Walter Jon Williams



Pobieranie 0,95 Mb.
Strona9/24
Data03.04.2018
Rozmiar0,95 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   24

8


Steward dyszał ciężko przez opuchnięte, suche usta. Spróbo-wał oblizać wargi, ale nie znalazł tam ani odrobiny wilgoci. Wy-dawało mu się, że przy każdym ruchu pęka mu język. Za oczami czuł ostry ból. Skóra na karku była wilgotna. Ostrożnie zaczął otwierać sklejone powieki.

Było gorzej, niż się spodziewał. Znajdował się w metalowym sześcianie o boku długości trzech metrów. Ściany z brudnosrebr-nego stopu pokrywały ciemne plamy. W jednej ze ścian znajdo-wały się drzwi, zaopatrzone w szczelinę do podawania jedzenia, mocno obudowane wywietrzniki i dwa silne światła, również za ekranami, by nie można ich było dosięgnąć od strony Stewarda. Leżał na podłodze rozciągnięty na przykrótkim piankowym ma-teracu, zamkniętym w poszwie z ciemnego plastiku. Przykrywa-ły go dwa koce. Nie widział żadnych mebli, z wyjątkiem umywal-ki i toalety. Był nagi.

Czuł się bardzo ciężki. W pomieszczeniu panowało wysokie ciążenie, około 1.3 g. Takie kabiny zaprojektowano specjalnie; służyły do wyczerpania sił więźniów.

Prawdopodobnie go obserwowano. Suchość w ustach powo-dowała ból. Rozważał przez chwilę, czy ma dla niego jakieś zna-czenie, iż będą wiedzieli, że się obudził, po czym zdecydował, że nie ma sensu udawać nieprzytomnego. Wstał ostrożnie, czując, jak strzela mu kręgosłup i kolana. Na plastikowej poszwie mate-raca widniała mokra plama, w miejscu gdzie wypocił narkotyk. Zauważył także dwa ślady oparzeń nad jednym kolanem - tam dotknęły go elektrody rękawicy paraliżującej. Oddychanie spra-wiało mu duże trudności. Niewykluczone, że obniżono zawartość tlenu w powietrzu, znów po to, by wyczerpać jego siły. Steward przysunął się do umywalki, żeby wypłukać usta. Był bardzo spragniony. Przystawił usta do kranu i pił przez długą chwilę. Woda była bez smaku, prosto z odzyskiwarki. Gdy wyprostował się, po piersi ściekała mu strużka wody. Starł ją otwartą dłonią. Ciążenie wisiało mu kamieniem u nóg, kręgosłupa i nerek. Steward wrócił na materac; przeciągnął się, rozprostowując kręgosłup i całe ciało. Próbował poskładać myśli, odbudować swą psychiczną zbroję.

Skończył ćwiczenia bez przeszkód. Czuł się już nieco lepiej.

Głowę wypełniał mu pulsujący ból.

A co mi tam, pomyślał. Odepchnął materac i koce pod ścia-nę, po czym zaczął regularną gimnastykę. Przy szesnastej wyso-ko grawitacyjnej pompce znowu zaczął się zastanawiać, czy do-brze robi, ale było już za późno. Nie mógł teraz dać swoim obser-watorom satysfakcji, by widzieli jego słabość. Wypompował więc jeszcze czterdzieści, starając się trzymać styl aż do końca, po czym wstał, by zrobić kilka podskoków w półprzysiadzie. - Więzień Steward - zabrzmiał bezbarwny męski głos zza jed-nego z ekranów. - Uklęknij na kolanach z twarzą w stronę ścia-ny przeciwległej do drzwi. Złącz ręce na plecach. - Jedną chwilę - odpowiedział Steward, nie przerywając ćwi-czeń.

#9 - Rvk tornada


- Uklęknij na kolanach - głos był tak samo bezbarwny jak poprzednio. - Odwróć się plecami do drzwi. Złącz ręce na plecach. - Dziewięć, dziesięć - dokończył Steward. Zastanawiał się, ile razy powtórzą polecenie, zanim wezwą ludzi z rękawicami pa-raliżującymi. Po chwili zdecydował jednak, że to nie najlepsza chwila, żeby się o tym przekonać. Posłuchał rozkazu i uklęknął z rękami na plecach.

Otworzyły się drzwi. Po odgłosach kroków doliczył się dwóch, może trzech strażników. Czyjeś ręce chwyciły go za nadgarstki. Ktoś w pośpiechu wkładał mu przez głowę jakieś ubranie; poczuł jak okrywa mu plecy i opada na łydki. Potem założono mu kaj-danki. Ruszył dłońmi i wyczuł, że kajdanki zamiast łańcucha ma-ją sztywny metalowy pręt.

- Wstań - głos brzmiał dziwnie. Był jakoś filtrowany, tak że przypominał głos z telefonu.

Wstał i spojrzał na strażników, dwóch mężczyzn i kobietę, która stała za ich plecami. Na obu rękach miała rękawice para-liżujące. Wpatrywała się w niego oczami okraszonymi makija-żem, przypominającymi skrzydła motyla. Wszyscy troje byli od niego wyżsi i dobrze umięśnieni. Mieli kamienny wyraz twarzy i nosili szare mundury, przykryte obszerną zbrojoną kurtką. Gło-wy przykrywały plastikowe hełmy z opuszczonymi osłonami twa-rzy. Gdyby Steward chciał któreś z nich uderzyć, na pewno poła-małby sobie palce. Dziwne brzmienie głosu wynikało z tego, że dźwięk dochodził z głośnika umieszczonego przy pasie, dokąd trafiał ze znajdującego się wewnątrz hełmu mikrofonu. Zanim go skuli, założyli mu od tyłu długą koszulę z cien-kiej bawełny. Jeden z mężczyzn podszedł do Stewarda i okręcił go koszulą, przymocowując końce na rzepy. Steward zauwa-żył, że na bladoniebieskim materiale widniał jego numer i na-zwisko, wypisane świeżymi, czarnymi literami przy użyciu sza-blonu.

Strażnik rzucił na podłogę przez nim parę plastikowych san-dałów na płaskiej podeszwie. Steward wsunął w nie nogi. - Odwróć się - rozkazał strażnik.

- Domyślam się, że nie na miejscu jest moje pytanie, dla-czego jestem tu przetrzymywany. - Steward był świadom, że za coś takiego w dwóch trzecich ludzkich więzień dostałby na od-lew po twarzy. Chciał wiedzieć, jakie mieli rozkazy. - Odwróć się - powtórzył mężczyzna, nawet nie mrugnąwszy okiem. Pewnie powiedziano strażnikom, by podchodzili do niego ze szczególną pobłażliwością.

Odwrócił się i poczuł, że strażnik chwycił za pręt rozdzielają-cy jego nadgarstki. Miał zamiar zapamiętać wszystko, co od tej pory zobaczy.

- Idź za mną.

Korytarz był zbudowany z gołego stopu. Oświetlały go jarze-niówki, umieszczone we wnękach sufitu. Strażnicy poprowadzili Stewarda obok niewyróżniających się niczym drzwi kolejnych sześciu cel - Steward nie omieszkał ich policzyć - a potem przez pancerne więzienne drzwi. Stało tu biurko i był kolejny strażnik, tym razem bez hełmu. Podał jakieś dokumenty do podpisu jedne-mu z eskorty Stewarda. Prawdopodobnie w ten sposób więzień został przekazany w jego ręce. Za biurkiem były drzwi windy. By ją uruchomić, jeden ze strażników musiał włożyć swój plastikowy identyfikator w szczelinę obok przycisków. Pojechali cztery pię-tra w górę. W miarę, jak wznosili się w gigantycznej wirówce, Steward czuł się coraz lżejszy. Zatrzeszczały mu stawy kolanowe. Korytarz tętnił życiem; byli tam strażnicy i zapewne jacyś urzędnicy, nieciekawi ludzie odziani w cywilne ubrania. Sufit i podłogę wykonano ze stopu, zaś ściany otynkowano i pomalowa-no na beżowo. Mijali wiele zamkniętych drzwi, z których każde opatrzone były numerem i elektronicznymi zamkami szyfrowy-mi. Znaki na ścianach zawierały ostrzeżenia dotyczące spraw ochronności, bezpieczeństwa pracy i wskazówki proceduralne. Na jednej ze ścian wisiała tablica z poprzypinanymi karteczkami informacyjnymi, a tuż obok niej ekran wideo; na nim informacje - możliwe, że te same - bez przerwy się przewijały. Eskorta wprowadziła Stewarda do dużego pokoju, pełnego biurek, przy których siedzieli ludzie. Steward zauważył, że pod nogami ma trudno ścieralny dywan, sufit pokrywa izolacja dźwię-koszczelna, a na biurkach panuje nieopisany bałagan. Słyszał ści-szone rozmowy i stukanie w klawiatury konsol. Dystrybutory ka-wy i napojów wbudowano w ścianę.

- Stój - powiedział mężczyzna trzymający kajdanki Stewar-da. Steward stanął.

Strażnik, który szedł na początku, opuścił ich i podszedł do pustego biurka. Podniósł osłonę hełmu, by powiedzieć coś do ko-biety przy sąsiednim biurku, która w odpowiedzi skinęła głową i wskazała w kierunku ściany, gdzie jakiś mężczyzna wciskał przy-ciski na dystrybutorze kawy. Strażnik podszedł do niego. Gdy tam-ten odwrócił się, Steward zobaczył mniej więcej czterdziestolet-niego mężczyznę średniego wzrostu z wyraźnie zarysowanym brzu-chem. Miał na sobie ciemne spodnie, obszerną pikowaną kurtkę i błękitną koszulę. Łysiał nieco na czubku głowy, a otaczające ły-sinę włosy miał krótko przystrzyżone. Strażnik stanął obok niego i przepisowo zameldował się. Mężczyzna wypił łyk kawy z pianko-wego kubka, skrzywił się, po czym spojrzał z daleka na więźnia. Po plecach Stewarda przeszedł ostrzegawczy dreszcz. W spoj-rzeniu mężczyzny dostrzegł gniew, inteligencję i jakąś dzikość. Złamię cię jak trzcinkę, mówiły oczy. Steward patrzył na niego i widział pustkę.

Mężczyzna ponownie skinął głową i powrócił do biurka. Ze stojącej tam pełnej papierów skrzynki wyjął szpilkę kluczową i włożył ją do kieszeni. Wystukał numer na swoim telefonie, po-wiedział kilka słów, po czym wziął ze stołu teczkę z aktami i ru-szył w kierunku Stewarda.

- Dwunastka - rzucił strażnikom i minął więźnia, nawet na nie-go nie spojrzawszy. Steward nie potrafił rozpoznać jego akcentu. - Odwróć się - rozkazał strażnik za jego plecami. Steward drepcząc w miejscu wykonał polecenie i pozwolił się poprowa-dzić wzdłuż tego samego korytarza w przeciwnym kierunku. Docierała do niego woń kawy niesionej przez łysawego męż-czyznę. Dostał ślinotoku.

Łysawy wyjął szpilkę z kieszeni i wcisnął ją do jednego z zamków zamontowanych w drzwiach. Wklepał kod na klawiatu-rze i elektromagnetyczne zasuwy ustąpiły z głuchym odgłosem. Odsunął się od drzwi, wkładając szpilkę z powrotem do kieszeni. - Posadźcie go na krześle - rozkazał. Strażnik wprowadził Stewarda do środka i polecił usiąść.

Krzesło wykonane było z czarnego plastiku, pochodzącego z którejś z gazowych planet. Nie miało oparcia i było przyśrubo-wane do podłogi. Pręt w kajdankach został przymocowany do za-instalowanego z tyłu krzesła metalowego uchwytu. Przed Ste-wardem stało małe biurko. Łysawy usiadł po drugiej stronie. Steward zobaczył w oczach mężczyzny odbicie światełek kontrol-nych, monitorujących jego stan przez kajdanki i analizę wskaź-ników stresu w głosie.

Był monitorowany. Spróbował walczyć z nagłą suchością w ustach, ale bez rezultatu.

Nie miał do dyspozycji niczego z wyjątkiem samego siebie. Nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc. Nie miał pancerza ani broni. Musiał je w jakiś sposób zbudować.

Nie mam żadnej taktyki, pomyślał. Tworzę byt i pozbywam się taktyki. Stary wiersz zen.

Nie mam zamku. Niewzruszony duch jest moim zamkiem. Nie mam miecza. Z godności, która jest ponad wszystkim i poza wszystkim, z myśli czynię mój miecz. Wszechświat był wrogi; uznał więc, że stworzy swój własny. Postanowił zbudować w myślach konstelacje, przypomnieć sobie gwiazdy i ich wzajemne położenie. Jedna po drugiej, aż jego gło-wę wypełni niebo. Najpierw Skorpion. Próbował sobie przypo-mnieć, jak wiele gwiazd miała ta konstelacja i jak były poukła-dane. Antares, M4, M7 i gotowe. Pamiętał je z zajęć z nocnej na-wigacji.

- Zostawcie nas samych - powiedział łysawy mężczyzna. - Za-wołam was, kiedy skończę.

Strażnicy wyszli. Stopowe drzwi zamknęły się za nimi. Ste-ward myślał o gwiazdach, a łysawy wpatrywał się w niego w lodo-watej ciszy i popijał kawę. Steward celowo westchnął i napiął mięśnie rąk, sprawdzając, do jakiego stopnia może zmieniać po-zycję. Próbował nie myśleć o tym wzroku, który czuł na sobie i o metalowym pudle, w którym był uwięziony. Próbował nie za-reagować, gdy po długim milczeniu, przerywanym jedynie szu-mem wentylacji, mężczyzna wreszcie przemówił. - Jestem pułkownik Angel - powiedział. - Pracuję dla Wy-działu Pulsar. A ty jesteś moją kolacją.

Achernar, myślał Steward. Na końcu rzeki Erydan.

Wolf 294; Szeol.

Angel próbował przyciągnąć jego wzrok spojrzeniem. Alde-baran, pomyślał Steward. W Orionie. Nie, w Byku. - Przede wszystkim - powiedział Angel - Procureur polecił traktować twoją sprawę jako podpadającą pod Kodeks Bezpie-czeństwa Wewnętrznego. To oznacza, że możemy cię trzymać, jak długo zechcemy, a wszystkie dokumenty zostaną na zawsze utaj-nione. Nie będziesz mógł z nikim rozmawiać, nawet z adwoka-tem; z nikim. Nie potrzebujemy zgody sądu na aresztowanie ani żadnych innych formalności. Właśnie wpadłeś w ciemny dół i tyl-ko ja mam drabinę, po której możesz z niego wyjść. Steward spojrzał na pułkownika. Z perspektywy wypełnia-jącego jego głowę wszechświata Angel wydawał się niesamowicie odległy.

- Jak sądzę, Kodeks nie pozwala ci poinformować mnie, o co jestem oskarżony?

Na skroni Angela dostrzegł pulsującą żyłkę.

- Na początek wielokrotne morderstwo.

Więcej niż jedno? Steward był zdziwiony.

- Sabotaż, szpiegostwo, napad na akredytowanych członków Poselstwa Handlowego Mocnych. Oraz mniejsze wykroczenia, jak kradzież i unikanie kontroli celnej.

- Kiedy niby miałbym to zrobić?

- Dziewiętnastego lutego. Tego roku.

Steward zmusił się do uśmiechu.

- Akurat. Byłem zupełnie gdzie indziej.

Na Angelu nie zrobiło to wrażenia.

- I pewnie możesz to udowodnić. Masz świadków i całą resz-tę, zgadza się? I nigdy nie opuściłeś Ricot.

- Nigdy nie byłem na Ricot. W lutym tego roku leżałem w ko-morze kriogenicznej we Flagstaff w Arizonie. W Stanach Zjed-noczonych. Angeł nie zareagował. - To na Ziemi, kosmito - dodał. - Ciągle trafiają się te nowe ciała. Widzę, że jesteś młodszy, niż powinieneś być.

- Nie pamiętam niczego, co działo się po tym, jak skończy-łem dwadzieścia dwa lata. Wrzucasz mnie więc do dołu za prze-stępstwa, których popełnienia nie mogę pamiętać - Steward znów się uśmiechnął. - Chyba wyszedłeś na głupka przed swoim Procureur.

- Ci w Consolidated byliby idiotami, gdyby po tym, co zrobi-łeś, nie dali ci nowej tożsamości.

- Ale nie dali. O to mi właśnie chodzi. Mój Alfa, czyli ten, którego szukacie, zmarł na Ricot w marcu tego roku. W Consoli-dated Systems nie są mną zainteresowani. Więc nie dali mi nowej tożsamości. Czy sądzisz, że gdybym dla nich pracował, zostawili-by mi stare nazwisko i linie papilarne?

Wyraz twarzy Angela nie zmienił się.

- Granie na zwłokę nic ci nie da, Steward - powiedział. - Twoją jedyną nadzieją na wydostanie się stąd jest współpraca. - Sprawdź to. Wydobądź moje akta ze szpitala.

- Akta można sfałszować.

Steward wzruszył ramionami na tyle, na ile pozwalały mu na to kajdanki. Drzwi za Angelem otworzyły się i wszedł jeszcze je-den mężczyzna. Na jego widok niewidzialne palce przejechały Stewardowi po brzuchu, wzbudzając strach, który przeobraził się nagle we wściekłość. Mężczyzna był wysoki, miał podłużną głowę i wąskie oczy. Steward rozpoznał w nim tego, który uderzył go rękawicą paraliżującą podczas aresztowania. Przybyły oparł się o ścianę i nic nie mówił. Cały czas trzymał rękę w kieszeni kurt-ki, jakby wciąż miał na niej rękawicę.

Chciałbym, żebyśmy mieli chwilkę dla siebie, pomyślał Ste-ward. Chwilkę, w której nie miałbyś swojej rękawicy ani dysz odrzutowych, ani żadnych innych gadżetów. To nic, że masz nade mną dwadzieścia kilogramów przewagi.

W oczach Angela zamigotały czerwone światełka.

Steward wziął głęboki wdech. M44, pomyślał. W Raku. To technika prowadzenia przesłuchania; pierwsza zasada mó-wi, że trzeba wyizolować przesłuchiwanego - to najważniejsze. Sprawić, żeby czuł się osamotniony. Wrzucić go nagiego do meta-lowej skrzynki. Bez przerwy świecić mu w oczy lampami, żeby nie wiedział, czy jest noc, czy dzień, by stracił poczucie czasu. Przespacerować się z nim po posterunku bezpieczeństwa, by po-czuł się jeszcze bardziej samotny, jak jednostka, która wpadła w tryby ogromnej maszyny. Potem zamknąć go w małym pomiesz-czeniu i powiedzieć, że jedyną drogą do wydostania się z tej ma-szyny jest posłuszeństwo. Można jeszcze dołożyć świeżej porcji strachu, umieszczając go w towarzystwie bardzo dużego faceta, za którego sprawą doświadczył silnego bólu... Przez kontrast z dużym i złym, Angel stanie się tym dobrym. Steward uzależni się od niego, by unikać styczności ze złym. Bę-dzie starał się go zadowolić, okazać mu swoje zaufanie. Dać mu wszystko, czego zażąda.

Znał wszystkie posunięcia, dokładnie wiedział, co robi An-gel. Nie znaczyło to jednak, że technika Angela nie odnosi skut-ków. Jedyny sposób, by nie dać się złamać, to trzymać się z dala od tego, zachować integralność przez ucieczkę w prywatny kos-mos pełen prywatnych gwiazd.

W tym pokoju odbywa się więcej niż jedno przesłuchanie, pomyślał, i on jeden zdawał sobie z tego sprawę. Angel i jego partner wiedzieli, co stało się na Weście, i próbowali uzyskać in-formacje, których im brakowało. On wiedział jeszcze mniej i nie mógł im powiedzieć nic nowego. Lecz same ich pytania mogły Stewardowi coś powiedzieć, musiał więc sprawić, żeby je zadawa-li. Zaprotestował, że jest niewinny, ponieważ wydałoby się dziw-ne, gdyby tego nie zrobił. Tak naprawdę jednak chciał, by prze-słuchanie trwało nadal, chciał, by mówili o tym, co, według ich przypuszczeń, Steward powinien wiedzieć. By to osiągnąć, mu-siał ich zainteresować, przekonać jakoś, że dysponuje wiadomo-ściami, o które im chodziło. Musiał udawać, że wie o sprawach, o których oni nie wiedzieli.

Angel zgniótł w dłoni piankowy kubek i rzucił go na biurko. Wziął skoroszyt, otworzył go i zaczął przeglądać. Steward zauwa-żył na okładce napis: AKTABEZP:STEWARD.l. - Co miałeś zamiar tu robić, Steward? - spytał. - Szedłeś na spotkanie? Odwiedzić kogoś znajomego? Czy raczej chciałeś sprawdzić rozmiar zniszczeń, jakie spowodowałeś ostatnim razem?

- Szedłem - powiedział Steward - do miejsca o nazwie Time Zero.

- Spotkać się z kimś?

- Spotkać się z Fischerem. To oficer komunikacyjny na „Bor-nie”. Zadzwonił do mnie, mówiąc, że tam jest fajna impreza - spojrzał na Angela i uśmiechnął się. - Jestem pewien, że nagry-waliście rozmowy między statkiem i stacją. Przesłuchajcie je. Mo-że to przekona pana Procureur, że masz wystarczające kompe-tencje do swojej pracy.

Partner Angela wyjął rękę z kieszeni. Miał na niej rękawicę paraliżującą, w której trzymał inhalator. Włożył go do ust i wci-snął wyzwalacz.

Świetnie, pomyślał Steward. Cymbał ma astmę.

- Kogo znasz na Weście? - przerwał milczenie Angel. Steward przeniósł wzrok na Angela, próbując włożyć w to spojrzenie jak najwięcej jadu.

- Ty mi to lepiej powiedz. Ty tu jesteś pieprzonym ekspertem.

- Z kim się spotykałeś w lutym?

Odpowiedział mu tylko spojrzeniem.

- Z czyjego polecenia tu byłeś?

Mira. W Wielorybie. Człowiek towarzyszący pułkownikowi zdejmował kurtkę.

- Czy rozkaz pochodzi od kogoś wysoko postawionego? Czy może od Curzona?

Na dźwięk tego nazwiska coś w Stewardzie podskoczyło. An-gel na pewno zobaczy to na swoich światełkach. Będzie myślał, że trafił na jakiś ślad.

Partner Angela trzymał kurtkę w ręku i obchodził powoli biurko, zmierzając w stronę Stewarda.

Procjon, myślał Steward. W Małym Psie.

- Czy Curzon pracował na własną rękę? Czy Rada o tym wie-działa? A Przewodniczący?

Drugi mężczyzna stał już za plecami Stewarda. Był tak blisko, że swędział go kark. Nagle zarzucił mu na głowę kurtkę i przyci-snął ją do ciała. Steward poczuł woń potu, plastiku i własny kwaś-ny oddech. Wpadł w panikę. Próbował zrzucić kurtkę, szarpiąc ją zębami. Angel mówił dalej beznamiętnie.

- Czy Premier wiedział? Czy to był jego pomysł? Steward słyszał w uszach swój własny ogłuszający puls. Po-czuł na ramieniu dotyk rękawicy - dwie twarde elektrody wgnia-tające się w ciało przez cienką koszulę. Walczył z tkaniną, która go dusiła, próbując przypomnieć sobie, w jakiej konstelacji była Fomalhaut.

Wciągnęła ją pustka, pomyślał.

- Odpieprz się, Angel.

Na chwilę zgasły wszystkie światła.

Po kilku przesłuchaniach Steward nie mógł spać leżąc na ple-cach, bo pokrywały je blizny od rękawicy. Tracił czucie w pra-wej ręce, co skłaniało go do zastanowienia nad neurologicznymi skutkami powtarzających się porażeń prądem elektrycznym. Angel wciąż wracał do tych samych pytań. Z kim na Weście Steward współpracował? Kto posłał go na Westę i za czyją wie-dzą? Czy brał w tym udział Premier? Pułkownik nigdy nie próbo-wał sztuczek, nie stosował retoryki, po prostu wracał do tych sa-mych pytań. Pełna monotonia. Gdy zanadto się znudził zadawany-mi przez siebie pytaniami, jego zawsze gotowy partner aplikował przesłuchiwanemu wstrząs.

Steward nie potrafił odpowiedzieć na pytania, nawet gdyby chciał. I w dodatku nie otrzymywał żadnych nowych pytań. Zastanawiał się, dlaczego nie stosowali narkotyków. W Ice-hawks był poddawany działaniu narkotyków i głębokiej hipnozy, gdy uczył się technik wytrzymywania przesłuchań. Tego typu opór można było jednak łatwo przełamać, jeśli wykazało się wy-starczającą cierpliwość. I choć zeznania w stanie odurzenia były niepewne - podejrzany mógł wypaplać nie tylko to, co wiedział, ale również ze szczerym zapałem wymyślać nowe informacje lub mówić śledczemu to, co mu się wydaje, że powinien mówić - nar-kotyki dałyby z pewnością lepsze rezultaty niż wszystko, czego Angel do tej pory próbował. Zaś staranne wypytanie mogło po-móc odsiać prawdę od halucynacji.

Możliwe, że pułkownik był po prostu przywiązany do klasycz-nych metod. Może traktował użycie narkotyków jak oszukiwanie w grze.

Albo po prostu lubił smród przypalanego ciała. I nagle przyszło mu do głowy, że może już próbowali użycia narkotyków, gdy był nieprzytomny. I nie podziałały. Premier, pomyślał Steward. To była jedyna rzecz, jaką na tym zyskał, jedyny nowy element. Zastanawiał się, czy Premier to ktoś z aparatu bezpieczeństwa Consolidated Systems. Rozejrzał się po celi, rozprostował ramiona i natychmiast się skrzywił; zaprotestowało jego poparzone ciało. To był jeden z tych przypadków, kiedy nie obudził się na dźwięk głosu strażni-ka, rozkazującego mu uklęknąć w stronę ściany z rękami na ple-cach.

Mały pokaz buntu byłby chyba na miejscu. Zrolował materac i zaczął robić pompki. Na pięściach. Krzycząc przy każdym pod-niesieniu. W końcu, z trudem chwytając oddech, wystawił palec w kierunku monitorów, ukrytych za ekranami frontowej ściany. - To dla ciebie, Angel - wydyszał.

Napił się wody z kranu i zaczął markować walkę. Dwa jasne reflektory dostarczały mu dwu cieni jako przeciwników. Oba za-taczały się jak pijane. Coś stało się z jego równowagą. Elektryczny skobel odskoczył z hukiem i otworzyły się drzwi. Steward zrobił obrót i od zbyt nagłego ruchu zakręciło mu się w głowie. Stanął z wciąż podniesionymi pięściami i ujrzał w drzwiach jednego ze swoich strażników - kobietę, którą widział pierwszego dnia. Nie miała hełmu, a rozpięta kurtka odkrywała noszoną pod spodem bluzę od munduru. Była blondynką o kwa-dratowej twarzy. Jej ukryte pod motylim makijażem oczy wyda-wały się niezmiernie odległe. W ręku trzymała jego elegancko poskładane ubranie.

Rzuciła je na materac.

- Ubierz się - powiedziała. - Wychodzisz stąd.

Zaskoczony opuścił nieco gardę.

- Jak to? - powiedział.

Wzruszyła ramionami.

- Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, po co cię tu trzymali. To nie mój interes - zrobiła krok w tył za drzwi. - Sprawdź kieszenie, czy wszystko jest tak, jak było. Musisz podpisać oświadczenie. Zapukaj, gdy będziesz gotowy.

Drzwi znowu się zamknęły.

Steward stał, ciężko oddychając. Kręciło mu się w głowie, widział niewyraźnie przez zapocone oczy. Zawahał się chwilę, po czym zaczął powoli zakładać bieliznę, wciągnął spodnie, potem buty. Sprawdził kieszenie. Spojrzał na podkoszulek i kurtkę, my-śląc: Może mi się uda. Zarzucił jedno i drugie na rękę, po czym za-pukał.

Drzwi otworzyły się znowu i Steward zrozumiał, że nie były zamknięte na zamek. Kobieta zmierzyła go wzrokiem. - Masz zamiar założyć ten podkoszulek?

- Podoba mi się, jak wyglądam, ze śladami poparzeń na ca-łych plecach.

Strażniczka zmarszczyła brwi.

- Zresztą, to twoja sprawa.

Podążył za nią do biurka w końcu korytarza, gdzie podpisał oświadczenie. Zabrała go do windy, potem ruszyli długim beżo-wym korytarzem. Minęli pokój numer dwanaścia i weszli do ob-szernego pomieszczenia, w którym gwarny tłum ludzi stukał w konsole i rozmawiał przez telefon.

Steward przystanął i spojrzał na nich, zastanawiając się, ilu z nich wiedziało, co dzieje się w pokoju numer dwanaście. Możli-we, że wszyscy. Możliwe, że dla tych ludzi była to po prostu część codziennej pracy - mieli sesję tortur przed popołudniową prze-rwą na kawę.

- Tędy - kobieta zatrzymała się i odwróciła do niego. Ste-ward rozglądał się spokojnie po sali. Angela i jego partnera nie było. Może to nie ich zmiana.

- Chciałbym napić się kawy - powiedział i skręcił w bok.

- Hej - ostrzegła strażniczka.

- Brighter Suns jest mi winna kawę, do cholery! - odpalił Steward bardzo głośno. Ludzie patrzyli na niego, widzieli oparze-nia, odwracali się. Nikt się specjalnie nie przejął. Przeszedł obok biurka Angela i rzucił okiem na leżące na nim rzeczy. Było tam to, 0 co mu chodziło, dokładnie w miejscu, gdzie widział to pierw-szego dnia, dnia pierwszego przesłuchania. Leżało na wierzchu pliku dokumentów i skoroszytów, opatrzonych klauzulą „ściśle tajne”.

Steward trochę zataczał się przy chodzeniu. Z jego równowa-gą wciąż było coś nie tak. Za którymś razem jednak nieco prze-sadził i zanim zdał sobie z tego sprawę, prawie upadał. Odzyskał równowagę w ostatniej chwili. W porządku, pomyślał. Powoli 1 ostrożnie.

Wcisnął przycisk kawy z podwójną śmietanką i obrócił się, by popatrzeć na salę. Wszyscy spoglądali w dół, zafascynowani nagle czymś, co widniało na ekranach terminali. Steward wybuchnął śmiechem. Wziął swoją kawę i ruszył z powrotem w kierunku przejścia, udając zawrót głowy. Tylko strażniczka zerkała w jego stronę - będzie musiał jakoś ukryć przed nią ten ruch. Podniósł kubek do ust i wszedł prosto w biurko Angela, po-tykając się i rozlewając kawę po wszystkim, co tam leżało. - Cholera - zaklął i rzucił swoją kurtkę i podkoszulek na pla-mę, jak gdyby chciał ją zetrzeć. Machał ubraniem po biurku, aż poczuł pod ręką właściwy przedmiot, chwycił go, po czym cofnął gwałtownie rękę, jakby właśnie zdał sobie sprawę z tego, co robi. - Pieprzyć to - zaklął głośno. - Niech ma ode mnie mokre biurko na pożegnanie.

Strażniczka już biegła w jego stronę. Spoglądała raz za ra-zem to na biurko, to na Stewarda.

- Skończyłeś już? - spytała.

- Rozlała mi się kawa.

- Nie chcesz stąd wyjść czy co?

Zgniótł piankowy kubek i wrzucił go do kosza na odpady.

- Dobrze - powiedział. - Chodźmy.

Zmierzając ku wyjściu z najwyższym trudem powstrzymywał śmiech.

W poczekalni, położonej tuż przy wejściu do kompleksu wię-ziennego, czekała na niego cała załoga „Borna”. Wszyscy mieli na sobie mundury, Reese - błękitny Starbright, a pozostali - ciemnoszare kurtki Talera. Był tam jeszcze jeden mężczyzna w barwach Starbright, którego nie rozpoznawał. Przy kołnierzy-ku jego munduru widniały fioletowe naszywki. Steward widział takie pierwszy raz w życiu. Gdy wszedł, wszyscy wstali. Reese podeszła do Stewarda i wierzchem dłoni pogłaskała delikatnie jego ramiona. Poznał po jej oczach, że była wstrząśnię-ta. Zaraz potem zaskoczenie zmieniło się w złość. - Źle cię traktowano?

Spróbował być bezceremonialny.

- Zdaje się, że to zależy od tego, jakie masz zdanie na temat tortur - spojrzał na nich wszystkich po kolei. - Jak długo tu by-łem?

- Sześć dni.

- Wydawało mi się, że dłużej.

Reese wskazała wzrokiem na obcego mężczyznę w mundurze Starbright.

- To jest pan Lal - wyjaśniła. - Jest konsulem Starbright. Uścisk ręki Lala był stanowczy. Mundur dobrze do niego pa-sował.

- Cieszę się, że udało mi się stąd pana wyciągnąć - powie-dział Lal.

- Nie sądzę, by właśnie pan przyczynił się do tego - odpowie-dział Steward. - Przypuszczam, że raczej uwierzyli w końcu w mo-je zeznania.

Lal jakby się zawahał.

- Chciałbym, żeby sfotografował pan moje plecy - mówił da-lej Steward. - Torturowano mnie tutaj.

- Nie możemy się mieszać w wewnętrzne procedury Brigh-ter Suns - odparł Lal.

- Nie będą więc mieli nic przeciwko, jeśli kiedyś w przyszło-ści ktoś ze Starbright potorturuje sobie ich obywatela, prawda? - powiedział Steward. - Pieprzę to. Sam osobiście złożę zażale-nie. I nagłośnię to. - Spojrzał na innych - Zabierajmy się stąd. Minął Lala i wyszedł. Kątem oka zobaczył szeroki uśmiech na twarzy Reese. Inni poszli za nim.

Drzwi były opancerzone i pokryte monitorami. Widniało na nich coś w rodzaju eksplodującej gwiazdy w środku spiralnej galaktyki. Wydział Pulsar. Ulicę na zewnątrz zrobiono z ciem-nego, zimnego stopu. Sklepienie było błyszczące i odbijało lu-dzi na dole.

Kilka osób przemykało się w obie strony. Na Weście zaczyna-ła pracę następna zmiana.

- Wiesz, Lal był bezużyteczny - powiedziała Reese. - Musia-łam przez cały czas stać mu nad głową. Jak tylko dowiedział się, że sprawa trafiła do Wydziału Pulsar, powiedział, że nie ma żad-nej nadziei.

- Jakoś mnie to nie dziwi - odparł Steward. - Szkoda, że nie mogłeś zobaczyć kapitana. - Reese spojrza-ła na SuTopo. - Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Tłukł pię-ścią w biurko gliniarza i ryczał na niego, że rozwala mu harmono-gram.

Steward obrócił się do niego.

- Dziękuję.

SuTopo odpowiedział uśmiechem.

- To mój zawód.

- Nie twój, tylko Lala - odpowiedział Steward.

- Co u diabła zrobił twój Alfa, że są tacy wściekli na niego?

- spytała Reese.

- Zabił paru ludzi. Tak powiedzieli.

- Rzeczywiście, to chyba wszystko tłumaczy. Reese wpadła w rytm jego marszu. Szła tuż za nim, trochę z boku. Steward rzucił okiem w drugą stronę i zobaczył Fischera, jak z uśmiechem pod nowym blond wąsem rozpinał mundur, uka-zując zielono-czerwoną tropikalną koszulę. SuTopo szedł nieco dalej za nim, także z boku, z poważną miną pod swoim pitji. Ca-iro była po przeciwnej stronie niż Reese.

Tworzymy klin, pomyślał Steward, klin maszerujący równym krokiem przez trzeci poziom głównej wirówki Westy. Steward szedł na szpicu, rozcinając obywateli Brighter Suns na dwie czę-ści. Czuło się w tym świadomość przynależności, braterstwa bro-ni. Choć wiedział, że nie potrwa to długo - ich cele różniły się od jego celów i odwrotnie - dobrze było wiedzieć, że istnieli tu lu-dzie, którzy dla niego wpakowaliby się w kłopoty, którzy walczy-liby o niego, przynajmniej w niektórych przypadkach. Był jeszcze jeden aspekt tryumfu Stewarda. Wciąż trzymał w ręku szpilkę pułkownika Angela, klucz, którego jego prześla-dowca używał do uzyskiwania dostępu do zabezpieczonych miejsc, jak pokój numer dwanaście czy tajne pliki komputero-we. Wszelkie zabezpieczenia - mówiono Stewardowi na wykła-dach - są skuteczne tylko do takiego stopnia, jak ludzie, którzy przy nich pracują. Angel nie dbał dostatecznie o swój klucz, więc Steward miał zamiar otworzyć nim jak najwięcej drzwi. - Dajcie mi najpierw jakiś środek przeciwbólowy - powie-dział Steward. - Potem idę spać.

Cairo wcisnęła przycisk odcinający fonię w kamerze, zapisu-jącej wygląd oparzeń na jego plecach w strukturze molekular-nej zmiennokrystalicznych nici. Przesunęła się w inne miejsce i zrobiła kolejne ujęcie.

- Tak - powiedziała Reese - najpierw zadbaj o siebie. - Napiszę zażalenie, jak wstanę - powiedział Steward. - Po-tem wyślę jeszcze te zdjęcia do paru agencji informacyjnych na Ziemi. Może niektóre z nich oprą się naciskowi Brighter Suns. - Chcesz, żeby obejrzał cię lekarz? - spytała Cairo. Steward rozprostował prawą rękę wciąż z objawami niedo-władu.

- Może - odparł. - Zobaczę, jak będę się czuł, gdy się obudzę. Cairo spojrzała w wizjer kamery, przeglądając zarejestrowa-ne zdjęcia.

- Mam sześć - powiedziała. - Chyba powinno wystarczyć, jak myślisz?

Steward skinął głową.

- Chyba tak - pomasował nasadę nosa i ziewnął. - Izolatka i do łóżka.

- Pozwól, że założę ci na to jakiś opatrunek - powiedziała Reese podnosząc się z miejsca.

- Taka liczba opatrunków tylko by mi zawadzała - odparł. - Po prostu umyję to pod prysznicem, zanim położę się spać. - Auu - jęknęła Cairo.

- Jesteś pewien? - spytała Reese patrząc mu w oczy.

Przytaknął i znowu ziewnął.

- Muszę się tylko przespać. Tylko tego mi trzeba.

Powoli skinęła głową.

- W porządku. Ale jeśli będziesz czegoś potrzebował...

- Nie będę. Idź na stację i wybaw się za wszystkie czasy.

Uczcij to. I wypij parę za mnie.

Steward zszedł korytarzem do izolatki. Zaopatrzył się na póź-niej w jakiś środek dezynfekujący i bandaże. Włożył pierwszy lepszy lek przeciwbólowy do pneumatycznej strzykawki, przysta-wił ją do ramienia i pociągnął za spust. Potem przeszedł do kolej-nej szafki i wysypał sobie na rękę trochę pobudzającego narko-tyku.

Jeszcze przez jakiś czas musiał pozostać przytomny.

Połknął pigułki na sucho i skierował się do swojego pokoju. Gdy już się tam znalazł, wziął prysznic i zgolił sześciodniowy za-rost, zostawiając sobie ciemne wąsy. Wziął garść pustych szpilek pamięciowych. Włożył ciemne spodnie, których nogawki były spięte na wysokości kostek. Sycząc z bólu wdział koszulę z wyso-kim kołnierzykiem. Na nogi wsunął sandały. Zarzucił jeszcze ciemną marynarkę bez kołnierza, która wyglądała jak od mundu-ru, tyle że bez dystynkcji. Przejrzał się w lustrze i uznał, że może uchodzić za młodego działacza Brighter Suns. Włączył swój termi-nal i drukarkę, a następnie wczytał mapę Westy z pokładowego komputera. Zrobił kopie interesujących go obszarów i wyłączył terminal. Szpilki pamięciowe trafiły do zwykłej skórzanej saszet-ki, razem z kluczem Angela. Zakończywszy przygotowania, pod-szedł do drzwi, uchylił je lekko i nasłuchiwał. Wiekowy statek syczał z przewodów wentylacyjnych. Żadne inne dźwięki nie dochodziły.

Steward wymknął się z pokoju, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Zażyty wcześniej narkotyk zaczynał działać. Uśmiechnął się i podszedł do włazu, dającego dostęp do niższych pokładów statku. Otworzył go i zszedł do pozbawionej ciążenia maszynow-ni. Odepchnął się od drabinki, kierując się w stronę głównej ze-wnętrznej śluzy. Tam odnalazł swój skafander próżniowy. Złapał go i popłynął w stronę mniejszej śluzy dla personelu. Czasami Cairo używała głównej śluzy do rutynowych przeglądów technicz-nych i Steward nie chciał na nią wpaść. W rufowej śluzie podłą-czył swoje butle do kompresora i ustawił jego dźwignię na łado-wanie. Chciał być pewny, że w starych butlach będzie miał wy-starczająco dużo powietrza.

Przeszedł przez śluzę i wypłynął na zewnątrz, czekając, aż jego oczy przywykną do ciemności. Westa leżała pod nim, świe-cąc bladą poświatą. Na powierzchni pełno było kropek reflekto-rów, a ich światło odbijało się w błyszczących kadłubach dzie-siątków statków transportowych, które wyglądały jak butle tle-nowe, wetknięte w twarde ciało planetoidy. W uszach słyszał echo własnego oddechu. W mięśniach czuł siłę narkotyku. Dry-fował powoli w dół, używając co jakiś czas dysz odrzutowych i jęcząc, gdy kołnierz uszczelniający dotykał do ran. Przemknął między błyszczącymi cielskami olbrzymich transportowców i wyleciał z doków nad skalną powierzchnię planetoidy. Teren wokół niego pokryty był migającymi skupiskami czerwonych i białych światełek, z których każde wysyłało wzór identyfikują-cy poszczególne kopuły produkcyjne, stacje radarowe i śluzy. Po chwili zorientował się w tym układzie i skierował w stronę białego światła oznaczającego śluzę. Wylądował na pasie rzepa, otaczającym właz wejściowy. Jego buty przyczepiły się do ma-łych haczyków podłoża, a kolana zamortyzowały uderzenie. Na śluzie widniał napis: POZ 1, P 33, WŁAZ 7. Dzięki niemu mógł dostać się do głównego tunelu transportowego Południe 33, za-miast do silnie strzeżonego kompleksu przemysłowego, gdzie musiałby się rejestrować lub potwierdzać tożsamość. Nachylił się nad panelem zamka, słysząc w swoim małym wewnętrznym świecie skafandra dziwny dźwięk odrywanego rzepa, i wydał po-lecenie otwarcia włazu. Śluza otworzyła się bez dodatkowych komentarzy.

Wszedł do wnętrza i znalazł się w obszernej komorze wstęp-nej, zaopatrzonej w izolację przeciwradiacyjną. Pomieszczenie to zbudowano na wypadek dekompresji P 33. Na wieszakach wi-siały dwa awaryjne skafandry próżniowe. Powiesił swój obok ska-fandrów Brighter Suns, wygładził marynarkę i otworzył ciężkie wewnętrzne drzwi. Wszędzie wokół przemieszczali się ludzie, ko-rzystając z przesuwających się po suficie pętli lub idąc od jedne-go pasa rzepa do drugiego. Steward włączył się do ruchu łapiąc jedną z pętli, która dowiozła go do poprzecznego tunelu, gdzie mieszkańcy Brighter Suns przesiadali się na ruchomy chodnik, który wiódł do jednej z gigantycznych wirówek mieszkalnych. Narkotyk kipiał w jego żyłach. Zaczął przesuwać się do przodu z jednej pętli chodnika na drugą, ciesząc się wysiłkiem. Tak mi-nął ogromne wejście do centralnej wirówki Westy. Jak tylko znalazł się w środku, zszedł niżej na poziom 0.8 g, gdzie ciążenie wydało mu się najodpowiedniejsze. Znajdowały się tu głównie biura, zajmowane przez różne polikorporacyjne machiny biurokratyczne. Trwała druga zmiana i nie było wielu przechodniów. Narkotyk sprawiał, że Steward miał ochotę prze-tańczyć całą drogę po korytarzu. Poczuł, że jego twarz sama aż rwie się do uśmiechu i utrzymanie poważnego wyglądu sprawia-ło mu nie lada trudności.




1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   24


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna