Walter Jon Williams



Pobieranie 0,95 Mb.
Strona14/24
Data03.04.2018
Rozmiar0,95 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   24

#13 - Ryk tornada


Steward czuł suchość w ustach. Poruszał językiem w poszuki-waniu śliny.

- Zastanowię się nad tym - powiedział.

- Słuchaj - dodał z uśmiechem Stoichko - nie chciałem ci po-psuć zabawy. Nie przejmuj się. Użyj tego, co ci dałem. Nikt inny na tej stacji nie ma tego, co zawiera inhalator, więc skorzystaj z okazji - wyciągnął rękę do Stewarda i dotknął jego nadgarstka. - Jeszcze pogadamy. Mieszkam w hotelu Xylophone. Po prostu zadzwoń, gdy będziesz miał ochotę się spotkać. Steward oblizał wargi.

- Jasne - odparł. - Na pewno.

Stoichko uśmiechnął się i dokończył ciastko. Zasunął kieszeń na rękawie.

- To na razie - powiedział i nie spiesząc się wyszedł z baru. Stoichko, pomyślał Steward. Uspokajająca twarz i styl by-cia. Jego geny musiały pochodzić od domokrążcy z tradycją dzie-sięciu pokoleń. Przyjacielski, jowialny, nadskakujący, a we-wnątrz nic, tylko ciekły hel. Dziwne, że z oczu nie unosiła mu się lodowata mgła.

A de Prey wciąż żyje. Poczuł zimne obrzydzenie. Inhalator obciążał mu kieszeń, a Steward zastanawiał się, czy jest w nim trucizna, czy zemsta Westy ma dosięgnąć go z jego własnej ręki. Wyszedł nie dopiwszy drinka. Wracając znów zastosował skomplikowaną kombinację ucieczek i zasadzek, dzięki czemu upewnił się, że nikt go nie śledzi. Zresztą nie sądził, żeby ktoś to chciał robić.

Książka telefoniczna Chartera dostarczyła mu nazwisk wie-lu chemików. Włożył szpilkę kredytową do telefonu i zadzwonił do pierwszego z nich.

- Interesujące.

Zhou patrzył sztucznymi oczyma z przezroczystego plastiku na trójwymiarowy hologram złożonej cząsteczki. Model jej struk-tury wyglądał jak geometryczna abstrakcja na temat plemnika, z pierścieniem indolowym w miejscu pękatej główki i długim łań-cuchem wodorowo-węglowym zamiast ogonka. W głębi oczu Zhou coś lśniło srebrzystym blaskiem.

Zhou miał dwadzieścia lat i studiował farmację. Jeden z che-mików, do których dzwonił Steward, twierdził, że Zhou może się na to zgodzić. Mieszkał w niewielkim pokoju, zawalonym apara-turą, komputerami, komorami kriogenicznymi i syntetyzerami chemicznymi. Na policzkach i czole miał paski wymalowane ja-sną, fluorescencyjną farbą. Chemik spoglądał to na wydruk kom-puterowy, to na hologram.

- To jakiś neurohormon - powiedział Zhou. - Jedno z tych połączeń między hormonami i witaminami z grupy B. Nie ma go jednak w rejestrze. Powiedziałbym, że udało ci się zdobyć ekspe-rymentalny hormon, który jeszcze nie został zarejestrowany na rynku. Jest bardzo złożony. Zsyntetyzowanie go kosztowałoby majątek.

- Jest naturalny czy syntetyczny? - spytał Steward.

Zhou wzruszył ramionami.

- Nie jestem pewien. Jednakże nie sądzę, by coś takiego mo-gło występować w naturze. Później pokażę ci dlaczego. Steward powiedział Zhou, że dostał preparat od znajomego operatora silników, który nie wiedział, co to jest. Podejrzewał, że Zhou mu nie uwierzył, lecz nawet jeśli był sceptycznie nasta-wiony, nie wpływało to na jego pracę. Analiza próbki zajęła mu zaledwie parę minut. Potrzebował zaś aż dwóch godzin, by okre-ślić, co ta analiza wykryła.

- Masz jakieś przypuszczenia dotyczące efektów, jakie to coś wywołuje? - spytał Steward.

Na twarzy Zhou pojawił się nerwowy, ale pewny siebie uśmiech.

Nachylił się nad komputerem i kilka razy stuknął w klawia-turę. Pojawiła się nieco inna cząsteczka.

- Spójrz - powiedział - to jest Genesios 3, nowy neurohor-mon Pink Blossom. Zwany także B-44 albo Czarnym Piorunem. - Steward poczuł się mile zaskoczony. Przypomniał sobie świst mie-cza neuronowego, własne odbicie w uzębieniu Spassky’ego i sta-lową, śliską od krwi igłę. Zhou wyjął z kieszeni szpilkę kredyto-wą i wskazał na model. - Górna część tej substancji jest taka sa-ma jak tutaj, z tym że fenolową grupę funkcyjną zastąpiono azotynową grupą funkcyjną. Także struktura ogona jest nieco in-na; wykorzystuje te same pierścienie aromatyczne, ale na innych pozycjach w łańcuchu. - Szpilka poruszała się zgrabnie między iluzorycznymi atomami. -I jest tam jeszcze jedna ciekawa różni-ca. Spójrz tutaj. Pokażę ci - wcisnął klawisz w komputerze i ho-logram zmienił się na poprzedni model, po czym wrócił znów do wyjściowego. Jeden z elementów struktury pojawiał się i znikał. - Widzisz? To boczne odgałęzienie, wychodzące z cząsteczki. Jest obecne w twojej substancji, a nie ma go w Genesios 3. To chyba najważniejsza różnica, jak mi się wydaje. - Jak to wpływałoby na działanie?

- Genesios 3 jest stabilny. Przy temperaturze pokojowej nie następuje jego degradacja. To dlatego jest narkotykiem dosko-nale nadającym się do sprzedaży na ulicy. Możesz nosić go przy sobie w plastikowej torebce całymi miesiącami i nic się z nim nie stanie. Lecz tutaj... - przełączył na pierwszy model - to do-datkowe odgałęzienie przy ogonie sprawia, że jego struktura przestaje być stabilna. Ten ogon ma ochotę oderwać się od pier-ścienia fenolowego i odlecieć sobie w nieznane. Jest tak niesta-bilny, że cały proces odbywa się bardzo szybko, w ciągu paru dni. Zwłaszcza jeśli jest narażony na kontakt z powietrzem, świa-tłem bądź ciepłem. To dlatego dostawca zadbał o chłodzenie. Za tydzień twój neurohormon przestanie być aktywny. Będzie bez-użyteczny.

Z sąsiedniego pokoju dobiegł ich rytm odległej muzyki. Wy-raz twarzy Zhou nie zmienił się ani o jotę. Steward patrzył na ob-racającą się cząsteczkę.

- Jak ci się wydaje, jakie to wywołuje skutki? - Sądzę, że będzie działał podobnie jak Genesios 3: przyspie-szenie funkcjonowania mózgu, stymulacja zakończeń nerwo-wych. Jest jednak dużo łatwiej metabolizowany, więc potrzeba go więcej niż tamtego.

- A czy będzie miał ten sam efekt depresyjny na własne neu-roprzekaźniki mózgu?

- Trudno powiedzieć. Ale nie byłbym zdziwiony, gdyby tak było. - Zhou uważnie przyglądał się modelowi. Coś w głębi jego oczu odbijało jaskrawe neonowe barwy hologramu. Uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni po laskę nikotyny. - Chciałbym zatrzy-mać sobie małą próbkę tej substancji. Sprawdzę parę rzeczy. - To nie byłoby zbyt rozsądne - ostrzegł Steward. - Jeśli to eksperymentalny hormon, na pewno ktoś włożył w niego wiele pracy. Do tego nie jest zarejestrowany, co oznacza, że muszą go chronić bez odwoływania się do sądów. Niektóre z tych grup nie cofają się przed morderstwem.

Zhou wyglądał na urażonego.

- Nie jestem taki głupi. Będę szukał jakichś odnośników w li-teraturze. Może uda mi się połączyć znalezione dane z moją zna-jomością struktury narkotyku i dodać dwa do dwóch. - Wyssał drobny pył ciekłej nikotyny i uśmiechnął się zimno. - Bardzo cie-kawy problem.

- Zadzwonię jutro - powiedział Steward. - Nie mam adresu, pod którym jestem stale dostępny.

W odpowiedzi na to kłamstwo twarz Zhou przeciął nieznacz-ny uśmiech. Steward pomyślał, że wszystko mu jedno, czym kupi zainteresowanie chemika: problemem czy dolarami. - Jak sobie życzysz - odparł Zhou.

Steward zabrał chłodzony inhalator leżący na stole i wsunął go do kieszeni. Na palcach czuł zimno.

- Zadzwonię - powiedział.

Wyszedł do wąskiego przedpokoju, wiodącego na korytarz. W ścianach brzmiał odległy szum tętniącej życiem stacji. Inhala-tor ciążył mu w kieszeni. Przypomniał sobie radę Stoichko, żeby się zabawił i uznał, że to całkiem niezły pomysł. Najpierw jednak musiał się dowiedzieć, czym jest to, co ma w kieszeni. W pierwszej kolejności udał się do restauracji - miejsca, w którym żywiły się ziemskie podniebienia i gdzie nie podawano pasty warzywnej, błyskawicznie zapieczonej w wysoko ciśnienio-wej kuchence olejowej. Uznał, że spokojnie może zacząć przy-zwyczajać się do tego, że jest bogaty, i zamówił róti de veau au celeń-rave. Cielęcina była świeża, bo przywoził ją z Ziemi kursu-jący codziennie wahadłowiec, który miał specjalny przedział ła-downi przeznaczony na towary luksusowe. Zanim kelnerka przy-niosła Stewardowi wino, poszedł do toalety. Umył ręce, po czym wyjął inhalator z kieszeni i przyjrzał mu się dokładnie. Uzależnienie od wijki. T.

To musiał być właśnie ten narkotyk, od którego uzależnił się Alfa. Neurohormon przywieziony przez Mocnych ze swoich labo-ratoriów. Steward wiedział, że ma znamię wijki, cokolwiek to zna-czyło, i że substancja miała silne działanie. Wspomnienia o Moc-nych wypełniły mu myśli, przypominając ich długie, dziwnie nie-proporcjonalne ręce, które poruszały się szybko i nieskładnie, woń nasyconego hormonami powietrza, wyraz oczu Serenga... Gdyby zażył tego narkotyku, dowiedziałby się, co widział Sereng. Musiał wiedzieć. Uzależnienie nie mogło pojawić się od jed-nej dawki - nie taki jest mechanizm powstawania nałogu. A na-wet jeśli to była trucizna, istniało przecież multum innych tru-cizn, łatwiejszych do wyprodukowania, z których Westa mogła 198--------------------------------------- wuuei mm ~....-..« ------ dowolnie wybierać. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, podniósł inhalator do nosa. Dotknięcie zimnego metalu na górnej wardze przyprawiło go o dreszcz. Uruchomił urządzenie po jednym razie na każde nozdrze.

Poczuł w zatokach szczypiący mróz. Pod wpływem bólu za-łzawiły mu oczy, lecz przez dotkliwy chłód czuł zapach Mocnych, ich ciężki aromat. Znów ogarnęły go wspomnienia: niesamowity sposób, w jaki obcy się poruszali, mówili, lecieli w podskokach przez powietrze, dobywając ze swych nozdrzy dysharmonijne, or-ganowe wycia. Steward się wzdrygnął. Krew szalała w jego ży-łach, a w uszach czuł potężne uderzenia serca. Po chwili serce zwolniło. Nic się nie działo. Spojrzał w lustro i zobaczył swoją zdziwioną minę. Stymulacja funkcji mózgowych, poprawienie jakości połączeń między neuronami - powinien to wszystko czuć.

I wtedy uderzyła w niego adrenalina, wzmogło się ogarniają-ce go przerażenie. Nogi miał jak z waty i musiał przytrzymać się umywalki. Drżały mu ręce. Neurohormon nie działał, w każdym razie nie działał w odczuwalny sposób.

Posłał swojemu odbiciu nerwowy uśmiech, przytknął inhala-tor do nosa i uruchomił go jeszcze raz. lnic.

Obiad bardzo mu smakował.

Stewardowi udało się zabawić dopiero dużo później, gdy zbłądził w okolice doków, gdzie znajdowało się kilka nisko grawi-tacyjnych klubów. Chciał się śmiać i tańczyć. Znalazł sobie part-nerkę w osobie młodej dziewczyny z Pink Blossom. Nazywała się Darthamae i spędzała na stacji ostatnią część swojego trzydzie-stosześciogodzinnego urlopu. Miała zmodyfikowane genetycznie ciało, z superwydajnym sercem i płucami, dostosowanymi do wa-runków niskiego ciążenia, a dzięki ćwiczeniom biofeedbacku na-uczyła się świadomie kontrolować odruchową chęć nabrania po-wietrza. Zwrócił uwagę na jej długie, delikatne nogi i nienatural-nie spokojną twarz o ciemnej karnacji, przypominającą wizerunek madonny. Była zaskoczona, gdy Steward nie chciał wy-nająć pokoju w jednym z niedrogich hoteli w pobliżu doków i za-miast tego powiódł ją do głębszej części starego wrzeciona, do hotelu King George V, gdzie wziął nisko grawitacyjny pokój na ostatnim piętrze, zwieńczony przezroczystym dachem, przez kto-ry można było podziwiać krzywiznę położonego wyżej osiedla. W drugiej części wrzeciona panowała teraz noc i nad ich głowa-mi świeciły nowe konstelacje ulicznych lamp. Darthamae poruszała się z tą płynną gracją, jaka cechowała zmodyfikowanych. Gdy mówiła, używała do tego celu również rąk, przyzwyczajona do porozumiewania się na migi w pozbawio-nej powietrza przestrzeni. Jej ręce i palce poruszały się przy tym w powietrzu jak rozkołysane drogowskazy. Wydawało się, że zu-pełnie nie oddycha. Gdy chciała coś powiedzieć, musiała naj-pierw wykonać wdech, żeby zgromadzić w płucach wystarczają-cą ilość powietrza. Często się zdarzało, że zanim to zrobiła, jej rę-ce już wszystko przekazały.

Była zupełnie niepodobna do Natalie. Steward tak wolał. Chciał wziąć od Darthamae jej spokój i łagodność. Stanowiła je-go egzorcyzm. Nie potrafił przewidzieć jego skuteczności. Panorama nad nimi nabierała światła. Pojawiały się nowe wzory, ułożone z zielonych i brązowych prostokątów. Steward za-mówił szampana i śniadanie, wyskoczył z łóżka, przeciągnął się. Bolesność ścięgien nie ustępowała. Niska grawitacja była dla nich błogosławieństwem. Darthamae przyglądała mu się z łóżka. - Jak to się stało, że z twoimi pieniędzmi skończyłeś jako operator silników? - spytała.

- Po prostu miałem szczęście. Dostałem cynk, że coś będzie się działo na rynku akcji.

Jej ręce tańczyły w powietrzu, ujmując pokój, szklany dach i odległe osiedla na niebie w jedną, pełną wdzięku całość. Zrobi-ła wdech.

- To musiał być niesamowity cynk.

Uśmiechnął się. Rozległo się pukanie do drzwi.

- Piłaś kiedyś szampana? - spytał.

- Nie z kieliszka.

- Tak lepiej smakuje. Zyskuje w ten sposób coś, co nazywa-my aromatem.

Na jej łagodnej twarzy powoli pojawiło się rozbawienie, po czym wybuchnęła śmiechem.

- Muszę więc pamiętać, żeby przed wypiciem zrobić wdech - powiedziała.

Gdy Darthamae odeszła na swój statek, Steward opuścił ho-tel i udał się do najbliższego publicznego telefonu. Przedstawia-jąc się jako kapitan Schlager z Dyrektoriatu Bezpieczeństwa po-łączył się z kontrolą paszportową i dowiedział się, że Stoichko przyleciał na Chartera promem, który miał międzylądowanie na Księżycu, ale wystartował z Tangeru. Stoichko był obywatelem Uzbekistanu. Z jego biletów wynikało, że znalazł się w Tangerze tylko z powodu przesiadki i tak naprawdę leciał z miasta o nazwie Mao, położonego w środkowej Afryce.

Nikt w wydziale kontroli paszportowej nie kwestionował istnienia kapitana Schlagera. Charter zasługiwał na swoją repu-tację.

Steward zadzwonił do biblioteki i wyszukał Mao. Było to niewielkie miasteczko, którego główną zaletę stanowiła niedo-stępność, pozwalająca na spokojne prowadzenie badań w izola-cji od świata, jaką dawała Sahara. Jedynym zakładem przemy-słowym w Mao była Express Biolabs - mała spółka należąca w całości do Polikorporacji Brighter Suns. Brighter Suns nie mogła posiadać własnych terytoriów, więc Express Biolabs nie miała własnej polikorporacyjnej państwowości ani przepisów i oficjalnie podlegała pod lokalną jurysdykcję. Express Biolabs była po prostu prywatną firmą.

Wyłączył się z sieci telefonicznej i spojrzał ze zdumieniem na terminal, bo pojawił się na nim długi spis hotelowych atrak-cji. To, co mówił Stoichko, trzymało się kupy. Chyba nadszedł czas, by go odwiedzić i zorientować się, o co naprawdę mu cho-dziło.

Xylophone okazał się jednym z hoteli o średnim przedziale cenowym, w którym zatrzymywali się oficerowie statków i po-dróżujący biznesmeni. Hol wypełniały hologramy miniaturo-wych samolocików, które latały nad głowami - był to zapis lotu prawdziwych pilotów, przemierzających centralną, nisko grawi-tacyjną część wrzeciona. Steward osłupiał z zaskoczenia, gdy je-den z holograficznych pilotów zamachał do niego ręką. Poczuł na prawym ramieniu czyjś zdecydowany dotyk. Ob-rócił się nerwowo w prawo i w tym samym momencie z lewej do-szedł go czyjś śmiech.

- Witaj, chłopie - powiedziała wyraźnie rozbawiona Reese. Miała ze sobą plecak zarzucony na jedno ramię. Była ubrana w fotożakiet, na którym przewijały się widoki dalekich plaż, bia-łego piasku, błękitnego nieba i zieleni Heinekena. Zastanawiał się, czy kupiła go od kelnerki z hotelu Spindrift.

„„......— ------------------------.-----201

- Posłuchałeś mojej rady giełdowej?

- Jeszcze nie - spojrzał na nią lekko zaskoczony. - Byłem pe-wien, że lecisz już jakimś promem na Ziemię. - Zamieszkałam z kimś. Spotkałam starego znajomego i po-stanowiłam odłożyć nieco swój wyjazd.

- Rozumiem. Jak da ci jeszcze jakieś rady giełdowe, powiedz mi o tym.

W szczęśliwych oczach odbijał się błękitny ocean, rozciągają-cy się na jej torsie.

- A samemu zdobyć to nie łaska, człowieku pełen tajemnic?

- Poznałem kogoś fajnego.

- To dobrze. Dzwoniłam do ciebie ostatniego dnia na „Bor-nie”. Mój znajomy ma znajomą, która mogłaby ci się spodobać. Niestety, dziś rano odleciała do Hiszpanii.

- To bardzo miło, że o mnie pomyślałaś. Dziękuję ci bardzo.

Reese wymierzyła mu kuksańca w żebra.

- Muszę iść - powiedziała. - Jestem umówiona na lunch z mo-im doradcą finansowym.

- Do zobaczenia później, złotko.

Steward przyglądał się jej, jak odchodziła w stronę wyjścia długim, pewnym siebie krokiem. Plaże z fotożakietu minęły drzwi i wyszły na stopową ulicę. Steward odnalazł telefon i zadzwonił do Zhou.

Chemik oznajmił mu, że szukał w literaturze i nie natrafił na nic, co przypominałoby ową substancję. Steward odpowiedział, że hormon mógł zostać wyprodukowany przez Express Biolabs. - Trudna sprawa - stwierdził Zhou. - Stamtąd nic się nie wy-dostaje. Wynegocjowali sobie umowę z rządem, która daje im kontrolę nad tysiącami kilometrów kwadratowych otaczającej ich pustyni. To taki mały kawałek Westy, leżący pośrodku Afry-ki, choć oficjalnie teren nie jest własnością Brighter Suns. Wymy-ślili ten sposób, żeby ominąć obowiązujący ich zakaz posiadania własnych terytoriów poza Westą. Co więcej, należą do tych grup, o których powiedziałeś wczoraj, że nie lubią konkurencji. - Nie dziwi mnie to.

Steward poznał po dźwięku, że Zhou ssie laskę nikotyny.

- Dowiem się tyle, ile mi się uda. Nie sądzę jednak, że dużo.

- Zobacz, co da się zrobić. Zadzwonię jutro. Zadzwonił do Stoichko, po czym wszedł schodami na pierw-sze piętro. Przemierzał wykładzinę po dwa schodki naraz, ściga-ny przez jaskrawe hologramy. W przeciwieństwie do holu, w ho-telowym korytarzu panowała cisza, zakłócana jedynie szumem automatycznej sprzątaczki, przemieszczającej się z pokoju do po-koju. Odnalazł drzwi Stoichko i zapukał.

Stoichko był ubrany w białe płócienne spodnie i koszulę z mnóstwem kieszonek zapinanych na guziki. Już same guziki wy-starczyłyby do stwierdzenia, że mężczyzna pochodził z Ziemi. Uśmiechnął się na powitanie. Steward bezwiednie również odpowiedział uśmiechem. Geny domokrążcy. - Wejdź i usiądź. Może koniaku? Kawy?

- Poproszę o kawę. Czarną, bez cukru.

W rogu pokoju znajdował się terminal automatycznej obsłu-gi hotelowej, na którym stał, grzejąc się na ekspresie, olbrzymi dzbanek kawy.

- W tubie czy w kubku?

- Poproszę w kubku.

- Pijesz jak Ziemianin. To dobrze.

- Urodziłem się na Ziemi. Jak zapewne wiesz. Steward wziął kubek z kawą i usiadł na krześle składającym się z plastikowej poduszki i chromowanej ramy. Stoichko nalał sobie koniaku.

- Pewnie mi nie uwierzysz - powiedział, przyciągając bliżej drugie krzesło - ale ja naprawdę lubię mieszkać w pokojach ho-telowych. Jest się z dala od wszystkiego, w małym, zacisznym miejscu, można oglądać wideo, słuchać muzyki i popijać dobry koniak - pokiwał głową. - To naprawdę przyjemna zmiana tem-pa życia.

- Z dala od trudów ostatniego sprzątania.

Stoichko roześmiał się. Jego palec krążył wokół brzegu kie-liszka.

- Coś w tym rodzaju - potwierdził. - Nie jestem jednak spe-cjalistą od tego typu roboty. To dlatego chciałem pogadać z tobą. - Chciałbyś, żebym zabił de Preya za ciebie? - Niezupełnie. De Prey nie może już bardziej zaszkodzić Bri-ghter Suns. Co miał zrobić, to już zrobił. On nas nie obchodzi. Był tylko - podniósł brew w zastanowieniu - dodatkowym bodźcem. Czymś, co miało przyciągnąć twoją uwagę - rzucił Stewardowi zagadkowe spojrzenie. - Nie byłem tylko pewien, czy będziesz żywił te same uczucia wobec de Preya, co twój Alfa. Ale wyszło na to, że tak.

Steward wybuchnął śmiechem.

- Curzon zaproponował mojemu Alfie możliwość zastrzele-nia de Preya w zamian za spowodowanie epidemii wśród Moc-nych na Weście. Teraz ty proponujesz mi to samo. Wypił łyk ka-wy. - Ludzie, jak wy zmusicie mnie do współpracy, gdy de Prey w końcu umrze na dobre?

Stoichko nachylił się do niego i mrugnął okiem. - Może pieniądze? - spytał dyplomatycznym szeptem, po czym serdecznie się roześmiał. Jego oddech zalatywał koniakiem. Taki śmiech potrzebował towarzystwa; całego pokoju ludzi śmie-jących się bez wyraźnej przyczyny. Facet znał swój fach. Steward opanował się, by nie dać się ponieść wesołości. - To zależy od rodzaju zlecenia. Chyba powinieneś mi powie-dzieć, co właściwie ma być zrobione.

Stoichko spoważniał i wstał z krzesła. Zrobił to z gracją, któ-ra przywiodła Stewardowi na myśl Darthamae. To pewnie zmody-fikowana struktura ucha wewnętrznego, by lepiej zachowywać równowagę, albo poprawiona koordynacja ruchów. Stoichko przeszedł wzdłuż pokoju i wyjrzał przez okno. Na zewnątrz Ste-ward zobaczył wierzchołki drzew. W nowych osiedlach orbital-nych nie urządzano już terenów zielonych.

Stoichko odwrócił się do Stewarda. Trzymał w ręku krótkie cygaro.

- Nie masz nic przeciwko, że zapalę?

- Oczywiście, że nie.

Zapalił cygaro zapałką - kolejny dowód na jego ziemskie po-chodzenie - i przez jakąś minutę bawił się dymem. - Kiedyś zapaliłem cygaro w kolonii Marcus - powiedział - i uruchomiłem wszystkie alarmy przeciwpożarowe w hotelu. Ca-łą twarz miałem w pianie z automatycznej gaśnicy. Zerknął badawczo na Stewarda.

- Co myślisz o Mocnych? - wypowiadał słowa powoli, jakby dobierając każde słowo.

Steward odczekał dłuższą chwilę, zanim zdecydował się od-powiedzieć.

- Myślę, że są... lepsi... niż my. W pewnym sensie. Myślę - udał zakłopotanie - myślę, że oni mogą być naszym zbawieniem. Stoichko pokiwał głową.

- Możesz mieć rację - powiedział. Zaciągnął się dymem i po-woli go wypuścił. - Consolidated przypuściła atak na Mocnych z Poselstwa. Nikt z nas nie wie dlaczego. A Mocni umierali tam straszną śmiercią. Sam zresztą wiesz, bo czytałeś. - Tak, wiem - potwierdził Steward.

- Westa podejrzewa, że to może być pierwszy sygnał bardzo nieprzyjemnej wojny - kontynuował Stoichko. - Musimy pokazać Consolidated, że nie będziemy tolerować takiego kowbojskiego zachowania - usiadł na krześle i nachylił się do Stewarda, two-rząc atmosferę intymności. - Ktoś będzie musiał się poświęcić. To poświęcenie ustabilizuje sytuację. I na dłuższą metę uratuje wiele żyć, zarówno Mocnych, jak i ludzi.

Steward poczuł ogarniający go chłód.

- Kontratak - powiedział.

Stoichko spojrzał na niego spod oka.

- Czy przeraża cię ten pomysł? Bo mnie tak. Steward przełknął ślinę. Dobrze wiedział, co powinien teraz powiedzieć.

- Ale Mocni... Oni wszyscy umrą.

Stoichko zasmucony skinął głową.

- Tak - powiedział, przesuwając palcami po brzegu kubka z kawą. - Ale to pomoże uniknąć totalnej wojny. Lepiej, żeby te-raz było trochę ofiar, niż żebyśmy mieli kolejną straszliwą wojnę. Musimy pokazać Consolidated, że ich ochrona biologiczna nie jest doskonała i że nie uciekną przed konsekwencjami własnych czynów.

Steward pokręcił głową.

- Muszę to przemyśleć - odparł.

Mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu przyjacielskim ge-stem.

- Nie spiesz się z decyzją. Chciałbym jednak, żebyś wiedział, iż broń, jakiej użyjemy przeciwko Consolidated jest dużo lito-ściwsza od tej, jaką oni zastosowali. Nasi Mocni umierali w mę-czarniach. Wpadali w szaleństwo i rozrywali się nawzajem na ka-wałki. Nasza broń po prostu ich uśpi. A ludziom nie zrobi naj-mniejszej krzywdy.

Steward starał się okazać niecierpliwość.

- To niewiele zmienia - powiedział.

Stoichko wzruszył ramionami.

- Jeśli sprzątniesz de Preya, będzie to kolejnym ostrzeże-niem dla przywódców. Że mogą zostać pokonani swoją własną bronią.

Steward wstał i zaczął chodzić po pokoju. Nie wytrzymał wzroku Stoichko, w którym było tyle przekonującej szczerości, ale i napiętej uwagi. Odetchnął głęboko, zacisnął ręce w pięści i wepchnął je do kieszeni. Nie wiedział już, jak ma dalej grać. Zastanawiał się, czy w przypadku odmowy uda mu się wyjść ca-ło z tego pokoju.

Podszedł do okna i spojrzał na rozpościerający się na ze-wnątrz obszar zieleni. Przez zamknięte okno dochodziły go stłu-mione okrzyki bawiących się dzieci. Stare wrzeciono Mitsubishi zostało zbudowane dla ludzi, którzy przybyli tu z Ziemi, którzy potrzebowali drzew i trawy. Teraz uważano, że to marnowanie te-renu stacji.

- Musimy pogadać o pieniądzach - powiedział, grając na zwłokę, żeby mógł pomyśleć.

- Dziesięć tysięcy Starbright w ramach zaliczki i trzydzie-ści tysięcy po wykonaniu zadania - odpowiedział spokojnie Sto-ichko.

- Dwadzieścia pięć zaliczki - rzucił Steward.

- Dwadzieścia.

- Pomyślę o tym.

Smród palonego przez Stoichko cygara wypełniał cały pokój.

Steward wciągnął powietrze nosem.

- Załatwimy także, żebyś dostał się do środka - powiedział Stoichko. - Zamówimy w Charterze transport priorytetowego ła-dunku na Ricot i postaramy się, żeby Taler wziął do tego „Bor-na”. Jeśli Taler cię tam przywiezie, wszystko będzie wyglądało znacznie lepiej.

- A wsparcie? Jakieś zabezpieczenie?

- Możemy dać ci plany Ricot i umiejscowienie ich zabezpie-czeń. Dostaniesz też od nas broń. Czego ci jeszcze trzeba? Jak wszystko dobrze załatwisz, wyjdziesz z tego zupełnie czysty. Nie będą mieli powodów, żeby cię podejrzewać. Więc poza „Bornem” nie będzie miał innej drogi ucieczki.

- A samotny operator zawsze może się wszystkiego wyprzeć.

- Dokładnie.

Młoda ciemnowłosa kobieta spacerowała po trawie za oknem. Szła schylona nad małym dzieckiem, pomagając mu sta-wiać pierwsze kroki. Stewardowi coś zacisnęło się w gardle. Od-wrócił się do Stoichko.

- Nie mogę jeszcze podjąć ostatecznej decyzji - powiedział.

206-


Walter 3on Williams

Mężczyzna skinął głową. Steward usilnie szukał śladu ostrze-żenia w jego oczach, jakiegoś błysku, zmrużenia powiek albo drżenia źrenic, czegoś, co mogłoby zwiastować szybką śmierć Ste-warda jeszcze tu, w hotelu. Starał się przyjąć dobrze wyważoną pozycję bez demonstrowania zamiaru obrony. Jego ręce i nogi były gotowe do ewentualnego ataku. Niewykluczone, pomyślał, że dla wytrenowanych oczu Stoichko jego starania są oczywiste. Spróbował się rozluźnić. Stoichko zgasił cygaro i utkwił wzrok w popielniczce. Potem spojrzał na Stewarda. - Jest się nad czym zastanawiać - powiedział. - Czy możemy spotkać się jutro? Może tu, na obiedzie?

- Tak, ale nie jestem pewien, czy udzielę odpowiedzi. - To zrozumiałe - odparł. - Jeśli przyjdą ci do głowy jeszcze jakieś szczegóły i zechcesz uzyskać odpowiedzi na dotyczące ich pytania, to nie ma problemu. Westa tylko jedną rzecz potraktu-je jako problem: jeśli będziesz chciał to komuś powiedzieć. Steward wzruszył ramionami.

- Nie jestem głupi.

Stoichko patrzył na niego z powagą. Steward wiedział, że te-raz ma okazję zobaczyć prawdziwego Stoichko, a nie domokrąż-cę o zaraźliwym śmiechu.

- Nie myśl, że twoi znajomi z Antarktydy zdołają sprzedać informację o naszych zamiarach bez naszej wiedzy. Jeśli się do-wiemy, nigdzie nie będziesz bezpieczny.

- Człowieku, nie traktuj mnie jak idiotę - żachnął się Steward.

- Po prostu uważałem, że trzeba to powiedzieć. - Uczciwa umowa - powiedział Steward, ocierając z czoła wy-myślony pot. Nie umrze, przynajmniej jeszcze nie teraz. - A żebyś wiedział - odparł Stoichko i uśmiechnął się, a Ste-ward natychmiast poczuł chęć, by to odwzajemnić. Geny domo-krążcy.

- Dobrze się bawiłeś? - spytał Stoichko. - Korzystałeś z inha-latora?

Steward uśmiechnął się.

- Zużyłem wszystko - wyznał. - Nie masz przypadkiem jesz-cze jednego?

Stoichko zaśmiał się i podszedł do walizki. - Postaraj się, żeby ten był ostatni, dobrze? Nie mam już więcej.

Steward wziął od mężczyzny chłodny pojemnik. - Dzięki - powiedział i schował inhalator do kieszeni. Ruszył w stronę drzwi, ale przystanął w pół drogi i udał, że się zastana-wia. Odwrócił się i spojrzał na Stoichko. - Wiesz, dałem tego spró-bować mojej... znajomej. I to na nią wcale nie działało. Nie wiesz przypadkiem dlaczego?

Stoichko rozłożył ręce.

- Może miała wysoką odporność - odpowiedział. - Chemia nie jest moją mocną stroną.

- Tak, chyba masz rację. - Steward przysunął się bliżej drzwi. - Wrócę jutro. O osiemnastej?

- Będę czekał. Idź się zabawić - powiedział, kładąc mu rękę na ramieniu i otwierając drzwi. - I nie martw się tamtym. Jeśli będziesz miał jakieś problemy, poradzimy sobie z nimi. Przez całą drogę wzdłuż korytarza i do wyjścia z hotelu miał odczucie, jakby chłodny przeciąg dotykał jego karku i pleców. Zastanawiał się, czy ktoś go śledzi, czy właśnie uczynił z siebie cel. Kto jeszcze miał dostęp do sieci na Ziemi Marii Byrd, kto jeszcze mógł poszukiwać usług Stewarda.

Wymeldował się z hotelu i wrócił na „Borna”. Doszedł do wniosku, że tam będzie czuł się bezpieczniej. Wyciągnął się na łóżku i wyjął z kieszeni inhalator. Zimny metal mroził mu palce. Podniósł go do światła i usiłował dojść, jakie znaczenie miał ten hormon i gdzie było jego miejsce w całości. Wysoka odporność? Nawet gdyby to była prawda, powinien czuć cokolwiek. Przy-tknął chłodny metal do górnej wargi, zastanawiając się, czy war-to spróbować tego jeszcze raz. Nagle poczuł, że ogarnia go fala zimna, jakby przenikająca z inhalatora. Nowa myśl zmroziła go na wskroś.

W pojemniku może być trucizna. Stoichko dał mu ją, gdy Ste-ward nie zgodził się od razu zmasakrować Mocnych na Ricot. Opanował chęć rzucenia pojemnika w drugi koniec kabiny i de-likatnie odłożył na półkę, przymocowując go paskiem rzepa, że-by nie odleciał.

Misja na Ricot, pomyślał. Znalazłby de Preya i Curzona. A przy okazji zabiłby dziesiątki Mocnych, do których nic nie miał, a jemu nic by się nie stało. Nie chciał tego. Podniósł wzrok na swój symbol - zdjęcie ekranu wideo z nie-wyraźnym obrazem, zatartym przez szum interferencyjny. Alfa podjął się podobnej misji, skuszony przynętą w osobie de Preya, i zmasakrował Mocnych na Weście. Musiał mieć swoje powody, 208---------------------------------- by to zrobić - w każdym razie Steward miał taką nadzieję - lecz on nie żywił żadnych uczuć do Mocnych; ani nie otaczał ich miło-ścią, jak Griffith, ani nie nienawidził ich do tego stopnia, żeby chcieć ich pozabijać.

Nie podobała mu się oferta Stoichko. Chciał jednak wie-dzieć, co się za nią kryło, ile Stoichko wiedział o Consolidated i wzajemnej relacji między Curzonem i de Preyem. Zdecydował, że porozmawia ze Stoichko. Będzie go prowa-dzić zen tego spotkania. Przyjmie bądź odrzuci zadanie w zależ-ności od tego, w którą stronę popchną go jego wewnętrzne im-pulsy.

Podszedł do swojego terminalu i wyświetlił rozkład odlotów promów. Był tam jeden statek, który odlatywał na Ziemię o dzie-więtnastej trzydzieści.

Jeśli odmówi przyjęcia zadania, będzie musiał biec, żeby zdą-żyć na ten prom. I mieć nadzieję, że dobiegnie żywy. Rano Steward zadzwonił do swojego robobrokera i polecił mu sprzedać wszystkie akcje Brighter Suns, a potem kupować, jak tylko spadnie o co najmniej dziesięć punktów. Zjadł lunch na pokładzie statku i poszedł odwiedzić Zhou. Zawartość drugiego inhalatora była taka sama jak poprzednio: Stoichko nie dał więc Stewardowi pistoletu w chemicznej postaci. Zhou nie znalazł żad-nych informacji na temat hormonu, ani nie ustalił, do czego mógł-by służyć.

Podniósł na Stewarda swą bladą, pomalowaną w paski twarz, i zimno się uśmiechnął.

- Moglibyśmy dać to paru osobom na imprezie i zobaczyć, co się będzie działo - zaproponował.

Steward pokręcił głową.

Uśmiech zamarł na ustach Zhou.

- Nie mówiłem tego poważnie - powiedział. Steward zabrał oba inhalatory i wrzucił je do swojej torby podróżnej. Potem udał się do hotelu Xylophone. Minął cichy hol z latającymi holograficznymi samolocikami. Żaden z pilotów mu nie zamachał. Zaczął wchodzić po schodach. Szedł korytarzem, starając się stąpać jak najciszej. Drzwi po-koju Stoichko były lekko uchylone, jak gdyby w geście zaprosze-nia. Ze środka dochodziły dźwięki rozmowy na wideo. Steward poczuł dym z cygara. Zrobiło mu się gorąco. Coś tu było nie tak. Stał w korytarzu jeszcze przez sekundę, po czym wyciągnął rękę i pchnął lekko drzwi. Coś mu mówiło, żeby nie wchodzić do środka.

Stoichko siedział na jednym z plastikowych, chromowanych krzeseł, dobrze widoczny z miejsca, gdzie stał Steward. Kule tra-fiły w serce i płuca. Głowa mu zwisała na piersi, w nieruchomych oczach pozostało przebiegłe spojrzenie. Na kolanach zbierała mu się jasna tętnicza krew. W popielniczce obok jego ręki wciąż pa-liło się cygaro.

Misja odwołana, pomyślał Steward.

Kolory z wideo przesuwały się po twarzy mężczyzny, słabo połyskując w martwych, żółtych oczach. Steward poczuł nieod-partą chęć ucieczki. Morderca mógł znajdować się w pokoju. Pomyślał o powiązaniach, połączeniach informacyjnych bie-gnących na Westę, na Antarktydę i do Stacji Charter, o Demonie Ciołkowskiego, siedzącym w publicznie dostępnych komputerach, jak Układ Słoneczny długi i szeroki. Te powiązania, które zaczę-ły już działać, do których nie miał dostępu bez informacji. Najwy-żej mógł się dowiedzieć tu, w pokoju Stoichko. Steward zwinął w kulę trzymaną w ręku torbę, gotów rzucić ją w twarz czekają-cemu w środku człowiekowi.

Po cichu wszedł do środka.





1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   24


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna