Świadek Christopher Shennan! Jestem, Wysoki Sądzie



Pobieranie 187,17 Kb.
Strona1/4
Data24.02.2019
Rozmiar187,17 Kb.
  1   2   3   4

DORWAĆ KOTA
- Świadek Christopher Shennan!

- Jestem, Wysoki Sądzie.

- Nazwisko, imię i stopień świadka?

- Shennan, Christopher, komandor Floty Gwiezdnej.

- Proszę pokrótce streścić swój udział w rozpatrywanej sprawie.

- Tak jest. Pełnię funkcję przewodniczącego komisji, która badała zapisy w dzienniku pokładowym statku FBS "Sharleen", zapisy w logach mostka i maszynowni oraz zapisy z logów komunikacyjnego, teleporterów i systemów uzbrojenia.

- Czy świadek jest gotów do przedstawienia wyników badań?

- Tak jest, Wysoki Sądzie. Posiadam dokładnie zrekonstruowany przebieg wydarzeń na pokładzie statku FBS "Sharleen" od momentu opuszczenia strefy kontroli planety Aurelia Prime do momentu zacumowania w bazie Pyramid 7, oraz streszczenie wydarzeń, jakie miały miejsce bezpośrednio przed przylotem wymienionego statku na planetę Aurelia Prime.

- Rozumiem, że przebieg wydarzeń został zrekonstruowany wyłącznie na podstawie wymienionych przez pana zapisów komputerowych?

- Tak jest.

- Czy komisja, której pan przewodniczy, znalazła dowody, że logi pokładowe FBS "Sharleen" zostały sfałszowane lub w inny sposób zmienione?

- Nie, Wysoki Sądzie. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że dzienniki FBS "Sharleen" nie zostały sfałszowane ani zmienione.

- Dobrze. Proszę najpierw przedstawić to streszczenie.

- Tak jest.


* * *
Co tu dużo mówić. Rozkaz z dowództwa przyszedł i trzeba było go wykonać. Tam w dowództwie nikogo nie obchodzi, że "Sharleen" to 50-letni złom, uzbrojony w pięć torped i dwa lasery, z których ten drugi działa tylko w poniedziałki. Ktoś musiał wykonać to zadanie, i tym kimś byłem ja. Czterdziestoletni kapitan Floty Gwiezdnej, którego nikt nie lubił, i któremu zlecano zawsze najbardziej niewdzięczne zadania. Trzeba przewieźć kolonistów z jakiejś zapadłej dziury, razem z ich żywym inwentarzem? Spędzić dwa miesiące przy pewnej gwieździe na krańcach Federacji, ponieważ jakiemuś naukowcowi zachciało się badać zachodzące w niej przemiany? Dajcie tą robotę Kennemannowi. Serdeczne dzięki.
Moi inżynierowie zrobili co mogli, ale złom pozostanie złomem, nawet jeśli wymieni się kable i da nowy lakier. Niektóre części pamiętały jeszcze czasy pierwszych wojen z mutantami. Wtedy klasa Ariadna to było coś. Latałeś Ariadną albo byłeś nikim. Nie to co teraz.
Ale do rzeczy. Rozkaz z dowództwa był prosty: udać się do sektora tego i tego i przyłączyć się do eskadry admirała tego i tego. Niby nic. No, ale na naszym staruszku już pierwsza część wydawała się być niewykonalna. Pracowaliśmy piętnaście godzin, zanim mogliśmy zaryzykować wejście w nadprzestrzeń, łamiąc naturalnie większość zasad bezpieczeństwa i przepisów o podróżach z prędkościami nadświetlnymi. Nic to jednak.
* * *
- Zatem z zapisów w logu maszynowni wynika, że Główny Inżynier statku FBS "Sharleen" rozmyślnie złamał szereg paragrafów Instrukcji Bezpieczeństwa, narażając tym samym statek na zniszczenie, a załogę na niechybną śmierć?

- Sprzeciw! To spekulacja! Tym bardziej, że statek nie uległ zniszczeniu.

- Uwzględniam. Proszę ograniczyć się do faktów.

- Tak jest, Wysoki Sądzie.

- Komandorze Shennan, proszę odpowiedzieć na pytanie.

- Tak, Wysoki Sądzie. Jednak stan techniczny statku FBS "Sharleen" nie pozwalał na osiągnięcie prędkości nadświetlnej w bezpieczny sposób...

- Dziękuję, panie komandorze. Proszę kontynuować.
* * *
Dotarliśmy na miejsce, tylko po to, aby dowiedzieć się, że eskadrze znudziło się na nas czekać, i wszystkie eskadry odleciały już walczyć z Cesarstwem. O dogonieniu ich mogłem tylko pomarzyć; c cztery to było wszystko, co w obecnej chwili dało się wycisnąć z naszych silników, a tamci szli szóstką i mieli kilka godzin przewagi. Skontaktowałem się z dowództwem, ale tylko mnie opieprzyli za spóźnienie na miejsce zbiórki. Kolejna krecha do akt kapitana Kennemanna. W końcu jakiś admirał się zlitował i skierował nas do Bazy Gwiezdnej 233, gdzie podobno potrzebowali statku-holownika do ściągania uszkodzonych w bitwach okrętów. Wyglądał - znaczy ten admirał - na dość zirytowanego, więc nie powiedziałem mu o naszej wiązce holowniczej, a raczej o jej braku. Co tam, pomyślałem, w tej bazie na pewno będą mieli jakieś części zamienne, wiązkę zrobi się w parę godzin i po krzyku.
Jednak nie dane było nam nic holować. Ledwo wyszliśmy z nadprzestrzeni, wywołała nas Baza i przekazała następne rozkazy. Mamy zaokrętować oddział marines, w sile trzystu ludzi, i leciec z nim na zdobytą dopiero co Aurelia Prime, gdzie nasi wspaniali piechociarze posłużą za tymczasową policję. No dobra; w zasadzie wszystko jedno, woziliśmy już świnie, woziliśmy rzepę i marchewkę, możemy powozić i marines. Bałem się tylko, co będzie, jak zechcą skorzystać z naszych teleporterów, ale na szczęście użyli sprzętu z Bazy, więc niczyje cząsteczki nie zostały pomieszane. Rozłożyli obóz w ładowni i na szczęście siedzieli tam cicho. Wiem, że o marines mówi się, że wywołują awantury na statkach, ale moi byli spokojni - widocznie w bazie dali im jakieś prochy uspokajające.
Załadowaliśmy jeszcze świeże jedzenie i świeżą antymaterię i wzięliśmy kurs na Aurelia Prime. Pofatygowałem się na mostek. Może to nie jest dobry moment, ale opowiem wam teraz o mojej załodze. Nie jest to załoga z gatunku tych lepszych, ale i nie jest to też kompletnie zła załoga. Ponieważ na stare okręty kieruje się albo weteranów, albo początkujących, załoga moja stanowi przedziwny konglomerat doświadczenia i żółtodziobostwa. Mój pierwszy oficer jest człowiekiem. Wiem, że to dziwne, wiem, że na innych statkach funkcje pierwszego oficera pełnią komputery, androidy, albo wręcz hologramy, ale na mojej starej Ariadnie zastępcą kapitana jest żywa, zrobiona z krwi i kości istota. Nazywa się ona Alex Hauntley, pochodzi z kolonii gdzieś koło gwiazdy Betelgeuse i należy do gatunku cyników obdarzonych wyrafinowanym poczuciem czarnego humoru. W zasadzie go lubię.
On też mnie lubi, a jeszcze bardziej lubi mój fotel dowódcy, który został zamontowany rok temu i jest najnowszym elementem wyposażenia statku. Kiedy wszedłem na mostek, Alex siedział na nim - to znaczy na fotelu - i z uwagą oglądał swój lewy but. Na mój widok wstał.

- Mamy c 4 koma 1 i kierujemy się na Aurelia Prime - powiedział znudzonym głosem. Alex był zbyt doświadczonym oficerem, aby podróż na planetę, która nie tak dawno była główna kwaterą połączonych sił Cesarstwa i mutantów, mogła wytrącić go ze stanu permanentnego znudzenia. Podobno, zanim wstąpił na Akademię, latał na lissepiańskich frachtowcach i widział niejedno.



- Dzięki, możesz iść spać - rzekłem i zasiadłem na przynależnym mi miejscu. Alex opuścił mostek. Włączyłem lewą konsolę i przejrzałem raporty o naprawach. Raporty o naprawach były moją podstawową lekturą na tym statku. Z tych, co właśnie czytałem, wynikało, że wszystko zostało naprawione. Nie było jednak napisane, co nowego się zepsuło, a byłem pewien, że jest tego sporo.
Wróćmy jednak do mojej załogi. Funkcja doradcy pozostaje nie obsadzona, od czasu, jak pełniący jego obowiązki oficer dostał świra od użerania się z wyimaginowanymi problemami psychologicznymi reszty załogi. Był dosłownie zasypywany sprawami w stylu rzekomej wrogości pomiędzy oficerami, umyślnego psucia replikatorów, blokowania wind i tym podobnych bzdur, aż wreszcie uwierzył, że żyje w otoczeniu wariatów i psychopatów i poprosił dowództwo o przeniesienie. Nie zatroszczono się, aby dosłać nam nowego, co jak sądzę, wpłynęło na załogę pozytywnie.
Obsadzona, i to w podwójnym tego słowa znaczeniu, jest natomiast funkcja głównego inżyniera. Mam bowiem na statku dwóch głównych inżynierów. Tak. Pierwszy z nich, czterdziestotrzyletni Terry Ankei, człowiek, służył na naszym statku jeszcze zanim ja objąłem jego dowództwo. Jakieś cztery miesiące potem, podczas postoju w bazie 199, na okręt teleportował się nieznany nikomu młodzieniec w stopniu porucznika, udał się prosto do mojego biura i oświadczył, że jest nowym głównym inżynierem FBS "Sharleen". Nazywał się - i zapewne nazywa nadal, rzadko bywam w maszynowni - Will Fraser. Przedstawił jednoznaczny, wiarygodny i jasno sformułowany rozkaz, zgodnie z którym miał objąć stanowisko głównego inżyniera na FBS "Sharleen". Nigdzie jednak nie było rozkazu zdejmującego z tej funkcji porucznika komandora Ankei, więc od tamtej pory mam dwóch inżynierów. Obaj znakomicie się uzupełniają, chociaż czasami, kiedy powstaje między nimi różnica zdań w jakiejś technicznej kwestii, dochodzi niemalże do rękoczynów.
Mam też oficera naukowego. Jest to kobieta, z rodzaju tych, które w przeciętnym mężczyźnie wywołują stany lękowe, sztywność kończyn oraz niemożność wykrztuszenia dwóch powiązanych ze sobą słów. Nie wiem, jak to się stało, że ktoś taki trafił na "Sharleen", choć podejrzewam że zesłano ją tutaj, aby nie powodowała dyskomfortu u współpracujących z nią oficerów. Ponieważ moja załoga, łącznie ze mną samym, składa się z samych zblazowanych cyników, nie mamy z Agnes Charbonneau żadnych problemów. Nawet w momentach, w których usiłuje błysnąć swoją wszechstronną wiedzą, zachowujemy zimną krew, a gdy jest naprawdę nieznośna, mówimy jej, że rozmazał się jej makijaż. Zawsze działa.
Z ludzi, którzy bywają na mostku, mogę jeszcze wspomnieć o podporuczniku M'leeku, który pochodzi z rasy, której nazwy zapomniałem. Jej przedstawiciele nie różnią się zresztą jakoś specjalnie od ludzi (z wyjątkiem nazwisk, które są pokręcone jak mało co). Podporucznik M'leek jest na naszym okręcie sternikiem, czyli, jak sam każe się nazywać, pilotem. Powtarza, że sternicy są na statkach klasy Nosferatu, Excalibur i podobnych gigantach, a Ariadnę się pilotuje. Mnie tam bez różnicy; cieszę się, że w ogóle jest co pilotować. Podporucznik M'leek ma jeszcze jedną cechę: bezgraniczną odwagę, graniczącą prawie z bezmyślnością i brakiem wyobraźni. Mogę się założyć, że propozycję przelecenia statkiem przez chromosferę gwiazdy przyjąłby z radosnym entuzjazmem i natychmiast obliczyłby odpowiedni kurs.
Wystarczy na razie o mojej załodze, bowiem oto dolatujemy już do zewnętrznej granicy systemu Aurelia. Mnie osobiście nazwa ta kojarzy się z imieniem jakiejś starej ciotki, niewykluczone że odkrywca systemu nazwał go właśnie na cześć swojej. Obszar patrolują nasze okręty; wygląda na to, że jeden z nich wykrył nas i próbuje się z nami skontaktować. Umożliwimy mu to.

- Daj na ekran.

- Mówi kapitan Roogan ze statku FBS "Southside" - twarz kapitana Roogana była surową, pociętą zmarszczkami twarzą człowieka, który przeżył niejedno. Wzbudzała zaufanie i szacunek. - Czy mam przyjemność z kapitanem Kennemannem?

- Ma pan - oświadczyłem beznamiętnie. - Jak bitwa?

- Wygrana - kapitan Roogan uśmiechnął się zaciśniętymi ustami. Za jego plecami jakiś młodszy oficer robił głupie miny do kamery. Postanowiłem, że dowiem się, kto to, i poproszę o jego przeniesienie na "Sharleen". - Wieziecie marines na Aurelia Prime?

- Zgadza się - poinformowałem. - Miło było z panem pogadać, kapitanie - zakończyłem tą beznadziejną gadkę i przerwałem połączenie. - Panie M'leek, kiedy dolecimy?

- Za dwadzieścia minut.

- Niech pan powie marines, żeby się zaczęli pakować - wstałem z fotela i podszedłem do pustego stanowiska naukowego. Sprawdziłem parę rzeczy, a potem skontaktowałem się z maszynownią.

- Wszystko w porządku - zameldował Ankei. To znaczyło, że prawdopodobieństwo eksplozji statku w ciągu najbliższych trzydziestu minut jest mniejsze od 10 procent. Radosna nuta w głosie mojego głównego inżyniera mogła sugerować nawet, że prawdopodobieństwo to oscyluje w granicach zera.

- To dobrze - odparłem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Pokręciłem się trochę po mostku, zaglądając oficerom przez ramię i sprawdzając, co robią. Nie robili nic istotnego.


Koło Prime było więcej okrętów. Szwendały się po systemie, wchodząc sobie wzajemnie w drogę, myląc czujniki i zaśmiecając skanery. Lissepiańskie Drapieżne Ptaki, alianckie krążowniki, nasze Excalibury, Sunchasery, Amazony i Bladerunnery. Nasz radar zarejestrował nawet jeden cesarski okręt klasy Gator; jego transponder zdradzał jednak przynależność lissepiańską. Łup wojenny. Na orbicie napotkaliśmy drugą Ariadnę; kapitan Jerry Charreau, mój dobry znajomy. My, dowódcy Ariadn, znamy się dobrze. Jesteśmy jak muzycy, którym dano do ręki łyżkę i pokrywkę i kazano zagrać VI Symfonię Bethoveena. Tworzymy nawet specjalny klub: wstęp do niego mają tylko ci, którzy dowodzili Ariadną, a to nie byle co. Jerry wyładowywał właśnie zaopatrzenie dla stacjonujących na planecie oddziałów. Weszliśmy na orbitę i zameldowaliśmy się, komu było trzeba. Kazali nam czekać.
* * *
- Czy pańska komisja uzyskała dostęp do zapisów dziennika Sztabu Operacyjnego Floty Gwiezdnej na planecie Aurelia Prime?

- Nie, Wysoki Sądzie, odpowiednie dane, pomimo ponagleń, nie dotarły do mojej komisji. Jednakże z danych otrzymanych od kapitana Charreau, dowódcy FBS "Camille" wynika, że FBS "Sharleen" istotnie wszedł na orbitę parkingową Aurelia Prime i przebywał tam przynajmniej przez dwie godziny. Skontaktowaliśmy się także z dowódcą statku FBS "Venture", który przybył na planetę pół godziny po "Sharleen", który to dowódca potwierdził nasze dane. Dysponujemy także innymi zapisami, w świetle których nie ulega wątpliwości, że FBS "Sharleen" istotnie przebywał na orbicie Aurelia Prime i zszedł z niej po około czterech godzinach standardowych.

- Jakie czynności wykonała załoga statku podczas orbitowania?
* * *
Czekaliśmy i czekaliśmy, bite trzy godziny, zanim baza na powierzchni uporała się z rozładunkiem statku Jerry'ego i jeszcze jednego okrętu, który co prawda przybył po nas, ale wiózł absolutnie priorytetowy ładunek. Niestety, nie dowiedziałem się, co to było. Prawdopodobnie marchewka. W końcu jednak moi marines zostali szczęśliwie teleportowani na planetę, a ja nakazałem otworzyć kanał do lokalnego sztabu i zapytać się, co mamy robić.
To był błąd. Należało jak najszybciej zejść z orbity, opuścić system, wejść w nadświetlną i nie kontaktować się z dowództwem przed osiągnięciem drugiego końca terytorium Federacji. Może dostałbym naganę, może nawet z wpisaniem do akt, ale nie musiałbym lecieć tam, gdzie nakazała mi jakaś pozbawiona wyobraźni kontradmirał ze sztabu na Prime. Wyglądała na trzydziestkę, więc mogła nie wiedzieć, co to jest Ariadna. Pewnie uważała, że jest to najnowszy krążownik bojowy, ciężko uzbrojony i opancerzony, obsadzony zabójczo wyszkoloną załogą. Inaczej nie wysłałaby nas do Doliny Śmierci.
No dobra, przesadziłem. Nie do Doliny, ale bardzo blisko. Prawie na granicy wirów. Tkwił tam FBS "Texas", statek klasy Excalibur, z rozsypanym napędem nadświetlnym i na zasilaniu awaryjnym. Nawet nie został uszkodzony w bitwie; po prostu coś tam się urwało, wytopiły się jakieś przewody, wybuchł koncentrator plazmy, spaliło się pół maszynowni - typowa awaria. Na szczęście nie ścigali wtedy żadnego statku Cesarstwa, ani sami też nie byli ścigani - inaczej nie byłoby czego zbierać. Naszym zadaniem było jedynie załadować zestaw części zamiennych, polecieć tam i ściągnąć "Texas" do bazy. Zacząłem mówić o naszej wiązce holowniczej, ale rezolutna kontradmirał stwierdziła, że wiązka "Texas" jest sprawna, a w kosmosie nie ma większego znaczenia, kto kogo holuje. Zapytałem o jakąś eskortę. Wyśmiała mnie. Zapytałem, czy wszystkie te kręcące się po systemie statki nie mają nic lepszego do roboty. Odparła, że mają swoje rozkazy i wykonują je bez spierania się. Powiedziałem: "cześć, kotku" i rozłączyłem się.
* * *
- A więc oskarżony kapitan Kenneman wykroczył poza obowiązujące standardy wymiany komunikatów pomiędzy jednostkami Floty Gwiezdnej, zwracając się nieregulaminowo do starszego stopniem oficera, co jest wykroczeniem z paragrafów 232 i 233, oraz może być uznane za usiłowanie wykroczenia z paragrafu 566 ustęp 1?

- Molestowanie seksualne? Nie sądzę, po prostu kapitan Kennemann był zirytowany faktem...

- Proszę odpowiedzieć na pytanie.

- Wygląda na to, że tak. Czy mogę kontynuować?


* * *
Tak więc FBS "Sharleen", pod światłym dowództwem kapitana Kennemanna (czyli moim), opuścił orbitę Aurelia Prime i wziął kurs na Dolinę Śmierci. Przez pierwsze kilka lat świetlnych spotkaliśmy parę sojuszniczych okrętów, później zrobiło się pusto. Poleciłem rozpędzić statek do zatrważającej prędkości c 4.5 i poszedłem obejrzeć wieżyczkę laserów. Mieliśmy autentyczną, pochodzącą sprzed 30 lat wieżyczkę laserów, zlokalizowaną na górnej powierzchni spodka, przy jego tylnej krawędzi. Moi inżynierowie przerobili ją nieco, podłączyli pod nowoczesne systemy celownicze, założyli lepsze serwomechanizmy i układy chłodzenia. Co najważniejsze, zainstalowali skomplikowany system chowania wieżyczki pod pancerz, tak że w krytycznych momentach odsuwały się pancerne płyty i groźnie wyglądające lufy wyjeżdżały na zewnątrz kadłuba. Wyglądało to co najmniej jak działo kwantowo-grawitonowe, a kto wie, czy nie lepiej. Kapitan statku, w stronę którego kierowały się paszcze tych złowrogich dział, od razu stawał się bardziej skłonny do pokojowej współpracy.
Wieżyczka była w porządku. Zajrzałem jeszcze do ładowni, żeby sprawdzić, czy marines bardzo naśmiecili, ale albo po sobie posprzątali, albo zrobił to ktoś z naszej załogi. Tylko w kącie leżał stosik pustych opakowań po racjach żywnościowych i powoli ulegał biodegradacji. Wróciłem na mostek, w samą porę, aby zobaczyć na ekranie zbliżający się mały statek klasy Falcon.

- Tylko jeden? - zapytałem. Komandor Charbonneau odwróciła się od swojej konsoli.

- Na razie tak - oznajmiła, obdarzając mnie promiennym uśmiechem. Nie miałem czasu na kontynuowanie flirtu, ponieważ komputer pokładowy piszczał już alarmująco.

- Aktywizują uzbrojenie - zameldował podoficer stojący przy konsoli taktycznej. - Osłony podniesione.

- Otworzyć kanał - zadysponowałem. Na ekranie pojawiły się oblicza partyzantów. Mimo zaciętych i zdeterminowanych wyrazów twarzy, wyglądali na młodych i niedoświadczonych. Odchrząknąłem.

- Słuchajcie, dzieciaki, mam tu na pokładzie eksperymentalną broń i naprawdę nie chciałbym z niej korzystać, ale jeśli mnie zmusicie, to nie zawaham się zmieść waszego nędznego stateczku jak kurz ze stołu, łapiecie? To teraz grzecznie zmieńcie... - nie dane mi było dokończyć, bowiem połączenie zostało zerwane. Opadłem na swój fotel i wyświetliłem sytuację taktyczną na lewej konsoli.

- Załadować lasery - rzuciłem. Taktyczny potwierdził wykonanie. Statek partyzantów wyraźnie przygotowywał się do ataku. Nawet nasza wieżyczka ich nie odstraszyła. Lasery Falcona błysnęły ogniem, a statek skręcił ostro. Manewr ten był efektowny, ale zupełnie niepotrzebny; lecieliśmy nie zmieniając kursu i naprawdę nie było trudno w nas trafić. Co zresztą nastąpiło. Posypały się iskry, komputery podniosły pisk i lament. Osłony na razie trzymały. Poleciłem odpowiedzieć ogniem. Zobaczyłem na ekranie promienie lasera z naszej wieżyczki, bombardujące pole siłowe nieprzyjaciela. Też trzymało.

- Manewr unikowy wzór Omega - zarządziłem. Palce porucznika M'leeka prześlizgnęły się po konsoli sternika, wprowadzając nasz okręt w szaleńczy taniec, w niczym niepodobny do manweru unikowego wzoru Omega. Okazało się to jednak skuteczne; dwie torpedy odpalone z Falcona minęły nas, nieszkodliwie eksplodując gdzieś za rufą. Wieżyczka prowadziła nieprzerwany ogień, aż zacząłem się martwić, czy lasery się nie przegrzeją. Według odczytów, osłony statku partyzantów spadały; miałem nadzieję, że nasze spadają w tempie nieco wolniejszym.

- Trafienie w lewą gondolę - zameldowała Agnes, a ja złapałem się fotela, widząc na ekranie zbliżającą się kolejną torpedę. Dzięki temu uderzenie nie wyrzuciło mnie na podłogę. Pilot M'leek zgrabnie uniknął serii strzałów Falcona i ustawił nas na ich ogonie. Torpedy były załadowane. Musiałem powiedzieć tylko:

- Ognia.


i przyglądać się, jak czerwony, świetlisty punkt zmierza w kierunku małego okrętu, trafia w niego i ginie w potężnej eksplozji. Nasz statek zadrżał po raz ostatni, przyjmując na siebie energię fali uderzeniowej, po czym zapadła cisza.
* * *
- Czy oskarżony kapitan Kennemann wykonał przed uruchomieniem broni pokładowej czynności przewidziane przez Procedurę Komunikacyjną 2-Alfa?

- Nie, Wysoki Sądzie.

- Czyli nie przedstawił się, nie podał numeru rejestracyjnego swojego statku, jego nazwy i przynależności, oraz nie poprosił obcego statku o podanie tych samych danych?

- Obawiam się, że nie było na to czasu, Wysoki Sądzie.

- Kiedy został ogłoszony alarm bojowy?

- Alarm nie został ogłoszony, ponieważ systemy alarmowe były wyłączone. Pragnę przypomnieć, że zgodnie z Instrukcją Pokładową Floty Gwiezdnej, ogłaszanie alarmu jest sprawą zależną od decyzji kapitana, a program automatycznie ogłaszający alarm może być zdezaktywowany, jeśli na mostku znajduje się dowódca i przynajmniej jeden z dowodzących oficerów.

- Czyli w trakcie bitwy załoga statku znajdowała się z stanie normalnej gotowości?

- Formalnie rzecz biorąc, tak.

- Gdzie był w tym czasie pierwszy oficer statku?

- Nie wiem, Wysoki Sądzie.

- Ale nie było go na mostku ani w maszynowni?

- Nie, Wysoki Sądzie.

- A Główni Inżynierowie statku?

- Obaj znajdowali się w maszynowni.


* * *
Dość szybko przerwał ją sygnał interkomu.

- Mówi maszynownia, straciliśmy zasilanie w lewej gondoli, chyba mamy wyciek plazmy i...

- Ale nie będziemy musieli opuszczać statku? - upewniłem się.

- Raczej nie - oczyma wyobraźni widziałem porucznika Frasera stojącego przy komunikatorze, z czujnikiem promieniowania w jednej dłoni i mikroskanerem w drugiej, z nieodłącznym wyrazem zaaferowania na twarzy.

- To dobrze - powiedziałem. - Kiedy będziemy mieli nadświetlną?

- Nieprędko.

Uwielbiałem rozmawiać z Fraserem. "Nieprędko" mogło równie dobrze oznaczać godzinę, jak i trzy dni. Byłem pewny, że bardziej prawdopodobny jest ten drugi termin.

- A dokładnie?

- Za godzinę.

Jednak nie. Byłem pod wrażeniem.

- Bierzcie się do roboty - zakończyłem. Wszyscy na mostku patrzyli na mnie z zatroskaniem, jakbym mógł coś poradzić na nasze kłopoty.

- Skąd tu się wzięli partyzanci? - zaskoczyła nagle Agnes. - Przecież Cesarstwo i mutanci wyrżnęli wszystkich w pień.

- Widocznie ci się uchowali - oznajmił Pierwszy Oficer Alex, wkraczając na mostek. - Kiepsko to wygląda, tam w maszynowni - dodał.

- W maszynowni zawsze kiepsko wygląda - zauważyłem.

- Tak, ale teraz bardziej niż zwykle.

- To co, mam tam iść i posprzątać? - zdenerwowałem się.

- Słuchajcie, ale co z tym Falconem? - Agnes nie dawała za wygraną. - Może coś przeniosło ich w czasie? A może to nie byli partyzanci?

- Fakt, nie przedstawili nam się - mruknął Alex. - To naprawdę nieuprzejmie z ich strony, że tak eksplodowali bez słowa wyjaśnienia.

- Myślę, że powinniśmy powiadomić o tym dowództwo - oznajmiła Agnes.

- Tak, oczywiście, zaraz to zrobię - zapewniłem ją i dźwignąłem się z fotela. - Alex, przejmij dowodzenie - dodałem, już w drzwiach do mojego biura. Zasunęły się ze zgrzytem.


* * *
- Czy oskarżony kapitan Kennemann przekazał do Dowództwa Floty, albo do innej nadrzędnej jednostki, kompletny raport o zaistniałym zdarzeniu?

- Tak, Wysoki Sądzie.

- Jaką datę nosi ten raport?

- Data gwiezdna 52127.03.

- A kiedy opisane zdarzenie miało miejsce?

- Data gwiezdna 52050.10.

- Czyli kapitan Kennemann zwlekał z przekazaniem raportu całe 29 dni standardowych, aż do momentu, w którym zdarzenie to, w świetle wypadków późniejszych, stało się nieistotne?

- Tak, Wysoki Sądzie.

- Proszę kontynuować.
* * *
Gdybym informował dowództwo o wszystkim, co zobaczyłem, kto wie, może dowodziłbym już Excaliburem, albo co najmniej okrętem klasy Narcissus, ale ja pewne informacje wolałem zostawiać dla siebie. Dlatego też najpierw połączyłem się z Federacyjnym Bankiem Danych i sprawdziłem informacje dotyczące partyzantów z Doliny Śmierci. Organizacja ta powstała po podpisaniu tymczasowego zawieszenia broni pomiędzy Federacją a Cesarstwem, założyli ją koloniści z planet, które na mocy traktatu trafiły pod cesarską jurysdykcję. Koloniści, którzy nie wiedzieć czemu liczyli na całkowitą autonomię, postanowili wziąć sprawy we własne ręce i tak dlugo atakować cesarskie okręty, stacje i posterunki, aż ujęte tym Cesarstwo nie przyzna im prawa do samostanowienia. Niestety, jak to zwykle bywa, Cesarstwo tylko przez jakiś czas tolerowało te pożałowania godne incydenty, aż w końcu, zirytowane, przeprowadziło wielką operację wojskową, której skutkiem było prawie całkowite zniszczenie partyzantki. Mówiąc między nami, cała ta sprawa z traktatem, przekazaniem władz i partyzantką była więcej niż żałosna, zwłaszcza że uwikłane w konflikt planety nie przedstawiały żadnego znaczenia strategicznego, a zawieszenie broni zostało po krótkim czasie zerwane. Niemniej jednak, przez jakiś czas, wycinek przestrzeni znany jako Dolina Śmierci był sceną krwawych walk i zamachów, na temat których wywiad Federacji oraz zaprzyjaźnione służby zebrały całkiem sporą kolekcję danych. Normalnie nie miałbym do nich dostępu, na szczęście kiedyś jedna z moich licznych przyjaciółek załatwiła mi, że tak powiem, nierejestrowane wejście do Banku Danych, dzięki czemu mogłem skorzystać z zebranych tam mądrości.



  1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna