Ujrzałem stwora, bestię nagą. Przykucnął



Strona1/54
Data13.11.2017
Rozmiar3 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   54

Na pustyni

Ujrzałem stwora, bestię nagą.

Przykucnął,

Żarł serce

Trzymane na dłoni.
Spytałem: - Dobre, przyjacielu?

- Gorzkie ono - gorzkie - odpowiedział -

Ale mi smakuje,

Bo jest gorzkie

I to serce moje.

Steven Crane


Ucałuję cię i obejmę, mała,

Obietnice spełnię

W północ przysięgam.

Wilson Pickett


SPIS TREŚCI

PÓŁNOC


Wstęp……………………......................... 9

PIERWSZE PO PÓŁNOCY

Langoliery................................................. 15

DRUGIE PO PÓŁNOCY

Tajemnicze okno, tajemniczy ogród..........263

TRZECIE PO PÓŁNOCY

Policjant biblioteczny...............................413

CZWARTE PO PÓŁNOCY

Polaroidowy pies.....................................623
PÓŁNOC

Wstęp

No i patrzcie - oto znów jesteśmy razem! Cieszycie się? Bo ja ogromnie i od razu przychodzi mi do głowy pewna historyjka, a ponieważ opowiadanie historyjek dostarcza mi chleba powszedniego (i pozwala mieć wszystkie klepki w porządku), opowiem i tę.

Kilka miesięcy temu - a piszę te słowa pod koniec lipca 1989 roku - rozwalony na kanapie gapiłem się w telewizor. Red Sox z Bostonu grali z Brewersami z Milwaukee. Robin Yount z Brewersów szykował się przy końcowej bazie przeciw Rogerowi Clemensowi, a komentator (Ned Martin) jął rozwodzić się nad faktem, że Yount dopiero niedawno zaczął trzydziestkę. „Czasem mam wrażenie, że Robin pomagał Abnerowi Doubledayowi* wyznaczać boisko”. *[ Legendarny (acz wątpliwe, by faktyczny) twórca zasad baseballu, który w 1839 roku ponoć wyznaczył pierwsze boisko.]

„Ano, przytaknął Joe Castiglione. Przyszedł do Brewersów prosto z liceum, gra dla nich od 1974”.

Wyprostowałem się tak błyskawicznie, że mało nie oblałem się pepsi. Zaczekaj! - pomyślałem. Chwila, do cholery! Wydałem swoją pierwszą książkę w 1974! To wcale nie tak dawno! Co to za pierdoły o pomaganiu Abnerowi Doubledayowi w wyznaczaniu boiska!

Wtedy oświeciło mnie, że upływ czasu - zagadnienie stale powracające w załączonych tu opowieściach - to sprawa wysoce indywidualna. To prawda, że publikacja Carrie na wiosnę 1974 (książka wyszła zaledwie dwa dni przed rozpoczęciem sezonu baseballowego, a pewien nastolatek, Robin Yount, po raz pierwszy wystąpił w barwach Milwaukee Brewers) subiektywnie nie wydaje się rzeczą odległą - jest dla mnie jak wczorajszy dzień - ale są inne sposoby pomiaru lat i z co poniektórych wynika, że piętnaście roczków to szmat czasu.

W roku 1974 Gerald Ford był prezydentem, a szach ciągle trzymał wszystkich za łeb w Iranie. John Lennon żył. Także Elvis Presley. Donny Osmond śpiewał z siostrzyczkami i braciszkami wysoce piszczącym głosikiem. Skonstruowano domowy odtwarzacz wideo, ale do nabycia były jedynie egzemplarze próbne. Znawcy przewidywali, że kiedy staną się ogólnie dostępne, model Beta, zbudowany przez Sony, zmiecie w pył i proch rywala, znanego pod nazwą VHS. Myśl, że ludzie mogą niebawem wypożyczać popularne filmy jak poczytne powieści, nie mieściła się w głowach. Ceny benzyny wspięły się na niebotyczne wyżyny: czterdzieści osiem centów za zwykłą, pięćdziesiąt pięć za bezołowiową.

Pierwsze siwe włosy miały dopiero pojawić się na mojej głowie i brodzie. Moja córka, obecnie pierwszy rok college’u, miała lat cztery. Starszy syn, który dziś mnie przerasta, wycina bluesy na harmonijce i obnosi bujne loki godne Sammy’ego Hagara, dostąpił wtedy zaszczytu noszenia zapinanych na klapkę z przodu spodenek. A młodszy syn, który obecnie jest i pitcherem, i gra na pierwszej bazie w zespole z Małej Ligi, miał przyjść na świat dopiero za trzy lata.

Czas ma zabawną plastyczną właściwość. Wszystko, co przemija, zmienia się. Kiedy wskakujesz do tego autobusu, spodziewasz się krótkiej przejażdżki - na koniec miasta, nie dalej - i nagle... niech to kule biją! Jesteś pośrodku następnego kontynentu. Uważasz tę metaforę za banalną? Ja też, ale wobec istoty sprawy to bez znaczenia. Zagadka czasu jest nierozwiązywalna i stąd nawet to mało odkrywcze spostrzeżenie, uczynione właśnie przeze mnie, mieni się bogactwem znaczeń.

Jedno nie uległo zmianie przez wszystkie te lata - jest zasadnicza przyczyna, którą można obciążać winą za to, że czasami wydaje mi się (jak chyba i Robinowi Yountowi), iż czas wcale nie drgnął. Nadal robię to samo: piszę opowieści. I nadal jest to dużo więcej niż tylko coś, co umiem; to coś, co kocham. Och, nie zrozumcie mnie źle - kocham moją żonę i dzieci, ale wciąż uwielbiam odkrywać te osobliwe boczne dróżki, iść nimi, dowiadywać się, kto przy nich mieszka, co robi i komu, a nawet dlaczego. Nadal kocham niezwykłość tych podróży i te przewspaniałe chwile, kiedy obrazy stają się wyraźne, a zdarzenia splatają w spójny wzór. Wątek jest jak wąż. To szybka bestia i czasem ręka mi się omsknie, ale kiedy go dopadnę, trzymam mocno... i dobrze mi z tym.

Kiedy ta książka wyjdzie, w 1990 roku, będę miał za sobą szesnaście lat pracy w biznesie o nazwie: zmyślenia. W połówce tej szesnastki, długo po tym, jak jakimś niepojętym sposobem zostałem sennym straszydłem amerykańskiej literatury, wydałem dzieło pod tytułem Skazani na Shawshank. Cztery pory roku. Był to zbiór czterech wcześniej niepublikowanych krótkich powieści, z których trzy nie były horrorami. Wydawca przyjął rzecz życzliwie, ale jak sądzę, nie bez pewnej rezerwy. Rozumiałem go. Sam miałem pewne obiekcje. Jak się okazało, obaj martwiliśmy się niepotrzebnie. Czasem pisarz wydaje książkę, której przypisany jest szczęśliwy los, i taką okazała się właśnie ta.

Jedna z opowieści, Ciało, została sfilmowana {Stand By Me) i obraz spotkał się z życzliwym przyjęciem... pierwszy raz od czasu Carrie (Carrie weszła na ekrany całe lata świetlne temu, kiedy Abner Doubleday i Wiecie-Kto biegali, zaznaczając to boisko). Rob Reiner, który nakręcił Stand By Me, to jeden z najodważniejszych, najinteligentniejszych filmowców, jakich kiedykolwiek spotkałem, i jestem dumny z naszego pobratymstwa. Odnotowuję też z rozbawieniem, że firma, którą w następstwie sukcesu Stand By Me stworzył pan Reiner, nosi nazwę Castle Rock Productions... co zabrzmi znajomo w uszach wielu moich wiernych czytelników.

Krytycy, ogólnie biorąc, też polubili Skazanych... Prawie wszyscy byli gotowi użyć napalmu wobec którejś tam opowieści, ale że każdy z nich wytypował do spalenia inną, uznałem, że mogę zignorować ich bezkarnie... co też uczyniłem. Takie postępowanie nie zawsze jest możliwe: kiedy większość recenzji z Christine uznała ją za wyjątkowe szkaradzieństwo, niechętnie bo niechętnie, ale doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie nie jest tak dobra, jak sądziłem (co jednak nie powstrzymało mnie od skasowania czeków za tantiemy). Znam pisarzy utrzymujących, że nie czytają ocen swoich dzieł lub nie przejmują się złymi opiniami, i autentycznie wierzę dwóm takim osobnikom. Ale sam należę do innego gatunku: gryzę paznokcie do krwi na myśl o złych recenzjach i ronię łzy, kiedy nadejdą. Ale nie powalają mnie na długo. Wystarczy mi wykończyć kilkoro dziatek i staruszek, a już odzyskuję humor i równowagę ducha.

Co najważniejsze, książka Skazani... podobała się czytelnikom. Nie pamiętam ani jednego korespondenta, który zrugałby mnie za napisanie niehorroru. Większość donosiła, że ta czy inna opowieść tak czy inaczej wzbudziła w nich emocje, zmusiła do myślenia, poruszyła, i te listy są prawdziwą zapłatą za dni (a jest ich wiele), kiedy słowa rodzą się z trudem, a natchnienie jest wątłe lub nawet nieobecne. Niech Bóg błogosławi i ma w opiece Wiernego Czytelnika. Usta mogą przemawiać, ale czymże jest opowieść, gdy brak życzliwego ucha.

To był rok 1982. Rok, w którym Brewersi z Milwaukee wygrali swój jedyny puchar Ligi Amerykańskiej, prowadzeni - tak, zgadliście - przez Robina Younta. Yount wyciągnął wtedy 331 punktów, grzmotnął dwadzieścia dziewięć uderzeń kończących i został uznany za najlepszego gracza ligi.

Był to dobry rok dla nas, starych pryków.

Książka Skazani... nie była planowana. Po prostu przyszła na świat. Cztery długie historie pojawiły się w nierównych odstępach czasu, opowiadania zbyt długie, aby opublikować je jako zwykły zbiór, i trochę za krótkie, aby mogły stanowić pojedyncze książki. Jak rzut, który ominie kij pitchera, albo odbicie na pełny komplet (zdobycie wszystkich trzech baz i uderzenie kończące w jednej grze) były nie tyle wyczynem, co statystycznym dziwolągiem. Ich sukces i dobre przyjęcie napawały mnie wielką radością, ale kiedy oddawałem w końcu manuskrypt do The Viking Press, było mi smutno. Wiedziałem, że są dobre; wiedziałem również, że prawdopodobnie już nigdy w życiu nie wydam podobnej książki.

Jeśli oczekujecie, że powiem: „Cóż, myliłem się”, muszę sprawić wam zawód. Książka, którą trzymacie w rękach, jest całkiem inna niż tamta. Na Skazanych... składają się trzy opowieści „normalne” i jedna opisująca świat nadprzyrodzony; tu wszystkie cztery są horrorami. Są, ogólnie mówiąc, trochę dłuższe niż historie w Skazanych... i w większości zostały napisane w ciągu dwóch lat, kiedy sądzono, że złamałem i cisnąłem w kąt pióro. Być może różnią się dlatego, że są tworem umysłu, który, przynajmniej chwilowo, zwrócił się ku mroczniejszym zagadnieniom.

Na przykład czas i niszczący wpływ, jaki wywiera on na ludzkie serce. Przeszłość i cienie, jakie rzuca ona na teraźniejszość - cienie, w których rosną wredne stwory, a jeszcze bardziej wredne kryją się... i tuczą.

Lecz żadne z moich zainteresowań nie wygasło, a większość przekonań jedynie się umocniła. Nadal wierzę w wytrwałość ludzkiego serca i podstawowe znaczenie miłości. Nadal wierzę, że ludzie mogą nawiązać kontakt, a duchy mieszkające w nas dotknąć się wzajemnie. Nadal wierzę, iż cena tych kontaktów jest koszmarnie, przeraźliwie wysoka... i nadal wierzę, że wartość tego, co otrzymujemy w zamian, przewyższa poniesione koszta. Nadal wierzę, iż pojawi się Biały Czarodziej i że znajdzie się miejsce, w którym stworzy się punkt oporu... aby bronić go za cenę życia. Są to staromodne zainteresowania i przekonania, ale byłbym kłamcą, gdybym się do nich nie przyznał. I do tego, jaką mają nade mną władzę.

Wciąż też przepadam za dobrą opowieścią. Uwielbiam słuchać i uwielbiam opowiadać. Może wiecie, a może nie (albo wiecie i macie to w nosie), że zapłacono mi górę forsy za opublikowanie tej książki i dwóch następnych, ale jeśli was to obchodzi, wiedzcie, że nie zapłacono mi centa za napisanie tych opowieści. Jak wszystko, co się rodzi samo z siebie, aktu pisania nie da się ocenić pieniędzmi. Mieć pieniądze to wielka sprawa, ale kiedy dochodzi do tworzenia, najlepiej nie myśleć o nich za dużo. To hamuje cały proces.

Jak sądzę, sposób opowiadania moich historyjek również nieco się zmienił (mam nadzieję, że trochę się w tym wyrobiłem, ale oczywiście to coś, co każdy czytelnik powinien osądzić i osądzi sam), ale trudno byłoby się spodziewać czegoś innego. Kiedy Brewersi wygrali puchar w 1982 roku, Robin Yount grał na pozycji shortstopa (między drugą a trzecią bazą). Teraz stoi w środku pola. Chyba oznacza to, iż stał się trochę wolniejszy... ale wciąż łapie prawie wszystko, co zostanie odbite w jego kierunku.

To mi wystarcza. Wystarcza w zupełności.

Ponieważ bardzo wielu czytelników ciekawi, skąd biorą się moje opowiastki, lub zastanawia, czy autor za ich pomocą nie przekazuje jakiejś ogólniejszej myśli, poprzedziłem każdą z nich krótką notką opisującą, jak powstawały. Może was te notki zabawią, ale nie czytajcie ich, jeśli nie chcecie: to nie zadanie domowe, chwalić Boga, i potem nie grozi wam żadna klasówka.

Pozwólcie, że powtórzę na koniec jeszcze raz: dobrze mi tu z wami, jestem wesół i w dobrym zdrowiu i cieszę się, że mogę z wami pogadać... i jak to dobrze wiedzieć, że nadal jesteście weseli i w dobrym zdrowiu, oczekując na wyprawę w inne miejsce - miejsce, w którym może ściany mają oczy, a drzewa uszy, i coś naprawdę wrednego usiłuje dostać się ze strychu na dół, do ludzi. Ta sprawa nadal mnie interesuje... ale myślę, że obecnie jeszcze bardziej interesuje mnie, czy ktoś będzie słuchał tej opowieści, czy też nie.

Zanim sobie pójdę, winien wam jestem wynik tamtej gry. Brewersi dali wycisk Red Soksem. Clemens wyrzucił z pola Robina Younta przy pierwszym podejściu Younta do kija... ale za drugim razem Yount (który wedle Neda Martina pomógł Abnerowi Doubledayowi wyznaczyć pierwsze boisko) wyrzucił dwójkę z lewej strony i grzmotnął dwa uderzenia kończące.

Robin jeszcze nie zawiesił kija na kołku, jak mi się zdaje.

Ani ja.


Bangor, Maine lipiec 1989
LANGOLIERY

Opowieść dla Joego, jednego z pasażerów - strachajłów
PIERWSZE PO PÓŁNOCY

Wprowadzenie do Langolierów

Opowieści przychodzą mi do głowy o różnym czasie i w różnych miejscach - w samochodzie, pod prysznicem, na spacerze, nawet kiedy sterczę na przyjęciach. Kilka razy narodziły się podczas snu. Ale bardzo rzadko zdarza mi się zapisywać coś natychmiast, kiedy się pojawi, i nie prowadzę „notesu z pomysłami”. Niezapisywanie jest testem na żywotność. Mam wiele pomysłów, ale że tylko w skromnym procencie okazują się niezłe, wpycham je do - nazwijmy to - duchowego archiwum. Złe po jakimś czasie ulegają tam samodestrukcji, jak taśmy z Control na początku każdego odcinka Mission: Impossible. Od czasu do czasu, kiedy zerkam tam jak do szuflady, czy aby coś się zachowało, mała kupka pomysłów czeka na mnie, każdy uśmiecha się zachęcająco.

W przypadku Langolierów ujrzałem kobietę. Przyciskała dłoń do szczeliny w kadłubie pasażerskiego odrzutowca.

Na nic się zdało powtarzanie sobie, że wiem bardzo mało o samolotach pasażerskich; obraz jawił się w tym samym miejscu, kiedy tylko otwierałem szufladę, żeby wrzucić tam kolejny pomysł. Doszło do tego, że czułem nawet zapach perfum tej kobiety (to było L’Envoi), widziałem jej szmaragdowe oczy i słyszałem szybki, przestraszony oddech.

Pewnej nocy, kiedy leżałem w łóżku, balansując na krawędzi snu, uświadomiłem sobie, że ta kobieta jest duchem.

Siadłem, opuściłem stopy na podłogę i zapaliłem światło. Siedziałem tak przez chwilę, nie myśląc specjalnie o niczym... przynajmniej świadomie. Jednak gdzieś w głębi mózgu facet, który naprawdę odwala za mnie robotę, wziął się za sprzątnięcie stanowiska i gotów był włączyć na powrót wszystkie maszyny. Następnego dnia zacząłem - albo on zaczął - pisać tę opowiastkę. Zajęło to jakiś miesiąc i urodziła się najłatwiej ze wszystkich utworów tej książki, nabierając kształtu ślicznie i naturalnie. Od czasu do czasu zarówno opowieści, jak i noworodki przychodzą na świat bezboleśnie. Ponieważ ma apokaliptyczny nastrój zbliżony do mojej wcześniejszej krótkiej powieści nazwanej The Mist, poprzedziłem każdy rozdział w podobny staromodny, barokowy sposób. Zakończyłem ją w równie dobrym nastroju, jak zacząłem... Rzadki przypadek.

Jako swój własny badacz realiów zwykle obijam się beznadziejnie, ale tym razem pilnie odrabiałem zadania domowe. Trzej piloci - Michael Russo, Frank Soares i Douglas Damon - zadbali o autentyczne tło i dopilnowali, bym nic nie narozrabiał. A kiedy obiecałem, że niczego nie rozwalę, okazali się bardzo równymi facetami.

Czy opisałem wszystko bezbłędnie? Wątpię. Nie udało się to nawet wielkiemu Danielowi Defoe; w Robinsonie Crusoe nasz bohater rozbiera się do naga, płynie na statek, który niedawno opuścił... i napełnia kieszenie przedmiotami niezbędnymi do przeżycia na bezludnej wyspie. A jest i powieść (tytuł i autora litościwie pomijam) o nowojorskim metrze, w której pisarz najwyraźniej pomylił pakamerę motorniczych z toaletami dla pasażerów.

Moje standardowe zastrzeżenie brzmi: za trafione dziękujcie panom Russowi, Soaresowi i Damonowi. Za spaprane wińcie mnie. Nie chodzi tu jedynie o formalną uprzejmość. Błędy rzeczowe zwykle wynikają z nieumiejętności zadania właściwego pytania, a nie z błędnej odpowiedzi. Pozwoliłem sobie, przyznaję, na kilka dowolności w związku z samolotem, do którego niebawem wejdziecie; są niewielkie i wydały się niezbędne dla podtrzymania toku opowieści.

A więc: tyle ode mnie. Na pokład.

Wzbijmy się na nieprzychylne niebiosa.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Złe wieści dla kapitana Engle’a. Mała ślepa dziewczynka. Zapach pewnej damy. Gang Daltonów przybywa do Tombstone. Dziwna sytuacja rejsu 29.

1

Brian Engle podkołował, zatrzymał American Pride L1011 przy stanowisku 22. Dokładnie o 22.14 zgasił napis: ZAPIĄĆ PASY. Wydał długie westchnienie ulgi, ale szczęki miał wciąż napięte. Rozluźnił pasy.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł taką ulgę - i takie zmęczenie - kończąc lot. Dokuczał mu pulsujący ból głowy, a plany na wieczór miał jasno sprecyzowane. Żadnego drinka w barze pilotów, żadnej kolacji, nawet kąpieli po powrocie do Westwood. Paść w pościel i spać czternaście godzin, ot tyle.

Rejs 7 American Pride - usługa flagowa z Tokio do Los Angeles - opóźnił się najpierw przez silne przeciwne wiatry, a potem przez typowy tłok na LAX, zdaniem Briana najkoszmarniejsze lotnisko Ameryki poza Logan w Bostonie. Co gorsza, w ostatniej fazie lotu wynikły problemy z utrzymaniem ciśnienia. Na początku drobne, rosły przerażająco: groził wybuch i gwałtowna dekompresja... Wtedy litościwie ustały. Czasem takie zjawiska nagle i tajemniczo rozwiązują się same, jak to nastąpiło właśnie tym razem. Pasażerowie opuszczający pokład nie mieli najmniejszego pojęcia, że mało brakowało, a zamieniliby się w pasztet, ale Brian wiedział... i dlatego ból głowy, który mu dokuczał, szalał jak młot w ręku cyklopa.

- Suka idzie z mety na przegląd - powiedział drugiemu pilotowi. - Wiedzą że jest termin, i znają problem, zgadza się?

Kolega pokiwał głową.

- Nie spodoba się im to, ale wiedzą.

- Danny, gówno mnie to obchodzi, czy im się podoba, czy nie! Dziś wieczór mało brakowało.

Danny Keene znów pokiwał głową. Wiedział, że mało brakowało. Brian westchnął i potarł ręką kark. Głowa bolała go jak zepsuty ząb.

- Może robię się za stary do tego interesu.

Była to oczywista uwaga, którą każdy rzuca od czasu do czasu, szczególnie pod koniec ciężkiej zmiany, i Brian doskonale wiedział, że wcale nie jest za stary do tego interesu - mając czterdzieści trzy lata, wchodził w najlepszy wiek dla pilotów. Niemniej jednak dziś wieczór prawie w to nie wierzył. Boże, jaki jestem zmęczony, westchnął w duchu.

Rozległo się pukanie. Steve Searles, nawigator, obrócił się w fotelu i nie wstając, otworzył drzwi. Pojawił się w nich mężczyzna ubrany w zieloną bluzę American Pride. Wyglądał na pracownika obsługi, ale Brian wiedział, że to tylko pozory. Był to John (albo może James) Deegan, zastępca szefa operacyjnego American Pride na LAX.

- Kapitan Engle?

- Tak? - Włączyły się czujniki defensywne, a cyklop w głowie dostał fioła. Pierwszą myślą jaką podpowiedziała Brianowi nie logika, ale napięcie i zmęczenie, było, że zamierzają obarczyć go winą za nieszczelność kadłuba. Paranoja, oczywiście, ale był w paranoidalnym nastroju.

- Obawiam się, że przynoszę panu złe wieści, kapitanie.

- Chodzi o dekompresję? - Głos Briana był zbyt ostry i kilku pasażerów wychodzących drzwiami obok kabiny pilotów obróciło głowy, ale za późno zdał sobie z tego sprawę.

Deegan pokręcił głową.

- Chodzi o pańską żonę, kapitanie Engle.

Przez chwilę Brian nie miał zielonego pojęcia, o czym facet mówi, i tylko siedział, gapił się i czuł wyjątkowo idiotycznie. Wreszcie trybik zaskoczył. Oczywiście, Anne.

- Ona jest moją byłą żoną. Rozwiedliśmy się osiemnaście miesięcy temu. W czym rzecz?

- Zdarzył się wypadek - powiedział Deegan. - Może lepiej przejdzie pan do biura.

Brian spojrzał na niego z ciekawością. Po ostatnich trzech długich, ciężkich godzinach wszystko, co go teraz spotykało, wydawało się dziwnie nierealne. Przemknęło mu przez myśl, że to jakiś idiotyzm w rodzaju Ukrytej kamery, i już chciał powiedzieć Deeganowi, żeby się odpieprzył. Ale nie. Szarże w liniach lotniczych nie zajmują się dowcipami i robieniem kawałów, zwłaszcza kosztem pilotów, którym niedawno groził ciężki niefart w powietrzu.

- Co z Anne? - Brian usłyszał własny, pytający głos, tym razem cieplejszy. Kątem oka zauważył, że drugi pilot patrzy na niego z ostrożnym współczuciem. - Czy ma się dobrze?

Deegan spuścił wzrok na swoje wyglansowane buty i Brian zorientował się, że wieści są naprawdę bardzo złe, że z Anne jest co najmniej bardzo niedobrze. Zorientował się, ale nie mógł uwierzyć. Anne liczyła dopiero trzydzieści cztery lata, była zdrowa i ceniła sobie ostrożność. Nie raz i nie dwa myślał, że Anne jest jedynym kierowcą w Bostonie... może w całym stanie Massachusetts, który ma właściwie poukładane w głowie.

Teraz usłyszał siebie pytającego o coś innego. Właśnie tak. Jakby ktoś zainstalował się w jego mózgu i używał jego ust jako głośnika.

- Czy ona nie żyje?

John (albo James) Deegan rozejrzał się wkoło, jakby szukając wsparcia, ale blisko była tylko stewardesa, stojąca przy wyjściu. Życzyła pasażerom miłego wieczoru w Los Angeles i zerkała od czasu do czasu z niepokojem w kierunku kabiny pilotów, prawdopodobnie martwiąc się tym samym, czym poprzednio Brian - że z jakiegoś powodu załoga będzie obwiniona o dekompresję, która zamieniła ostatnie godziny lotu w koszmar. Deegan musiał działać na własną rękę. Znów spojrzał na Briana i kiwnął głową.

- Tak, obawiam się, że to prawda. Czy zechce pan pójść ze mną kapitanie Engle?



2

Kwadrans po północy Brian Engle zajmował miejsce w fotelu 5A rejsu 29 American Pride - usługi flagowej z Los Angeles do Bostonu. Za jakieś piętnaście minut rejs ten - znany transkontynentalnym pasażerom jako Przekrwione Oko - się rozpocznie. Brian przypomniał sobie wcześniejszą myśl, że jeśli nie LAX, to Logan jest najbardziej niebezpiecznym lotniskiem pasażerskim Ameryki. Dzięki feralnemu zbiegowi okoliczności będzie miał szansę w ciągu ośmiu godzin porównać oba miejsca: LAX jako pilot, Logan jako pasażer z bezpłatnym biletem.

Ból głowy, dużo gorszy niż podczas lądowania rejsu 7, wzrósł. Cyklop przeszedł na chwyt oburęczny.

„Pożar, pomyślał. Cholerny pożar. Co się stało z czujnikami dymu, na litość boską? To był zupełnie nowy budynek!”.

Rzadko wracał pamięcią do Anne przez ostatnie cztery czy pięć miesięcy. Podczas pierwszego roku samotności wydawało mu się, że myśli tylko o niej: co robi, jak się ubiera i, oczywiście, z kim się spotyka. Kiedy w końcu rana zaczęła się goić, poleciało to piorunem... jakby dostał zastrzyk jakiegoś antybiotyku przywracającego duszy życie. Dość naczytał się o rozwodach, żeby wiedzieć, jaki to zwykle środek przywraca życie: nie antybiotyk, ale inna kobieta. Innymi słowy: efekt odskoczni.

Brian nie znalazł innej kobiety - przynajmniej na razie. Kilka spotkań i jeden ostrożny kontakt seksualny (zaczął wierzyć, że wszystkie pozamałżeńskie kontakty seksualne w wieku AIDS są ostrożne), ale żadnej innej kobiety. Po prostu... rana zaleczyła się sama.

Brian obserwował współpasażerów wchodzących na pokład. Młoda blondynka szła z małą dziewczynką w czarnych okularach. Dłoń dziecka spoczywała na łokciu kobiety. Kobieta zamruczała do podopiecznej, ta spojrzała natychmiast w kierunku źródła głosu i Brian zrozumiał, że jest ślepa - wskazywał na to ruch głowy. Śmieszne, ile takie drobne gesty mogą zdradzić.

„Anne, pomyślał. Czy nie powinieneś myśleć o Anne?”.

Ale jego zmęczony umysł odbiegał od tematu Anne - Anne, jego byłej żony, Anne, jedynej kobiety, którą uderzył w gniewie, Anne, teraz martwej.

Mógłby wygłaszać odczyty dla rozwodników. Diabła tam, dla rozwódek też. Za temat miałby rozwód i sztukę przebaczania.

Czwarta rocznica ślubu wyznacza optymalny moment rozwodu, powiedziałby. Weźcie mój przypadek. Spędziłem następny rok w czyśćcu, zastanawiając się, ile jest w tym mojej winy, a ile jej, ile miałem lub nie miałem racji, przyciskając ją w sprawie dzieci - to była nasza Wielka Sprawa, nic dramatycznego jak narkotyki lub zdrada, tylko ta odwieczna męka: dzieci kontra kariera - a potem wszystko to jakby zostało zapakowane do błyskawicznej windy w mojej głowie. Anne też. I winda spadła.

Tak. Spadła. I przez ostatnie kilka miesięcy wcale nie myślał o Anne... nawet kiedy przychodził czas wypisania comiesięcznego czeku na alimenty. To była bardzo rozsądna, wyważona sumka; Anne sama wyciągała osiemdziesiąt tysięcy rocznie brutto. Wypłatę przygotowywał jego prawnik i była to tylko jeszcze jedna pozycja miesięcznego rozrachunku, mała pozycja, dwa tysiące dolarów, wciśnięta pomiędzy rachunek za elektryczność a kolejną ratę za mieszkanie.

Obserwował chudego nastolatka z futerałem na skrzypce pod pachą i w jarmułce na głowie idącego wzdłuż przejścia między fotelami. Chłopiec był równocześnie zdenerwowany i podniecony, wzrok zatopił daleko w przyszłość. Brian zazdrościł mu.

Wiele goryczy i gniewu narosło między nimi podczas ostatniego roku małżeństwa i wreszcie, cztery miesiące przed końcem, stało się: jego ręka usłuchała komendy „start!”, zanim głowa ostrzegła „nie!”. Nie lubił tego wspomnienia. Anne wlała w siebie za dużo na przyjęciu i dosłownie wpiła się w niego, kiedy dotoczyli się do domu.

Nie zawracaj mi tym głowy, Brian. Nie zawracaj głowy. Dość gadania o dzieciach. Jak chcesz wiedzieć, czy masz dobrą spermę, idź do lekarza. Moja praca to reklama, nie rodzenie bachorów. Mam tak dość tego twojego supermęskiego bicia piany...

Wtedy uderzył ją Mocno, otwartą dłonią w usta. Policzek uciął ostatnie słowo z brutalną precyzją. Spoglądali na siebie w tym mieszkaniu, w którym miała później umrzeć, bardziej wstrząśnięci i przestraszeni, niż mieli kiedykolwiek potem odwagę przyznać (poza może obecną chwilą, kiedy siedząc w fotelu 5A i obserwując pasażerów rejsu 29 wchodzących na pokład, przyznawał się; w końcu przyznawał się przed sobą samym). Dotknęła ust, które zaczęły krwawić. Wyciągnęła palce w jego kierunku.

„Uderzyłeś mnie”, powiedziała. Nie była zła, tylko zdumiona. To chyba pierwszy raz ktokolwiek ośmielił się w gniewie tknąć Anne Quinlan Engle.

„Tak, odrzekł. Zgadłaś. I powtórzę to, jak się nie zamkniesz. Nie będziesz już mnie chłostać tym swoim jęzorem, skarbie kochany. Lepiej załóż sobie kłódkę. Mówię to dla twojego własnego dobra. Tamte dni się skończyły. Jak chcesz w tym domu mieć kogoś do kopania, kup sobie psa”.

Małżeństwo kulało jeszcze przez kilka miesięcy, ale naprawdę skończyło się w momencie, w którym dłoń Briana weszła w krótki kontakt z kącikiem ust Anne. Został sprowokowany - Bóg wie, że został - ale nadal dałby wiele, żeby cofnąć tę jedną paskudną sekundę.

Kiedy ostatni pasażerowie wąskim strumykiem wpływali na pokład, myślał prawie obsesyjnie o perfumach Anne. Przypominał sobie ich zapach, ale nie nazwę. Co to było? Lissome? Lithesome? Lithium, na litość boską? Nieuchwytne, umykało pamięci. Doprowadzało do szaleństwa.

Lawnboy? Coś równie głupawego? *. [* Dosł. chłopak do koszenia trawy; kosiarka.]

„Och, przestań, powiedział zmęczonej głowie. Daj sobie z tym spokój”. „W porządku, zgodziła się głowa. Nie ma sprawy; mogę przestać. Mogę przestać, kiedy tylko zechcę. Może to było Lifebuoy? Nie - to mydło. Przepraszam. Lovebite? Lovelorn?”.

Brian zapiął pas, odchylił się w tył, zamknął oczy i wchłaniał zapach perfum, których nazwy nie mógł sobie przypomnieć.

Wtedy właśnie zagadnęła go stewardesa. Oczywiście. Brian Engle wyznawał teorię, że uczono je - na supertajnych kursach specjalizacyjnych, być może nazywanych „Dręczenie Trzódki” - żeby czekały, aż pasażer lub pasażerka zamknie oczy, zanim zaoferują się z jakąś wcale-nie-tak-ważną usługą. I oczywiście, mają czekać do uzyskania zupełnej pewności, że pasażer, pasażerka śpi, zanim obudzą go/ją, pytając, czy nie chce koca lub poduszki.

- Proszę wybaczyć... - zaczęła i urwała. Jej oczy przesunęły się od epoletów na ramionach czarnej marynarki Briana do leżącej na siedzeniu obok czapki z idiotyczną Jajecznicą”, jak nazywano w siłach powietrznych otok pilota.

Przegrupowała myśli i zaczęła jeszcze raz.

- Proszę wybaczyć, kapitanie. Czy nie ma pan ochoty na kawę lub sok pomarańczowy? - Brian z lekkim rozbawieniem spostrzegł, że zarumieniła się pod jego spojrzeniem. Wskazała stół na froncie przedziału klasy pierwszej, tuż poniżej małego prostokąta ekranu filmowego. Na stole stały dwa kubełki z lodem. Wysmukła zielona szyjka butelki wystawała z każdego. - Oczywiście, mamy również szampana.

Engle zastanowił się nad szampanem, ale tylko przez moment. (Love Boy, blisko, ale nie, to papieros).

- Nie, dzięki - powiedział. - I nie potrzebuję niczego podczas lotu. Zamierzam przespać całą drogę do Bostonu. Jak pogoda?

- Chmury na wysokości sześciu kilometrów od Wielkich Równin, przez całą trasę do Bostonu, ale to żaden kłopot. Lecimy na jedenastu. Och, i mamy zapowiedź zorzy polarnej nad pustynią Mojave. Może wtedy pana obudzić? Brian uniósł brwi.

- Żarty. Zorza polarna nad Kalifornią? I o tej porze roku?.

- Taką mamy prognozę.

- Ktoś zafundował sobie za dużo tanich prochów - powiedział Brian, a ona się roześmiała. - Raczej się zdrzemnę, dzięki.

- Proszę bardzo, kapitanie. - Zawahała się jeszcze przez chwilę. - Pan właśnie stracił żonę, prawda?

Cyklop z młotem ożywił się, ale Brian zmusił się do uśmiechu. Ta kobieta - na dobrą sprawę dopiero dziewczyna - nie chciała sprawić mu przykrości.

- To moja była żona, ale poza tym zgadza się. To ja.

- Bardzo panu współczuję.

- Dziękuję.

- Czy leciałam kiedyś z panem, sir? Uśmiech powrócił na krótko na jego twarz.

- Nie sądzę. Cztery ostatnie lata spędziłem na liniach zagranicznych. - I ponieważ wydało mu się to jakoś konieczne, podał jej dłoń. - Brian Engle.

Uścisnęła ją.

- Melanie Trevor.

Engle uśmiechnął się do niej jeszcze raz, potem odchylił się do tyłu, zamknął oczy. Pozwolił myślom odpłynąć, ale nie zasnął - ogłoszenia poprzedzające lot zaraz by go znów obudziły. Będzie dość czasu na sen, kiedy wzbiją się w powietrze.

Rejs 29, jak większość nocnych, wystartował punktualnie - to jedna z zalet na ich skąpej liście atrakcji. Samolot był to Boeing 767, zapełniony niewiele ponad połowę. W pierwszej klasie zasiadło kilku pasażerów. Żaden z nich nie wyglądał Brianowi na pijanego lub gotowego do rozróby. Dobrze się złożyło. Może naprawdę prześpi całą drogę do Bostonu.

Cierpliwie obserwował Melanie Trevor, kiedy wskazywała wyjście ewakuacyjne, demonstrowała sposób użycia maski tlenowej (tzw. złotego kubeczka) na wypadek nieszczelności kadłuba (procedura, którą nie tak dawno Brian sam rekapitulował w myśli i to raczej Pospiesznie), i sposób nadmuchania kamizelki ratunkowej leżącej pod fotelem. Kiedy samolot uniósł się w powietrze, podeszła do Briana i zapytała go znowu, czy nie przynieść czegoś do picia. Potrząsnął głową, podziękował, nacisnął guzik powodujący opuszczenie oparcia. Zamknął oczy i natychmiast zapadł w sen. Nigdy więcej nie ujrzał Melanie Trevor.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   54


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna