Tre metri sopra IL cielo”



Pobieranie 1,62 Mb.
Strona1/16
Data07.12.2017
Rozmiar1,62 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16

Federico Moccia

Tre metri sopra il cielo”

Tłumaczenie: Krystyna i Eugeniusz Kabatcowie

Wydawnictwo literackie MUZA SA 2005


Trzy metry nad niebem


1
Cathie ma najładniejszy tytek w Europie". Czerwone graf­fiti jaśnieje w całej swej zuchwałości na jednej z kolumn mostu przy Corso Francia.

Królewski orzeł w pobliżu, wyrzeźbiony tu dawno temu, z pewnością widział sprawce, ale nigdy go nie zdradzi. Tro­chę niżej, strzeżony przez drapieżne, marmurowe szpony, siedzi on.

Krótkie włosy, prawie na jeża, wysoko cieniowane od szyi ku górze, jak u amerykańskich marines. Kurtka marki Levi's, donna.

Kołnierz postawiony, marlboro w ustach, oczy ukryte za okularami Ray-Ban. Wygląda na twardziela, chociaż nie musi. Ma piękny uśmiech, lecz mało kto bywa nim obdarowany.

Dalej, na wiadukcie, kilka samochodów zatrzymuje się przed światłami, powarkując niecierpliwie. W równym rzędzie wyglądałyby jak przed startem do zawodów, gdyby nie były tak rozmaite. Jakaś pięćsetka, obok new beetle, potem micra, stare punto i bliżej niezidentyfikowany wóz amerykański.

Jest i mercedes 200, w którym delikatny palec o obgryzio­nym paznokciu naciska guziczek odtwarzacza CD. Boczne głośniki pioneera ożywają muzyką jakiejś grupy rockowej.

Wóz rusza razem ze wszystkimi. Ona też chciałaby wie­dzieć „Where is the love...". Czy naprawdę istnieje? Jednego jest natomiast pewna, wolałaby nie słyszeć swojej siostry, która - siedząc z tyłu - nalega: „Daj teraz Erosa, chcę po­słuchać Erosa".

Mercedes przejeżdża obok właśnie wtedy, gdy on kończy palić, a odrzucony zręcznym pstryknięciem i ruchem powie­trza niedopałek ląduje na ziemi. Chłopak schodzi po mar­murowych schodach, poprawia swoje lewisy 501 i wsiada na granatową hondę 750 custom. Jak za dotknięciem cza­rodziejskiej różdżki od razu jest wśród samochodów. Pra­wym adidasem zmienia biegi, to przyciska hamulec, to go zwalnia i pozwala nieść się tej potężnej maszynie jak wzno­szącej się fali.

Słońce podnosi się coraz wyżej, jest piękny poranek. Ona jedzie do szkoły, on jeszcze nie spał tej nocy. Dzień jak inne. Ale przed światłami on staje obok niej. I dlatego ten dzień nie będzie jak inne.

Czerwone.

On patrzy na nią. Okienko jest opuszczone. Pukiel popie­latych blond włosów odsłania na chwilę jej giętką szyję. Profil łagodny, choć wyrazisty, oczy błękitne i pogodne, słu­cha piosenki, marzycielsko przymrużone. Tyle spokoju, że czuje się poruszony.

- Hej!


Odwraca się w jego stronę, trochę zdziwiona. On uśmiecha się, jest blisko niej na tym swoim motorze, barczysty, ręce nazbyt opalone jak na połowę kwietnia.

- Nie przejechałabyś się ze mną?

- Nie, jadę do szkoły.

- To nie jedź, udaj, że wszystko jest jak zawsze, a ja cię zabiorę sprzed szkoły.

- Przepraszam - mówi, uśmiechając się sztucznie, na siłę. - Źle się wyraziłam. Nie mam ochoty jechać z tobą.

- Miałabyś niezłą zabawę...

- Wątpię.

- Rozwiązałbym wszystkie twoje problemy.

- Nie mam problemów.

- Teraz to ja wątpię.

Zielone.

Mercedes startuje ostro, gaśnie pewny siebie uśmiech chło­paka. Ojciec odwraca się do niej:

- Kto to był? Któryś z twoich przyjaciół?

- Nie, tato, jakiś kretyn.

Po paru sekundach honda znowu jest już obok. On chwyta ręką za okienko, dodając trochę gazu dla zrównania się z sa­mochodem, chociaż przy tej czterdziestce jego ramię nie mia­łoby większych problemów, żeby się utrzymać.

Jedynym, który ma jakiś problem, jest ojciec.

- Co wyprawia ten głupiec? Dlaczego jedzie tak blisko?

- Nie przejmuj się tato, ja się tym zajmę. Obróciła się do tamtego zdecydowanym ruchem.

- Słuchaj no! Czy ty naprawdę nie masz nic lepszego do roboty?

- Nie.


- To sobie znajdź.

- Już znalazłem i bardzo mi się to podoba.

- Co?

- Przejażdżka z tobą. Posłuchaj, wyskoczymy na Olimpikę, ostro posuniemy, potem ci zafunduję śniadanie, a potem odwiozę do szkoły. Przysięgam.



- Twoje przysięgi nic nie znaczą, prawda?

- Prawda - uśmiecha się. - Widzisz, jak dużo już o mnie wiesz? Zaczynam ci się podobać, no nie?

Ona śmieje się i potrząsa głową.

- No dobra, już wystarczy! - Wyjmuje ze skórzanej torby z napisem „Nike" książkę i otwiera ją. - Muszę zająć się moim prawdziwym problemem.

- Co to?

- Powtórka z łaciny.

- Myślałem, że coś o seksie.

Ona odwraca się z niesmakiem. Tym razem już się nie uśmiecha, nawet nie udaje.

- Zdejmij łapę z okienka.

- A gdzie mam ją położyć? Ona włącza automat.

- Nie powiem ci, bo tu jest mój ojciec. Szyba okienka zaczyna się podnosić. On czeka do ostatniej

chwili, wtedy cofa rękę.

- Zobaczymy się?

Nie zdąży! usłyszeć jej suchego „nie!". Odchyla się lekko w prawo, wchodzi w zakręt i gwałtownie przyspieszając, znika wśród samochodów. Mercedes nadal toczy się swoją drogą, teraz już spokojniej zmierza w kierunku szkoły.

- Ty wiesz, kto to był? - Głowa siostry wyrasta nagle między oparciami. - Nazywają go Dziesiątka z plusem.

- Dla mnie to tylko idiota.

Otwiera książkę do łaciny i zaczyna powtarzać sobie ab-lativus absolutus. W pewnej chwili przestaje czytać i patrzy przez okienko. Czy rzeczywiście łacina jest jej najważniej­szym problemem? Bo z pewnością nie to, o czym myśli ten facet. Co tam, w końcu nigdy już go nie zobaczy. Zdecydowa­nie wraca do książki. Samochód skręca w lewo, w stronę Falconieri.

- Jasne, nic mam żadnych problemów i więcej go nie zobaczę.

Nie wie, jak bardzo się myli. W obydwu sprawach.

2
Blady księżyc wznosi się wysoko pomiędzy ostatnimi ga­łęziami drzewa. Odgłosy miasta są dziwnie dalekie. Z jakie­goś okna dochodzą dźwięki powolnej i przyjemnej muzyki. Trochę niżej białe linie na korcie tenisowym lśnią w poświa­cie księżyca, a pusty basen smętnie oczekuje lata. Na pierw­szym piętrze osiedlowego domu jasnowłosa, niezbyt wysoka dziewczyna o niebieskich oczach i aksamitnej skórze niezde­cydowanie przygląda się sobie w lustrze.

- Czy potrzebna ci jest ta czarna elastyczna bluzeczka marki Onyx?

- Nie wiem.

- A granatowe spodnie? - pokrzykuje Daniela ze swojego pokoju.

- Nie wiem.

- A włożysz fusetxux?

Daniela stoi już w drzwiach, patrzy na Babi, na otwarte szuflady łóżka, na porozrzucane rzeczy.

- To ja to wezmę...

Daniela ogląda kilka kolorowych par butów firmy Superga leżących na podłodze, wszystkie numer trzydzieści siedem.

- Nie, tej nie rusz! Zależy mi na niej.

- A jednak ją sobie wezmę.

Babi podrywa się gwałtownie, biorąc się pod boki.

- Przepraszam! Ale ja sama jeszcze jej nie wypróbowałam!

- Mogłaś to zrobić wcześniej!

- A teraz mi ją rozciągniesz, co?

- Czyżby? Chyba żartujesz. - Daniela ironicznie przygląda się siostrze. - Zwracam ci uwagę, że przedwczoraj to ty wło­żyłaś moją elastyczną spódniczkę i teraz trzeba być jasno­widzem, żeby odgadnąć pod nią moje śliczne krągłości.

- To nie wina moich bioder. To Chicco Brandelli ją roz­ciągnął.

- Co? Chicco dobierał się do ciebie, a ty nic mi nie mówisz?

- Bo nie ma o czym.

- Nie wierzę, sądząc po mojej spódniczce.

- Tak się tylko wydaje... Co powiesz o tym granatowym żakiecie, a pod spodem bluzeczka różowobrzoskwiniowa?

- Nie zmieniaj tematu. Powiedz mi, jak poszło?

- Och, przecież wiesz, jak to wygląda w takich sytuacjach.

- Nie.

Babi patrzy na młodszą siostrę. To prawda, ona nie wie. Jeszcze nie może wiedzieć. Jest nazbyt okrągła, nie ma w so­bie nic szczególnego, co by zachęciło kogoś, by jej ściągnąć spódniczkę.



- No nic. Pamiętasz, jak przedwczoraj po południu po­wiedziałam mamie, że idę się uczyć do Palliny?

- Tak. No i...?

- No i poszłam do kina z Chicco Brandellim.

- I co?


- Ten film to nic wielkiego, ale i on, jak mu się dobrze przyjrzeć, też.

- Do rzeczy, do rzeczy. Jak to się stało, że spódnica się rozciągnęła?

- No cóż, film szedł już od dziesięciu minut, a on wciąż się kręci w swoim fotelu. Pomyślałam, że owszem, w tym kinie nie jest najwygodniej, ale Chicco najwyraźniej zaczy­na podryw. Po chwili przysuwa się trochę i kładzie rękę na moim oparciu... Co byś powiedziała, gdybym włożyła ten zielony komplet z guziczkami na przodzie?

- Mów dalej.

No więc z oparcia zszedł powolutku na ramię...

- A ty?


- Ja? Nic. Udawałam, że w ogóle tego nie zauważyłam. Gapiłam się na film, nic odrywając oczu od ekranu. A on wtedy przyciągnął mnie do siebie i pocałował.

- Chicco Brandelli cię pocałował? O rany!

- Co cię tak podnieca?

- Bo to wspaniały chłopak!

- Może, ale zbyt zarozumiały... I wciąż tak dba o swój wygląd, przegląda się w lusterku... Dobra, zaraz po przerwie zajął swoją pozycję wyjściową. Ale przedtem kupił mi rożek lodów Algidy. Wydało mi się, że film się zrobił się trochę lep­szy, pewnie z powodu lodów, tej górnej części z orzechami, genialne! Zagapiłam się, a on tymczasem zjechał z łapskami nisko, jak na mój gust. Próbowałam go odsunąć, ale on nic, uczepił się tej twojej granatowej spódniczki... No i wtedy się właśnie rozciągnęła.

- Ale świnia!

- Jasne. Wyobraź sobie, że nie chciał jej za nic puścić. A potem wiesz, co zrobił?

- Nie, co zrobił? .

- Rozpiął spodnie, wziął moją rękę i ciągnął ją tam do siebie. No, słowem, do tego swego...

- Nie! On naprawdę jest świnia! A potem?

- Potem musiałam poświęcić swoje lody. Wzięłam i żeby go uspokoić, wepchnęłam mu je w rozpięte spodnie. Gdybyś widziała, jak on skoczył!

- Brawo, siostrzyczko, brawo! Nie jesteś bynajmniej ciepłe

kluchy...

Wybuchają śmiechem. A potem Daniela, korzystając z we­sołości, jaka je opanowała, odchodzi z zielonym kompletem siostry.

Piętro wyżej, w swoim gabinecie, na miękkiej, kaszmirowo wzorzystej kanapie Claudio nabija fajkę. Bawi go ta uroz­maicająca czas czynność, ale tak naprawdę była ona wyni­kiem kompromisu. W domu nie może już palić swoich marl­boro. Żona, zawzięta tenisistka, i córki z przesadą dbające o zdrowie odbierały mu każdego zapalonego papierosa, prze­szedł więc na fajkę. „To doda ci klasy, wydasz się bardziej refleksyjny!", powiedziała Raffaella. Istotnie, pomyślał wtedy refleksyjnie, lepiej mieć w ustach ten kawałek drewna i pacz­kę marlboro w kieszeni, niż dyskutować z żoną.

Pykając z fajki, przelatuje po kanałach telewizyjnych. Wie już, gdzie się zatrzymać. Oto dziewczęta zstępują otwierają­cymi się na dwie strony schodami, podśpiewując jakąś głupią pioseneczkę i demonstrując swoje jędrne piersi.

- Claudio, jesteś gotowy? Natychmiast zmienia kanał.

- Oczywiście, skarbie.

Raffaella przygląda się mężowi. Claudio tkwi na swojej kanapie, wyraźnie tracąc kontenans.

- Zmień krawat; masz, włóż ten bordowy.

Raffaella wychodzi, nie pozostawiając miejsca na dyskusję. Claudio rozwiązuje swój ulubiony krawat. Potem na klawia­turze pilota naciska piątkę. Ale zamiast pięknych dziewcząt ma przed sobą jakąś biedną gospodynię domową, która żon­glowała literami alfabetu, próbując stać się bogata. Claudio zakłada na szyję bordowy krawat i całą swoją uwagę po­święca jego wiązaniu.

W małej łazience, która rozdziela pokoje dwóch sióstr. Daniela mocuje się z kredką do powiek. Koło niej pojawia się Babi.

- Co sądzisz?

Ma na sobie lekką różową sukienkę w kwiaty. Wcięta delikatnie w talii, spływa swobodnie, niewymuszenie na krągłe biodra dziewczyny.

- Jak wyglądam?

- Dobrze.

- A nie bardzo dobrze?

- Bardzo dobrze.

- No i lepiej, ale dlaczego nie powiesz „znakomicie"? Daniela wciąż zmaga się z linią, która ma być prosta i po­winna powiększyć jej oczy.

- Ja wiem? Kolor mi się nie podoba.

- No dobrze, ale pomijając kolor...

- Te poduszki na ramionach... Chyba za duże.

- No dobrze, zostawmy poduszki...

- Sama wiesz, że nie lubię kwiatów...

- Powiedzmy, że nie ma kwiatów.

- Aha, no to wyglądasz bardzo ładnie.

Babi wcale nie ucieszona taką odpowiedzią, zresztą sama nie wiedząc, co by tak naprawdę chciała usłyszeć, sięga po buteleczkę Caronne, którą kupiła w sklepie wolnocłowym, kiedy wracała z Malediwów. Wychodząc, szturchnęła Daniele.

- Ej, uważaj!

- To ty uważaj! Mnie niewiele trzeba, żeby ci podczernić oko. Jak ty się malujesz? ,

- Chciałam to zrobić dla Andrei.

- Jakiego Andrei?

- Palombiego. Poznałam go przed szkołą. Rozmawiał z Marą i Franccscą, tymi z czwartej. Kiedy one sobie poszły, powiedziałam mu, że jestem w tej samej klasie co one. Ile lat byś mi dała, jak się tak umalowałam?

- Hm, owszem, wydajesz się starsza. Wyglądasz co naj­mniej na piętnaście.

- Przecież ja mam piętnaście!

- Zetrzyj tutaj trochę.

Babi ślini sobie palec wskazujący, a potem masuje nim powieki siostry.

- Gotowe!

- A teraz?

Babi przygląda się siostrze, unosząc brwi.

- Hm, teraz to już wyglądasz na szesnastkę.

- Za mato.

- Dziewczęta, jesteście gotowe?

W drzwiach domu Raffaella włącza urządzenie alarmowe. Claudio i Daniela pospiesznie wychodzą, ostatnia wybiega Babi. Wszyscy wsiadają do windy. Tak zaczyna się wieczór. Claudio poprawia sobie krawat. Raffaella układa jeszcze wło­sy, szybkim ruchem prawej ręki odrzucając je do tyłu. Babi obgąga na sobie ciemny żakiet o podniesionych ramionach. Daniela jak zwykle przegląda się w lustrze i wie już, że za chwilę napotka wzrok matki.

- Czy nie jesteś za mocno umalowana? Daniela próbuje coś powiedzieć.

- Daj spokój, znowu jesteśmy spóźnieni.

Tym razem Raffaella widzi spoglądające na nią z lustra oczy Claudia.

- Czekałam na was, byłam gotowa już od ósmej.

W milczeniu mijają najniższe piętra. Do windy wciska się zapach duszonego mięsa, które przygotowuje żona portiera. To przypomnienie Sycylii miesza się przez chwilę z dziwną miksturą francuskich zapachów Caronne, Drakkaru i Opium.

- To pani Terranova, robi wspaniały gulasz w sosie pomi­dorowym.

- Daje za dużo cebuli - zdecydowanie ocenia Raffaella, która jakiś czas temu postawiła na kuchnię francuską, wy­wołując popłoch wśród wszystkich domowników i rozpacz sardyńskiej służącej.

Mercedes zatrzymuje się przed wejściem.

Raffaella pobrzękuje biżuterią, rym znakiem rocznic i świąt Bożego Narodzenia bardziej lub mniej radosnych, za to pra­wie zawsze kosztownych, zajmując miejsce obok kierowcy. Córki siadają z tyłu.

- Można wiedzieć, dlaczego nie stawiacie vespy bliżej przy ścianie?

- Jeszcze bardziej? Tato, znowu się czepiasz...

- Danielo, nie zwracaj się w ten sposób do ojca!

- Mamo, czy możemy jutro do szkoły pojechać vespą?

- Nie, Babi, na skuter jest jeszcze za chłodno.

- Przecież ma przednią szybę.

- Danielo...

- Oj, mamo, wszystkie nasze przyjaciółki...

- Chciałabym widzieć te wszystkie wasze przyjaciółki na vespach.

- Jeśli o to chodzi, to państwo Danieli kupili swojej córce peugeota, który, żebyś wiedziała, skoro tak się niepokoisz, wyciąga jeszcze więcej.

Portier, który nazywa się Fiore, podnosi szlaban. Merce­des cierpliwie, jak każdego wieczoru, czeka, aż ten długi me­talowy drąg w czerwone paski się uniesie. Claudio kiwa por­tierowi ręką, Raffaelli zależy tylko na tym, żeby szybciej zamknąć dyskusję.

- Jeśli w przyszłym tygodniu zrobi się cieplej, to zobaczymy. - Mercedes z zadrapaniem ną prawym bocznym lusterku ru­sza, wioząc odrobinę więcej nadziei na tylnych siedzeniach.

Portier powraca do swojego małego telewizorka.

- W końcu nie powiedziałaś mi, jak teraz wyglądam, w tym stroju?

Daniela przygląda się siostrze. Poduszeczki są jednak za szerokie, a w ogóle to wygląda w tym nazbyt poważnie.

- Doskonale.

Wiedziała przecież, czego jej trzeba...

- Nieprawda, poduszki są za szerokie i jestem za poważna, jak ty to mówisz. Jesteś kłamczucha i wiesz, co ci powiem? Będziesz za to ukarana, bo Andrea nawet nie zajrzy ci w oczy. To znaczy zrobi to, ale jesteś tak wysmarowana, że nie pozna cię i pójdzie sobie z Giulią!

Daniela chciałaby coś powiedzieć, przynajmniej na temat Giulu, swojej najgorszej przyjaciółki. Ale Raffaella ucina dyskusję.

- Dziewczęta, dość tego! Jeśli nie skończycie, odwiozę was do domu!

- Mam zawrócić? - pyta Claudio i uśmiecha się do żony wykonując kierownicą taki ruch, jakby chciał to zrobić Ale wystarcza mu jedno jej spojrzenie, by zrozumieć, że nie pora na żarty.

3
Zwinny i szybki, szybki jak noc. Światła i ich odbicie po­jawiają się i znikają w małych lusterkach jego motoru. Wpada na plac, zwalnia na tyle, żeby sprawdzić, czy z prawej nikt nie nadjeżdża, po czym na pełnym gazie skręca w Vigna Stelluti. I - Muszę go zobaczyć, a on już od dwóch dni się nie odzywa.

Ładna, ciemna dziewczyna o zielonych oczach i zgrabnym tyłeczku, wciśniętym w spodnie Miss Sixty, uśmiecha się do przyjaciółki, blondynki tego samego wzrostu, ale bardziej krągłej.

- Wiesz jak jest, Madda: nawet jeśli coś się wam przyda­rzyło, nie znaczy, że on już jest twój.

Siedzą na swoich skuterkach, palą mocne papierosy, stara­jąc się dodać tym sobie powagi i wyglądać na parę lat więcej.

- Nie w tym rzecz. Jego przyjaciele mówią, że on nigdy nie dzwoni, ma taką zasadę.

- O co chodzi? Że niby do ciebie jednak dzwonił?

- Właśnie.

- No cóż, może pomylił numery?

- Dwa razy?

Uśmiecha się zadowolona, że zamknęła usta wszechwie­dzącej przyjaciółce. Tamta jednak nie traci animuszu.

- Nie powinnaś ufać jego przyjaciołom. Widziałaś ich gęby?

Niedaleko od gawędzących przyjaciółek, z motorami potęż­nymi jak bicepsy ich właścicieli, stoją Pollo, Lucone, Hook, Siciliano, Bunny, Schello i jeszcze inni. Nieprawdopodobne imiona, trudne losy. Nic mają stałych zajęć. Niektórzy nie mają też grosza przy duszy; ale wszyscy są przyjaciółmi i ma­ją wspólne rozrywki. To wystarczy. Lubią jeszcze się kłócić, a okazji do tego nigdy nie brakuje. Zjeżdżają się tutaj, na plac Jacini, i przesiadują na tych swoich harleyach, na sta­rych trzystapięćdziesiątkach z czterema oryginalnymi tłumi­kami albo klasycznym rozwiązaniem: cztery w jednym, co jeszcze zwiększa hałas. Wyśnionych, wytęsknionych i wresz­cie zdobytych dzięki rodzicom nękanym prośbami. Albo łas­kawie obfitym kieszeniom jakiegoś młodego gamonia, który zostawił portfel w szufladce swojego Scarabeo czy wreszcie wewnętrznej kieszeni w kurtce od Henri Lloyda, aż nazbyt łatwej do wyczyszczenia podczas wielkiej przerwy.

Każdy z nich, jak posąg, z uśmiechem na twarzy, lecz mocny w gębie, ramiona silne, czasem z blizną po jakiejś bójce. John Milius szalałby za nimi.

Dziewczęta bardziej wyciszone, ale też uśmiechnięte, nie­mal wszystkie wymykające się z domu, rzekomo nocujące u przyjaciółek, które tymczasem są tu także, córki tego sa­mego kłamstwa.

Gloria, dziewczyna w granatowych fuseawc i bluzeczce w niebieskie serduszka, demonstruje swój wspaniały uśmiech.

- Wczoraj cudownie zabawiłam się z Dariem. Świętowali­śmy nasze pół roku bycia razem.

Sześć miesięcy, myśli Maddalena. A mnie wystarczyłby jeden... Wzdycha i marzycielsko poddaje się słowom przyja­ciółki.

- Byliśmy na pizzy u Buffetta.

- Nie mów, ja też tam byłam.

- O której?

- Ja wiem? Gdzieś koło jedenastej.

Nienawidzi tej dziewczyny, gdy jej przerywa. Zawsze znaj­dzie się ktoś lub coś, co psuje ci marzenia.

- No nic, wtedy już wyszliśmy. Ale zdecydujcie się w koń­cu, chcecie tego posłuchać?

Chóralne „taak" rozlega się z tych ust o dziwnych smakach lśniących pomadek owocowych i szminek kradzionych pod nieuwagę ekspedientki lub z matczynej łazienki, bogatszej częsio niż niejedna perfumeria.

- W pewnej chwili przychodzi kelner i przynosi mi ogrom­ny bukiet czerwonych róż. Dario uśmiecha się, a dziewczyny znad innych stolików patrzą na mnie z ciekawością i pewnie trochę zazdrosne.

Gotowa jest pożałować tych słów, gdyż wokół siebie widzi podobne spojrzenia.

- Przecież nie z powodu Daria, tylko róż! Pustawy śmiech łączy je znowu.

- Potem pocałował mnie w usta, wziął moją rękę i włożył mi na palec to.

Pokazuje przyjaciółkom pierścioneczek z małym, błękit­nym kamieniem, który połyskuje wesoło, niemal jak jej za­kochane oczy. Okrzyki zachwytu - „Przepiękny!" - kwitują pokaz tego skromnego pierścionka.

- Potem poszliśmy do mnie i kochaliśmy się. Moi starzy gdzieś wybyli, więc było bajkowo. On włączył Cremoniniego, wariuję, jak go słyszę. Potem rozłożyliśmy się na tarasie pod puchowcem i patrzyliśmy w gwiazdy.

- Dużo ich było? - Maddalena jest z pewnością największą romantyczką w grupie.

I - Całe mnóstwo! Nieco dalej słychać inną wersję.

- Ej, wczoraj zniknąłeś gdzieś na cały wieczór...

Hook. Przepaska na oku, na stałe. Włosy kręcone, długie, trochę rozjaśnione na końcach, upodabniałyby go do anioł­ka, gdyby nie to, że był, o czym wszyscy wiedzieli, z piekła rodem.

- No więc gadaj, co robiłeś wczoraj wieczorem?

- Nic takiego. Poszedłem z Glorią coś zjeść do Buffetta, a potem, ponieważ nie było jej starych, poszliśmy do niej i pofiglowaliśmy trochę. Zwyczajnie, nic specjalnego... A wi­dzieliście, jak przerobiono Pandę? Dario próbuje zmienić temat, ale Hook nie ustępuje.

- Co trzy, cztery lata przerabiają wszystkie lokale... Ale czemuż to nam nie daliście znać?

- Wyszliśmy niewiele myśląc, ot tak, bez zastanowienia.

- Dziwne. Ty raczej nic nie robisz bez zastanowienia.

Ten ton nie zapowiada niczego dobrego. Inni to zauwa­żają. Pollo i Lucone przestają kopać pogniecioną puszkę. Uśmiechają się i podchodzą bliżej. Schello zaciąga się moc­niej papierosem i po swojemu krzywi się ironicznie.

- Zrozumcie, chłopcy, wczoraj Gloria i Dario mieli swoje półrocze, i on chciał to świętować sam.

- Nieprawda!

- Czyżby? Widziano cię, jak jadłeś pizzę. A czy to prawda, że chcesz pracować na swoim?

- Właśnie, mówią, że chcesz otworzyć kwiaciarnię.

- Uau! - Wszyscy zaczynają go poklepywać i grzmocić po plecach, a Hook zakłada mu nelsona i kostkami zaciśniętej pięści jeździ mu po głowie.

- Delikatny chłoptyś...

- Rany! Zostawcie mnie...

Ale wszyscy już zwalili się na niego, śmiejąc się po wariac­ku i niemal dusząc w swoich napakowanych anabolikami ramionach. A Bunny szczerzy te swoje dwa wielkie, wysu­nięte do przodu zęby, z powodu których tak go z angielska nazwano, i pokrzykuje bez opamiętania: „Weźmy Glorię, weź­my Glorię!".

Błękitne all stary z czerwoną gwiazdką na środku gumki obejmującej kostkę zręcznie zsuwają się z vespy na ziemię. Ale Gloria zdążyła zrobić ledwie kilka kroków, już zostaje pochwycona i uniesiona przez Siciliana. Jej jasne włosy two­rzą dziwny kontrast z podbitym okiem chłopca i jego źle zszytą brwią, z nosem zmiażdżonym i miękkim, bo pozbawionym kruchej chrząstki przez lewy prosty sprzed kilku miesięcy zaliczony w winiarni Fiermonti.

- Zostaw mnie, proszę. Przestań.

Schello, Pollo, Bunny są już obok i udają, że chcą mu pomóc podrzucić te ładnie skomponowane pięćdziesiąt pięć kilo, obmacując ją tymczasem gdzie tylko się da.

- Przestańcie, u licha! Nadbiegają inne dziewczęta.

- Dajcie jej spokój!

- Zamiast świętować z nami, wystawili nas do wiatru. No to zorganizujemy im święto teraz, po naszemu.

Znowu podrzucają Glorię do góry, śmiejąc się i dowcipkując.

Dario, choć trochę niższy od innych i jedyny, który kupuje róże, rozpycha ich gwałtownie. Chwyta Glorię za rękę, kiedy spada, i ostania ją.

- Dość już, zostawcie ją!

- A jeśli nie?

Siciliano uśmiecha się i staje przed nim na szeroko roz­stawionych nogach. Dżinsy, nieco jaśniejsze i jakby wytarte na udach, napinają się. Gloria wychyla się do połowy zza pleców Daria. Do tej pory powstrzymywała łzy, teraz po­wstrzymuje też oddech.

- Bo jeśli nie, to co będzie? Dario patrzy przeciwnikowi w oczy.

- Zejdź mi z drogi. Czego, kurwa, chcesz? Zawsze musisz

cyrk robić? Z ust Siciliana znika uśmiech.

- Coś powiedział?

Narasta w nim wściekłość. Dario zaciska pięści. Aż za­trzeszczą stawy w palcach. Gloria zamyka oczy. Schello zamiera z papierosem w ustach. Zapada cisza... Rozrywa ją nagły ryk motoru. To Step nadjeżdża na pełnym gazie. Kładzie się na zakręcie, rwie do przodu i po chwili hamuje w środku grupy.

- No jak? Co fajnego się robi?

Gloria wreszcie oddycha. Siciliano jeszcze patrzy na Daria. Lekki uśmieszek rozładowuje sytuację, na razie.

- Nic fajnego. Step. Za dużo się gada, a za mało się robi.

- Masz ochotę rozruszać się trochę?

Podpórka maszyny strzela jak nóż sprężynowy i wbija się w ziemię. Step zeskakuje z siodełka i zdejmuje kurtkę.

- Przyjmuje się współzawodników.

Podchodzi do Schella, obejmuje go i wyjmuje mu z rąk dopiero co otwartego heinekena.

- Cześć, Sche'.

- Cześć.


Schello uśmiecha się szczęśliwy, że został uznany za przy­jaciela, a trochę mniej, że nie ma już piwa.

Kiedy po długim hauście Step spuszcza głowę, jego oczy napotykają spojrzenie Maddaleny.

- Cześć.

Jej miękkie usta, blade, jasnoróżowe, ledwie się poruszają, gdy wymawia cicho słowa powitania. Białe, drobne i rów­niutkie zęby nabierają światła, kiedy tymi swoimi zielony­mi oczyma stara się przekazać mu całą swą miłość - ale to na nic. Tego nie da się wytrzymać. Step podchodzi do niej, zaglądając jej w oczy. Ona patrzy na niego jak urzeczona, nie może wprost oderwać od niego wzroku, ruszyć się, zrobić czegokolwiek, zatrzymać swe małe, oszalałe serce, które gra solówkę jak sam Clapton.

- Potrzymaj mi to.

Odpina daytonę na metalowej bransolecie i przekazuje ze­garek w ręce dziewczyny. Maddalena odprowadza go wzro­kiem, a potem czule podnosi zegarek do ucha. Słyszy cichy szmer, który pamięta sprzed paru dni, dochodzący nocą spod jego poduszki, gdy on spał, a ona przyglądała mu się w mil­czeniu. Wydawało jej się wtedy, że czas się zatrzymał.

Step zręcznie wdrapuje się na dach nad Lazzareschim, omijając bramę kina Odeon.

- No, kto idzie? Czy potrzebne jest pisemne zaproszenie? Siciliano, Lucone i Pollo nie dają się długo prosić. Jeden

po drugim, ze zwinnością małp, choć w kurtkach marki Avi-rex zamiast futer, dostają się na dach. Wszyscy po kolei dokonują tego wyczynu, ostatni jest Schello, złamany w pół z trudem łapie oddech.

- Ja pierdzielę, ale jestem wykończony... Będę sędzią! - Pociąga łyk heinekena, którego w jakiś cudowny sposób udało mu się uratować podczas wspinaczki, dla jednych dzie­cinnie prostej, dla niego trudnej, niczym alpinistyczne wy­czyny Messnera.

Sylwetki kolegów rysują się w wieczornym półmroku.

- Gotowi? - Schello krzyczy, unosząc szybko rękę. Trochę piwa wylewa się z puszki i obryzguje stojącą na dole Valentinę, ładną brunetkę z wysoko upiętym końskim ogonem, która niedawno związała się z Gianlu, przysadzistym chłopa­kiem, synem bogatego krawaciarza.

- Kurwa! - wykrzykuje dziewczyna, a jej ostra reakcja zabawnie kontrastuje z eleganckim wyglądem. - Może byś uważał, co?

Dziewczyny śmieją się, otrzepując krople, które spadły i na nie. Na dachu dziesięć sprawnych, umięśnionych ciał goto­wych do startu. Ręce wyciągnięte przed sobą, twarze skupio­ne, piersi na wdechu.

- Jazda! Raz! - krzyczy Schello i wszystkie ramiona zgi­nają się bez trudu. Milczący, jeszcze na luzie, opadają bez pośpiechu na zimny marmur. - Dwa! - Znowu w dół, szyb­ciej, bardziej zdecydowanie. - Trzy!

Jeszcze raz, jak przedtem i jeszcze szybciej niż przedtem. - Cztery! - Ich twarze, odrealnione grymasem wysiłku, opa­dają w dół równocześnie. Łatwo, szybko, niemal dotykają ziemi zmarszczonymi nosami, by potem znowu szarpnąć się do góry. - Pięć! - krzyczy Schello i pociągnąwszy po raz ostatni z puszki, podrzuca ją nad sobą. - Sześć! – Trafia puszkę nożycowym kopnięciem. Ta wylatuje wysoko, a po­tem jak spadająca gołębica ląduje wprost na vespie Valentiny.

- Co za dupek! - wola Valentina. - Ja się stąd wynoszę! Dziewczyny wybuchają śmiechem.

Gianluca, jej chłopiec, przerywa swoje ćwiczenie i zeska­kuje z dachu.

- Nie, Vale, nie rób tego!

Bierze ją w ramiona i stara się zatrzymać, co mu się w koń­cu udaje za pomocą ciepłego pocałunku, którym gasi jej gniewne słowa.

• - No dobrze, ale powiedz coś do słuchu temu...

- Osiem! - Schello tańczy na dachu, machając wesoło rękami.

- Panowie, jeden wysiadł, bo mu się kobieta wkurzyła. Ale zawody trwają!

- Dziewięć! - Wszyscy się śmieją i już rozgrzani „pompu­ją" rytmicznie. Gianluca patrzy na swoją Valentinę.

- Co mam powiedzieć takiemu? - Bierze jej twarz w swo­je ręce. - Skarbie, wybacz mu, on nie wie, co czyni. - Wyka­zuje pewną znajomość wiedzy religijnej, ale małą życiowej, skoro podejmuje paktowanie z nią przy innych dziewczętach.

Głos Siciliana z silnym akcentem charakterystycznym dla stron, z których pochodził i które obdarzyły go oliwkową cerą oraz przydomkiem, rozbrzmiewa na placu.

- Hej, Sche', żywiej trochę, bo usypiam!

- Dziesięć!

Step lekko schodzi w dół. Krótka niebieska koszulka nie zasłania jego ramion. Mięśnie ma nabrzmiałe. W żyłach krew pulsuje mocno, ale wciąż niespiesznie, spokojnie. Nie jak kiedyś. Tamtego dnia, gdy jego młode serce zaczęło bić szyb­ko, jak zwariowane.

4
Dwa lata wcześniej. Dzielnica Fleming. Jakieś popołudnie. Byłoby zupełnie nijakie, gdyby nic chodziło o jego nowiutką, jak spod prasy, vespę, jeszcze niedotartą, jeszcze niewzmocnioną. Step właśnie ją wypróbowuje; przejeżdża koło Caffe Fleming, kiedy słyszy, że ktoś go woła:

- Cześć, Stefano!

To Annalisa, ładna blondyneczka, którą poznał u Pipera. Idzie mu naprzeciw, Stefano zatrzymuje się.

- Skąd się tu wzięłaś!

- Byłam u kolegi, uczyliśmy się razem, a teraz wracam do domu.

W tej samej chwili ktoś za jego plecami zrywa mu czapkę z głowy.

- Masz dziesięć sekund, żeby stąd zniknąć. To niejaki Poppy, mocny facet, starszy od niego. Trzyma ręku jego czapkę. W tej dzielnicy takie mają wszyscy. Kolorowe, ręcznie robione na drutach zazwyczaj przez jakąś dziewczynę. Tę podarowała mu matka, bo dziewczyny jesz­cze nie ma.

- Słyszałeś? Wynocha!

Annalisa rozgląda się i widząc, na co się zanosi, zawraca. Stefano schodzi z vespy. Grupa Poppy'ego jest już obok. Śmiejąc się, przerzucają czapkę z rąk do rąk. Aż powraca do Poppy’ego.

- Oddaj mi ją.

- Słyszeliście? Twarda sztuka. „Oddaj mi ją." - Poppy przedrzeźnia chłopaka, wywołując rechot swoich kumpli.

- A jeżeli nie, to co? Zbijesz mnie? Chodź, zbij mnie. No, śmiało!

Zbliża się: ręce ma opuszczone, głowę odchyloną do tyłu. Wolną ręką wskazuje podbródek.

- No już, wal mnie tutaj!

Stefano patrzy na niego. Wściekłość go zaślepia. Ale nim podniesie rękę, by uderzyć, zostaje zablokowany od tyłu. Poppy odrzuca czapkę do stojącego najbliżej kolegi i mocnym ciosem trafia Stepa w prawe oko, rozcinając mu brew. Wtedy ten, który przytrzymywał go za ręce, popycha chłopca na żaluzję Caffe Fleming, zamkniętą przed czasem w przewi­dywaniu najgorszego. Rozlega się trzask blachy, a kumple Popp/ego zaczynają bić chłopca najpierw od tyłu, a potem, odwróciwszy go, od przodu. Oszołomiony, przyciśnięty do ściany, próbuje się osłonić przed ciosami, ale nie na wiele to się zdaje. Poppy unieruchamia go chwytem za szyję i kilka razy uderza głową. Stefano, wciąż przytrzymywany przez silne ręce, nic jest w stanie odrzucić go od siebie. Czuje krew spływającą z nosa i słyszy kobiecy krzyk:

- Dosyć, przestańcie, zabijecie go!

To pewnie Annalisa, myśli. Usiłuje bronić się kopniakami, ale nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Ciągle jeszcze czuje uderzenia, ale nie czuje już bólu.

Pojawiają się dorośli, jacyś przechodnie, właścicielka baru. „Wynoście się stąd, wynoście!". Odciągają całą zgraję za kurt­ki, za koszulki, szarpią, niemal zrywając ubrania z rozgrza­nych grzbietów. Stefano osuwa się powoli na ziemię, przysiada na stopniu, opiera się plecami o żaluzję. Jego vespa jest przed nim, na ziemi, jak on. Boczna skrzynka pewnie się pogniotła. Szkoda. A tak na nią uważał, kiedy wyjeżdżał z bramy.

- Źle się czujesz, chłopcze? - Jakaś ładna pani pochyla się nad nim.

Stefano zaprzecza ruchem głowy. Jego czapka zrobiona przez matkę też jest, tak jak on, na ziemi. Annalisa odeszła z tamtymi. Mamo, ale twoją czapeczkę jeszcze mam.

- Proszę, pij. - Ktoś podaje mu wodę. - Pij ostrożnie. Dra­nie! Miejscowa łobuzeria. Znam ich, to zawsze ci sami. Niero­by, całymi dniami przesiadują w tym barze.

Stefano wypija resztkę wody. Uśmiechając się z trudem, dziękuje jakiemuś panu i oddaje mu pustą szklankę. Sami nieznajomi. Próbuje wstać, ale nogi przez chwilę nie chcą go utrzymać. Ktoś to zauważa i oferuje pomoc.

- Jesteś pewien, chłopcze, że dobrze się czujesz?

- Dobrze się czuję, naprawdę. Dzięki. Stefano otrzepuje spodnie. Są nieźle zakurzone. Wy­ciera nos koszulką, która i tak jest już w strzępach. Głę­boko oddycha. Wciska na głowę czapkę i włącza silnik vespy.

Biały, gęsty dym z wielkim hałasem uchodzi z rury wydechowej. Tłumik jest skrzywiony. Prawa boczna osłonka drga jej niż zwykle. Jest zgnieciona. Stefano wrzuca pierwszy i patrzy na rozchodzących się ludzi, po czym puszcza sprzęgło. Już nie oglądając się za siebie, zjeżdża w dół. Wspomnienia.


Trochę później, w domu.

Stefano otwiera cicho drzwi i stara się przejść do swojego pokoju tak, żeby go nie usłyszano. Ale parkiet w salonie go zdradza.

- To ty, Stefano?

Sylwetka matki rysuje się w drzwiach gabinetu.

- Tak, mamo, idę do łóżka. Matka w półmroku podchodzi trochę bliżej.

- Wszystko w porządku, Stefano?

- Tak, mamo, w zupełnym porządku.

Stefano chce dojść do korytarza, zanim matka zapali świat­ło. Ale matka jest szybsza i włącza światło w salonie. Stefano zatrzymuje się w nim, jakby uwieczniony na fotografii.

- Boże! Giorgio, chodź szybko, proszę!

Pojawia się ojciec, a matka wyciąga rękę do podbitego oka Stefana.

- Co ci się stało, synu?

- Nic, spadłem z vespy. - Stefano cofa się przed ręką mat­ki. - Aj, mamo, to boli.

Ojciec dostrzega na nim ślady bijatyki, siniaki, podarte ubranie, brudną czapkę.

- Powiedz prawdę, pobili cię?

Ojciec jest człowiekiem, który zawsze zauważa szczegóły. Stefano opowiada zatem, jak mniej więcej wyglądało całe zajście, a matka, która nie rozumie, że w wieku lat szesnastu można już mieć swoje zasady, mówi:

- Dlaczego nie dałeś mu czapki? Zrobiłabym ci nową. Ojca teraz interesuje poważniejsza sprawa.

- Stefano, tylko nie kręć: tu nie poszło o politykę, prawda? Wezwano lekarza rodzinnego, który zaaplikował mu po

prostu aspirynę i posłał do łóżka. Przed zaśnięciem Stefano postanawia: nikt mu już w życiu nie dołoży. Kto spróbuje, marnie skończy.


W sekretariacie, po drugiej stronie lady, kobieta z plomiennoczerwonymi włosami, trochę za długim nosem i wypuk­łymi oczami. Z pewnością nie piękność.

- Cześć, chcesz się zapisać?

- Tak.

- Owszem, może ci się przydać - mówi, zerkając na jego jeszcze podsiniaczone oko. Nie jest nawet sympatyczna. Sięga po kartę zgłoszeniową.



- Nazwisko?

- Stefano Mancini.

- Wiek?

- Siedemnaście, dwudziestego pierwszego lipca skończę siedemnaście lat.



- Ulica?

- Francesco Benzuacci trzydzieści dziewięć. - Potem recytu­je - trzy-dwa-dziewięć-dwadzieścia siedem-cztemaście, uprze­dzając w ten sposób następne pytanie. Kobieta podnosi głowę: - To numer telefonu, prawda?

- Pewnie, że nie numerki do gry w wideopokera. Kobieta przez chwilę patrzy na niego wypukłymi oczami,po czym kończy wypełniać zgłoszenie.

- Razem sto czterdzieści pięć euro. Sto wpisowego i czter­dzieści pięć miesięcznej opłaty. Stefan kładzie pieniądze na blacie. Kobieta wkłada je do saszetki z zamkiem błyskawicznym i zamyka w pierwszej szufladzie, potem przykłada pieczątkę do nasyconej tuszem gąbki i z rozmachem uderza w legity­mację: Budokan.

- Płaci się na początku każdego miesiąca. Szatnia jest na dole. Zamykamy o dziewiątej wieczorem.

Stefano wkłada do kieszeni portfel, w którym jest już no­wa legitymacja zamiast stu czterdziestu pięciu euro.


- Dotknij, dotknij tutaj, czujesz? Żelazo. Co ja mówię, stal!

Lucone, krępy, niski chłopak o sympatycznej twarzy po­kazuje mocny biceps, ale jeszcze nieukształtowany.

- Chrzanisz! To jest coś takiego, że jak cię nakłuję szpilką, to znikniesz.

Pollo poklepuje się po ramionach, aż echo niesie.

- To jest dopiero coś prawdziwego: wysiłek, pot, befsztyki, to, co ty masz na sobie, to wszystko woda.

- Ale w końcu jesteś dzieciak, drobniutki jesteś.

- Dobra, ale z tej pozycji wycisnąłem właśnie sto dwadzie­ścia. A ty ile robisz?

- Zaraz. No coś ty, żartujesz, kurwa? Robię dwa razy jakby nigdy nic, patrzysz?

Lucone wsuwa się pod sztangę. Rozsuwa ramiona, chwyta drążek i mocnym ruchem wyciska ciężar. Opuszcza powoli, patrzy na sztangę pod brodą, bliziutko, o centymetry, i wtedy ponownym pchnięciem, mocnym, napinającym wszystkie mięśnie, wyrzuca ciężar do góry.

- Raz!


Potem opuszcza ostrożnie, opiera na piersi, by za chwilę znowu wypchnąć nad siebie. - Dwa! A mógłbym jeszcze zwiększyć ciężar. Pollo trzyma go za słowo.

- Naprawdę? No to spróbuj z tym.

Nim Lucone zdąży odłożyć sztangę na stojaki, Polo wsuwa mu na gryf dwuipółkilogramowy krążek. Sztanga zaczyna przechylać się na prawo.

- Co ty wyrabiasz? Zdumiałeś, kurwa?

Lucone stara się zatrzymać miażdżący go ciężar, ale mięś­nie się poddają. Sztanga opada i całym ciężarem przygniata mu piersi.

- Zdejmij to ze mnie, kur... Duszę się... Pollo śmieje się do rozpuku.

- Co jest! Mam dołożyć drugi krążek? Wsunąłem ci jeden i już wysiadasz? Zupełnie się rozsypałeś. Wypchnij go, no pchaj! Na co czekasz?

Ryczy mu prosto w nos, zanosząc się od śmiechu.

- Zabierz tę cholerną sztangę! - Lucone robi się fioletowy ze złości i z braku tchu.

Dwaj młodsi chłopcy ćwiczący w pobliżu wahają się. Ale widząc, że Lucone naprawdę zaczyna się dusić i nie może zdjąć z siebie sztangi, decydują się mu pomóc.

Pollo zatacza się ze śmiechu, rzuca się na ziemię i wali dłońmi w podłogę. Ale gdy ze łzami w oczach podnosi głowę, widzi wściekłego kolegę nad sobą. Młodsi chłopcy uwolnili go od ciężaru.

- O kurde, jak to zrobiłeś? - ryczy Pollo i rzuca się do ucieczki. Nie przestaje się przy tym śmiać, potyka się o sztan­gę. Lucone goni go, pokasłując.

- Kości ci połamię, zamorduję! Tak cię zaprawię krążkiem, że skrócę o głowę, skarlejesz do reszty!

Gonią się szaleńczo po całej sali, slalomem między urzą­dzeniami, kręcą się wokół kolumn, gwałtownie się zatrzy­mując, by znowu startować do biegu. Pollo stara się przy­hamować rozpęd przyjaciela, rzucając w niego gumowymi krążkami, które skaczą po ziemi, ale tamten omija zręcznie wszelkie przeszkody, nic nie jest w stanie go zatrzymać. Pol­lo ucieka na schody prowadzące do damskiej przebieral­ni, potrąca dziewczynę, która wpada na drzwi. Otwiera się widok na grupę nagich kobiet, przebierających się do aero­biku, które od razu podnoszą wrzask. Lucone zatrzymuje się w zachwycie, przyglądając się tym pełnym ciepła ciałom o miękkich, zaróżowionych wzgórzach. Pollo natychmiast zawraca. ,

- O kurde, nie wierzę, ale raj...

- Wynoście się do diabła!

Jedna z dziewcząt, nieco bardziej okryta, biegnie do drzwi, zamyka je im przed nosem. Przyjaciele stoją chwilę w mil­czeniu.

- Widziałeś tę w głębi na lewo, jakie miała cycki?

- A tę pierwszą z prawej... z takim tyłkiem, byś wyrzucił? Pollo kręci głową i bierze przyjaciela pod ramię.

- Nie do wiary, co? Jasne, że nie! Nie wyrzuciłbym choćby dlatego, że nie jestem takim pedziem jak ty!

Stefano wczytuje się w swój plan ćwiczeń. Wręczył mu go Franco, instruktor zatrudniony na siłowni.

- Zaczynasz czterema seriami otwarcia - pouczał. - Ko­rzystasz z ławki. Wkładasz krążki po pięć kilo, musisz się rozciągnąć i otworzyć trochę, chłopcze. Im mocniejszą bę­dziesz miał podstawę, tym lepiej możesz budować wyżej.

Nie trzeba mu tego powtarzać.

Stefano wyciąga się na wyprofilowanej ławie i zaczyna. Najpierw bolą go ramiona, a ciężar sztangi wydaje mu się ogromny. Robi po kolei ćwiczenia boczne, opuszcza sztangę aż do ziemi, potem wyciska wysoko nad sobą. Następnie . przenosi ją za głowę. Cztery takie serie każdego dnia, tydzień po tygodniu. I po pierwszych kilku tygodniach już czuje się lepiej: plecy mniej bolą, ramiona jakby się poszerzyły. Nogi są mocniejsze, rozrasta się klatka piersiowa. Zmienia sposób odżywiania się. Rano koktajl mleczno-owocowy z proteinami w proszku, jajko, mleko, wątróbka z dorsza. Na obiad trochę makaronu, krwisty befsztyk, drożdże piwne i kiełki zbożowe. Wieczorem siłownia. Zawsze. Zmieniając ćwiczenia, raz pra­cując nad górną częścią ciała, raz nad dolną. Mięśnie wprost szaleją. Wypoczywają, jak przystało na dobrych chrześcijan, tylko w niedzielę. W poniedziałek znowu się zaczyna. Parę kilo więcej, tydzień po tygodniu, krok po kroku, stąd nazy­wają go z angielska: Step. Stal się przyjacielem Polla i Lucone, a także wszystkich innych chłopaków z siłowni.

Pewnego dnia, gdzieś po dwóch miesiącach, zjawia się Siciliano.

- Hej, kto ma ochotę wygrać ze mną?

Siciliano jest jednym z pierwszych członków Budokanu. Duży, silny, nikt nie chce z nim rywalizować.

- Co jest, do cholery, zapraszam was do skoku na bank? Chcę tylko z kimś poćwiczyć.

Pollo i Lucone nie odpowiadają, wolą ćwiczyć ze sobą. Rywalizacja z Siciliano zawsze kończy się awanturą. Jeśli grasz, bez końca będzie się z ciebie nabijał, jeśli wygrasz, hmm... nie wiadomo, co się może wydarzyć. Nikomu jak dotąd nie udało się zwyciężyć Siciliana.

- Naprawdę nie ma nikogo w tej gównianej siłowni, kto nie miałby ochoty zrobić ze mną parę pompek? Siciliano rozgląda się dokoła.

- Ja jestem!

Odwraca się. Przed nim stoi Step. Siciliano ogląda go od góry do dołu.

- Okej, chodźmy!

Udają się do małego pomieszczenia obok. Siciliano zdejmuje kurtkę z felpy, ujawniając mocno umięśnioną klatkę Wsiową i dobrze rozwinięte ramiona.

- Jesteś gotów?

Siciliano przyjmuje pozycję wyjściową. Step, naprzeciwko również. Zaczynają robić pompki. Step wytrzymuje, ile się da. W końcu, całkowicie wyczerpany, pada na ziemię. Siciliano robi jeszcze pięć szybkich pompek, po czym podnosi się klepie Stepa po ramieniu.

- Brawo, chłopie, nieźle ci idzie. Te ostatnie zrobiłeś tym - zauważa i pstryka go przyjacielsko w czoło.

Step uśmiecha się: nie zakpił z niego. Wszyscy wracają do swoich ćwiczeń. Step rozmasowuje sobie obolałe ramiona, nie ma sprawy, no problem, Siciliano jest o wiele silniejszy, jeszcze za wcześnie na rywalizację.

5
Podobny dzień. Tylko osiem miesięcy później.

Poppy i jego przyjaciele zabawiają się przed Caffe Fle­ming, śmieją się i żartują, popijając piwo. Ktoś je świe­żą, jeszcze parującą pizzę, zlizując ściekający po bokach sos pomidorowy. Ktoś inny pali papierosa. Kilka rozbawio­nych dziewcząt słucha opowieści swego nader żywo gesty­kulującego kolegi o tym, jak pokłócił się z szefem: został zwolniony, ale wreszcie miał prawdziwą satysfakcję, kiedy rozbijał w lokalu wszystkie butelki, a pierwszą w sposób szczególny.

- Wiecie, co zrobiłem? Tak mnie wkurzył, że zamiast zło­żyć wymówienie, rąbnąłem go butelką w łeb!

Jest tu również Annalisa. Tamtego wieczoru, kiedy Stefano został pobity, nie zadzwoniła do niego, później też się nie odezwała. Ale to nieważne. Step nie ma zwyczaju cierpieć z powodu samotności. Od tamtego spotkania nic miał z nimi żadnych kontaktów. Dlatego był trochę niespokojny, kiedy tego dnia postanowił ich odszukać.

- Poppy, przyjacielu, jak się masz?

Poppy przygląda się facetowi tak pewnie zbliżającemu się do niego. Jest coś znajomego w tych oczach, kolorze włosów, rysach twarzy, ale nie może go sobie przypomnieć. Dobrze zbudowany, szerokie ramiona, mocna klatka piersiowa. Step, widząc jego pytające spojrzenie, uśmiecha się do niego uspo­kajająco.

- Dawno się nie widzieliśmy, co? Jak ci leci?

Przyjaźnie obejmuje go ramieniem.

Siciliano, Pollo i Lucone cieszą się, że mogą mu towarzyszyć, i włączają się do grupy. Annalisa jeszcze się uśmiecha, kiedy napotyka spojrzenie Stepa. Ona jedna go rozpoznaje. Uśmiech na jej twarzy powoli zanika. Step przestaje na nią patrzeć i całą uwagę kieruje na Poppy'ego, który zerka na niego niepewnie.

- Wybacz, ale jakoś cię nie pamiętam.

- Jak to? - Step wciąż się uśmiecha i znowu obejmuje go, jak starego, dawno niewidzianego przyjaciela. - Sprawiasz mi przykrość. Zaczekaj. Może to sobie przypomnisz? - Z kie­szeni dżinsów wyciąga swoją czapeczkę. Poppy patrzy na to modne jeszcze niedawno nakrycie głowy, potem na uśmiech­niętą twarz krępego faceta, który go trzyma za ramię. Te oczy, te włosy. Oczywiście. To ten szczeniak, któremu tak dowalił kiedyś, dawno temu.

- Kurwa! - Poppy stara się wydostać spod ramienia Stepa, ile ręka tamtego błyskawicznie chwyta go za włosy, blokując mu ruchy.

- Krótka pamięć, co? Cześć, Poppy...

Step szybko przyciąga go do siebie i brutalnie uderza głową w jego twarz, miażdżąc mu nos. Poppy przechyla się do przodu, zasłaniając twarz rękoma. Step kopie go z całej siły głowę, odrzucając do tyłu, wprost na blaszaną, hałaśliwą żaluzję. Tu dopada go ponownie i lewą ręką przytrzymuje chwytem za gardło. Prawą zadaje serię ciosów, z góry w dół, wahadłowo, rozbijając mu brew, rozcinając usta. Potem robi krok do tyłu i kopie go prosto w brzuch, od--rając mu oddech.

Któryś z przyjaciół Poppy'ego robi gest, jakby chciał interweniować, ale Siciliano natychmiast go powstrzymuje:

- Spoko, spoko, zostań grzecznie na swoim miejscu!

Poppy jest na ziemi. Step okłada go kopniakami, trafiając w pierś, w brzuch. Poppy próbuje zwinąć się jak jeż, ale Step nie przestaje. Kopie, gdzie tylko może, a potem depce go jeszcze z góry. Podnosi nogę i uderza obcasem. Krótko, silnie, w ucho, które pęka, w nogi, w biodra, niemal wskakując na swoją ofiarę całym ciężarem. Poppy spazmatycznie wije się u jego stóp, błagając:

- Dość, dość, proszę... - charcząc i plując krwią, która spływa mu z nosa do gardła i po rozbitych, otwartych ustach. Step zatrzymuje się. Jeszcze kilka podskoków dla wyrówna­nia oddechu, ostatnie spojrzenie na pokonanego wroga le­żącego na ziemi. Potem gwałtownie odwraca się za siebie i już jest przy tym blondynku. To ten, który osiem miesięcy temu trzymał go od tyłu. Uderza go łokciem prosto w usta, z rozmachem całego ciała. Wybija mu trzy zęby. Obaj lądują na ziemi. Step kolanami blokuje mu ramiona i zaczyna okła­dać go pięściami po twarzy. Potem chwyta za włosy i wali głową o ziemię. Nieoczekiwanie czyjeś silne ramiona przy­trzymują go. To Pollo. Chwytem pod pachy odrywa go od ofiary.

- Zostaw, Step, dosyć! Zmasakrujesz go, idziemy. Siciliano i Lucone są obok. Siciliano niepokoi się o coś

innego.


- Zjeżdżajmy, tak będzie lepiej. Może jakiś gnój już we­zwał policję.

Step znowu oddycha normalnie. Robi kilka kroków i za­trzymuje się przed koleżkami Poppy'ego, którzy patrzą na niego w milczeniu.

- Zwyczajne gówna! - mówi. I pluje na jednego z nich, stojącego obok ze szklanką coca-coli, trafiając mu prosto w twarz. Podchodzi do Annalisy i uśmiecha się do niej. Ona stara się odwzajemnić uśmiech trochę przestraszona, a tro­chę nie wiedząc, jak się zachować. Podnosi nieco górną war­gę i wychodzi z tego dziwny grymas. Step i jego przyjaciele wsiadają na swoje wzmocnione vespy i odjeżdżają. Luconce szaleje na jezdni, podobnie Siciliano, obaj wrzeszczą, to wznosząc się, to opadając, królowie ulicy. Potem dołączają do Polla, za którym jedzie Step.

- Do licha, tę blondyneczkę to mogłeś załatwić, ona już była nasza.

- Przesadzasz, Lucone. Chciałbyś wszystko naraz. Spo­kojnie, dobrze? Trzeba umieć czekać. Wszystko w swoim interesie, nie?

Tego wieczoru Step zjawia się w domu Annalisy i stosuje się do rady Lucone. Kilka razy. Ona tłumaczy się, dlaczego nie dzwoniła do niego, mówi, że chciała to zrobić nieraz, ale

miała tyle spraw do załatwienia, przysięga, że strasznie jej przykro.

W następnych dniach Annalisa dzwoni do niego często. Ale Step jest zajęty. Nic udaje mu się znaleźć czasu choćby na to, żeby do niej oddzwonić.

6
Dziewczyna w pobliskim domu włącza przenośne radio, klasyczne „bambino".

- Sto dziewięć!

Schello, już pijany, skacze po dachu, tańcząc w skórzanych Clarkach, przepoconych, bez sznurowadeł, próbuje rytmu break dance. Nie udało się.

- Yahooo! - Klaszcze mocno w dłonie. - Sto dziesięć.

- Uwaga, robimy konkurs na najbardziej spoconych. Pro­wadzi Siciliano. Okazałe plamy pod pachami i na plecach wskazują, że to jest fontanna. Sto jedenaście!

Step, Hook i Siciliano dokonują nieprawdopodobnych wy­siłków, żeby się jeszcze unieść. Są wyczerpani, czerwoni na twarzy, ciężko dyszą.

- Na naszej liście hit spoconych na drugim miejscu jest Hook. Jak możecie sami zobaczyć, wspaniała koszulka od Ralpha Laurena zmieniła kolor. Teraz, rzekłbym, jest to zie­leń wyblakła, a może raczej zgniła.

Schello, wymachując przed sobą pięściami, nadstawia ucha na nowy kawałek, zapowiedziany w radiu jako prze­bój roku. Czarne wieczory. Odwraca się znowu i ciągnie dalej:

- Sto dwanaście! Ostatni, co oczywiste, jest Step... W sta­nie niemal doskonałym, z włosem leciutko potarganym, cho­ciaż tak krótkim, że się tego nie widzi...

Pochyla się, żeby lepiej obejrzeć zawodnika, potem szybko się prostuje, unosząc bezradnie ręce.

- Nie do wiary! Zobaczyłem kroplę potu, ale zapewniam was, że była tylko jedna! Sto trzynaście!

Step opuszcza się i czuje, jak pieką go oczy. Pot spływa mu po skroniach, rozlewa się wśród rzęs i dociera do spojó­wek, szczypiąc jak krople do oczu. Zamyka je, plecy go bolą, ramiona nabrzmiewają, żyły pulsują, ale znowu podnosi się i prostuje ręce.

- Taaak! - Step zerka na Siciliana i widzi, że Siciliano patrzy na niego. Prostuje do końca ramiona i doga­nia go. Nie widać tylko Hooka.

Zauważają go jednak - przyjaciela i przeciwnika - jak wspina się, drżąc i postękując, centymetr po centymetrze, długa sekunda po sekundzie, gdy z dołu dobiega dopingujący go okrzyk:

- Hook, Hook, Hook!

Ale Hook nieruchomieje jak sparaliżowany. Z dygotem ciała kręci głową. - Nie, już nie dam rady... - Przez chwilę tkwi tak bez ruchu i to jest jego ostatnia myśl. Pada -silnie, ledwie zdążywszy odwrócić głowę, by tylko klatką piersiową uderzyć w marmur.

- Sto czternaście.

Step i Siciliano opadają szybko, zwalniając jedynie przy ońcu ewolucji. Potem równie szybko wracają do pozycji wyjściowej, odnajdując w sobie nowe siły, nową energię. Jeden tylko może dotrzeć do celu. Być albo pierwszym, albo żadnym.

- Sto piętnaście!

Opadają w dół. Rytm wzrasta. Schello jakby coś zrozumiał, milknie.

- Sto szesnaście! - Podaje tylko te liczby, po kolei, pospiesznie. Wtedy, gdy są na górze.

- Sto siedemnaście! - I znów w dół.

- Sto osiemnaście! - Step odsapuje i jeszcze przyspiesza.

- Sto dziewiętnaście! - Opada i wraca natychmiast. Sicilia­no nie ustępuje kroku, choć „pompuje" z coraz większym wysiłkiem, postękując i purpurowiejąc na twarzy.

- Sto dwadzieścia!... Sto dwadzieścia jeden! Nie do wiary, chłopcy!

Nikt już nic nie mówi. Na dole zalega cisza, jak zawsze w wielkich chwilach.

- Sto dwadzieścia dwa!

Tylko muzyka pozostaje jako tło.

- Sto dwadzieścia trzy...

Nagle Siciliano zatrzymuje się w połowie ruchu. Zaczyna krzyczeć, jakby coś w nim rozerwało się na strzępy.

Step podnosi głowę i widzi, jak Siciliano bezsilnie zamiera. Zaczyna się trząść, coraz bardziej dyszeć, krzyczeć, ale jego ramiona nic chcą go słuchać. Jak ranny zwierz, któremu wydarto kawał mięsa, Siciliano wydaje swój ostatni krzyk. Odebrano mu właśnie jego rekord. Powoli, nieubłaganie za­czyna opadać. Przegrał. Z dołu narasta wielkie wołanie, ktoś otwiera piwo:

- Taaak! Oto on, nowy zwycięzca. Step! Rozradowany Schello zbliża się do Stepa, ale ten kręci

głową.

Ten gest zdaje się być rozkazem, bo plac znowu milknie. Ten kawałek ze Springsteena brzmi w radiu niemal jak znak od losu dla Siciliana, l'm joing down. Step uśmiecha się do siebie, lewą rękę chowa za plecy i tylko na prawej, z krzy­kiem, demonstruje ostatnią pompkę. Prawie opada na mar­mur, patrzy na kamień dzikim wzrokiem, a potem znowu, dygocąc z wysiłku, całą swoją mocą i złością, wciąż na jednej ręce wypycha ciało ku górze. Krzyk wyzwolenia wyrywa mu się z gardła:



- Taaak! - Gdy nic starczało siły, wspomagała ją wola. Nieruchomy, wyciągnięty do przodu, z głową uniesioną ku niebu, trwa tak jak krzyczący posąg - na przekór ciemności nocy i urodzie gwiazd.

- Yahooo! - Schello wrzeszczy jak opętany. Plac eksplo­duje podobnym krzykiem, uruchamiając motory i skutery, włączając klaksony i wszystkie możliwe źródła hałasu. Pollo zaczyna kopać żaluzje kiosku z gazetami.

Lucone rzuca butelką po piwie w witrynę sklepową. W domach wokół otwierają się okna. Zaczyna wyć jakiś alarm. Stare kobiety w nocnych koszulach pojawiają się na balkonach, wołając z lękiem „co się dzieje?". Ktoś żąda ciszy. Jakaś pani grozi, że wezwie policję. Jak za dotknięciem cza­rodziejskiej różdżki, wszystkie motory ruszają. Pollo, Lucone i kilku innych wskakują w biegu na siodełka, z rur wyde­chowych strzelają białe spalmy. Jakaś puszka toczy się w nie­znane, wciąż hałasując. Wszystkie dziewczęta rozchodzą się ilu domów. Maddalena jest jeszcze bardziej zakochana. Hook podjeżdża do Stepa.

- Kurde, piękne zawody, co?

- Niezłe.

Inne motory też ustawiają się obok siebie, zajmują całą jezdnię, nie przejmując się klaksonami samochodów, z któ­rymi mijają się w pędzie. Schello podnosi się na swojej starej, przerobionej vespie i woła:

- Jest jakaś prywatka na Cassii, pod tysiąc sto trzydzie­stym. W bloku.

- Wpuszczą nas?

- Znam tam jedną - zapewnia Schello.

- Kto to?

- Francesca.

- Coś ty, poderwałeś ją?

- Tak.

- No to nas nie wpuszczą.



Śmiejąc się, redukują jednak biegi, a hamując i paląc gu­mę, składają motory do skrętu w lewo. Niektórzy - pod­rywając przednie koła, wszyscy - lekceważąc czerwone świat­ło. Potem na pełnym gazie wpadają na Cassie.

7
Zadbane mieszkanie, duże okna, z których widać Olimpikę. Ładne obrazy na ścianach, na pewno jest tu też Fantuzzi. Cztery pudła w kątach salonu rozprowadzają jakiś dobrze zmiksowany kawałek. Muzyka ogarnia młodych ludzi w sa­lonie, którzy, rozmawiając ze sobą, poddają się jej rytmowi.

- Dani, ledwie cię poznałam.

- Ty też jesteś przeciwko mnie?

- Mówiłam o sukience, świetnie ci w niej, naprawdę. Daniela zerka na siebie, Giulia przecież zna tę sukienkę,

ale dała się przez chwilę nabrać.

- Ej, Giuli!

- No co, czego się złościsz? Wyglądasz jak Monopane, ta koza z trzeciej „b", która przychodzi do szkoły zawsze zaniedbana...

- Jak ty to robisz, że zawsze jesteś taka sympatyczna?

- Dzięki temu jesteśmy przyjaciółkami.

- A kto mówi, że jestem twoją przyjaciółką? Giulia wychyla się ku niej.

- No dobra, buziaki, zawrzyjmy pokój. Daniela uśmiecha się. Robi krok w jej stronę i zauważa

stojącego tuż za nią Palombiego.

- Andrea! - Omija policzek Giulii, spodziewając się, że kiedyś wreszcie trafi na jego usta. - Co u ciebie?

Andrea jakby się zawahał.

- Dobrze. A co u ciebie?

- Bardzo dobrze.

Wymieniają pospieszny pocałunek. Andrea rusza dalej, wi­tając się z którymś z przyjaciół. Znowu pojawia się Giulia, uśmiecha się.

- Nie martw się, to klasyczna poza. Przez chwilę patrzy w jego stronę. On rozmawia to z jednym

to z drugim znajomym, potem odwraca się, przygląda się Danieli uważnie, teraz się uśmiecha. Wreszcie się udało.

- Do licha! No jasne, mówiłam, że przesadziłaś... Po pros­tu cię nie poznał.

Przez salon przechodzi Babi. Niektóre dziewczęta tańczą sobą. W kącie pokoju ktoś zabawia się w didżeja, niby konkurent dla Francesca, próbuje z nikłym sukcesem rapu. Kakaś dziewczyna szaleje w solowym tańcu, wyrzucając wy­ko ramiona.

Babi uśmiecha się i kręci głową.

- Pallina!

Zaokrąglona twarzyczka, obramowana długimi, kaszta­nowymi włosami i udziwnionym kosmykiem z boku, od­wraca się.

- Babi, uauuu! - Dziewczyna biegnie do niej, obejmuje ją i całuje, prawie unosząc w powietrze.

- Jak się masz? ,

- Doskonale. Mówiłaś, że nie przyjdziesz.

- No właśnie, byliśmy z Demą na zabawie w Olgiacie, ale nie masz pojęcia, co za nudy! Zaraz zwialiśmy stamtąd. No i jesteśmy tutaj... A co, nie jesteś zadowolona?

- Coś ty, jestem bardzo zadowolona. Zrobiłaś łacinę? Pa­miętaj, że ona cię jutro wyrwie, tylko ciebie brakuje, żeby zamknąć rundę.

- Tak, wiem, uczyłam się przez całe popołudnie, ale potem musiałam wyjść z matką i pojechać do centrum. Popatrz, co sobie sprawiłam, podoba ci się?

Robi zręczny piruet, bardziej jak tancerka niż modelka, aż jej wesoły kombinezon z granatowej satyny nabiera powietrza.

- Bardzo...

- Dema powiedział, że jest mi w tym świetnie...

- Jeszcze by nie! Znasz moją teorię, prawda?

- Och, przecież przyjaźnimy się od wieków!

- Tak, tak, ale moją teorię pozwól mi zachować.

- Cześć, Babi. - Chłopiec o miłym wyglądzie, z brązowymi kędziorami i jasną cerą podchodzi do nich.

- Cześć, Dema, co u ciebie?

- W porządku. Widziałaś, jaki ciuch ma Pallina?

- Owszem. Pominąwszy moją teorię, całkiem dobrze w nim wygląda. - Babi uśmiecha się do przyjaciółki. - Idę przywitać się z Robertą, bo jeszcze nie złożyłam jej życzeń.

Odchodzi. Dema odprowadza ją wzrokiem.

- Co to za historia z tą jej teorią?

- Och, nic... Wiesz, jaka ona jest... To kobieta tysiąca teorii i żadnej praktyki. Albo prawie...

Pallina śmieje się, potem przypatruje się lepiej Demie. Ich spojrzenia na chwilę się krzyżują. Miejmy nadzieję, że tym razem nie miała racji.

- No, chodź potańczyć.

Pallina bierze go za rękę i prowadzi między tańczących.

- Cześć, Roby, najlepsze życzenia!

- O, Babi, cześć! - Wymieniają dwa szczere pocałunki.

- Podobał ci się prezent?

- Prześliczny, naprawdę. Właśnie taki, jakiego potrzebo­wałam.

- Wiedzieliśmy o tym... To był mój pomysł. W końcu stale się spóźniasz na pierwsze lekcje, a przecież nie miesz­kasz daleko - wyjaśnia z uśmiechem Babi.

Za ich plecami pojawia się Chicco Brandelli.

- Coście jej wymyślili?

Babi odwraca się i na jego widok gasi uśmiech.

- Cześć, Chicco.

- Dostałam od nich przepiękne radio z budzikiem.

- A, to mile, naprawdę!

- Wiesz, on też zrobił mi prześliczny prezent.

- Tak? Co takiego?

- Poduszkę, całą z koronki. Już ją położyłam na łóżku.

- Uważaj, bo zechce ją wypróbować.

Babi uśmiecha się kwaśno do Brandellego i odchodzi W stronę tarasu. Roberta śledzi ją wzrokiem.

- Mnie poduszka naprawdę się podoba.

Jest szczera, nawet gotowa byłaby wypróbować ją razem z nim.

Chicco uśmiecha się do niej.

- Wierzę ci. Przepraszam na chwilę.

Odchodzi, a ona woła za nim, starając się go w jakiś sposób

zatrzymać:

- Zaraz podadzą makaron!...

Na tarasie są miękkie fotele z jasnymi poduszkami haftowa­nymi w kwiaty i altana z kolorowymi światłami, ukrytymi w kępach roślin. Wzdłuż ogrodzenia ciągną się krzaki jaśminu. Babi przechadza się po ceglanej posadzce, świeży, wieczorny wiatr czesze jej włosy, pieści skórę, zbierając z niej odrobinę zapachu perfum, a zostawiając ślad w postaci gęsiej skórki.

- Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła?

Babi, uśmiechając się do siebie, otula się dokładnie żakie­tem, zapina wszystkie guziki.

- To, co powinieneś zrobić, żeby mnie nie rozgniewać! Chicco podchodzi bliżej.

- Taka piękna noc... Głupio marnować ją na sprzeczki.

- Ja lubię się sprzeczać.

- Zauważyłem.

- Ale potem lubię zawierać pokój... Tak, to lubię najbar­dziej. Choć tobie, nie wiem czemu, jakoś nie potrafię wybaczyć.

- To znaczy, że jesteś rozdarta wewnętrznie. Trochę ci było ze mną miło, a trochę nie. Normalka. Wszystkie kobiety tak mają.

- Te „wszystkie" to twoje nieszczęście...

- Poddaję się... Podobał ci się ten wczorajszy film?

- Gdyby pozwolono mi go spokojnie obejrzeć!

- Powiedziałem, że się poddaję. To znaczy, przyślę ci kase­tę do domu i zobaczysz go sobie sama, nikt ci nie będzie przeszkadzał. A propos, wiesz, co słyszałem?

- Co?


- Że pewne rzeczy smakują bardziej w śmietanie... Babi śmieje się, udając, że go uderza.

- Świntuch!

Chicco zatrzymuje jej uniesioną rękę.

- Żartowałem. Pokój?

Ich twarze są blisko siebie. Babi patrzy mu w oczy. Są bardzo ładne, prawie jak jego uśmiech. Teraz ona się poddaje.

- Pokój.


Chicco pochyła się i delikatnie całuje ją w usta. Babi czuje, że zaczyna się z nią dziać coś nowego. Odsuwa się trochę i patrzy w niebo.

- Jaka piękna noc. Popatrz, jaki księżyc! Chicco wzdycha i podnosi oczy.

Kilka lekkich chmur płynie powoli po granacie nieba. Otu­la ją księżyc, jakby ciesząc się jego światłem, i same jaśnieją jego blaskiem.

- Pięknie, prawda?

Chicco mówi „tak", ale zwyczajnie nie docenia urody tej nocy. Babi patrzy gdzieś dalej. Domy, dachy, łąki wokół miasta, szpalery wysokich pinii, długa ulica, światła jakiegoś samochodu, odległe odgłosy metropolii. Gdyby mogła wi­dzieć lepiej, dostrzegłaby tamtych chłopców, którzy ścigają się na motorach, śmiejąc się i grając na klaksonach. Może rozpoznałaby wśród nich chłopaka podrywającego ją tamtego ranka, kiedy jechała z ojcem do szkoły. I zobaczyłaby, że jest coraz bliżej.

Chicco obejmuje ją i dotyka jej włosów.

- Jesteś dzisiaj taka śliczna.

- Dzisiaj?

- Zawsze.

- Tak już lepiej.

I Babi pozwala się całować.

8
Wiele ulic dalej, w tym samym mieście.

Grubawy kelner w białym, doskonale skrojonym uniformie i z przerzedzoną, nieco spoconą fryzurą przechodzi ze srebr­ną tacą między zaproszonymi gośćmi. Co chwila jakaś rę­ka wysuwa się ku niemu i bierze z tacy lekki koktajl z ka­wałkiem owocu. Inna, szybsza, odstawia pusty kieliszek. Na brzegu ślady szminki. Można łatwo odgadnąć, z którego na­czynia piła kobieta i jaki kształt mają jej wargi. Kelner myś­li, że byłoby zabawne rozpoznawać kobiety po kieliszkach. Erotyczne odciski linii papilarnych. Z tą podniecającą myślą powraca do kuchni, gdzie dość szybko zapomina o tych holmesowskich fantazjach. Kucharka już na niego pokrzykuje, żeby się zabierał do roznoszenia tego, co nasmażyła.

- Kochanie, pięknie wyglądasz.

W salonie kobieta o intensywnie ufarbowanych włosach odwraca się w stronę przyjaciółki i śmiejąc się, podejmuje grę.

- Czy coś ze sobą zrobiłaś?

- Jasne, znalazłam kochanka.

- Ach tak? Czym się zajmuje?

- Jest chirurgiem plastycznym. Obie wybuchają śmiechem.

Potem, biorąc z tacy smażonego karczocha, wyznaje swój sekret.

- Zapisałam się do salonu Barbary Bouchet.

- Ach tak? I jak tam jest?

- Bajecznie. Też powinnaś zajrzeć.

- Z pewnością to zrobię.

I choć chciałaby spytać, ile to miesięcznie kosztuje, decyduje, że dowie się tego sama, na własny rachunek, w pełnym znaczeniu tego słowa. Chwyta z tacy smażoną mozzarellę połyka ze spokojem, wiedząc, że strawi ją bez trudu. Claudio wyciąga paczkę marlboro i zapala papierosa. Zaciąga się z rozkoszą.

- Ej, masz przepiękny krawat.

- Dziękuję.

- Naprawdę ci w nim ładnie, poważnie. Claudio z dumą prezentuje swój bordowy krawat, potem trochę instynktownie ukrywa papierosa w opuszczonej dłoni i rozgląda się za Ralfaellą. Widzi kilka nowych osób, z uśmiechem kłania się im z daleka, żony na szczęście wśród nich nie ma, więc znowu spokojnie zaciąga się papierosem.

- Bardzo ładny, prawda? To prezent od Raffaelli.

Niski stolik z kości słoniowej, na nim oliwki, orzeszki pistacjowe w małych srebrnych miseczkach. Szczupła dłoń o dobrze utrzymanych paznokciach upuszcza symetryczne pistacjowe łupinki.

- Martwię się o swoją córkę.

- Dlaczego?

Raffaelli udaje się okazać zainteresowanie na tyle, że Marina kontynuuje swoje zwierzenia.

- Chodzi z jakimś nicponiem, takim nierobem, co przez ty dzień szwenda się po mieście.

- Od dawna się spotykają?

- Wczoraj obchodzili swoje półrocze. Dowiedziałam się tego od mojego syna. Wiesz, co on zrobił, och, wiesz, co on zrobił?

Raffaella odkłada nazbyt szczelnie zamknięty orzeszek.

- No nie, powiedz mi.

- Zaprowadził ją do pizzerii. Wyobrażasz sobie? Do jakiejś pizzerii na corso Vittorio.

- Cóż, chłopcy w tym wieku jeszcze nie zarabiają, być może rodzice...

- Właśnie, kto wie, z jakiej rodziny się wywodzi... Przy­niósł jej dwanaście róż, małych, brzydkich, wymiętych, w do­mu od razu zaczęły się osypywać, na pewno kupił je gdzieś pod światłami. Dziś rano pytam ją: „Co to za śmieci?", a ona: „Żebyś się nie ważyła ich wyrzucać!". Rozumiesz? Ale kiedy wróciła ze szkoły, już ich nie było. Powiedziałam jej, że to wina Ziui, naszej Filipinki, a wtedy ona zaczęła krzyczeć i wybiegła z domu, trzaskając drzwiami.

- W tych sprawach absolutnie nie powinnaś się jej sprze­ciwiać, bo będzie jeszcze gorzej. Gloria się zatnie. Zostaw ją w spokoju, zobaczysz, że sama z tym skończy. Jeśli jest mię­dzy nimi taka różnica... I co, wróciła?

- Nie, zadzwoniła, mówiła że zostanie na noc u tej Piristi, wiesz tej ładnej, pulchnej blondynki, córki Giovanny. On jest dyrektorem w Serafimie, a ona się odnowiła. Może sobie na to pozwolić.

- Poważnie? Wcale tego nie widać...

- Stosują nową technikę, naciągają skórę od tyłu, za usza­mi... Nic nie widać... Więc co, Gloria może wyjść z Babi? Bardzo bym się z tego cieszyła.

- Ależ oczywiście, chyba żartujesz. Powiem, żeby zadzwo­niła do niej.

Raffaella wreszcie może zjeść orzeszka. Przenosi go z ot­wartej łupinki do otwartych ust, ale nie jest to zamiana dla niego korzystna.

- Filippo? Raffaella mówi, że przekona Babi, aby włączyła Glori do swojej grupy.

- O, świetnie, dziękuję ci.

Filippo, mężczyzna jeszcze młody, o twarzy wypoczętej, wydaje się interesować bardziej pistacjowymi orzeszkami niż przygodami swojej córki. Pochyla się do przodu i wyławia orzeszek, który miał się stać ofiarą Raffaelli. Ta widzi teraz jego tył głowy i za uszami szuka źródła jego zaskakująco młodzieńczego wyglądu.



- Cześć, Claudio.

- Jesteś piękna.

Dziękuje mu perfekcyjnym uśmiechem i musnąwszy jego policzek, oddala się, połyskując henną we włosach za co najmniej sto pięćdziesiąt euro. Czy ona to zrobiła umyślnie? Oczyma wyobraźni już rozbiera ją z sukni i zostawia tylko w bieliźnie... tylko - czy jest tam coś wartego fantazjowania?

Ale właśnie nadchodzi Raffaella. Claudio ostatni raz zaciąga się papierosem i szybko gasi go w popielniczce.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna