznała. Po prostu nie można nie rozpoznać człowieka, z którym spędziło się rok w jednym pokoju, z tego większość czasu w łóżku. Ja też ją rozpoznałem, oczywiście. Nie można nie rozpoznać kobiety, która złamała człowiekowi nogę, serce i karierę - dokładnie w tej kolejności.
Ale nie dałem tego po sobie poznać. W jakimś nieoczekiwanym przebłysku świadomości zrozumiałem, że reguły gry, jaka się właśnie rozgrywa, są na razie poza moim pojmowaniem. Za moimi plecami znikł właśnie komandor Gren'shak, ale ledwo to zarejestrowałem; mój umysł zajęty był gorączkowym rozmyślaniem. Dori mogła tu być z dwóch powodów: jako wtyczka wywiadu Floty - i w tym przypadku graliśmy po tej samej stronie, nie wiedząc o tym; albo jako partyzantka, piratka, najemniczka i cholera wie co jeszcze, w każdym razie - przeciwko mnie, Federacji, Cesarstwu i całemu wszechświatowi. W tym drugim przypadku stąpałem po kruchym lodzie. Prawda, ja całe życie stąpałem po kruchym lodzie, ale obecnie był to - albo mógł być - lód tak kruchy jak.... jak coś bardzo kruchego.
Zastanowiłem się, która z tych dwóch możliwości jest prawdopodobniejsza. Żałowałem, że nie jestem fizykiem jądrowym - sprawa wymagała bezwzględnie logicznego myślenia. Gdyby Dori współpracowała z piratami, jeden jej okrzyk w stylu "On jest z Federacji!" skłoniłby pozostałych do natychmiastowego pozbawienia mnie i Olafa wolności, a kto wie, czy i nie życia. Skoro tego nie zrobiła, być może podejrzewa, że i ja próbuję wprowadzić piratów w błąd - co jest prawdą. Dlaczego wobec tego nie odezwie się, potwierdzając moją przynależność do konspiracji?
Musiałem z nią porozmawiać. I to bez świadków.
- Macie może na pokładzie jakiś lepszy sprzęt medyczny? - przerwałem milczenie. - W trakcie walki trafiono mnie obezwładniaczem prosto w kręgosłup, a nasze ambulatorium zostało zdemolowane. Byłbym wdzięczny, gdybyście...

Jeden z piratów, chudy osobnik w szarym wdzianku, kiwnął lufą swojej broni w stronę drzwi. Ruszyłem się, a wtedy odezwała się Dorothy.

- Ja go zaprowadzę. Ty przodem - to było do mnie.

Jej głos... Poszliśmy ponurym korytarzem, mijając kolejne sekcje statku. Prawie czułem na plecach dotyk lasera... chyba że był to pistolet elektryczny.

- W lewo.

Ambulatorium, w odróżnieniu od reszty okrętu, było w miarę czyste i dobrze oświetlone. Wrażenie psuły nieco plamy krwi na zainstalowanych w głębi pomieszczenia leżankach. Drzwi zasunęły się za nami z sykiem. Nie wiedziałem, co zrobi teraz Dori, ale byłem pewien, że wybierze jedną z dwóch możliwości: walnie mnie w twarz albo namiętnie pocałuje.


Zrobiła obie.

- Ty wredny sukinsynu - wysyczała, kiedy już oderwała się od moich ust.

- Ty cholerna suko - odsyczałem na wszelki wypadek.

- Co ty tu robisz?

- Najpierw ty. Poczekaj - uniosłem rękę, widząc, że otwiera usta, aby zaprotestować. - Ja cię nie zastrzelę, jeżeli okażesz się być przeciwko mnie. Ty mnie pewnie tak.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Bo ty masz broń, a ja nie. Mów.

Widać było, że Dori walczy ze sobą. Oglądałem to milion razy i doskonale wiedziałem jak to wygląda. Wiedziałem też jak musi wyglądać nasze przypadkowe spotkanie. Słowa "to nie jest tak jak myślisz" same cisnęły się na usta, i tylko moja wrodzona niechęć do oklepanych frazesów powstrzymała mnie przed ich wypowiedzeniem. Tak czy inaczej, musiała mi zaufać... jeśli nie zdecydowała się wykończyć mnie od razu, to prawdopodobnie już miała wobec mnie jakieś zamiary. Wolałem nie zgadywać, jakie.


* * *
- Co robiła pani na tym okręcie?

- Otrzymałam zadanie infiltracji środowiska partyzantów i piratów operujących w obszarze pogranicza Cesarstwa. W tym celu przyjęłam tożsamość kolonistki, którą układ pokojowy z Cesarstwem zmusił do opuszczenia domu - i przyłączyłam się do ruchu oporu. W międzyczasie mutanci inspirowani przez Cesarstwo przeprowadzili akcję pacyfikacyjną partyzantów. Wtedy pełniłam funkcję oficera na statku "Retaliator", który cudem uratował się przed rzezią. Wywiad Floty Gwiezdnej uznał go za zniszczonego, a mnie za agentkę zaginioną w akcji. Trafiłam później na statek "Revenge II", który również przetrwał akcję mutantów. Z pewnych względów postanowiłam zostać na nim, i na razie nie próbować kontaktu z Wywiadem Federacji, zwłaszcza że na statku obowiązywała absolutna cisza radiowa i każdy wysłany komunikat mógł przyczynić się do mojego zdemaskowania.

- Czy kapitan Kennemann wiedział wcześniej, że przebywa pani na tym statku?

- Jest to bardzo mało prawdopodobne. Nie wiedział o tym nikt, oprócz garstki piratów i partyzantów. Wydaje mi się, że to niemożliwe.

- Co zrobił kapitan Kennemann, kiedy wyjawiła mu pani charakter swojej misji?

- Jakby to powiedzieć... chyba się ucieszył.


* * *
Przymknąłem oczy, rozkoszując się dotykiem miękkich warg Dori. Objąłem ją i przytuliłem, wdychając zapach jej włosów. Wyczuwałem w nim lekką nutę spalonej izolacji, ale to był szczegół, który nie był w stanie zakłócić tej inspirującej chwili. W końcu oderwaliśmy się od siebie. W myślach policzyłem lata, które upłynęły od naszego ostatniego pocałunku.

- Dziewięć - powiedzieliśmy równocześnie i wybuchnęliśmy śmiechem. Potem przypomniałem sobie, że tkwimy w środku Doliny Śmierci, na statku piratów, ochrzczonego butelką z rozpuszczalnikiem, i natychmiast spoważniałem.

- Masz jakiś plan? - zapytała Dori.

- Ja zawsze mam plan - zapewniłem ją. - Czy to prawda, że partyzanci mają tu gdzieś tajny, niewidzialny cesarski okręt wojenny?

Jej reakcja - znowu - przeszła moje oczekiwania.

- Skąd o nim wiesz?! Przecież... nie, to niemożliwe. Skąd wiesz o okręcie?

Zaniemówiłem. Szczerze, nie spodziewałem się, że produkt mojej chorej wyobraźni okaże się prawdą. Cholera... nie potrzebuję żadnego fizyka!

- Ja zawsze o czymś wiem - oznajmiłem niejasno. - Gdzie jest ten statek? Albo nie, nie mów mi! Jakie są szanse na opanowanie tego okrętu? - wskazałem gestem na otaczające nas ściany. Dorothy pokręciła głową.

- Dwudziestu uzbrojonych po zęby zabijaków. Nawet o tym nie myśl. Chodź, wracamy - popchnęła mnie w stronę drzwi. Przemierzyliśmy korytarz, w tym samym szyku co poprzednio.

- Co zrobimy? - spytałem szeptem tuż przed drzwiami do komory teleportera.

- Na razie nic. Wracaj na swój statek - odszepnęła. Drzwi rozsunęły się, weszliśmy, w samą porę, aby zobaczyć materializującego się komandora Gren'shaka. Zszedł z podestu, a na jego twarzy malowała się bladość.

- Oni naprawdę zdobyli ten okręt - oznajmił drżącym głosem. - Widziałem poprzednią załogę... a właściwie ich ciała. Oni... przesłali się na statek tylko z nożami, żeby nie było alarmu. Niesamowicie to tam wygląda, wszędzie plamy krwi... Coś strasznego - relacjonował, nagle jednak przypomniał sobie, że jest twardzielem. - Dobra robota, chłopcy.

Uśmiechnąłem się szeroko i drapieżnie. Krew i tkanka z replikatora nie nadaje się do transfuzji czy transplantacji, ale do zastosowań doraźnych wystarczy. Miałem tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy wykonywać skanu mikromolekularnego. Komandor Gren'shak poklepał mnie po plecach.

- Wracajcie na swój okręt - zezwolił. - Czekamy tu na lissepiański frachtowiec z ładunkiem leków. Nie obrażę się, jeśli dotrzymacie mi towarzystwa, zanim ruszycie na Freedom.

- Z przyjemnością - oświadczyłem, zwłaszcza, że nie miałem zielonego pojęcia, czym jest, ani gdzie leży Freedom. Jedyne, czego byłem pewien, to tego, że nazwę tą wymyślił jakiś partyzant. Weszliśmy z Olafem na podest, jednak zanim pirat przy konsoli nacisnął włącznik, Dori powiedziała coś szybko do Gren'shaka.

- Moja porucznik chciałaby obejrzeć wasz okręt - rzekł ten ostatni. Kiwnąłem głową, wobec czego Dorothy wskoczyła na teleporter. Chwila nieuwagi, i byliśmy już na "Sharleen".


* * *
- Co stało się potem?

- Odbyła się narada oficerów dowodzących FBS "Sharleen". Pierwszy oficer sugerował, żebyśmy natychmiast powrócili na obszar Federacji, ale ja i kapitan Kennemann byliśmy przeciwko. Prawdę mówiąc, to ja go do tego namówiłam. Byłam blisko odkrycia wspomnianego tajnego niewidzialnego okrętu, a kapitan Kennemann i jego załoga mogli mi w tym pomóc. Wiedziałam, jakie znaczenie może mieć dla Federacji chociażby zbadanie tego statku, nie mówiąc o jego opanowaniu i uprowadzeniu. Kapitan Kennemann był jedyną osobą, której mogłam zaufać.



1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna