Władysław [o Ladislau



Pobieranie 442,37 Kb.
Strona1/11
Data25.10.2017
Rozmiar442,37 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Władysław Dowbor



Rozbita mozaika

(Ekonomia poza równaniami)
Przełożył

Zbigniew Marcin Kowalewski
Tytuł oryginału: O mosaico partido (A economia além das equações)
© Władysław Dowbor

©Copyright for the Polish translation by

Wydawnictwo Akademickie DIALOG 2005

Słowo wstępne do wydania polskiego

Trochę dziwnie się czuję, zastanawiając się, jak polski czytelnik odbierze tę książkę napisaną w Brazylii. W moim pokoleniu, które przyszło na świat podczas drugiej wojny światowej i wbrew swojej woli rozproszyło się po kuli ziemskiej, wciąż jest wielu takich, którzy uważają Polskę za swoją drugą ojczyznę i na świat patrzą także z polskiej perspektywy. W ich umysłach układa się mozaika, którą tworzą pozornie nieprzystające do siebie kamyki. Nadają one jednak całości nowy sens.

Chciałbym, aby czytelnik dostrzegł w poniższym tekście pomost prowadzący ku temu, co odmienne, ku innym kulturom, innym wartościom, ale również ku temu, co dla nas wszystkich jest wspólne. Poszukiwaniu szczęścia, troska o „chleb powszedni”, bogactwo stosunków międzyludzkich, choć wydają się tak różne w różnych cywilizacjach, zwłaszcza wtedy, gdy naszą wiedzę o świecie czerpiemy z lektury gazet, w rzeczywistości okazują się bardzo podobne, gdy tylko wychodzimy poza pozory zewnętrzne, „kody”, które nas dzielą.

Ta książka to niejako apel skierowany do naszego człowieczeństwa – człowieczeństwa, które jest w każdym z nas. Mimo wszystkich różnic kulturowych, które nas oburzają lub śmieszą, dziecko jest zawsze dzieckiem w Polsce, Mongolii czy Brazylii, uniesienie religijne jest zawsze takie samo bez względu na to, czy modlimy się na stojąco, na kolanach czy kucając, śpiewając czy tańcząc.

W toku naszej dziwnej przygody ludzkiej osiągnęliśmy fantastyczne postępy technologiczne. Tymczasem zawsze wielkim wyzwaniem jest stworzenie społeczeństwa, które będzie funkcjonowało, w którym ludzie będą mogli godnie współżyć, pracować i bawić się bez nienawiści i strachu. Nie ma większego znaczenia, czy ten, kto o tym pisze, jest Polakiem, Brazylijczykiem, czy może jednym i drugim. Chodzi przecież o naszą wspólną przyszłość.

CZEŚĆ 1 - MOZAIKI PRZESZŁOŚCI
Profesor uniwersytetu wyobraża sobie,

że aby tworzyć, musi tłumić emocje...

Milton Santos


Ekonomia pomaga kształtować nasz światopogląd, ale nie może go stanowić, ponieważ wymiar ekonomiczny to zaledwie fragment tego, czym jesteśmy. Z drugiej strony, bogactwo jej możliwości wyjaśniających bierze się z tego, że moc i dynamika przeobrażeń społeczeństwa wynika z interesów ekonomicznych. Kto nie rozumie procesów gospodarczych, ten nie rozumie, dlaczego jesteśmy zdolni do podróży w kosmos i innych fenomenalnych wyczynów, a nie potrafimy zapobiec tragedii 10 milionów dzieci, które co roku umierają z głodu lub zahamować tempa destrukcji środowiska naturalnego naszej planety.

Mechanizmy gospodarki tylko częściowo mają charakter techniczny. W dążeniu do ich zrozumienia sprzęgają się lub łączą emocje, historia, środowisko społeczne, a także dostępne narzędzia techniczne i koncepcje teoretyczne. Procesy umysłowe nie są zawieszone w próżni, nie są izolowane. Naprawdę interesujące jest nie samo dociekanie naukowe, ale to, jakie jest jego odniesienie do codziennych dylematów, wobec których staje każdy człowiek. Che Guevara napisał gdzieś, że polityk, który nie potrafi zatrzymać się na chwilę, aby zawiązać dziecku but, niewiele rozumie. Pozornie wydawać by się mogło, że podstawą naszego istnienia są nasze wartości, nasza słabość lub życzliwość wobec innych. Tymczasem nasza egzystencja zależy od tego, czy jesteśmy w stanie stworzyć społeczeństwo, które będzie dobrze funkcjonować.

Wizja gospodarki, którą niżej przedstawiamy, pojawia się jako rekonstrukcja pewnej biografii. Będzie to, powiedzmy, zapis przeżyć osoby, która wybrała zawód ekonomisty nie dlatego, że gustuje szczególnie w ekonomii, ale dlatego, że pojęła, iż nie rozumiejąc ekonomii, nie zrozumiałaby innych spraw – świata pozaekonomicznego.

Uprawianie „ekonomii autobiograficznej” może wydawać się zajęciem narcystycznym. Wszyscy jesteśmy skłonni mniemać, że nasze własne życie jest interesujące. W tym przypadku jednak, rzeczywista motywacja bierze się z przekonania, że gospodarka, której doświadczamy codziennie, jest bardziej realna od teoretycznej ekonomii hipotetycznego społeczeństwa.




Początki

Przyszedłem na świat w 1941 r. w polskiej rodzinie. Stało się to we Francji, w domu gier nad granicą hiszpańską. Prawdopodobnie Brazylijczykowi trudno jest zrozumieć, co to znaczy urodzić się w 1941 r. w Europie ogarniętej konfliktem, który pochłonął 60 milionów istnień ludzkich. Człowiek rodził się tam, gdzie mógł. Ponieważ w Hiszpanii panowała surowa moralność, ludzie bogaci jeździli uprawiać hazard i bawić się do Francji, i tak oto reżim frankistowski usiał Pireneje kasynami. Moi rodzice, którzy brali udział w pierwszej wojnie światowej, a w drugiej nie entuzjazmowali się już hymnami patriotycznymi, uciekli przed Niemcami do Francji, a potem - w miarę postępów wojsk niemieckich – dotarli na południe. Tak urodziłem się w Pirenejach, na granicy hiszpańskiej, w domu gier. Wszystko ma swoje powody.

Przyjście na świat na obczyźnie wyciska na człowieku piętno, bo rodzi się nie tam, gdzie są jego korzenie. Jako dziecko musi uświadomić sobie, kim jest, gdyż dzieci, które ostro reagują na wszelkie różnice - w ubiorze, akcencie czy kulturze - czynią to jeszcze ostrzej, gdy mają do czynienia z dzieckiem cudzoziemskim. Tak oto od pierwszych lat życia ścierają się kultury - nic nie jest naprawdę żywiołowe, naturalne, oczywiste, bo w domu patrzy się na wszystko w jeden sposób, a na ulicy w inny. W domu byli ojciec i matka, Polska, religia, określone wartości. Na ulicy i w szkole była inna kultura i panowały inne wartości. Dla mnie nie istniał więc „naturalny” system wartości - miałem natomiast możliwość rozmaitego oceniania każdej rzeczy. Od początku trzeba było wybierać. To utrudnia życie, ale również wzbogaca. Otaczają nas uproszczone wyobrażenia, które akceptujemy dlatego, że wszyscy je akceptują, ale które okazują się absurdalne, gdy poddaje się je refleksji. Wrócimy do tej sprawy.

Inny czynnik to wojna. Każdy Europejczyk jest nią napiętnowany. Przede wszystkim nosi piętno głębokiego przeświadczenia, że w pewnych okolicznościach każdy - bogaty czy biedny, wykształcony lub nie - staje się bohaterem, a w innych bestią. Na widok aberracji, do jakich zdolna jest istota ludzka, przestaje się mniemać, że o zachowaniu decyduje to, czy jest się „dobrym”, czy „złym” człowiekiem. Można uważać, że w konflikcie w Palestynie Izraelczycy są dobrzy, a Arabowie źli, zaś w obliczu sytuacji w byłej Jugosławii opowiedzieć się po stronie Serbów lub przeciwko nim. W tym celu można sięgać po wiele argumentów naukowych, ale i tak świat jawi się w końcu jako wyszukana wersja filmów o policjantach i złodziejach. W rzeczywistości nie chodzi o dobrych i złych. Zgodnie ze znaną maksymą, to warunki czynią człowieka takim, a nie innym. Od wychwalania tego, co dobre i piętnowania tego, co złe, ważniejsze jest myślenie o okolicznościach, o kontekście, który buduje lub niszczy stosunki społeczne. Gdy było się w dzieciństwie świadkiem wojny i przeżywało jej skutki, w człowieku pozostaje głęboki ślad.

W 1951 r. przyjechaliśmy do Brazylii, ponieważ mój ojciec, inżynier-hutnik, podpisał kontrakt z Belgo-Mineira w João Monlevade. Zamieszkaliśmy tam w Vila dos Engenheiros, na osiedlu inżynierów; szokiem - pierwszym przeżytym przeze w Brazylii mnie szokiem - był widok świata tak głęboko podzielonego na tych, co na górze i tych, co na dole, na Vila dos Engenheiros i Vila Tanque, w której mieszkali robotnicy. Na kimś, kto przyjeżdża z Europy, robi naprawdę wielkie wrażenie fakt, że bez względu na wszystkie nowoczesne technologie, jakie się tu wprowadza, w stanie nietkniętym zachowuje się podział na casa grande, dwór i senzala, barak dla niewolników. W moim umyśle zaczęły odkładać się osady innej myśli, która później dotarła do mojej świadomości - że nowoczesność to godziwa forma stosunków międzyludzkich, a nie obfitość maszyn czy samochodów. Być może mieszkańcom Alfaville, szykownego osiedla w São Paulo, podoba się ich wyspa. Jedni mniemają, że do czegoś doszli, inni są świadomi absurdu. Ci, którzy mieszkają wokół kondominium, nazwali się już „Alfavelą”. Dokąd prowadzi tego rodzaju modernizacja?

Mojemu ojcu nigdy nie przypadł do gustu autorytaryzm luksemburskich właścicieli ogromnej huty w Monlevade. Przedstawił mi pewnego dnia prosty pomysł podniesienia wydajności pracy poprzez naprawę pewnego występującego w fabryce błędu strukturalnego. Zapytałem go, co o tym sądzą w dyrekcji. Słuchał mnie przerażony, ponieważ z tym pomysłem nigdy nie poszedłby do przełożonych - nie leżało to w jego interesie. Jego postawa zrobiła na mnie wielkie wrażenie, bo wydawało mi się oczywiste, że ktoś, kto widzi, jak można coś ulepszyć, stara się to uczynić. Lecz z punktu widzenia mojego ojca fabrykanci to byli „oni”, druga strona barykady, inny świat. W ten sposób inżynier w przedsiębiorstwie był zarazem wewnątrz i na zewnątrz, wykonywał swoje obowiązki i otrzymywał pensję, ale poza to nie wychodził. Każda ze stron wypełniała jedynie swoje obowiązki. Pewnego dnia ojciec wystąpił przeciwko niemieckiemu inżynierowi, stając po stronie jednego z robotników. Wkrótce musiał szukać pracy w São Paulo. Fabryka również dzieliła świat na „nas” i na „nich”. Tych podziałów nie wymyślił Karol Marks.

Gdy ojciec rozglądał się w São Paulo za pracą, osiedliliśmy się w Belo Horizonte, gdzie uczęszczałem do liceum im. Loyoli. Matka była lekarką. W alejach Afonso Peny poprosiła ją o jałmużnę żebraczka z wyraźnie niedożywionym niemowlęciem w ramionach. Gdy matka ujrzała to dziecko, zrobiła awanturę i nie odeszła, dopóki nie sprowadzono lekarza, karetki pogotowia, Bóg wie czego jeszcze. Ja, jedenastolatek, umierając ze wstydu, odciągałem ją za rękę, ale ona taka była. Pewnych rzeczy po prostu nie akceptowała. Dziś jeszcze, dwadzieścia lat po śmierci matki, czuję prawość, która ją cechowała. Dodajmy, że jeśli w latach dwudziestych chciało się skończyć studia medyczne, trzeba było być kobietą z charakterem.

Ten charakter nie wystarczył, aby przystosowała się do życia codziennego w Brazylii. Być może jednak zbyt wiele rzeczy ją tam oburzało. Po śmierci Stalina postanowiła wyjechać do Polski i przygotować powrót całej rodziny. Do powrotu jednak nie doszło. Pośrednim skutkiem wojny było to, że brazylijska część rodziny wrastała w miejscową rzeczywistość, a matkę ponownie wchłonęła rodzina w Polsce. Ponieważ ojciec pracował w firmach działających w interiorze, ja i brat, dorastający chłopcy zainstalowani już w São Paulo, zaczęliśmy korzystać z dużej swobody życia w miejskich pensjonatach, z wystawania na rogach, przesiadywania w barach, gry w piłkę nożną na placach - cały ten wymiar życia, całe to bogactwo kontaktów z rówieśnikami kompensowały w dużym stopniu zanik zorganizowanego życia rodzinnego. Bogactwo kultury brazylijskiej szybko pokonało dziedzictwo europejskie - czyniło tak z wieloma pokoleniami imigrantów. Ludzie są tylko ludźmi, bez względu na swoje pochodzenie.

Uczucia chodzą nieznanymi drogami. Zakochałem się rozpaczliwie w pewnej żydowskiej dziewczynie, która podobnie jak ja była polskiego pochodzenia. Gdy jej ojciec odkrył, że chodzi z gojem, wyekspediował ją bez dyskusji do Izraela, aby tam poznała odpowiednich dla siebie młodzieńców. Europa ze swoimi nienawiściami żyła nadal w Brazylii, przytłaczając mnie i Paulinę. Jej ojciec stracił w Polsce rodzinę i nie mógł wybaczyć córce, że nie dziedziczy jego nienawiści. Pracowałem przez cały rok 1963 starając się zebrać pieniądze i pojechać do niej do Izraela - w czasach, gdy nawet wyjazd do Europy był wydarzeniem. Mój ojciec pracował w hutach Açonorte w Pernambuco. Pojechałem do Recife, gdzie zostałem reporterem w Diário da Noite i Jornal do Comércio.

Dobrze pisałem, toteż w redakcji postanowiono, że mam się zająć środowiskiem właścicieli cukrowni. Gdy pojawiłem się, aby zebrać materiał, stowarzyszenie cukrowników zaoferowało mi dwa razy tyle, co zarabiałem w gazecie. Wyjaśniono, że to normalne - że gazeta wyświadcza mi uprzejmość i że dziennikarze, którzy obsługują tę branżę, otrzymują taką „pomoc”. Odmówiłem jej przyjęcia, a redaktor naczelny komentował, rycząc ze śmiechu, że w prasie brazylijskiej znalazło się w końcu miejsce dla tego rodzaju odmowy. W rzeczywistości szokowała mnie nie tylko zinstytucjonalizowana korupcja. Straszne wrażenie zrobiła na mnie nędza Recife. Tymczasem kopalnia pomysłów, jaką uruchomił tamtejszy rząd stanowy, gdy gubernatorem był Miguel Arraes, zdynamizowała życie kulturalne w mieście. Mimo młodego wieku, jako reporter stykałem się z Paulo Freire, Celso Furtado, Gilberto Freire, Ariano Suassuna i innymi osobistościami, które na rozmaite sposoby starały się skłonić Brazylijczyków do refleksji nad realiami Północnego Wschodu i całej Brazylii. W Ruchu Kultury Ludowej1 spotkałem ludzi w moim wieku, ale byli oni bardziej upolitycznieni i poświęcali się sprawie przeobrażeń społecznych. W głowie kręciło mi się jak w kalejdoskopie, pojawiło się w niej mnóstwo nowych punktów odniesienia, zamiłowanie do filozofii i językoznawstwa zastąpił pociąg do ekonomii. Chciałem rozumieć, co się dzieje, wiedzieć, dlaczego, poznać mechanizmy i byłem już przekonany, że u podstaw kwestii społecznych leżą problemy gospodarcze.

Pewnego wieczoru ojciec, który mieszkał koło Açonorte, przyjechał do Recife i zaprosił mnie na kolację. Poszliśmy na langustę. Przy drzwiach restauracji stało dziecko, po którym było widać, że jest głodne. Zjadłem kolację, aby nie urazić ojca, ale dylemat etyczny stał się w mojej głowie jasny jak słońce: człowiek, który je langustę, a dziecko zostawia głodne, może albo zmienić wyznawane przez siebie wartości i dojść do wniosku, że konsumpcja luksusowa jest rzeczą normalną w obliczu głodu dziecka, albo starać się o zmianę sytuacji, która stwarza tego rodzaju absurdy. Z biegiem czasu miałem poznać skomplikowane konstrukcje teoretyczne, w których usiłowano dowieść, że człowiek konsumujący dynamizuje gospodarkę. Tego rodzaju twierdzenia pozwalają robić z egoizmu altruizm i mieć czyste sumienie. Wtedy nie znałem jednak teorii, a młodość cechuje niedorozwój hipokryzji społecznej. Lecz nie zawsze.

Wkrótce po tym wydarzeniu przeczytałem prostą i dobrą książkę, w której dowodzono, że miłosierdzie w postaci jałmużny to dobra rzecz, ale lepiej tworzyć organizacje wspierające ludzi ubogich, a jeszcze lepiej - tworzyć takie instytucje, które zapobiegają powstawaniu biedy. Są to różne poziomy miłosierdzia. Moja „busola” etyczna była już określona, choć nie czytałem jeszcze Marksa - określiły ją po prostu moje korzenie katolickie i wartości odziedziczone po matce: ubóstwo to wielki skandal i jeśli chce się mu przeciwdziałać, nie można polegać jedynie na środkach indywidualnych.

Zmaganie się z twardą rzeczywistością Północnego Wschodu uświadomiło mi też inny fakt: otóż na pewnym poziomie niedostatku ubodzy zatracają zdolność do samodzielnej budowy swojej przestrzeni w społeczeństwie - zostają wykluczeni. Powstaje w ten sposób ogromna grupa ludności pozbawionej narzędzi redukcji swojej nędzy, toteż wolna inicjatywa i wolność rynkowa tracą wszelki sens. Jest zrozumiałe, że w grze zwanej życiem są tacy, którzy odnoszą większe sukcesy i tacy, którzy odnoszą mniejsze. Jednak, aby grać, trzeba przynajmniej mieć kartę - kapitał początkowy - w postaci zdrowia, edukacji, pieniędzy czy czegokolwiek. W rzeczywistości nie chodzi o miłosierdzie. Chodzi o proste, przysługujące istocie ludzkiej prawo do udziału w grze społecznej, prawo do jej rozpoczęci. Ekonomia zajmuje się mechanizmami, które rządzą zachowaniem aktorów gospodarczych. Kto zaś nie jest takim aktorem? W owym czasie moje poglądy w tej sprawie były mętne. Stopniowo jednak rozumiałem coraz lepiej, że ekonomista rozmyśla nad tym, jak człowiek optymalizuje użytek, który robi ze swoich pieniędzy, jak wybiera między grą na giełdzie a lokowaniem oszczędności w dolarach itd., ale trudno sobie wyobrazić, aby objął swoją teorią szczególną sytuację milionów nędzarzy, którzy nie mają żadnego wyboru, a mimo to nie przestają być ludźmi.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna