The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona28/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   43

Żydzi z czerwoną Gwiazdą


Piotr Gontarczyk

Grupy uciekinierów z gett rabowały chłopów, pacyfikowały wsie i współpracowały z Sowietami

Działalność żydowskiej partyzantki na Nowogródczyźnie budzi liczne kontrowersje. W książkach i filmach jej członkowie przedstawiani są jako bohaterowie. Okoliczna ludność zapamiętała ich zaś jednak jako brutalnych, pozbawionych skrupułów bandytów.



Mord w Koniuchach

Jeden z żydowskich partyzantów wspominał: „Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów wyruszyło w stronę wsi. Między innymi było około 50 Żydów, którymi dowodził Jaakow (Jakub) Prenner. [...] Mieli rozkaz nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały zostać wybite, a wszelka własność spalona”.

Atak na polską wieś Koniuchy nastąpił w nocy 29 stycznia 1944 r. Nikt nie stawiał oporu. Zginęło kilkadziesiąt osób, a z zabudowań pozostały tylko zgliszcza. Główną przewiną mieszkańców był opór stawiany w czasie rekwizycji prowadzonych przez sowiecką partyzantkę. Ta, początkowo słaba, stopniowo rosła w siłę zasilana przez wywodzących się z terenów ZSRS żołnierzy niemieckich formacji pomocniczych i rozmaitych zbiegów. W latach 1942–1943 do lasu trafiła też duża grupa żydowskich uciekinierów z kowieńskiego getta.

Ponieważ zdobywanie żywności u Niemców było trudne oraz ryzykowne, zarówno żydowscy, jak i sowieccy partyzanci poszli dużo łatwiejszą drogą. Żyli głównie na koszt miejscowej ludności – polskie, białoruskie i litewskie wsie były dosłownie pustoszone przez ekipy „zaopatrzeniowe”. Jeden z partyzantów, Izrael Weiss, wspominał: „Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w prowizję w bogatej wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. [...] Pracowaliśmy jak w gorączce, przez całą noc zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My jechaliśmy na saniach. W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek”.

Chłopom zabierano wszystko: ubrania, żywność i zwierzęta gospodarskie bez oglądania się, czy wieś będzie w stanie przeżyć najbliższą zimę. Bezwzględny rabunek prowadziły zorganizowane „grupy zaopatrzeniowe” luźne kupy maruderów szukających lepszego jedzenia i wódki. Bezmyślnie niszczono chłopski dobytek, rozbijano siekierami drzwi, wyłamywano okna. Litewski historyk Rimantas Zizas napisał: „Do Puszczy Rudnickiej idzie co noc sześć–osiem furmanek, skąd nigdy nie wracają wozy i konie »w porządku«: jeden koń wrócił siekierą porąbany (pokaleczony). Z lasu, skąd wieśniacy jadą po drzewo, wracają, płacząc, bosi i bez siermięgi. W ciągu krótkiego czasu większość koni stała się niezdolna do pracy, wozy połamane, w okresie 1–1,5 miesiąca więcej niż połowa mieszkańców pozostała bez ubrań i butów”.

Sieć niemieckich i litewskich posterunków była słaba. Chłopi zaczęli więc zbierać broń i tworzyć oddziały samoobrony. Ale takie działania Sowieci odbierali jako wrogie i mścili się za stawianie oporu. Właśnie w ramach takich represji zniszczono wieś Koniuchy.

Cała sprawa jak w soczewce skupia problem konfliktu między chłopami a żydowską i sowiecką partyzantką. Jedni i drudzy chcieli przeżyć, uwikłani w dramatyczne wydarzenia wojenne i ponoszący skutki ludobójczej – wobec Żydów – polityki niemieckiego okupanta. Do dziś sprawa Koniuchów jest interpretowana odmiennie. Żydowscy partyzanci chwalą się udziałem w brutalnej pacyfikacji wsi, której nazwa jest symbolem zbrodni dla wielu Polaków.

Tuwja Bielski

Ale sprawa Koniuchów to tylko wierzchołek góry lodowej. Poważne kontrowersje dotyczą także innych żydowskich oddziałów partyzanckich z Nowogródczyzny. Kilka lat temu jeden z nich stał się słynny za sprawą hollywoodzkiej produkcji pt. „Opór". W rolę jego dowódcy – Tuwji Bielskiego – wcielił się Daniel Craig znany m.in. z kolejnych części przygód Jamesa Bonda. Kłopot jednak w tym, że heroiczna kinowa epopeja zawierająca widowiskowe sceny bitew z Niemcami to historyczna mistyfikacja.

Kilkusetosobowe zgrupowanie Tuwji Bielskiego było tzw. oddziałem rodzinnym: w znacznej części składał się on z kobiet, dzieci, starców, którzy schronili się w lesie w czasie Holocaustu. Choć oddział posiadał broń, nie podejmował działań przeciwko Niemcom, ograniczając się do „konfiskat" u okolicznej ludności. Samo funkcjonowanie obozu i stosunki w nim panujące dalekie były od martyrologicznych schematów. Dochodziło tu do brutalnych aktów przemocy i zabójstw, panowały ogromne dysproporcje pomiędzy wynędzniałą masą uciekinierów a wystawnym dworem samego Bielskiego, dysponującego dużą ilością złota, obcych walut i obwieszonym klejnotami haremem.

Kiedy w okolicy pojawiły się duże oddziały partyzanckie Sowietów, ponad 100 młodych mężczyzn z obozu Bielskiego wcielili w swoje szeregi. Ci jednak nie kwapili się do walki, masowo uciekając do swojego obozu. W końcu Sowieci zaakceptowali sytuację, w której żydowski obóz był wykorzystywany wyłącznie do celów pomocniczych: na rzecz sowieckiej partyzantki pracowały tam zakłady krawieckie, warsztaty, rzeźnie, piekarnie. Około 60 uzbrojonych ludzi zajmowało się „akcjami zaopatrzeniowymi". Sam Bielski nazywał je potem po prostu „rabunkiem”. Ich skala daleko przekraczała typowe konfiskaty niezbędne do przeżycia obozu. Żydowscy partyzanci nie przestrzegali elementarnych zasad umiaru, które respektowali nawet – znani z rozmaitych ekscesów – Sowieci. Brutalnie rabowano wsie, które wcześniej poniosły duże ofiary na rzecz partyzantki, i te spacyfikowane przez Niemców. Cwi (Henryk) Issler, lekarz z grupy Bielskiego, wspominał po latach: „Rozpoczęły się konflikty z okolicznymi rosyjskimi oddziałami partyzanckimi oraz z naczelnym dowództwem ruchu partyzanckiego, które twierdziło, i słusznie, że ludność okoliczna staje się wroga wobec partyzantów z powodu zbyt dużych konfiskat żywności. Tym bardziej że byli między nami tacy, którzy nadużywali i zabierali u wieśniaków nawet przyjaźnie ustosunkowanych artykuły zbytku, jak kury, masło, miód, pomimo wyraźnego rozkazu, że artykuły tego rodzaju konfiskować wolno tylko w wioskach odległych, wrogich, położonych blisko miast i będących na usługach policji białoruskiej. Rodzinna grupa Bielskiego stawała się powoli problemem dla ruchu partyzanckiego”.

Ostrzej opisywały sytuację meldunki AK: „Do band dołączają się Żydzi, którzy są bezwzględni i mściwi. W rejonie Nowogródka mają miejsce częste napady rabunkowe, szczególnie band żydowskich, które są bardzo okrutne i bezwzględne”.

W lutym 1944 r. oddział Bielskiego został nawet rozbrojony przez sowieckich partyzantów z brygady „Wpieriod”, a jego członków pobito za znęcanie się nad okoliczną ludnością. Podobne kłopoty były z innym słynnym żydowskim obozem rodzinnym, którym dowodził Symcha Zorin. Jako alkoholik i rzezimieszek cieszył się on jak najgorszą opinią ludności.



Długie ręce Moskwy

W bogatej literaturze wspomnieniowej i opracowaniach naukowych wydanych na Zachodzie żydowska partyzantka z Wileńszczyzny i Nowogródczyzny często opisywana jest jako zjawisko działające niemal niezależnie od Sowietów. Podkreśla się jej żydowski charakter i realizowanie własnych, innych niż sowieckie celów.

Rzecz wygląda nieco inaczej już na prezentowanych w tych samych książkach fotografiach. Pełno na nich ludzi w sowieckich mundurach z „pepeszami” w rękach. Na czapkach widnieją czerwone gwiazdy, a na piersiach sowieckie ordery. Zdjęcia uzupełniają prezentowane dokumenty: legitymacje sowieckiej partii komunistycznej (partbiliety), zaświadczenia o członkostwie w Komsomole.

Ta ikonografia dokumentuje fakt zupełnie oczywisty: grupy żydowskie nie były bytem samodzielnym, tylko częścią sowieckiego systemu partyzanckiego. Operujące na tych terenach silne liczebnie sowieckie brygady partyzanckie doprowadziły do podporządkowania rozmaitych „luźnych” grup pozostającemu za linią frontu Litewskiemu Sztabowi Partyzanckiemu. Dowództwa oddziałów wyznaczane były przez struktury partyjne, wewnątrz oddziałów funkcjonowały jaczejki partii komunistycznej i organizacji młodzieżowej – Komsomołu. Wewnątrz oddziałów istniały rozmaite komórki specjalne podporządkowane NKWD. Całość generalnie reprezentowała interesy sowieckie i wykonywała polecenia Moskwy.

Głównym zadaniem stawianym przez sowiecką centralę na tyłach była dezorganizacja niemieckich linii zaopatrzeniowych. Wobec niezdolności podkomendnych Bielskiego i Zorina do walki z Niemcami sowieckie dowództwo wyznaczało im inne zadania, sprowadzające się do działań pomocniczych: „wyciskania" zaopatrzenia z okolicznej ludności oraz do akcji typowo pacyfikacyjnych.

Drugim ważnym celem Moskwy było rozszerzanie sowieckich wpływów na ziemiach anektowanych przez ZSRS na skutek paktu Ribbentrop-Mołotow. Z tego punktu widzenia wrogiem numer jeden dla struktur NKWD uplasowanych w sowieckiej partyzantce były polskie i litewskie organizacje niepodległościowe. Sporządzano stosowne listy proskrypcyjne „wrogiego” elementu, przeznaczonego do likwidacji po powrocie sowieckiej władzy. Przeprowadzano zabójstwa, trwały pacyfikacje dokonywane przez sowiecką partyzantkę. Spalono Derewno, spacyfikowano wioski: Koniuchy, Szczepki, Prowżały, Kamień, Niewoniańce, Izabelin, Kaczewo, Babińsk i Ługowicze. Najdramatyczniejszy przebieg miała akcja na Naliboki, w których także działała polska samoobrona. W maju 1943 r. miasteczko zostało spacyfikowane przez duże siły sowieckich i żydowskich partyzantów z Brygady im. Stalina. Zamordowano ponad 100 osób.

Warto pamiętać, że po wkroczeniu Sowietów część partyzantów trafiła do aparatu partyjno-państwowego sowieckiej Litwy i Białorusi, do Armii Czerwonej i NKWD, kontynuując zwalczanie polskich oraz litewskich antykomunistów.

Rola, jaką odegrała żydowska partyzantka na Nowogródczyźnie, jest więc skomplikowana. Mieszkańcy tych ziem zmagali się z dwoma zbrodniczymi totalitaryzmami: komunizmem i narodowym-socjalizmem; walczyli o niepodległość z dwoma okupantami. Ze względu na odrębność losów i skomplikowane uwarunkowania wojenne żydowscy partyzanci działali po stronie komunizmu oraz sowieckich okupantów.



Historia i pamięć

Trzeba pamiętać, że Żydzi nie dokonywali tu jakichś samodzielnych wyborów. To hitlerowska polityka eksterminacyjna zapędziła ich do partyzantki w nadziei na przetrwanie. Bez względu na kontrowersje związane z metodami działania Symchy Zorina czy Tuwji Bielskiego setkom ich podkomendnych udało się przetrwać w lesie do czasu ponownego wkroczenia na te tereny Armii Czerwonej. Z tego punktu widzenia bez wątpienia byli oni bohaterami. Ale pozostaje problem zaangażowania partyzantów żydowskich w sowieckie działania przeciwko Polakom i Litwinom, udział w pacyfikacjach. Jest i problem oceny ich stosunku do miejscowej ludności. Czy nie można było próbować jakoś rekompensować ludności strat za pomocą pieniędzy i mienia zdobywanych u Niemców? Czego jak czego, ale akurat złota i obcych walut zabranych współrodakom Bielskiemu nie brakowało. Czy nie należało poszukać tu jakiegoś modus vivendi zamiast traktować chłopów z taką brutalnością? Przecież okoliczni wieśniacy często byli biedni, nadto obciążeni kontyngentami nałożonymi przez Niemców. Regularne łupienie ich żywności i dobytku oznaczało dla nich śmierć głodową.

Izraelski historyk Dov Lewin, który w czasie wojny sam był partyzantem na tych terenach, wskazywał na liczne anomalie zachowań swoich współtowarzyszy, spowodowane dramatycznymi przeżyciami. Zaliczał do nich m.in. brak szacunku dla ludzkiego życia, zaburzenia psychiczne, mordowanie jeńców niemieckich i nienawiść do miejscowej ludności. Ta wojna była niesłychanie brutalna. Trudno wymagać przestrzegania zasad społecznych przez ludzi, którym otaczający system hitlerowskiego bezprawia odmawiał elementarnego prawa do życia. Ale tak skomplikowany obraz sytuacji, w której znaleźli się na tych terenach Polacy i Żydzi pod hitlerowską okupacją, w USA czy Izraelu w ogóle nie jest znany. Żydowscy partyzanci Bielskiego czy Zorina są traktowani tu jako niekwestionowani bohaterowie. Nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy na fakt, że niemal wyłącznie oni sami byli twórcami opisu swojej działalności. W opowieściach tych roi się od wielkich bitew stoczonych z Niemcami i regularnie wysadzanych pociągów. Opowieści te to głównie literacka fikcja.

Co więcej, z braku jakichkolwiek poważniejszych dokonań w walce z Niemcami byli partyzanci na wielkie bitwy przerabiają historie... pacyfikacji polskich wsi. Isaac Kowalski napisał: „Wieśniacy i mały garnizon niemiecki [sic!] odpowiedzieli ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach walki wioska wraz z ufortyfikowanymi pozycjami została zniszczona”. Inny partyzant nazwiskiem Geplern napisał: „W wiosce Koniuchy, jakieś 30 km od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów, zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich [...] otrzymało więc rozkaz zniszczenia placówki bandytów. Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. [...]  Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne, race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci Dawid Tepper, Jankiel Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zając zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu, aż pękła”.



Żaden czytelnik z USA czy Izraela nie będzie wiedział, że w taki sposób Kowalski opisał pacyfikację Koniuchów. Co prawda inni partyzanci pisali wprost, że to jednak nie hitlerowskie garnizony, tylko rozprawa z okolicznymi wsiami, ale jest bardzo wątpliwie, by w kimkolwiek wywoływało to jakąś głębszą refleksję czy też współczucie. Bo jak można przeczytać w partyzanckich wspomnieniach, ci chłopi „wspierali faszystowskie AK”, a nawet opierali się „akcjom rekwizycyjnym” partyzantów. Nic też dziwnego, że trzeba było ich pacyfikować. W prostym, jednowymiarowym świecie opisanym przez bohaterskich żydowskich partyzantów nie ma miejsca na kontrowersje czy wątpliwości...

Politolog, historyk i publicysta, znawca najnowszej historii politycznej Polski. Pełnił znaczące funkcje w Instytucie Pamięci Narodowej. Współautor książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”.


Gazeta Polska Codziennie
Numer 356 – 08.11. 2012
Masakra w Koniuchach
Grzegorz Makus
W dobie odgórnie wmuszanego nam polsko-rosyjskiego „pojednania”, którego ponurym symbolem jest próba przywrócenia na dawne miejsce, odnowionego za pieniądze polskiego podatnika, pomnika sowieckich okupantów na warszawskiej Pradze, nazwa wsi Koniuchy z pewnością nic nie mówi przeciętnemu Polakowi.
Ta niewielka, położona na skraju Puszczy Rudnickiej miejscowość, obok Naliboków jest najbardziej wymownym symbolem tragedii polskich Kresów. To tam 68 lat temu, 29 stycznia 1944 r., Sowieci dokonali potwornej pacyfikacji, mordując 38 niewinnych mieszkańców, w tym kobiety i dzieci.

Partyzantka po sowiecku
Działalność sowieckiej partyzantki na polskich Kresach od początku była przedłużeniem polityki organów bezpieczeństwa ZSRS, które przygotowywały te tereny do ponownej okupacji i w rezultacie ich trwałej aneksji. Początkowo bolszewicy maskowali swoją antypolską działalność, jednak po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z rządem polskim na emigracji w drugiej połowie 1943 r. podjęli otwartą walkę z Armią Krajową oraz zaczęli stosować represje wobec polskiej ludności cywilnej. Wątpliwości co do przyszłości stosunków polsko-sowieckich nie pozostawiał fragment meldunku z 15 października 1943 r. do szefa Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego Pantalejmona Ponomarienki, w którym komisarz Brygady im. Woroszyłowa płk Fiodor Markow pisał: „Oczyścimy wszystkie nasze rejony z tego paskudnego [polskiego] śmiecia”. Według niepełnych danych tylko w woj. nowogródzkim zamordowano ok. 2 tys. osób podejrzanych o sprzyjanie AK, a kilka tysięcy znalazło się na listach „społecznie niepożądanego elementu”, sporządzanych przez wywiad czerwonej partyzantki do wykorzystania po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej.
Sowieckie oddziały partyzanckie pojawiły się w okolicach Koniuchów wiosną 1943 r. W ich skład wchodzili głównie Rosjanie i Litwini, natomiast oddział „Śmierć okupantom” tworzyli przede wszystkim Żydzi i zbiegli z obozów jenieckich żołnierze Armii Czerwonej. Miejscowych w sowieckiej partyzantce było niewielu, jako że większość zdążyła już „za pierwszego Sowieta” poznać „dobrodziejstwa” władzy radzieckiej. Wyjątkiem byli Żydzi, chroniący się przed zagładą z rąk Niemców. Nie tworzyli oni samodzielnej partyzantki, lecz stanowili integralną część oddziałów sowieckich, których dowództwo wyznaczali Rosjanie. Grupy te nie miały żadnej wartości bojowej i wykonywały zazwyczaj zadania pomocnicze, a podczas wypraw zaopatrzeniowych pełniły funkcje przewodników i opiniodawców w stosunku do miejscowej ludności. Początkowo źródłem zaopatrzenia były nie tylko gospodarstwa chłopskie, ale i majątki ziemskie, które jednak dość szybko wyniszczono. Bardzo często w żywność i odzież Sowieci zaopatrywali się na drodze rabunku, czemu nierzadko towarzyszyły pijaństwo, gwałty i zabójstwa.


Bandycki napad
Przez jakiś czas cierpliwie znoszono ekscesy bolszewickie, w końcu jednak mieszkańcy niektórych wsi, m.in. Koniuchów, zaczęli poważnie myśleć o jakiejś formie obrony. W drugiej połowie 1943 r. chłopi z Koniuchów po raz pierwszy stawili opór czerwonym bandytom, kiedy to dwaj mieszkańcy z siekierami przepędzili grupkę przybyłą na rabunek. Miejscowy wójt zwrócił się do litewskiej administracji z prośbą o pomoc, której jednak mu odmówiono. W tej sytuacji zdani na własne siły mieszkańcy zorganizowali samoobronę. Koniuchy nie były jedyną taką wioską; podobnie zorganizowało się kilka innych miejscowości na obrzeżach Puszczy Rudnickiej.
Dowództwo czerwonej partyzantki uznało taką sytuację za jawny bunt przeciwko „władzy sowieckiej”, a Koniuchy zostały wybrane jako obiekt przykładnego wymierzenia kary. Chodziło nie tylko o złamanie oporu jej mieszkańców, lecz także zastraszenie innych niepokornych wsi. 29 stycznia 1944 r. Koniuchy zostały otoczone przez ok. 150-osobowy oddział „Śmierć okupantom” dowodzony przez Konstantego Rodionowa „Smirnowa”. Atak nastąpił o świcie, kiedy wieś była praktycznie bezbronna, zdjęto już nocne warty, a członkowie samoobrony przebywali w domach. Sowieci podpalili zabudowania, a następnie otworzyli ogień do uciekających z nich mężczyzn, kobiet i dzieci. Z zeznań świadków wynika, że część ofiar, zwłaszcza osoby stare i schorowane, zginęła spalona żywcem we własnych domach.

Świadectwa
Jeden z ocalałych mieszkańców wioski, Józef Bondalewicz, wspominał: „Ze snu wybudziła nas strzelanina i łuna pożaru w oknach. Było jasno jak w dzień, dookoła roiło się od partyzantów, którzy strzelali do każdego, kto wydostawał się z domu. Szum ognia i trzaski rozpadających się budynków przypominał burzę z piorunami. Z różnych stron słychać było rozpaczliwe jęki palących się w domach ludzi, ryk zwierząt zamkniętych w chlewach. Gdy wybiegłem ze swego domu, zobaczyłem, jak z sąsiedniego domu Wójtkiewiczów wybiegła matka z niemowlęciem na rękach. Dwie kobiety – poznałem je po głosie, na pewno Żydówki, bo w oddziałach sowieckich kobiet nie było – zwaliły ją serią z automatu. Jedna z nich podbiegła do konającej, wyrwała dziecko i wrzuciła je do płonącej chaty. Przerażenie i niesamowity żar zmuszały każdego, kto wydostawał się z budynku, do niezwłocznej ucieczki”.
W podobnym tonie przebieg wydarzeń opisywał jeden z meldunków struktur Polskiego Państwa Podziemnego: „W ostatnich dniach stycznia [1944 r.] wieś Koniuchy została otoczona przez bandę żydowsko-bolszewicką w sile ok. 2 tys. [zawyżone]. Po otoczeniu wieś podpalono. Do uciekających mieszkańców strzelano. Ujętych, tak dorosłych, jak i dzieci, żywcem rzucano do ognia. Wynik: 34 zabitych, 14 rannych, ilości osób spalonych żywcem nie ustalono. Z 50 budynków pozostało tylko 4”.

Zbrodnia bez kary
Dowództwo sowieckiej partyzantki z Puszczy Rudnickiej potraktowało rzeź w Koniuchach jako olbrzymi sukces i wysłało do Moskwy triumfalny meldunek. Pacyfikacja wsi została opisana także przez licznych pamiętnikarzy żydowskich, którzy przedstawiali ją jako uderzenie na „ufortyfikowaną twierdzę bronioną przez silną, świetnie uzbrojoną załogę” lub „na niemiecki garnizon, który po zaciętej walce został zniszczony”. Po wojnie zbrodniarze z sowiecko-żydowskiej partyzantki zostali bohaterami, pełnili wysokie funkcje na wszelkich szczeblach sowieckich władz.
Z nielicznych relacji świadków wyłania się obraz przerażającej zbrodni popełnionej na niewinnych ludziach, w której wyniku zginęło co najmniej 38 osób, a kilkanaście zostało rannych. Wieś praktycznie przestała istnieć. Ocaleli mieszkańcy Koniuchów, pozbawieni środków do życia, ulegli rozproszeniu. Władze sowieckie tropiły ich przez długie lata jako „koniuchowskich bandytów”, „polskich faszystów” i „współpracowników niemieckiego okupanta”. Trzech członków samoobrony skazano na 10 lat łagrów.
Dziś w Koniuchach stoi krzyż upamiętniający ofiary sowieckich mordów. Warto jednak wspomnieć, że tragedie, jakie spotkały Koniuchy czy Naliboki, na polskich Kresach dotknęły dziesiątki innych miejscowości, o których w dobie „pojednania” jakoś niewielu chce pamiętać.

Autor jest historykiem, twórcą strony internetowej „Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie” (http://podziemiezbrojne.blox.pl)



Uważam Rze Historia

numer styczeń z dnia 24.01.2013

Internet: http://www.historia.uwazamrze.pl/artykul/972315-Masakra-w-Koniuchach.html



1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna