Wacław świeżawski



Pobieranie 0,65 Mb.
Strona1/5
Data08.12.2017
Rozmiar0,65 Mb.
  1   2   3   4   5

WACŁAW ŚWIEŻAWSKI
„Jastrząb”

ZANIM PADŁY STRZAŁY

Słońce stało już w zenicie, gdy Antek Paleń, który ocknął się pierwszy z krótkiego snu, zaczął budzić swych kolegów. Było ich pięciu, wyciągniętych na puszystej trawie, w cieniu zagaj­nika kipiącego gęstą, świeżą zielenią. Obok nich leżały karabiny z rozłożonymi zamkami i ten widok najbardziej go zirytował.


  • Wstawaj, człowieku — szarpnął za ramię Józka Sęka. — I wy też — zwrócił się do dwóch stryjecznych braci, spoglądają­cych sennym jeszcze wzrokiem na sprawcę nagłej pobudki. Głos Antka docierał do nich z trudem, nie mogli w pierwszej chwili zrozumieć, o co mu chodzi.

  • Co się stało? — zapytał wreszcie Janek Paleń, mrużąc oczy w jaskrawych promieniach czerwcowego słońca.

Antek zmarszczył brwi, niefrasobliwość krewniaka wytrąciła go trochę z równowagi.

— Dosyć tego dobrego! — wypalił ostrym tonem. — Albo nauczycie się dyscypliny, albo nas szkopy zgarną do policyjnej budy i obudzicie się dopiero w areszcie. Do czego to podobne! Przerwaliście czyszczenie broni ;i śpicie w najlepsze, zapominając o wszystkim. I do tego jeszcze te karabiny. Jak można zostawiać rozłożoną broń? Kto was tego nauczył? A gdyby tak teraz, w tej chwili, wyskoczyli zza drzew Niemcy, to co wówczas? Zamek pod pachę i w nogi, tak?

Nie odpowiedzieli mu od razu. Słuchali, zerkając mimochodem na sąsiednie krzewy skąpane w słońcu, bujnie rozrośnięte i sze­leszczące na wietrze. Pierwszy odezwał się Józek.


  • Przecież ty także...

  • Co także? Chciałeś powiedzieć, że spałem razem z wami? Tak, nie zaprzeczam, ale visa mam w porządku. Zobacz — pod­sunął mu na dłoni pistolet. — Mógłbym z niego kropnąć w każ­dej chwili, a wy? Mam ci pokazać, jak wygląda twój karabin?

  • Nie, nie potrzeba. Sam widzę. Ale w razie czego, nie by­łoby tak źle — próbował tłumaczyć Józek. — Mamy przecież war­townika...

Antek spojrzał na mego z wyrzutem.

  • Przede wszystkim musisz polegać na sobie, to samo doty­czy pozostałych. I mnie też — podkreślił z naciskiem. — Musimy stanowić zwartą grupę. Złóż szybko broń i ściągnij natychmiast z posterunku Irzyckiego. Gdybyś zauważył coś podejrzanego, za­alarmuj nas. Jeśli nie, wracajcie obaj. Porozmawiamy wreszcie o ważnych sprawach, które nas wszystkich dotyczą. Zrozumiałeś?

  • Tak jest! — Józkowi udzielił się służbowy ton. — Zaraz tu będziemy.

Antek usiadł pod rozłożystym świerkiem i bacznie lustrował dwóch chłopców, którzy w błyskawicznym tempie doprowadzali do porządku swe karabiny. Ślizgowe, czterotaktowe zamki mause-sów trzaskały napiętymi iglicami. Załadowali broń, przestawili skrzydełka bezpieczników i — czekali. Coś ważnego musiało za chwilę nastąpić. Wiedzeli, że Antek nie rzuca słów na wiatr. Cie­szył się wśród nich dużym autorytetem, ufali mu nie od dzisiaj. Pochodził przecież z rodziny Paleniów, związanej jeszcze przed wojną z ruchem lewicowym. Sam miał już kontakt z organizacją, która działała w konspiracji. Parę razy pokazywał im ulotki i ga­zetki wydawane przez kogoś w podziemiu. Czytali z zapartym tchem, wchkr.iali każde zdanie, każde słowo... Antek wprowadzał ich krok po kroku w inny świat, wyjaśniał, przekonywał, sypał przykładami. Musiał dużo czytać, bo jego wiedza nie ograniczała się tylko do pospolitych spraw związanych z rodzinną wsią. Ale nie tylko pod tym względem Antek imponował im swą dojrzałoś­cią i postawą. Było przecież wielu takich, którzy potrafili ciekawie mówić. Antek jako jeden z pierwszych zdecydował się na krok, który świadczył także o jego odwadze. Wszystko zaczęło się wczesną wiosną 1942 roku, gdy we wsiach Lubelszczyzny okupant ponownie przystąpił do przymusowego wywożenia młodzieży w głąb Rzeszy, do pracy w przemyśle zbrojeniowym i rolnictwie. Akcja prowadzona była z całą brutalnością. Nie pomagały żadne zaświadczenia lekarskie, radne prośby. Niekiedy tylko skutkowała sowita łapówka, wypłacona urzędnikowi z Arbeitsamtu lub ko­mendantowi gminnego posterunku policji, ale któż z biednych chłopów Lubelszczyzny mógł sobie pozwolić na taki luksus? Nie Oylo wreszcie żadnej gwarancji, czy nawet łapówka uratuje kan­dydata na przymusowy wyjazd od kolejnej akcji.

I wtedy właśnie, gdy w wielu rodzinach opłakiwano zabra­nych przemocą synów, Antek powiedział stanowczo „nie". Zbun­tował się i mimo nakazu odmówił wyjazdu. Wiedział dobrze, czym to grozi, ale nie zmienił swej decyzji. Pozostał na miejscu, zacznł się ukrywać. Pociągnął swym przykładem kilku innych kolegów. Szybko doszli do porozumienia i od tej pory rozpoczęło się ich no­we życie, ryzykowne, peine niewygód, często głodu i chłodu, tor-sownych wędrówek i trosk. Początkowo tylko się ukrywali, ale Antek nie myślał wyłącznie o ratowaniu głowy. Odrzucał taką myśl. Dopomógł mu w tym brat, dawny członek KPP, związany z aktywistami lewicy już od pierwszych miesięcy okupacji. Star­szy brat zastępował mu ojca, który zmarł przed wybuchem wojny. Dzięki niemu Antek dowiedział się o istnieniu zalążkowej kon­spiracyjnej organizacji w Rzeczycy i innych wsiach. W kolporto­wanych tajnie gazetkach pisano o potrzebie zbrojnej walki z hi­tlerowcami. Hasło było jasne, zachęcające do czynu. Antek otwar­cie przedstawił przed kolegami swój plan, wiedział zresztą, że oni też myślą podobnie.

Tak oto powstała pięcioosobowa grupa zdecydowanych na wszystko chłopaków. Nie składali przysięgi, nie mieli jeszcze wy­raźnie określonego programu działania, ale w ich rękach znalazła się broń. I to było najważniejsze. Każdy wiedział, że prędzej czy później, a w grę wchodziły nie lata lecz tygodnie, skierują lufy przeciwko wrogowi. Samorzutnie powstała grupa uznała Antka swoim dowódcą. Zdobył on sobie tyle szacunku i uznania, że nikt nie kwestionował jego czołowej roli w grupie. Antek właściwie docenił postawę kolegów, którzy mu zaufali. Starał się na każdym kroku postępować tak, aby mogli w pełni na nim polegać. Wska­zówek udzielał mu brat. Od niego uczył się elementarnych za­sad konspiracji, działania w trudnych warunkach okupacji, po­czucia dyscypliny i odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Gdy więc Józek Sęk wrócił z wartownikiem, Antek postano­wił omówić kilka spraw zasadniczych, które miały zmienić obli­cze luźno do tej pory związanej grupy. Czas był najwyższy, rozpo­czynała się pełnia lata — najlepsza pora do aktywnych wystąpień przeciwko okupantowi.

— No, chłopaki — zaczął przyjacielskim tonem — dość już obijania się po wiejskich kątach, oborach i stodołach, dość zjada­nia darmowego chleba, którego nasi chłopi i tak mają za mało, by starczyło dla własnych dzieci i na kontyngent...

Przyglądali mu się z zainteresowaniem. Dotychczas nie prze­mawiał do nich w ten sposób, nie poruszał tego tematu nawet wówczas, gdy zastanawiali się wspólnie, u kogo spędzić kolejną noc.

— Wyrwaliśmy się z rąk szwabów nie po to, by siedzieć z za­łożonymi rękami — ciągnął dalej Antek. — Wojna potrwa jeszcze długo. Musimy włączyć się do niej i rozpocząć walkę z wrogiem. Ktoś z was może powiedzieć: cóż my, pięciu chłopaków, zdołamy zrobić? Wytłuką nas, zanim oddamy pierwszy strzał. Ja jednak myślę, że tak nie jest. Będziemy działać podjazdowe, skrycie, bę-


aziemy nęicac okupanta xam, gazie on się tego najmniej spodzie­wa. Nie damy się zaskoczyć, przeciwnie, sami będziemy zaskaki­wać. Naszym sprzymierzeńcem będzie las. Kto zna lepiej o*d nas te strony? Wróg? Bzdura. Oni czują się dobrze na otwartej prze­strzeni, gdy mają przewagę. Tu, w lasach lipskich, janowskich, biłgorajskich, będą bezradni. Naszym sprzymierzeńcem będzie też noc. Kto zorientuje się w ciemnościach, że jest nas tylko pię­ciu? Zanim ochłoną i zorganizują jakiś pościg, my już pryśniemy daleko...

Słuchali go z coraz większą uwagą. To, co mówił, miało swój sens. Znać było, że Antek przygotował z bratem odpowiednie ar­gumenty. Niby o wszystkim wiedzieli, ale dopiero teraz, gdy naz­wał pewne rzeczy po imieniu, dostrzegli sporo nowego.



  • Dobrze gadasz, Antek — wtrącił jego stryjeczny brat Ja­nek. — Jak tłuc, to tłuc. My też tak myślimy, tylko powiedz czym? Ty masz visa, my wygrzebane ze strychów karabiny. Prze­cież tego nie starczy, amunicji mam parę sztuk. Czort wie, czy jeszcze jest dobra...

  • Ja swoją kozikiem skrobałem ze rdzy — dodał Józef Jrzyc-ki, który przed chwilą wrócił z posterunku.

  • Wiem, widziałem — przyznał flegmatycznie Antek. — Dlatego też od broni trzeba będzie zacząć. Porozmawiamy z chło­pami i leśnikami. W trzydziestym dziewiątym pochowali trochę porzuconej broni i amunicji. Po co ma się marnować w ziemi, skoro my jej potrzebujemy. Gdy i tego nie starczy, zdobędziemy broń na wrogu. Ma jej pod dostatkiem...

  • Ech, gdyby tak automat — westchnął Sęk. — Oglądałem kiedyś u jednego żandarma, oczy mi się zaświeciły, takie cacko. Palnąć w łeb szwaba, pomyślałem sobie, i zabrać mu pukawkę.

  • Poczekaj, będzie i automat — uspokoił go Antek. — Coś się zrobi, rozejrzymy się. Poza bronią trzeba będzie wystarać się o jakieś mundury i porządne buty. Nasze łachy już świecą dziura­mi, a nie możemy wyglądać jak dziady. Jak cię widzą, tak cię pi­szą. Znacie to przecież. U znajomych znajdziemy wojskowe mun­dury z września. Od razu poczujemy się lepiej, zobaczycie. Gdy­by były z tym poważniejsze kłopoty, dobierzemy się do szwabów. Mają do diabła i trochę ekwipunku. Przyda się wszystko: kurtki, .spodnie, płaszcze, saperki, pasy, koce; kieszeni też nie będziemy obrywać nabojami, potrzebne będą jakieś chlebaki czy torby. Z czegoś trzeba jeść i pić, a więc pomyślimy o menażkach i manier­kach. Z żywnością też mogą być kłopoty, zorganizujem więc jakiś zapas przechowywany na biwaku. Proponuję parę konserw ja­ko żelazną porcję. Szwabom tego nie brakuje, wożą żarcie w po­ciągach, mają magazyny...

Janek Paleń pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Chcesz z nas zrobić wojsko, co?

— I tak, i nie. Wyposażenie w miarę możliwości będzie woj­skowe, dyscyplina i porządek też, ale działać będziemy po party­zancku. Prawdę mówiąc, nikt z nas nie zna jeszcze zasad takiego działania. Będziemy się tego uczyć, wszyscy. Zaczniemy od pros­tych akcji, potem, gdy będzie nas więcej, przejdziemy do poważ­niejszej roboty. Swoją drogą jakiś wojskowy fachowiec też by się przydał, porozmawiam z bratem. Może znajdzie coś z podręcz­ników. Wolałbym nie uczyć się tylko na własnych błędach.

W pewnej chwili Antek wstał i po krótkiej pauzie, jakby zastanawiając się, co chce powiedzieć, zwrócił się ponownie do ko­legów:

— Połóżcie karabiny przede mną i ustawcie się w szeregu na wysokości tej brzózki. Tak, dobrze, a teraz uwaga — mówił po­woli, czując na sobie zaciekawiony wzrok czterech chłopców. — Ta broń musi być w pewnych rękach, gotowych do walki i ofiary własnej krwi. Czeka nas trudny okres. Mogę wam tylko obiecać, że nie będzie łatwo. Kto więc nie czuje sdę na siłach, niech tej broni nie podnosi. Ochotników i tak znajdziemy dużo, znacznie więcej niż broni. Damy ją tym, którzy rzeczywiście będą na to zasługiwać. Zastanówcie się dobrze.

Stali w bezruchu, spoglądając na karabiny, na Antka i na siebie. Było coś uroczystego w tej prostej ceremonii, nie spodzie­wali się takich słów od kolegi znanego jeszcze z lat dzieciństwa. Antek urósł w ich oczach, zmężniał, zaimponował im postawą godną dowódcy, który poważnie traktuje swój mały oddział.



  • Znasz nas przecież, myśmy się już zastanowili na wios­nę — odezwał się jako pierwszy Janek Paleń, podchodząc do le­żących karabinów. Za nim kolejno występowali z szeregu inni. Ostrożnie podnosili broń i chociaż była im dobrze znana, na ich twarzach malowało się z trudem maskowane wzruszenie.

  • Pamiętajcie, koledzy — głos Antka zabrzmiał innym to­nem — żołnierz przyjmując broń, składa jednocześnie przysięgę na wierność ojczyźnie. To bardzo ważny moment w życiu każ­dego z nas. Od tej chwili nie jesteśmy tylko przyjaciółmi, sta­jemy się obrońcami naszej ziemi, żołnierzami Polski Walczącej. Będę od was i od siebie wymagał wiele. Rozkaz jest rozkazem, nie możecie się od niego uchylać, choćby nawet życiu zagrażało niebezpieczeństwo. Takie są prawa naszej walki. Zrozumieliście?

— Tak — padła zgodna odpowiedź.

Wykorzystując chwilę podniosłego nastroju, Antek przeszedł do ostatniej, bardzo istotnej sprawy. Zaproponował, by usiedli. Tylko akt wręczenia broni i przysięgi musiał odbyć się na stojąco.



— Wiecie, co to jest tajemnica? •— zagadnął. Uśmiechnęli się: też pytanie! Każde dziecko może odpowie­dzieć, a oni są już przecież żołnierzami.

  • W takim razie powiem wam od razu, o co mi chodzi. W naszych warunkach właściwie wszystko jest tajemnicą: skład od­działu — zaznaczył wyraźnie oddziału — uzbrojenie, miejsce po­stoju, kierunek przemarszu, planowana akcja, tajemnicę stanowią także nasze nazwiska...

  • Jak to nazwiska? — zdziwił się Józek Sęk. — Pierwszy raz słyszę. Czy ty nie przesadzasz?

Chłopcy z malowniczej wsi Lipa nie zrozumieli Antka.

— Otóż właśnie, był czas, że i ja o tym nie wiedziałem. Brat wyjaśnił mi jednak zagadkę. Konspiracja, czyli działalność znana tylko zaprzysiężonym, jak wy teraz, wymaga, by jak najmniej osób wiedziało o tym, kto wchodzi w skład danej grupy czy od­działu. Ludzie ci powinni się znać nie z nazwisk, lecz z pseudoni­mów. Na przykład w razie aresztowania któregoś z członków, a jest okupacja i musimy się z tym liczyć, wróg nie wydusi z niego żadnych nazwisk. W ten sposób można uchronić innych kolegów i ich rodziny przed niebezpieczeństwem. Sam pseudonim, który można zmienić, nic przecież nie mówi. Dlatego i wy także musi­cie występować od dzisiaj pod przybranymi dowolnie nazwiskami. I tylko tak, chciałbym wszystkich uprzedzić, będziemy się do sie­bie zwracać. O prawdziwych nazwiskach zapomnijcie, do końca okupacji jest jeszcze daleko. No, to słucham, kto pierwszy? Może ty, Janek?

Stryjeczny brat Antka zawahał się. Ktoś zaproponował, by obrał sobie pseudonim „Sokół", bo ma bystre oczy i jak nikt po­trafi dojrzeć zwierzynę na tle leśnego poszycia, ptaka na naj­wyższej gałęzi, a nawet jaszczurkę lub żmiję w gęstej trawie. Ktoś inny wspomniał o „Orle", bo Janek miał garbaty nos jak orli dziób. W końcu on sam rozstrzygnął spór.

— Niech już będzie „Sokół", podoba mi się.

Z drugim bratem stryjecznym nie było kłopotu. Umiał na­śladować głos czarnego ptaszyska i postanowił zostać „Krukiem". Antek Paleń odwołał się do gustu kolegów. Uznali, że ma w sobie coś z drapieżnego ptaka, jest ruchliwy, szybki, odważny, smukły,, zupełnie jak młody jastrząb. Nie oponował, zgodził się. Od tej chwili został więc „Jastrzębiem".

— Same ptaki — zadumał się Sęk. — Nie na mój kaliber...

— Co się martwisz — pocieszył go „Kruk". — Wyglądasz, jak pniak stuletniego dębu, ziemia drży pod tobą.

— No to jak? „Ciężki"? — Jakoś głupio...



  • Nie, dlaczego. Może by lepiej „Gruby", akurat do ciebie pasuje. Zgoda?

  • Niech będzie, jeśli wam się podoba. Mnie tam wszystko jedno — mruknął Józek Sęk i klepnął się potężną łapa w pierś,, aż zadudniło.

Irzycki skrobał się po głowie. Z racji ciemnej cery koledzy od dziecka mówili mu, że wygląda jak Murzyn. Nadarzała się okazja do podtrzymania tego przezwiska, ale Józek stanowczo zaprotestował.

  • Odczepcie się ode mnie, kto to widział Murzyna w lubel­skich lasach. Co ludzie powiedzą, że jakiś afrykaniec tu się za­plątał. Nie zgadzam się. Może będzie lepiej „Czarny"?

  • W porządku, od ciebie wszystko zależy — skwitował krót­ko „Jastrząb". — Jeszcze raz powtarzam —- dodał po chwili: — od tej pory obowiązują tylko pseudonimy. Jeśli ktoś zwróci się do mnie po imieniu, nie odpowiem. Wbijcie to sobie raz na zaw­sze w głowę. Zrozumieliście „Sokół", „Kruk", „Grubv" i „Czar­ny"?

— Tak jest, komendancie — krzyknął najdalej siedzący Janek.. „Jastrząb" podniósł się, odszedł kilka kroków i nagłe podał:

komendę:


— Powstań! W szeregu zbiórka!

Zerwali się błyskawicznie. Uroczysty chrzest zrobił swoje. Rozpierała ich duma, że stanęli u progu nowego życia, że mimo okupacji mają broń, słyszą wojskowy język, że czeka ich Wielka Niewiadoma.

— Zapamiętajcie dobrze — powiedział stanowczym głosem „Jastrząb". — Jest czerwiec 1942 roku, może kiedyś ta data będzie ważna. Od dzisiaj jesteśmy pierwszym oddziałem partyzanckim w lasach lipskich na południowej Lubelszczyźnie. Pierwszym — zaakcentował — a to zobowiązuje. Nikt z was nie może działać na własną rękę. Za samowolę będziemy karać. Od dzisiaj musicie się podporządkować surowej dyscyplinie, za zdradę tajemnicy grozi kula w łeb! Macie jakieś pytania?

Nikt nie zabrał głosu; o co tu pytać, skoro wszystko jest jas­ne. Do dzisiaj nie czuli się jeszcze zwartą grupą. Łączyły ich bar­dziej więzy koleżeńskie niż świadomość dobrowolnie podjętego obowiązku. Teraz doszedł do głosu nowy element: solidarność w obliczu czekających ich zadań.

— „Gruby", wystąp!

Józek Sęk zrobił trzy kroki i zamarł w bezruchu.

— Powierzam ci funkcję kwatermistrza. Jest już dobrze po południu, wszystkim kiszki zagrały marsza. Zastanów się co


i gdzie zjemy na obiad. Tylko ostrożnie, żebyś nie wpadł po dro­dze.

  • W porządku, zrobi się — zameldował „Gruby".

  • Nocujemy u „ciotki" w Bani, kwaterę zorganizowałem — informował „Jastrząb". — Spać będziemy w stodole na zmianę. Jeden stale musi czuwać z bronią gotową do strzału. W razie czego, rąbać na pewniaka i odskok do lasu. Tu nas nie znajdą. Jutro skoro świt spotykamy sdę w tym samym zagajniku.

Już chcieli się rozejść, ale „Jastrząb" zatrzymał ich ruchem

ręki.


— Stop, to jeszcze nie wszystko. Co się stało, nogi was zabo­lały? „Sokół" — zwrócił się wprost do Janka Palenia — zadanie dla ciebie. Pójdziesz zaraz po obiedzie do Lipy, oczywiście bez broni, i przeprowadzisz tam wywiad. Chcę znać ostatnie wiado­mości: co słychać wśród ludności, co robią szkopy i granatowi? Rozejrzyj się, pogadaj z ludźmi i wracaj jutro rano. Będziemy tu­taj czekać. Gdybyś czuł jakieś niebezpieczeństwo, pryskaj od razu w las. Znajdziemy cię, bądź spokojny. A teraz — zakończył „Jas­trząb" — możemy sobie odpocząć. Koniec zbiórki. Idź, „Gruby". O żołądek trzeba dbać...

PIERWSZA AKCJA

Poranna toaleta w lodowatej wodzie leśnego potoku postawiła ich od razu na nogi. Rozebrani do pasa nie zważali na chłód. Słońce dopiero zaczynało swą wędrówkę po nieboskłonie. Tak by­li zajęci szorowaniem twarzy i piersi, że nikt nie zauważył skra­dającego się bezszelestnie „Sokoła". Gdy wreszcie stanął przed nimi, omal nie rozbiegli się w popłochu. Wyrósł dosłownie jak spod ziemi.


  • Ładne rzeczy — skarcił ich „Sokół". — Używacie sobie jak za dobrych czasów. Na kilometr was słychać...

  • Mów lepiej, czegoś się dowiedział, i nie wygłupiaj się z takimi uwagami do starszych ludzi, gołowąsie! — ofuknął go „Gruby".

  • Spokój! — syknął groźnie „Jastrząb" zły na siebie za po­pełnioną nieostrożność. Wczoraj tyle im mówił o dyscyplinie i


JO

porządku, a tu masz: tak się zagalopowali do potoku, ze nikt nie pamiętał o posterunku na ścieżce do zagajnika. Owszem, wartow­nik był wyznaczony, ale on także chciał się umyć. Nie można do tego dopuścić w przyszłości, bo licho nie śpi.

„Sokół" dostrzegł zmieszanie na twarzy „Jastrzębia". Zorien­tował się od razu, co zaszło. Było mu nawet nieprzyjemnie, że skrycie podszedł do zajętych toaletą kolegów. Próbował się u-sprawiedliwić, ale „Jastrząb" machnął niecierpliwie ręką.

— Daj spokój, to był mój błąd. Nie ma o czym gadać. „Czar­ny", bierz karabin i zmykaj stąd! Później sobie porozmawiamy o obowiązkach wartownika. A ty — położył „Sokołowi" dłoń na ramieniu — siadaj i mów, co ustaliłeś. Są jakieś nowości?

— Są, i kiepskie — szepnął zatroskany „Sokół".


  • No, śmiało. Wal od razu, co cię tak speszyło — nalegał Antek. — Przestraszyłeś się? Czego?

  • Ściemniło się już dobrze, kiedy doszedłem do Lipy — zaczął niepewnie Janek. — Z daleka usłyszałem ujadanie psów i krzyki. Jasna sprawa, pomyślałem, na pewno Niemcy. I tak fak­tycznie było. Na skraju wsi i pomiędzy damami zauważyłem kil­ka samochodów z przygaszonymi światłami. Widziałem biegają­cych ludzi, jakiś ruch, światła ręcznych latarek. Nic z tego, bra­cie, powiedziałem sobie, do wsi nie pójdziesz, bo i po co? Zawró­ciłem i zataczając lasem półkole skierowałem się do Paramy. Po drodze spotkałem Edka Płowasia, był przybity i rozgoryczony. Od niego dowiedziałem się, że zaraz po południu Niemcy w po­szukiwaniu broni splądrowali całą wieś. Niczego nie znaleźli. Za­brali jednak jego ojca, starego Płowasia, Erbetowskiego i jeszcze dwóch innych chłopów. Zrabowali na dodatek kilka worków zbo­ża, trochę drobiu i jeszcze za dnia odjechali w kierunku Lipy. Chyba też w poszukiwaniu ukrytej broni, nie wiem.

„Jastrząb" poruszył się niecierpliwie. Wiadomości istotnie były bardzo złe. Nie spodziewał się takiego ciosu.

— Od listonosza wracającego z Łysakowa dowiedziałem się, że zatrzymani przebywają w areszcie w Zaklikowie. Za kilka dni mają ich podobno odwieźć do Lublina na dalsze śledztwo —• do­dał „Sokół".

Psiakrew, zaklął w duchu „Jastrząb". I co teraz robić? Nie mógł się pogodzić z myślą, że Niemcy zamknęli Jana Płowasia. Ten człowiek należał już właściwie do jego oddziału. Dał im dwa karabiny z amunicją, obiecał rozejrzeć się za nową bronią. W naj­bliższych dniach zamierzał na stałe dołączyć się do leśnej grupy. Chciał tylko pomóc żonie i dzieciom w pilnych pracach gospodar­czych: przygotowaniu ziemniaków do sadzenia, zmieleniu zboża,
fi

uporządkowaniu zagrody. Znali go i cenili ludzie z całej wsi. On pierwszy zaczął zbierać z pobojowisk wrześniowych broń i amu­nicję, wierząc, że przejdzie ona w ręce godnych następców. Był gorącym patriotą, człowiekiem uczciwym i energicznym. Jak mu pomóc? — zastanawiał się „Jastrząb". — Przecież nie można do­puścić do tego, by Płowaś został wywieziony do Lublina. Stamtąd już nie ma odwrotu. W „najlepszym" wypadku trafi na Majda­nek.



  • Planujesz coś? — zainteresował się „Sokół".

  • Co tu można planować, człowieku — westchnął ponuro Antek. — Łeb mi pęka, jak sobie pomyślę o tym wszystkim. Areszt w Zaklikowie, powiadasz. To bardzo ważne. Znam tę budę, na oko nic takiego. Granatem można wywalić drzewo, ale tam muszą być silne posterunki. Czekaj — coś go nagle tknęło — a gdyby tak... Już wiem. Mam punkt zaczepienia. Wyjdzie, nie wyj­dzie, ale spróbować można, dopóki Płowaś siedzi w Zaklikowie...

Jeszcze tego dnia wieczorem „Jastrząb" wysłał „Grubego" z kategorycznym poleceniem, by odszukał i sprowadził do ich obo­zu brata, Władysława Palenia, który od kilku miesięcy występo­wał pod pseudonimem „Stary". Sam nie chciał podejmować w tej sprawie decyzji, nie chciał też narażać niepotrzebnie swoich lu­dzi w zbyt pochopnie zorganizowanej akcji.

„Stary" zjawił się o świcie następnego dnia. Wiedział już, po co go wezwano. Rozmowa z „Jastrzębiem" była krótka.



  • Zgadzam się z tobą, że uwolnienie Płowasia i innych aresz­towanych będzie miało duże znaczenie — powiedział. — Okupant jest rozzuchwalony, pewny siebie. Dotychczas na naszym terenie nie było żadnych akcji partyzanckich. Wróg myśli, że zdołał cał­kowicie sterroryzować ludność i zmusić ją do posłuszeństwa. War­to mu wybić z głowy to przekonanie. Akcja odbije się na pewno szerokim echem wśród mieszkańców Zaklikowa, pokrzepi ich. To wszystko jest prawda, ale nie możemy działać na ślepo...

  • Właśnie dlatego ciebie tutaj sprowadziłem — podchwycił „Jastrząb". — Liczę na twoją pomoc. Chłopaków mam pewnych, ale brak im jeszcze doświadczenia. Sam rozumiesz, jak to jest: ni­by sprawa łatwa, gdy jednak dojdzie do konkretów, mogą jeszcze nawalić, a wtedy klapa.

  • Jasne. Przecież pierwszy raz wybieracie się na taką ro­botę.

  • Co proponujesz?

  • Po pierwsze, zachowaj na razie plan w tajemnicy. Po dru­gie, ja zajmę się wywiadem w Zaklikowie. Trzeba sprawdzić, ja­kie są możliwości dojścia do aresztu i kto go pilnuje. Mam swoich ludzi, pomogą mi. Po trzecie, przygotujcie broń i sprawną amu­nicję. Granaty masz? Dobrze, przyda się kilka sztuk. Na razie tyle. Czekaj na mnie i na własną rękę nie rób nic.


  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna