The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona24/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   20   21   22   23   24   25   26   27   ...   43
Jerozolima na bagnach

Reżyserem filmu, który ma nosić nazwę "Defiance" ("Opór"), jest znany amerykański twórca kina akcji Edward Zwick ("Stan oblężenia", "Ostatni samuraj", "Krwawy diament"). Tewjego Bielskiego zagra, obecny odtwórca roli agenta 007, Daniel Craig. Film, który będzie kręcony w Europie Wschodniej i Kanadzie, ma kosztować około 50 mln dolarów. Powinien być ukończony za blisko rok.

O planach Zwicka poinformowała niedawno w entuzjastycznym artykule zatytułowanym "Bond zagra w filmie o polskich partyzantach" "Gazeta Wyborcza". Na portalu dziennika przeprowadzono nawet ankietę pod hasłem "Czy Daniel Craig jest odpowiedni do roli polskiego bohatera?".

W firmie Grosvenor Park Productions, która finansuje kręcenie filmu, nikt nie wie o Nalibokach.

- Coś takiego. Pierwsze słyszę. Scenariusz jest jednak sprawą Edwarda Zwicka i jego firmy Bedford Falls Company z Santa Monica. Proszę porozmawiać z nimi - mówi Jonathan McFadden z Grosvenor Park.

Edward Zwick nie chciał jednak rozmawiać. Nie odpowiedział również na przesłanego mu e-maila.

Z informacji przekazanych przez producentów prasie można sobie wyobrazić, w jaki sposób przedstawiona zostanie historia Tewjego Bielskiego. Film ma być poruszającą, epicką opowieścią o odwadze, nadziei i walce ze złem. O szlachetnym człowieku, który w obliczu zagłady postanawia uratować jak największą liczbę ludzi, jednocześnie dzielnie stawiając czoła nazistom i kolaborantom.

Odwzorowany ma zostać obóz, który Tewje Bielski założył na otoczonej bagnami wyspie, położonej w dzikich ostępach Puszczy Nalibockiej. W osadzie, nazywanej przez jej mieszkańców Jerozolimą, działały podobno zakłady rzemieślnicze, szpital, a nawet bożnica.

- Bardzo się cieszę, że powstaje ten film. Niestety, postać Tewjego Bielskiego, choć w pełni na to zasługuje, nie jest specjalnie znana na świecie. Ponieważ kino ma wyjątkową moc oddziaływania, mam nadzieję, że dzięki temu filmowi sytuacja się zmieni - mówi znana badaczka Holokaustu prof. Nechama Tec. To właśnie na podstawie jej książki ("Defiance? The Bielski Partisans", Nowy Jork 1993) powstał scenariusz filmu.


Pod sowieckim dowództwem

Dlaczego doszło do masakry w Nalibokach? Konflikt pomiędzy polskimi mieszkańcami i ich żydowskimi sąsiadami - bo to właśnie miejscowi Żydzi w dużej mierze weszli w skład oddziału Bielskiego - narastał od dawna. Naliboki były małą miejscowością, położoną w Puszczy Nalibockiej, w województwie nowogródzkim. Głównie drewniana, kresowa zabudowa. Kościół, bożnica i kilka murowanych budynków urzędowych. Zamieszkiwało je około trzech tysięcy ludzi, w tym kilkuset Żydów.

- Żyliśmy w pokoju. Nie wchodziliśmy sobie w drogę. W pewnym momencie prowadzona była jedynie kampania, aby nie kupować w żydowskich sklepach, tylko w chrześcijańskich - wspomina Wacław Chilicki. Działalność niewielkiej grupki miejscowych narodowców ograniczała się do napisania w nocy kredą na płocie "Żydzi precz!". - Nie było jednak mowy o żadnej przemocy, o tym, żeby ktoś kogoś upokarzał - dodaje Chilicki.

Pierwszy poważny zgrzyt nastąpił we wrześniu 1939 roku. Miejscowi Żydzi entuzjastycznie witali wkraczających Sowietów. Potem przyszedł luty 1940 roku. Zaczęły się masowe deportacje Polaków w głąb Związku Sowieckiego. - Żydzi chodzili razem z NKWD i wskazywali im najznaczniejszych Polaków. Ten był policjantem, ten pracował w urzędzie, ten był oficerem KOP, a ten służył w Legionach. Ruscy pakowali ich z całymi rodzinami na furmanki i wywozili w nieznane - opowiada Wacław Nowicki.

Zresztą większość Żydów wkrótce się rozczarowała nową władzą. Podczas kampanii wymierzonej w wolny handel Sowieci likwidowali wszelkie małe sklepiki i inne należące do Żydów interesy. Niemniej jednak, w pamięci większości Polaków utrwalił się obraz Żyda-kolaboranta, z czerwoną opaską na ramieniu i z sowieckim karabinem przewieszonym przez plecy.

Sytuację zmienił wybuch nowej wojny. Gdy w Nalibokach pojawili się Niemcy, duża część Żydów uciekła do puszczy. Właśnie tam na przełomie 1941 i 1942 roku zaczął formować się oddział Tewjego Bielskiego - byłego kaprala WP - i jego trzech braci pochodzących z jednej z pobliskich miejscowości. Oddział, który początkowo liczył 40 ludzi, szybko urósł do kilkuset. W większości kobiet i dzieci, które uciekały pod opiekę żydowskich partyzantów z okolicznych gett.

- Po przejściu frontu na tyłach pędzących do przodu dywizji pancernych Wehrmachtu, została masa sowieckich żołnierzy. Wielu z nich łączyło się w oddziały partyzanckie. Puszcza Nalibocka znajdowała się pod ich całkowitą kontrolą. Tewje Bielski szybko się z Sowietami porozumiał, wszedł pod ich komendę. Miał się czym wkupić: kobietami, których krasnoarmiejcy byli pozbawieni - mówi historyk, który badał zbrodnię w Nalibokach, Leszek Żebrowski. - W masakrze brali udział zarówno ludzie Bielskiego, jak i Sowieci.


Pomiędzy bandytyzmem i antysemityzmem

Od tego czasu stosunki na linii ludzie Bielskiego - mieszkańcy Naliboków zaczęły się coraz bardziej zaostrzać.

- To była banda zwyrodniałych bandytów, a nie żadni partyzanci. Ich głównym zajęciem były grabieże i mordy. Bardzo często dopuszczali się również gwałtów. Zgwałcili jedną z moich sąsiadek. Ojcu, któremu pod pistoletem kazali na to patrzeć, powiedzieli: "Nie martwcie się, po wojnie przyjdziemy i się ożenimy". Brata mojego ojca chrzestnego Antoniego Korżenkę zastrzelili podczas napadu, jak nie chciał oddać im swoich koni - opowiada Wacław Nowicki.

Aby bronić się przed rekwizycjami i napadami, Polacy założyli samoobronę, która jednocześnie była przykrywką dla lokalnego oddziału Armii Krajowej. - Byliśmy doskonale uzbrojeni. Kilkadziesiąt karabinów, kilka rkm, dwa ckm, moździerz. Oni nie tylko chcieli zemsty za to, że nie chcieliśmy się im podporządkować. Chcieli położyć łapy na naszej broni - opowiada Wacław Chilicki.

Wersja żydowska jest diametralnie inna. To polscy antysemici prowokowali konflikt, atakując oddzielających się od grupy Żydów.

Sulia Wolozhinska Rubin, której mąż brał udział w rzezi w Nalibokach, wspominała: "Nieopodal (dworzeckiego) getta znajdowała się wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci (sowieccy) w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi wybiegali z siekierami, sierpami - czymkolwiek, co może służyć do zabijania - i rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwcy mieli". ("Against the Tide? The Story of an Unknown Partisan", Jerozolima 1980).

W nakręconym później filmie dokumentalnym dodała, że polscy chłopi... ukrzyżowali na drzewie ojca jej męża, co się miało stać bezpośrednią przyczyną dokonania masakry ("The Bielsky Brothers? The Unkown Partisans", Soma Productions, 1993).

- Stek bzdur! - kwitują wspomnienia pani Rubin polscy świadkowie tamtych wydarzeń.

- Czy partyzanci Bielskiego brali od ludzi jedzenie? Brali. Tak samo jak brała AK i wszystkie inne partyzantki na świecie. To było wojsko i oni musieli jeść, musieli jakoś żyć. Naturalnym źródłem zaopatrzenia jest w takiej sytuacji lokalna ludność. Oni myśleli w taki sposób: chodzimy z bronią po lasach, narażamy życie, bijemy się, a tu chłop leży z babą na piecu, palcem nie ruszy i jeszcze nie chce się podzielić żarciem - tłumaczy Marian Turski, historyk i dziennikarz "Polityki", który kilka lat temu opisał okupacyjne dzieje Bielskiego.

Leszek Żebrowski podkreśla jednak, że żydowscy partyzanci byli podczas swoich akcji ekspropriacyjnych wyjątkowo brutalni. W jednym z raportów z Puszczy Nalibockiej Delegatura Rządu na Kraj informowała: "Ludność miejscowa jest zmęczona i znękana ciągłymi rekwizycjami, a często i rabunkiem odzieży, żywności i inwentarza. Najbardziej się dają we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności polskiej, tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów i Żydówek w sile dwóch batalionów". (AAN, 202/III-193, k. 131)

Walka o przeżycie

Sprawa trudnego sąsiedztwa partyzantów Bielskiego i ludności Naliboków wpisuje się w szerszy problem - na Zachodzie do dziś otoczony zmową milczenia - jakim były różne aspekty aktywności żydowskich partyzantów działających na terenie okupowanej Polski.

- Proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Człowiek ucieka z transportu czy getta. Znajduje się w całkowicie obcym środowisku. Często, pomimo że całe życie mieszkał w Polsce, nie zna języka. Jest poza nawiasem prawa, jest ścigany. Do tego dochodzi demoralizacja wojną, okrucieństwami, których był świadkiem. Dla niego najważniejsze jest, żeby przeżyć. Tylko to się liczy - tłumaczy historyk z IPN Piotr Gontarczyk.

Żydowskie grupy nie przebierały więc w środkach, kiedy trzeba było pozyskać jedzenie. Dochodziło do rabunków, morderstw, gwałtów. Oddziały te w naturalny sposób ciążyły ku Sowietom, co jeszcze pogłębiało łatwość patologicznych zachowań.

- Większość bitew, w których brały udział żydowskie oddziały, była całkowicie wyssana z palca. 90 proc. akcji, które potem w literaturze przedmiotu zostały opisane jako boje z Niemcami, było w rzeczywistości napaściami na ludność cywilną - podkreśla Gontarczyk. Nie inaczej było z Nalibokami. W sowieckim meldunku z 10 maja 1943 r. masakrę w tej miejscowości przedstawiono jako rozbicie silnego niemieckiego garnizonu.

Dla Żydów legenda żydowskiej partyzantki stawiającej z bronią w ręku czoła nazistom jest jednak wyjątkowo ważnaą. Jest elementem ich historycznej tożsamości i powodem do dumy.

- Panuje powszechne przekonanie, że Żydzi zachowywali się biernie, jak owce prowadzone na rzeź. Że nie stawiali oporu. Tymczasem partyzanci, na czele z oddziałem Tewjego Bielskiego, są wspaniałym przykładem, że tak nie było. Że byli Żydzi, którzy działali, którzy walczyli i ratowali swoich współbraci - mówi Nechama Tec. - Pamiętam, jak rozmawiałam z Tewjem dwa tygodnie przed jego śmiercią. Zapytałam: dlaczego zdecydowałeś się na ten heroiczny czyn? - Widziałem, co robią Niemcy - odparł. Chciałem być inny. Zamiast zabijać, chciałem ratować. Nie walczyłem z Niemcami, to prawda. Bo uważałem, że jeden uratowany Żyd jest ważniejszy niż 10 zabitych Niemców...

Podobnego zdania o Bielskim jest Israel Gutman, profesor z jerozolimskiego instytutu Yad Vashem. - Bielski to żydowski bohater. Takich jak on było naprawdę niewielu. Ludzi, którzy z bronią w ręku wystąpili przeciwko nazistom. Proszę zrozumieć, jak wielkie znaczenie ma dla nas ta postać. Musimy rozliczać go z efektów działań. Najważniejsze jest to, że uratował 1200 ludzi.

Nie ma miejsca na szarość

Problem w tym, że dla jednych efektem działań Bielskiego jest 1,2 tysiąca uratowanych, dla innych 130 zamordowanych. Zresztą, jeżeli chodzi o postępowanie z Żydami, Bielski również nie jest postacią jednoznaczną. Z relacji ludzi, którzy przewinęli się przez jego obóz wynika, że swoim oddziałem zarządzał wyjątkowo twardą ręką.

Od przybyłych do puszczy uciekinierów pobierał haracz, z najładniejszych kobiet stworzył prawdziwy harem. Sytuacja materialna mieszkających w jego obozie Żydów była bardzo zła, ale on sam otaczał się luksusem. Znane są także przypadki eliminowania niewygodnych lub zagrażających jego niepodzielnej władzy podwładnych.

- Tak, to był dzierżymorda. Apodyktyczny, zadufany w sobie facet. Działał jednak w warunkach wojennych. Był człowiekiem swoich czasów i przez pryzmat tamtych, a nie dziesiejszych realiów, powinien być oceniany. Określiłbym go jako skrzyżowanie Kmicica, Hubala i... Ognia. Ten ostatni również stosował drastyczne metody, a przez tych samych ludzi, którzy potępiają dziś Bielskiego, jest oceniany bardzo pozytywnie - tłumaczy Marian Turski.

Kim więc był Bielski: bohaterem czy zbrodniarzem?

- Zwykłym człowiekiem. Poza tym jedno nie wyklucza drugiego - mówi pracujący w Waszyngtonie historyk Marek Chodakiewicz, autor monografii "Żydzi i Polacy 1918 - 1955. Współistnienie - Zagłada - Komunizm". - Bardzo często tak jest, że gdy chodzi o dramatyczne wydarzenia czy postaci, które odegrały w nich jakąś ważną rolę, ich oceny w zależności od tego, kto je formuje, są diametralnie różne. Podstawowym błędem jest to, że ludzie oceniający Tewjego Bielskiego, najczęściej patrzą na niego tylko przez pryzmat źródeł pochodzących od jednej strony konfliktu.

Zdaniem Chodakiewicza zjawisko to jest charakterystyczne szczególnie w przypadku zachodniej historiografii Holokaustu:

- Ona musi być czarno-biała. Nie ma w niej miejsca na szarości. Pamiętam, jakie było oburzenie, gdy Polański pokazał w "Pianiście" żydowskich policjantów z getta. Żydzi z czasów wojny, występujący w kulturze masowej, po prostu muszą być kryształowo czystymi postaciami. W rzeczywistości takie podejście ich odczłowiecza. Właśnie dlatego myślę, że film o Tewjem Bielskim będzie kiepski. Nie poznamy z niego prawdy o tym człowieku. Nie dowiemy się, że, jak każdy z nas, był postacią wielowymiarową.

Epilog

Sprawcy rzezi w Nalibokach nigdy nie zostali ukarani. W marcu 2001 roku na wniosek kanadyjskiej Polonii śledztwo w tej sprawie wszczął IPN.

- Zbadaliśmy wszystkie dostępne dokumenty, przesłuchaliśmy około 70 świadków. Na tyle, na ile było można, zrekonstruowaliśmy przebieg zdarzeń. Przewiduję, że śledztwo zostanie zamknięte pod koniec tego roku, najdalej w pierwszym kwartale przyszłego - mówi prokurator Anna Gałkiewicz, która prowadzi sprawę.

Śledztwo zostanie zapewne umorzone ze względu na to, że większość sprawców prawdopodobnie już nie żyje.

Na ławie oskarżonych zasiadł natomiast w komunistycznej Polsce Eugeniusz Klimowicz, oficer AK i dowódca miejscowej samoobrony. Ponieważ podczas masakry w Nalibokach broniącym się rozpaczliwie Polakom udało się zastrzelić kilku napastników, został on oskarżony przez komunistyczną prokuraturę o "zamordowanie radzieckich partyzantów". Jako zbrodniarza faszystowsko-hitlerowskiego skazano go w 1951 roku na karę śmierci, zamienioną na dożywocie. Wyrok został uchylony w 1957 roku.

Tewje Bielski zaraz po wojnie wyjechał do Palestyny. Tam w 1948 roku walczył z Arabami o niepodległość Izraela. Szybko jednak przeprowadził się do Nowego Jorku, gdzie do końca życia pracował jako taksówkarz na Brooklynie. Zmarł niemal zupełnie zapomniany w tamtejszym szpitalu Brookdale, w 1987 roku. Miał 81 lat.

Mieszkańców Naliboków, którym udało się przeżyć sowiecką pacyfikację, wkrótce dotknęła kolejna tragedia. 6 sierpnia 1943 roku do miasteczka wkroczyły niemieckie oddziały prowadzące w Puszczy Nalibockiej operację antypartyzancką pod kryptonimem "Hermann". Ludność została wymordowana lub wywieziona na roboty do Rzeszy, a wszystkie - ocalałe po pierwszej pacyfikacji - zabudowania spalone i zrównane z ziemią. Takie były losy wielu polskich kresowych miasteczek w XX wieku... ¦



RZECZPOSPOLITA (Warsaw)

11 IX 2007

 

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_070911/swiat/swiat_a_1.html

 

Świat



 

HISTORIA

 

Władze Izraela i większość historyków są zdania, że oskarżenia strony litewskiej są bezpodstawne i służą poprawie wizerunku Litwy



Bohater czy zabójca
Czy wieloletni szef instytutu Yad Vashem jest komunistycznym zbrodniarzem wojennym? Litewska prokuratura ma co do jego osoby poważne podejrzenia
Icchak Arad jest jednym z najbardziej szanowanych historyków Holokaustu. Autor wielu książek, świadek na procesach niemieckich zbrodniarzy, w latach 1972 - 1993 szef instytutu Yad Vashem. W dodatku osoba, która ocalała z Holokaustu, bohaterski partyzant, wreszcie izraelski generał.

Nic dziwnego, że wniosek litewskiej prokuratury, która zwróciła się do izraelskiego rządu o umożliwienie jej przesłuchania Arada, wywołał w Izraelu burzę. Litwini rozważają, czy nie wszcząć przeciwko niemu postępowania w sprawie udziału w zbrodniach wojennych.


Historyczny rewizjonizm?

- To wyjątkowo rażący, destrukcyjny przykład historycznego rewizjonizmu. Każdy uczciwy człowiek i instytucja, na czele z naszym instytutem, musi przeciwko temu ostro zaprotestować - mówi "Rz" rzeczniczka Yad Vashem. Oburzony jest również izraelski rząd. - Na razie nie komentujemy tej sprawy - odpowiada "Rz" Edward Szapiro z izraelskiego MSZ. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że władze uważają litewski wniosek za skandaliczny.

Jakie podejrzenia ciążą na urodzonym w Święcianach w pobliżu Wilna izraelskim historyku?

- Nasi prokuratorzy pozyskali dane wskazujące, że służąc w sowieckiej partyzantce działającej podczas II wojny światowej na terenie Wileńszczyzny, Arad mógł brać udział w represjach wymierzonych w cywilów, litewskich partyzantów i jeńców -powiedziała "Rz" Aurelija Juodyte, rzeczniczka litewskiej Prokuratury Generalnej. - O konkretnych zarzutach będzie można mówić dopiero po przesłuchaniu - dodaje.

Arad nie zamierza jechać na Litwę. Stanowczo odrzuca oskarżenia. Tymczasem sprawą być może powinien zainteresować się również polski wymiar sprawiedliwości. Jeden z oddziałów, w których służył Arad, mordował bowiem żołnierzy AK.

Chodzi o cieszącą się ponurą sławą brygadę pułkownika Fiodora Markowa. - Ten oddział, podobnie jak inne sowieckie grupy partyzanckie, zamiast walczyć z Niemcami, skupiał się na rozpracowywaniu i niszczeniu polskiego, litewskiego i białoruskiego podziemia - mówi "Rz" dr Kazimierz Krajewski z IPN.

Zabójstwo "Kmicica"

26 sierpnia 1943 roku Markow zaprosił na rozmowy miejscowego dowódcę AK porucznika Stanisława Burzyńskiego "Kmicica". Polski oficer został aresztowany, a Sowieci otoczyli i rozbroili pozbawionych dowódcy Polaków.

NKWD wybrało około 50 "najgroźniejszych polskich faszystów" (w tym "Kmicica"). Zostali zabici. - Później oddział wymordował jeszcze kilkudziesięciu akowców. W sumie ludzie Markowa mają na koncie śmierć około 80 polskich żołnierzy - podkreśla Krajewski. - Do tego dochodzą liczne zabójstwa cywilów i grabieże.

W to, że Arad brał udział w masakrach, nie wierzy długoletni pracownik Yad Vashem, prof. Israel Gutman. - Znam go doskonale. To nie jest człowiek, który mógłby kogoś zamordować - zapewnia "Rz". Według niego cywile zabici przez oddział Arada byli kolaborantami. -Litwini wyciągają takie sprawy, żeby zrównać cierpienia, których doznali od Sowietów, z Holokaustem -dodaje.

Innego zdania jest izraelski historyk prof. Dow Lewin, który również służył w sowieckiej partyzantce na Wileńszczyźnie. - Przyłączyliśmy się do Sowietów, bo tylko oni nas chcieli -mówi "Rz". - Czy zdarzały się zabójstwa cywilów? Zdarzały się, ale pamiętajmy, że to była straszliwa, brudna wojna. Wszystkie strony były bardzo brutalne -podkreśla Lewin, który uważa, że wyciąganie tej sprawy po latach jest niepotrzebne.

PIOTR ZYCHOWICZ, współpraca r. mic.


NASZ DZIENNIK
Czwartek, 31 stycznia 2008, Nr 26 (3043)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080131&id=po01.txt

Czy potworna zbrodnia popełniona na bezbronnych cywilach pozostanie nierozliczona?



Opieszałość z umorzeniem w tle

W ciągu pół roku IPN zamierza zakończyć śledztwo w sprawie mordu na mieszkańcach Koniuch dokonanego przez sowieckich partyzantów w 1944 roku. Jak powiedziała nam naczelnik łódzkiego pionu śledczego IPN Anna Małkiewicz, w tej chwili tłumaczone są dodatkowe dokumenty uzyskane niedawno z Litwy. Zaniepokojony brakiem efektów tego postępowania, trwającego już siedem lat, jest Kongres Polonii Kanadyjskiej, na którego wniosek je wszczęto. Część historyków obawia się, że postępowanie zakończy się... umorzeniem, a winni bestialskiego mordu pozostaną bezkarni.


Prowadząca śledztwo prokurator Anna Gałkiewicz z łódzkiego oddziału IPN jest oszczędna w udzielaniu informacji na temat śledztwa. Powiedziała nam jedynie, że tłumaczone są dodatkowe dokumenty uzyskane niedawno z Litwy i jeżeli nie wniosą one nic nowego, to śledztwo powinno być zakończone w tym półroczu. Gałkiewicz nie chce też mówić o tym, jak zakończy się to śledztwo, czy będzie to akt oskarżenia, czy też może umorzenie. Odsyła do komunikatu prasowego, który ma się ukazać wraz z zakończeniem postępowania.
Brakiem efektów śledztwa w sprawie tego bestialskiego mordu jest zaniepokojony Kongres Polonii Kanadyjskiej. Jego rzecznik prasowy okręgu Toronto Hanna Sokolska podkreśla, że mimo "upływu siedmiu lat od czasu, kiedy KPK skierował tę sprawę do IPN, śledztwo wciąż jest w toku i nie wiadomo, kiedy zostanie w ogóle zakończone". Dodaje, że "w sumie prokuratorzy niewiele istotnego ustalili, co nie byłoby już poprzednio znane. IPN nie opublikował żadnych dokumentów lub opracowań historyków na temat mordu w Koniuchach".
Swój krytycyzm wobec śledztwa IPN wyrażają także niektórzy historycy, mówiąc, że już nieraz zapowiadano zakończenie postępowania, które i tak pewnie zostanie umorzone.
Według dotychczasowych ustaleń wieś Koniuchy na Wileńszczyźnie została zaatakowana nad ranem 29 stycznia 1944 r. przez 120-150-osobową grupę partyzantów sowieckich. Pochodzili oni z różnych oddziałów stacjonujących w Puszczy Rudnickiej, takich jak: "Śmierć Okupantowi", "Śmierć Faszyzmowi", "Piorun", "Margirio", Oddział im. Adama Mickiewicza. Dużą ich część, bo ok. 50 osób, stanowili partyzanci narodowości żydowskiej. W wyniku ataku, który trwał do 2 godzin, zginęło co najmniej 38 osób, a kilkanaście zostało rannych. Wśród zabitych byli nie tylko mężczyźni, lecz także kobiety i małe dzieci. Partyzanci podpalili wieś, dlatego część ofiar spaliła się w swoich domach, a resztę zastrzelono.
Prokuratura przesłuchała świadków żyjących w kraju, a w drodze pomocy prawnej także mieszkających za granicą. Z Litwy uzyskano zeznania m.in. mieszkańców Koniuch, którzy byli naocznymi świadkami zbrodni. Zgromadzono również wiele materiałów archiwalnych, jak meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których są informacje o ich uczestnictwie w ataku, oraz kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów.
KPK zwraca uwagę, że całością akcji dowodził Genrikas Zimanas (Henoch Ziman), który po wojnie został odznaczony przez władze PRL Orderem Virtuti Militari. Do dzisiaj nikt mu go nie odebrał.
Zenon Baranowski

NASZ DZIENNIK
Sobota-Niedziela, 2-3 lutego 2008, Nr 28 (3045)

Dział: Myśl jest bronią


http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20080202&id=my91.txt
Niechciane śledztwo?

64. rocznica okrutnego mordu w Koniuchach




29 stycznia br. minęła kolejna rocznica mordu dokonanego na mieszkańcach Koniuchów, niedużej polskiej wsi na Wileńszczyźnie (dziś na Litwie), położonej w pobliżu Puszczy Rudnickiej. Według sprawców, z rąk żydowskich i sowieckich "partyzantów" zginęło wówczas około trzystu Polaków. Celem akcji była całkowita zagłada wsi. Nikt nie miał pozostać żywy.

W lutym 2001 r. Kongres Pol onii Kanadyjskiej (KPK) zwrócił się do Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) o podjęcie śledztwa w sprawie okrutnego mordu w Koniuchach. Przedstawiono jednocześnie bogatą dokumentację z wieloma opisami masakry sporządzonymi przez samych sprawców. Po zapoznaniu się z doniesieniem złożonym przez przedstawicieli KPK w marcu 2001 r. Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi wszczęła śledztwo.



Śledztwo
Z pierwszego komunikatu IPN dotyczącego śledztwa, opublikowanego 1 marca 2002 r., wynika, że: "Wieś Koniuchy położona była na skraju Puszczy Rudnickiej, w której swoje bazy posiadały liczne oddziały partyzantów sowieckich. Członkowie tych oddziałów dokonywali częstych napadów na okoliczne wsie i kolonie, w tym i na Koniuchy. Celem napadów był zabór mienia miejscowej ludności, głównie ubrań, butów, bydła, zapasów mąki. W czasie napadów stosowano przemoc wobec właścicieli rabowanego mienia. Mieszkańcy Koniuch zorganizowali samoobronę. Miejscowi chłopi pilnowali wsi, uniemożliwiając tym samym dalsze grabieże. Z tego powodu w nocy z 28 na 29 stycznia 1944 r. grupa partyzantów sowieckich z Puszczy Rudnickiej nocą okrążyła wieś. Nad ranem przy użyciu pocisków zapalających niszczono zabudowania wiejskie i rozstrzeliwano wybiegających z niej mieszkańców - mężczyzn, kobiety i dzieci. Łącznie spłonęła większość domów. Zabito od 36 do 50-ciu osób, część mieszkańców została ranna. Ci, którzy ocaleli, uciekli do pobliskich wsi.
Stacjonujący w Puszczy Rudnickiej partyzanci sowieccy podlegali Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie. Napadu dokonała grupa ok. 100-120-tu partyzantów pochodzących z różnych oddziałów. Wśród nich była m.in. około 50-osobowa grupa partyzantów żydowskich [z Brygady Litewskiej]. (...) najliczniejszą grupę stanowili partyzanci narodowości żydowskiej. Oddziały te potocznie nazywano Wisińczą (od usytuowania ich baz pomiędzy wsią Wisińcza, a jeziorem Kiernowo). (...) wieś podpalono z obu stron, a potem strzelano do uciekających ludzi. Atak nastąpił po dłuższej obserwacji, kiedy samoobrona zeszła ze swych stanowisk. Mieszkańcy Koniuch opowiadając o sprawcach napadu używali zamiennie określeń Żydzi i 'Ruscy'. Z zeznań świadków wynika, iż część ofiar, zwłaszcza osoby stare i schorowane, zginęła spalona we własnych domach. Natomiast do części mieszkańców, którzy starali się uciekać, strzelano. W taki sposób zginęły osoby z rodziny P[ilżysów]. Zwłoki małżonków Stanisława i Katarzyny P. odnaleziono zwęglone w domu. Ciało ich córki Genowefy P. ze śladami kul i przypalonymi stopami leżało na podwórzu.
Do akt załączono uwierzytelnioną kopię tajnego meldunku sytuacyjnego, sporządzonego przez Oddział Operacyjny dowódcy Wehrmachtu-Ostland w dniu 5.02.1944 r. w Rydze. Z treści meldunku wynika, iż w Koniuchach pojawiła się 'średniej wielkości banda Żydów i Rosjan' (...) 'zastrzelono 36 mieszkańców, 14 rannych. Miejscowość w przeważającej części została obrócona w perzynę (...)'".
We wrześniu 2002 r. podano: "Ustalane są adresy kolejnych świadków, których bliscy zginęli w Koniuchach. Do Kanady, na Litwę i Białoruś skierowano wnioski o przesłuchanie w drodze pomocy prawnej świadków oraz odnalezienie dokumentacji archiwalnej związanej z przedmiotową sprawą". Natomiast 5 maja 2003 r. Anna Gałkiewicz, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi, oznajmiła: "Opisane zbrodnie w Nalibokach [kolejny mord na 128 Polakach dokonany przez partyzantkę sowiecko-żydowską 8 maja 1943 r. - przyp. red.] i Koniuchach zakwalifikowano jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości, których karalność nie ulega przedawnieniu".
W sprawie dochodzeń odezwał się 5 sierpnia 2003 r. Robert Janicki, prokurator Głównej KŚZpNP: "Zebrane dowody dotyczące niniejszej sprawy pozwalają do tej pory odtworzyć zajścia, jakie miały miejsce 29 stycznia 1944 r. w Koniuchach. Ustalono okoliczności działalności oddziałów partyzanckich podległych Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie.
Obecnie ustala się rolę dowodców oraz członków poszczególnych oddziałów partyzanckich, których nazwiska i pseudonimy zostały podane przez świadków.
Dane personalne tych osób ustalono w ramach czynności przez międzynarodową pomoc prawną. Zestawione listy sowieckich partyzantów pozwalają podjąć działalność mającą na celu ustalenie, którzy z tych ludzi wciąż żyją i gdzie zamieszkują. Zastosowano pewne kroki, aby zestawić listę ofiar. Jednak lista ta jest wciąż niepełna i dalsze czynności bedą przedsięwzięte, aby ją uzupełnić. Po uzyskaniu materiału kanałami międzynarodowej pomocy prawnej i po wyczerpaniu środków dowodowych dostępnych w Polsce podejmie się decyzję dotyczącą dalszego postępowania.
W obecnej chwili nie można ustalić daty zamknięcia śledztwa".
9 sierpnia 2005 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi podała do wiadomości: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś, dwukrotnie do Republiki Litewskiej, do Federacji Rosyjskiej. Uzyskano obszerny materiał dowodowy w postaci zeznań mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni i dokumentów archiwalnych (meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w atakach, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich). Ostatnio skierowano odezwę o pomoc prawną do organów ścigania Izraela".
W następnym komunikacie z 15 maja 2006 r. podano: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś, dwukrotnie do Republiki Litewskiej, do Federacji Rosyjskiej. Uzyskano obszerny materiał dowodowy w postaci zeznań mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni i dokumentów archiwalnych (meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w atakach, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich). Aktualnie oczekuje się na realizację wniosku o pomoc prawną skierowanego do organów ścigania Izraela".
Ostatni komunikat pochodzi z grudnia 2007 r.: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś i Kanady; do Republiki Litewskiej; do Federacji Rosyjskiej oraz do Izraela. Na wszystkie wnioski o zagraniczną pomoc prawną uzyskano odpowiedzi. Najobszerniejszy materiał dowodowy uzyskano z Republiki Litewskiej. Są to zeznania mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni. Znacząca część uzyskanych dokumentów to materiały archiwalne. Są to meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w ataku, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich".
Mimo upływu siedmiu lat od czasu, kiedy KPK skierował tę sprawę do IPN, śledztwo wciąż jest w toku i nie wiadomo, kiedy zostanie w ogóle zakończone. W sumie prokuratorzy niewiele istotnego ustalili, co nie byłoby już poprzednio znane. IPN nie opublikował żadnych dokumentów lub opracowań historyków na temat mordu w Koniuchach. Przypominam, że niezwykle intensywne śledztwo w sprawie mordu w Jedwabnem przeprowadzono w ciągu półtora roku, a już w 2002 r. wydana została ogromna dwutomowa "biała księga", licząca ponad 1500 stron i zawierająca podstawowe dokumenty oraz analizy historyczne, socjologiczne i prawne.

Kolejne świadectwa
Tymczasem KPK trafił na kolejne świadectwa na temat pacyfikacji wsi Koniuchy, które nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do faktu zbrodni i kto w niej uczestniczył, mimo że zawierają one sporo nieprawdziwych danych w celu usprawiedliwienia dokonanego ludobójstwa i przerzucenia winy na ciągle napadaną ludność cywilną. O przebiegu tej partyzanckiej "akcji" najchętniej pisali sami sprawcy. Już w 1944 r. Ilia Ehrenburg i Wasilij Grossman zbierali relacje, w których doniesiono, że żydowskie oddziały partyzanckie "Mściciel" i "Ku zwycięstwu" podjęły "serię akcji militarnych" w okolicach Puszczy Rudnickiej. Przyczyniły się do "zniszczenia niemieckiego garnizonu w mocno ufortyfikowanym miasteczku Koniuchy", mimo że żadnego garnizonu niemieckiego w Koniuchach nigdy nie było.
W pamiętniku wydanym w Moskwie w 1948 r. Meir Jelin i Dmitrij Gelpern, członkowie tzw. Brygady Kowieńskiej (złożonej z uciekinierów z getta kowieńskiego), również opisali masakrę w Koniuchach jako wybitny bój militarny skierowany przeciwko Niemcom: "Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie 'Śmierć okupantom' miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej.
W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym 'Śmierć okupantom' otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali się działać według prawa: 'Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować'.
Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski nad ranem. Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. Dwudziestu partyzantów z grupy 'Śmierć okupantom', pod dowództwem Michaiła Truszyna, wkroczyło do wioski. Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci Dowid (Dawid) Teper, Jankł (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zajac zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu, aż kolba pękła".
Rachela Margolis, członkini oddziału "Ku zwycięstwu" pod dowództwem Shmuela Kaplinsky'ego, w pamiętniku wydanym w 2005 r., także powiela informacje o nieistniejącym garnizonie niemieckim: "Pewnego dnia dużą liczbę partyzantów skierowano do garnizonu w Koniuchach, gdzie stacjonowali Niemcy. Walka trwała długo i byli ranni, ale nasi chłopcy wrócili jako zwycięzcy. Niemcy porzucili garnizon".
Rużka Korczak, członkini tzw. Brygady Litewskiej, w której skład wchodzili uciekinierzy z getta wileńskiego, przedstawiła zbrodnię w nieco odmiennym, ale równie nieprawdziwym świetle - jako pacyfikację ludności kolaborującej z Niemcami: "W sztabie brygady zastanawiano się nad tym, jakich środków użyć w ramach rewanżu. Było oczywiste, że jeśli nie zostaną przedsięwzięte zdecydowane działania, większość wsi może odmówić posłuszeństwa, i jeśli nie będzie reakcji na przypadki mordów na partyzantach, wszystkie ich działania mogą być zagrożone i zostanie zachwiany prestiż brygady. Ze swoich zorganizowanych wystąpień przeciw partyzantom znana była wieś litewska Koniuchy. Jej mieszkańcy aktywnie współpracowali z Niemcami i Litwinami Plechavičiusa. Zdobyczną broń rozdzielali oni pomiędzy okolicznych chłopów, organizowali ich. Sama wieś była duża i dobrze ufortyfikowana: partyzanci wystrzegali się podchodzenia pod tę wieś. Mieszkańcy Koniuchów organizowali zasadzki; pochwycili dwóch partyzantów z oddziałów litewskich, których zamęczyli.
Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. Dowódca jednego z litewskich oddziałów przeniknął do wsi Koniuchy, pod pozorem jakoby był oficerem wojsk Plechavi˘ciusa, który pojawił się w celu zorganizowania służby wartowniczej. Będąc Litwinem i wojskowym, nie wzbudził podejrzeń. Zbadał wszystkie posterunki i słabe punkty obrony. Na podstawie jego meldunku (raportu) sztab brygady przygotował operację. Uczestniczyły w niej grupy bojowników (żołnierzy) ze wszystkich leśnych oddziałów partyzanckich, ogółem biorąc około pięćdziesięciu ludzi, w tej liczbie około czterdziestu bojowników żydowskich. Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojów żydowskich był Jakow Prener.
Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli i partyzanci żydowscy,
pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, posuwali się [do przodu] z trzech kierunków. Zgodnie z planem, centralna grupa szturmowa powinna przebić się, ostrzeliwując się, do przodu, a uderzający z flanki (oddziały oskrzydlające) mieli podpalić wieś. Jednakże, kiedy lewa flanka dopiero co przybliżała się, Litwini już otworzyli ogień. Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało wymknąć się ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali.
Widząc, że próba wzięcia wsi Koniuchy znienacka nie udała się, oficer dowodzący operacją wysłał łącznikowych z rozkazem zdjęcia zasadzki i przerzucenia ludzi na odsiecz walczącym. Dwaj sygnałowi z oddziałów litewskich nie zdołali przedostać się, i wtedy dowódca wysłał trzeciego - Pola Bagrianskiego, który służył jako łącznik między punktem dowodzenia a zasadzką. Bagrianskij przebił się i dostarczył rozkaz. Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce (starciu) opór mieszkańców wsi został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu wieśniaków, kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi".
W swym opisie Isaac Kowalski, członek żydowski Brygady Litewskiej, wprowadził nowe akcenty: "Koniuchy to nazwa dużej wsi oddalonej jakieś 30 kilometrów od Wilna i 10 kilometrów od terenów naszej bazy partyzanckiej.
Niemcy przekonali spryciarzy tej wioski, że jeśli bedą się ich słuchali, to zapewni im się bezpieczeństwo, bogactwo i spokój; że w ten sposób przeżyją całą wojnę.
Jedynie mieli w zamian informować Niemców o działalności partyzantów w tym rejonie.
Wieśniacy robili, co tylko mogli, aby wysługiwać się nowym okupantom.
Kiedy tylko partyzanci przechodzili nieopodal w grupach pięcio- czy dziesięcioosobowych, po drodze na ważne i niebezpieczne akcje, napotykali się na snajperów i zawsze ponosili straty.
Poszczególni dowódcy zdecydowali wtedy, że ich ludzie powinni przechodzić nieopodal tej wsi w grupach nie mniejszych niż 40 czy 50 osób. A gdyby natknęli się na snajperów, należy ich ścigać i niszczyć. W tym czasie reszta zgrupowania miała ubezpieczać od strony wsi.
Przez pewien czas właśnie tak było. Ale potem Niemcy dostarczyli wieśniakom karabiny ręczne i maszynowe. Utworzono stałą straż, której zadaniem było strzec wioskę dzień i noc.
Sprawy miały się tak źle, że nawet większe grupy partyzanckie nie mogły bezpiecznie przechodzić przez tę wieś po drodze na ważne akcje, czy też przechodzić obok niej w drodze na koleje, drogi, etc. Zawsze ponosiliśmy straty.
Sztab brygady zdecydował się usunąć raka, który wyrósł na ciale partyzanckim. Komandir naszej bazy dał rozkaz, aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni przygotowali się do wyruszenia na akcję w ciągu godziny.
Przyszedł rozkaz, aby wszyscy mężczyźni, bez wyjątku, a w tym i doktor, radiotelegrafiści, oraz pracownicy sztabowi i ludzie tacy jak ja, którzy pracowali w wydziale propagandy i druku, przygotowali się na akcję.
O umówionej godzinie wszyscy byliśmy gotowi i w pełnym uzbrojeniu wyruszyliśmy na miejsce akcji. Gdy zbliżyliśmy się do naszego celu, zauważyłem, że partyzanci nadciągają ze wszystkich stron z rozmaitych oddziałów. (...)
Nasz oddział otrzymał rozkaz, aby zniszczyć wszystko, co się rusza, i zamienić wieś w popioły.
Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić.
Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki odpowiedział ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona.
Myśmy mieli zaledwie dwóch lekko rannych.
Gdy później przemaszerowaliśmy przez Koniuchy, nigdy nie powitał nas już wystrzał snajpera, bowiem był to jak gdyby przemarsz przez cmentarz".
Podobnie postąpił Chaim Lazar, także członek żydowskiej Brygady Litewskiej: "Od pewnego czasu wiedziano, że wieś Koniuchy jest gniazdem band i centrum antypartyzanckich intryg. Jej mieszkańcy znani z niegodziwości organizowali okoliczną ludność, rozprowadzając broń uzyskaną od Niemców i prowadząc akcję przeciw partyzantom. Wieś była dobrze ufortyfikowana, każdy dom miał pozycję strategiczną i okopany był rowami obronnymi. Po obu stronach wsi były wieżyczki obserwacyjne. Właśnie to miejsce wybrano, aby przeprowadzić akcję zastraszającą i zemsty. Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym.
Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić. (...)
Zaraz po północy we wsi redukowano liczbę wart, ponieważ sądzono, że partyzanci nie zaatakują tak późno - nie zdążyliby wrócić do lasu przed świtem. Nie wyobrażano sobie, że partyzanci mogliby wrócić do lasu za dnia jako zwycięzcy.
Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. Słychać było huk eksplozji z wielu domów, gdy składy broni wyleciały w powietrze. Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".
Natomiast Abraham Zeleznikow, kolejny członek żydowskiej Brygady Litewskiej, twierdzi, że w Koniuchach napadali na partyzantów sowieckich polscy partyzanci, chociaż żadnej bazy AK tam nie miała: "Była taka polska wieś [składająca się] z około 400 ludzi. Nazywała się Koniuchy, i leżała nam po drodze, kiedy wychodziliśmy z lasu. Gdyby trzeba było ją okrążać, musielibyśmy nadłożyć 20 mil. (...) Gdyby maszerować dodatkowo 20 kilometrów, zajęłoby to conajmniej dwie godziny albo więcej, i fizycznie byłoby bardzo ciężko. Kiedy poszliśmy do tej wsi, sporo razy zdarzyło się, że zaatakowali nas polscy partyzanci, którzy mieli poparcie ludności wsi. Tak więc dostaliśmy [rozkaz] z Moskwy, aby zniweczyć tę wioskę, całą wioskę. Wszystkich mieliśmy wybić. Zabroniono nam zabierać czegokolwiek z wioski. Partyzanci okrążyli wioskę, wszystko podpalono, każde zwierzę, każdego człowieka zabito. A jeden z moich kolegów, znajomych, partyzant, wziął kobietę, położył jej głowę na kamień, i zabił ją kamieniem. Kiedy go się zapytałem, jak to mogłeś zrobić, powiedział, że tak zrobiono z jego matką. Jednak, jak widzisz, taka była atmosfera, w której się żyło".
Joseph Harmatz, uciekinier z getta wileńskiego, podaje, że przypadków "zemsty" ze strony partyzantów (która stanowi lejtmotyw wielu relacji) - skierowanej przeciwko niewinnym mieszkańcom Koniuchów było znacznie więcej, niż opisuje Zeleznikow: "W pobliskiej wsi Koniuchy, gdzie miejscowi kolaborowali z Niemcami, ci nowi wciągnięci partyzanci, wściekli z powodu tego, co widzieli w Ponarach, spalili wszystkie domy i wybili wszystkich mieszkańców do nogi, krzycząc, kiedy strzelali do nich: 'To za matkę, a to za ojca, a to za siostrę', i tak dalej".
Paul Bagriansky, uciekinier z getta kowieńskiego, opisuje wydarzenia bardziej plastycznie niż Zeleznikow lub Harmatz: "Kiedy w kwietniu [sic!] 1944 powiedziano naszym partyzantom, że damy nauczkę wsi nazwanej Koniuchy, nie byłem zaskoczony. (...) Nasz oddział żydowski [składający się] z 25 mężczyzn poddano komendzie Jacoba Prenera. Inne oddziały mieszane narodowo postawiły kolejnych 125 partyzantów. Razem oddział liczył 150 mężczyzn, dobrze uzbrojonych, co stanowiło dla nas pokaźną siłę. (...)
Zanim wyruszyliśmy, dowódca powiedział nam krótko po rosyjsku, jakie były zadania. Wiele wiosek w promieniu około 20 kilometrów od Koniuchów postanowiło sprowadzać na noc krowy i świnie do wsi Koniuchy. Koniuchy były dobrze uzbrojone przez Niemców i żołnierzy Armii Krajowej. Kiedy partyzanci zachodzili do pobliskich wsi po jedzenie, było tam pusto. Bardzo często Niemcy przybywali w Koniuchach przez noc, aby bronić wioski. Z tego powodu, mówił nam komendant, damy nauczkę Koniuchom.
Maszerowaliśmy od południa do późnego wieczora i zatrzymaliśmy się w pewnej wsi, aby odpocząć. Dowódca mianował mnie na tłumacza i łącznika między oddziałami. (...) Spędziłem godzinę lub dwie w sztabie, gdzie przestudiowaliśmy mapę z innymi oficerami. Będąc tam, zrozumiałem, że naszym celem było zniszczyć całą wioskę wraz ze wszystkimi wieśniakami. Spytałem się, dlaczego tak surowy nieludzki wyrok? Odpowiedziano, że tak zadecydowała centrala. Nie możemy pozwolić, aby tak mocno uzbrojone wioski przerywały naszą partyzancką działalność. To będzie nauczka też i dla innych wsi, aby się zastanowiły, zanim spróbują nam się przeciwstawiać z pomocą nazistów. (...)
Około czwartej znowu wyruszliśmy w drogę i dotarliśmy do miejsca przeznaczonego prawie o jedenastej w nocy. Każdy oddział otrzymał zadania w określonym miejscu. O północy wszycy byli na stanowiskach i czekali na sygnał, aby zaatakować Koniuchy. Niektóre oddziały miały rozkaz podpalić chaty, a inne miały odciąć drogę ucieczki. Dokładnie o północy podpalono wioskę i w ciągu kilku minut zaczęły wybuchać magazyny amunicji. Krowy, świnie i konie w stajniach i chlewach podniosły straszny rwetes. Kilka koni wyrwało się i wygalopowało jak szalone z płonącej wioski. W każdej chacie wybuchły tysiące niemieckich nabojów, straszliwe wycie palących się zwierząt, oraz wystrzeliwanie uciekających wieśniaków spowodowało taki zgiełk, że nie sposób było usłyszeć ludzkich krzyków czy nawoływań.
Przez pierwszą godzinę stałem przy dowódcy i jego adiutantach na wzgórzu, oglądając to straszliwe piekło. W międzyczasie otrzymałem rozkaz, aby dotrzeć do mego oddziału i polecić mu, aby zajął nowe pozycje. Gdy dotarłem do swego oddziału, zobaczyłem, jak jeden z naszych ludzi trzymał głowę kobiety w średnim wieku na dużym kamieniu i uderzał ją innym kamieniem. Za każdym walnięciem krzyczał: to za moją zamordowaną matkę, a to za mego zabitego ojca, a to za mego uśmierconego brata, etc. Był to młody człowiek w wieku około 22 lat i byłem z nim przez cały czas w podziemiu. Był przyjacielskim i cichym człowiekiem. Nigdy nie spodziewałem się po nim, że zrobi coś takiego. Co spowodowało taką niespodziewaną zmianę? Nie zareagowałem na to, a poinformowałem Jacoba Prenera, jaką nową pozycję powinien zająć. Potem powróciłem do dowódcy. Gdy wróciłem, ten rozkazał, abym pobiegł do następnego oddziału, aby ten się przegrupował. (...) Gdy przechodziłem przez drogę, dostrzegłem mężczyznę uciekającego z wioski. Prawdopodobnie dostrzegł mnie i strzelił do mnie w biegu, ale nie trafił. Zrozumiawszy to, strzelił powtórnie. Ale w tym momencie byłem przygotowany i zanim mu się udało, ja wyciągnąłem swoją broń i strzeliłem, wystrzelając broń z jego ręki. Człowiek ten osunął się powoli i rozłożył się. Był martwy. (...)
Gdy dotarłem do oddziału, aby przekazać nowe rozkazy, zobaczyłem straszny, przerażający obraz. (...) Na małej polance w lesie leżały półkolem ciała sześciu kobiet w różnym wieku i dwóch mężczyzn. Ciała były rozebrane i położone na plecach. Padało na nie światło księżyca. Jeden po drugim partyzanci strzelali trupom między nogi. Gdy kule dosięgały nerwów, trupy reagowały jak żywe. Drgały i wykrzywiały się przez kilka sekund. Trupy kobiet reagowały w bardziej gwałtowny sposób niż mężczyzn. Wszyscy partyzanci z tego oddziału brali udział w tej okrutnej zabawie, śmiejąc się w dzikim szaleństwie. Najpierw przestraszyłem się tym przedstawieniem, ale potem zaczęło mnie ono w chory sposób interesować. Stałem tak zafascynowany przez kilka minut, gdy dowódca oddziału podszedł do mie i zapytał, czy nie chciałbym przyłączyć się do tych eksperymentów. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, dlaczego przybyłem tam, i powiedziałem mu, że jego ludzie muszą się bezzwłocznie przemieścić na nową pozycję. Im się nie spieszyło i dopiero jak trupy przestały reagować na kule, przemieścili się na nową pozycję.
W tym czasie wioskę objęły wielkie płomienie, dalej było słychać głośne eksplozje i straszne wycie palących się zwierząt. W drodze powrotnej do sztabu zobaczyłem kilka ciał chłopów, których zastrzelono, gdy uciekali. Koń z ogonem i grzywą w ogniu pędził galopem, chyba starając się dotrzeć do jakiejś rzeki czy sadzawki, aby ból w wodzie ukoić. (...) Pamiętałem, że konie znają drogę, więc galopował, aby dotrzeć do wody. Miałem nadzieję, że mu się to uda.
Około drugiej nad ranem wioska Koniuchy była całkowicie zniszczona, nie pozostała nawet jedna chałupa, wszystko ucichło. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy, łącznie z dziećmi, kobietami i mężczyznami spalili się, zastrzeleni przez własne pociski eksplodujące w ogniu albo wykończeni przez naszych ludzi, gdy starali się uciec z tego piekła. Może kilka koni uciekło i przeżyło, o ile dotarły do wody na czas. Być może, że kilku osobom udało się uciec i przeżyć tym czy innym sposobem. Wioska Koniuchy stała się tylko wspomnieniem pełnym popiołów i trupów. Dostała nauczkę. Dowódca zebrał wszystkie oddziały, podziękował im za ich dobrze spełnione zadanie, oraz rozkazał przygotować się do powrotu do bazy. Ludzie byli zmęczeni, ale z ich twarzy wyzierała satysfakcja i szczęście z wykonanego zadania. Tylko niewielu zdawało sobie sprawę, że popełniono straszliwy mord w ciągu godziny. Ci nieliczni wyglądali ponuro, smutno i mieli poczucie winy. (...)
Dotarliśmy do bazy późno w nocy. Byłem zmęczony i zmordowany, a więc zasnąłem od razu, tak jak większość z naszego oddziału. Jak się dowiedzieliśmy, następnego dnia pozostałe oddziały zostały przywitane jak bohaterowie za zniszczenie Koniuchów. Pili, jedli i śpiewali całą noc. Sprawiło im przyjemność zabijanie i niszczenie, a najbardziej picie.
Trzy tygodnie później otrzymaliśmy wiadomość od Sztabu Partyzanckiego w Moskwie z reprymendą dla ludzi, którzy zainicjowali i kierowali zniszczeniem wsi Koniuchy".
O żadnym potępieniu tej akcji przez komendę partyzancką w Moskwie lub ukaraniu jej sprawców historykom nic nie wiadomo.
Kolejni "partyzanci" wspominają o mordzie dość zwięźle - mimochodem - jak w przypadku Israela Weissa:
"Jednakże na zdobywanie prowizji składało się więcej niż tylko przekonanie niechętnych chłopów. Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja. Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w prowizje w 'bogatej' wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. (...) Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc, zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach. (...) W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek. (...)
Udało nam się wymusić duże ilości broni i amunicji od wiosek, które kolaborowały z Niemcami i były przez nich uzbrojone. Przedsięwzięto karne kroki wobec kolaborantów, a jedną z wiosek, która była notoryczna w swej wrogości do Żydów, została całkowicie spalona".
Ponadto swój udział w akcji likwidacji wsi Koniuchy potwierdza Zalman Wyłożny z oddziału "Śmierć faszystom". Powiada, że "cała wieś została puszczona z dymem, a mieszkańcy wymordowani". Podobnych relacji jest jeszcze chyba z garść. Najbardziej lakoniczną wzmiankę o zbrodni znajdziemy w "Dzienniku Operacyjnym Żydowskiego Oddziału Partyzanckiego w Puszczy Rudnickiej". Podano tam, że napad miał miejsce w styczniu 1944 r. (bez dokładnej daty) i wzięło w nim udział 30 partyzantów z oddziałów Jacoba Prennera - "Śmierć faszystom" i Shmuela Kaplinsky'ego - "Ku zwycięstwu" Brygady Litewskiej.
Polski historyk Kazimierz Krajewski zwięźle i dosadnie opisał całe wydarzenie w sposób następujący:
"Jedyną 'winą' mieszkańców Koniuch było to, że mieli już dosyć codziennych - a właściwie conocnych - rabunków oraz gwałtów i chcieli zorganizować samoobronę. Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią, tak by zastraszyć ludność innych wiosek. (...) Wymordowanie mieszkańców wsi Koniuchy (wraz z kobietami i dziećmi) opisane zostało przez Chaima Lazara jako wybitna 'operacja bojowa', z której jest on autentycznie dumny. Opis 'ufortyfikowania' wsi jest kompletną bzdurą. Była to normalna wioska, w której część mężczyzn zorganizowała samoobronę. Ich uzbrojenie stanowiło parę zardzewiałych karabinów".
Liczba ofiar śmiertelnych sięga co najmniej 40 osób. Od maja 2004 r. na ufundowanym przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa krzyżu-pomniku w Koniuchach widnieją nazwiska 38 osób, które 29 stycznia 1944 roku zginęły w Koniuchach. Są to:
Bandalewicz Stanisław, ok. 45 lat
Bandalewicz Józef, 54 lata
Bandalewiczowa Stefania, ok. 48 lat
Bandalewicz Mieczysław, 9 lat
Bandalewicz Zygmunt, 8 lat
Bobin Antoni, ok. 20 lat
Bobinowa Wiktoria, ok. 45 lat
Bobin Józef, ok. 50 lat
Bobin Marian, 16 lat
Bobinówna Jadwiga, ok. 10 lat
Bogdan Edward, ok. 35 lat
Jankowska Stanisława
Jankowski Stanisław
Łaszakiewicz Józefa
Łaszakiewiczówna Genowefa
Łaszakiewiczówna Janina
Łaszakiewiczówna Anna
Marcinkiewicz Wincenty, ok. 63 lat
Marcinkiewiczowa N. (sparaliżowana, spaliła się)
Molis Stanisław, ok. 30 lat
Molisowa N., ok. 30 lat
Molisówna N., ok. 1,5 roku
Pilżys Kazimierz
Pilżysowa N.
Pilżysówna Gienia
Pilżysówna Teresa
Parwicka Urszula, ok. 50 lat
Parwicki Józef, lat 25
Rouba Michał
Tubin Iwanka, ok. 45 lat
Tubin Jan, ok. 30 lat
Tubinówna Marysia, ok. 4 lat
Wojsznis Ignacy, ok. 35 lat
Wojtkiewicz Zofia, ok. 40 lat
Woronisowa Anna, 40 lat
Woronis Marian, 15 lat
Woronisówna Walentyna, 20 lat
Ściepura N. - krawiec z miejscowości Mikonty.
Według innych, wciąż trudnych do zweryfikowania danych, w wyniku tej bestialskiej zbrodni zginęło na miejscu 45 osób, a z 12 rannych część zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach. Natomiast moralnie partyzanci żydowscy są odpowiedzialni za niedoszłą zagładę całej ludności wsi Koniuchy. Ofiar wśród sprawców, jak oznajmia raport komendy partyzanckiej (autorstwa Genricha Zimana), nie było, z tej prostej przyczyny, że nie było walki - była tylko rzeź bezbronnej cywilnej ludności.
W mordzie wzięło udział nie tylko ok. 50 żydowskich partyzantów z Brygady Litewskiej, ale także wielu żydowskich członków Brygady Kowieńskiej oraz innych oddziałów. Całością akcji dowodził Żyd Genrich (lub Henoch) Ziman "Jurgis" (po litewsku: Genrikas Zimanas). Po wojnie został on odznaczony przez władze PRL Orderem Virtuti Militari. Odznaczenia tego nigdy nie cofnięto. Dowódca żydowskich oddziałów w Puszczy Rudnickiej Abba Kovner uważany jest za jednego z największych bohaterów żydowskiego ruchu oporu. W 1997 r. otrzymał "Medal of Resistance" od United States Holocaust Memorial Museum. W 2001 r. jego żona Vitka Kempner Kovner otrzymała nagrodę specjalną "Certificate of Honor" za bohaterstwo i czyny waleczne. Podczas uroczystej ceremonii, która miała miejsce w Izraelu, Vitka Kovner podkreśliła, że Żydzi, którzy walczyli w Puszczy Rudnickiej, uważali się za partyzantów żydowskich, a nie sowieckich: "Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidisz".

Spóźniona reakcja środowiska żydowskiego
8 sierpnia 2003 r. nowojorski tygodnik "Forward" (wychodzi od 1897 r.) z troską w głosie napisał o śledztwie, jakie w sprawie masakry ludności wsi Koniuchy prowadzi na wniosek KPK polski IPN. Artykuł ten wnikliwie skomentował redaktor torontońskiego tygodnika "Goniec":
"'Forward', piórem Marca Perelmana niepokoi się, że próba dochodzenia prawdy o tym, co stało się w Koniuchach i wskazania winnych mordu, jest 'motywowana politycznie'. Perelman cytuje jednego z żydowskich partyzantów sowieckich [z Brygady Kowieńskiej], Dova Levina, dziś profesora historii Uniwersytetu Hebrajskiego [w Jerozolimie]: 'Kongresowi Polonii Kanadyjskiej jest wygodnie zajmować się tą sprawą, zamiast wyjaśniać pogromy, jakich Polacy dopuszczali się na Żydach podczas i po wojnie' ... Zatem, można tylko 'w jedną stronę', w drugą 'nie nada'.
Zarzuca się też stronie polskiej zawyżenie liczby ofiar, co jest o tyle śmieszne, że liczbę tę zawyżają sami ówcześni sprawcy, chełpiąc się we wspomnieniach 'sprawnie przeprowadzoną akcją'. Z tekstu 'Forwarda' wynika, że samo wskazanie na żydowskie pochodzenie sprawców mordu zakrawa na antysemityzm, tymczasem - znów o ironio - to właśnie sami Żydzi chwalą się 'zasługami'. Okazuje się też, że wymordowani mieszkańcy wioski mieli... 'pronazistowskie nastawienie'.
W czym jest problem? A w tym, że wskazanie na mord w Koniuchach (jeden z wielu dokonanych przez bandy) podważa rozpropagowany mit przebiegu II wojny światowej. W mitologii tej Polakom przypisano rolę współsprawców, zaś Żydzi wpisali się w rolę ofiar. Gdy role te się odwracały - nadworni historycy mają problem. Problem, który najłatwiej po prostu zakrzyczeć słowami: 'antysemici, szowiniści, faszyści!'".
W Polsce mord w Koniuchach systematycznie przemilcza moralizatorskie zazwyczaj środowisko "Gazety Wyborczej".
Czyżby z obawy przed spodziewanym wybuchem oburzeń oraz inwektyw płynących właśnie z tego środowiska, które ostatnio jest nastawione coraz bardziej nacjonalistycznie i wojowniczo (vide debata wokół książki "Strach"), śledztwo w IPN toczy się tak opieszale? Ale w tym przypadku chodzi przecież wyłącznie o ustalenie prawdy! Jest mało prawdopodobne, że sprawcy (choć niektórzy z nich wciąż jeszcze żyją) kiedykolwiek staną przed sądem lub zostaną potępieni przez własne środowisko.
Hanna Sokolska
rzecznik prasowy
Kongresu Polonii Kanadyjskiej
- Okręg Toronto

NIEDZIELA

Nr 7, 2008



Okrutny mord dokonany na polskiej wsi Koniuchy

Zbigniew Sulatycki

Obchodzimy właśnie 60. rocznicę tzw. pogromu Żydów w Kielcach. Zamordowano wówczas 39 Żydów i 3 Polaków. Dobrze, że przypominamy tę tragedię. O wszystkich tragediach trzeba głośno wołać, by już nigdy się nie powtórzyły.

Trzeba zrobić wszystko, by raz na zawsze zasypać przepaść między mniejszościami, doprowadzić do wzajemnego przebaczenia i prawdziwego pojednania. By to osiągnąć, musimy odkryć wszystkie zbrodnie, także te dokonane na Polakach. W każdym wypadku trzeba mówić całą prawdę, by „tak” oznaczało „tak”, a „nie” oznaczało „nie”. Nie ma znaczenia, kogo ta prawda dotyczy.
Pokazujemy dziś zło dokonane na obywatelach pochodzenia żydowskiego, ale pomijamy zbrodnie dokonane przez Żydów na rodowitych Polakach. Przywołajmy w tym miejscu wspomnienie o okrutnej zbrodni we wsi Koniuchy.

Relacje oprawców

W zimową, ciemną, mroźną noc 29 stycznia 1944 r. sowiecka partyzantka stacjonująca w Puszczy Rudnickiej – w skład której wchodził batalion składający się z Żydów (udało im się zbiec do Puszczy Rudnickiej po powstaniu w getcie kowieńskim i włączyć się do partyzantki sowieckiej) – otoczyła wieś Koniuchy. Pod zarzutem rzekomej współpracy jej mieszkańców z okupantem niemieckim partyzanci dokonali na nich strasznego mordu i puścili z dymem wszystkie zabudowania. Nie oszczędzili nikogo. Mordowali z zimną krwią bezbronnych mężczyzn i kobiety, starszych i niemowlęta. Pozostawili po sobie tylko popiół i zmasakrowane ciała ofiar.


O przebiegu tej strasznej „akcji” najchętniej pisali sami oprawcy. Już w 1946 r. Żydzi Meir Jelin i Dymitrij Gelperm, członkowie Żydowskiej Brygady Kowieńskiej, wchodzącej w skład partyzantki sowieckiej, opisali zbrodnię w Koniuchach jako „wybitny bój z wrogiem, skierowany przeciwko… Niemcom”. Przytoczmy niektóre wyjątki z tego pouczającego zwierzenia żydowskich „bohaterów”:
„W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym «Śmierć okupantom», otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. (...) Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski. (...) Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. (...) Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci: Dowid (Dawid) Teper, Jankl (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zając zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabina, aż kolba pękła”.

Natomiast Rużka Korczak, członek tzw. Brygady Litewskiej, w skład której wchodzili uciekinierzy z getta wileńskiego, przedstawia zbrodnię w odmiennym świetle, jako pacyfikację ludności kolaborującej z Niemcami. Pisze m.in.: „Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. (...) Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojsk żydowskich był Jaakow Prenner. Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli partyzanci żydowscy, pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. (...) Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało się wymknąć ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali. (...) Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce (starciu) opór mieszkańców został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu chłopów (wieśniaków), kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi”.



Rozkaz: Nie zostawiać nikogo!

W podobnym tonie pisał Chaim Lazar: „Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić. (...) Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeczka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. (...) Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciec. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt”.

Podobne relacje w formie sprawozdań zostawili po sobie: Israel Weiss, Zalman Wyłożny, Alex Faitelson. Ten ostatni wymienia nazwiska 6 Żydów biorących udział w tej zbrodni na bezbronnej ludności: Shimon Eidlson, Michael Gelbtrunk, Mendl Deitch, Aba Diskant, Itzchak Lifszitz i Yanki Ratener.

Historyk ma głos

Polski historyk Kazimierz Krajewski skomentował całe wydarzenie następująco: „Jedyną «winą» mieszkańców Koniuch było to, że mieli już dosyć codziennych – a właściwie conocnych – rabunków oraz gwałtów i chcieli zorganizować samoobronę. Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią, tak by zastraszyć ludność innych wiosek. (...) Wymordowanie mieszkańców wsi Koniuchy (wraz z kobietami i dziećmi) opisane zostało przez Chaima Lazara jako wybitna «operacja bojowa», z której jest on autentycznie dumny. Opis «ufortyfikowania» wsi jest kompletną bzdurą. Była to normalna wioska, w której część mężczyzn zorganizowała samoobronę. Ich uzbrojenie stanowiło parę zardzewiałych karabinów”.

Te cytaty pochodzą z opracowania Hanny Sokolskiej – rzecznika prasowego Kongresu Polonii Kanadyjskiej, okręg Toronto.

Cudem uratowana

Relacja osoby, która jako młoda dziewczyna zdążyła uciec i schować się przed tą masakrą. Pani Anna tak wspomina:

„Jak my spali, strzelali, światło się pokazało, dom stał o tam, zboże się paliło, 29 stycznia to było. Siano, owce, świnie, konie – wszystko się spaliło. U sąsiadów też. Sąsiada to tu zabili, koło domu, a matkę jego to w lesie zabili, koło mogiły, tam gdzie teraz krzyż postawili. My wybiegliśmy z domu w nic nieodziani, tak jak z łóżka wstali.

15 lat pełnych wtedy miałam, w dołek wpadłam i tak leżałam, mróz i lód był, śniegu mało, ojciec tam poszedł, ja też pobiegłam za ojcem. Wiadomo, cała wieś pali się. Wszyscy, co pobiegli nad rzekę, to zostali ocaleni, a jak do lasu – to zostali zabici. Leżeli wszyscy goli. Kto szedł z wioski, to mówił, że dużo trupów w wiosce. I trochę kobieta z tego domku dała coś do odziania się i wreszcie przeszliśmy. Wszędzie pobici, ranni, naliczyłam 12 rannych, a było i więcej, a pobitych cała wieś. Kto uciekał w tamtą stronę, to wszyscy. A czterech Babinów to cztery dusze. Ojciec, matka, córka i syn. Za granicą mówią, że o tym wiedzą, a my nie. Nie wiemy, kto to był, ja z nimi nie rozmawiałam. Gdybym rozmawiała, to bym już nie żyła. Mówią, że to Ruskie byli, bo tak jak po ulicy biegli, to krzyczeli: «ura, ura». Mówią, że i Ruskie, i Żydzi, i Litwini, kto jego wie. Przyszli tu kiedyś z jesieni. Zabili bydło i zabrali. I wtedy my zaczęli bronić wioski, żeby oni nie przychodzili i nie brali. No to rozeźlili się i tak nam zrobili. No i co, co ta wioska miała zrobić. Kto tam miał broń, to i tak nie dali sobie rady. Okrążyli i ot co. Rzadko kto jaki stróż tu przyjdzie. Z jednej strony przyjdzie, to z drugiej strony biją i palą. Tam dalej to zabili kobietę – matkę Jankiewiczową. Mały chłopak na rękach jej był. I jak ją zabili, to jak snopek stał i go podpalili, to się dziecko popaliło. Ale jakoś go uleczyli w szpitalu. Wojtkiewiczowa też sama z małym była, mały padł, ale przeżył. Parnicką Urszulę jak biegła tu, w tą stronę, koło mogiły w kierunku lasu, to pobili, kamieniami po głowie dobili”.

W wyniku bestialskiej zbrodni w Koniuchach zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, część z nich zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach. Z 85 domów zostały tylko 4 (Aleksandrowiczów, Wandalewiczów, Radzikowskich i Łaszkiewiczów).

Poeta Janusz Wasylkowski przekazał nam m.in. taki wiersz:



Kazano nam wyrwać miasto z serca

zapomnieć że było

kto zapomina ten umarł

zanim rozstał się z tym światem

pamiętamy i będziemy pamiętać

więc jeszcze pożyjemy.
RZECZPOSPOLITA

26 lipca 2008


http://www.rp.pl/artykul/167745.html
Nikt nie wymknął się z okrążenia

Piotr Gontarczyk 26-07-2008, ostatnia aktualizacja 26-07-2008 01:00


Wojenna przeszłość powszechnie szanowanego profesora Icchaka Arada pokazuje, że Polacy i Litwini inaczej postrzegają działalność sowieckiej partyzantki na Wileńszczyźnie niż Żydzi. A problemów, wątpliwości i kwestii spornych jest znacznie więcej. Do nich należy między innymi sprawa tragicznego losu polskiej wsi Koniuchy

Już od pierwszych dni konfliktu niemiecko-sowieckiego Armia Czerwona i NKWD próbowały budować ruch partyzancki na terenach zajmowanych przez Niemców i ich sojuszników. Później organizowaniem i koordynacją bitwy na tyłach zajęły się sztaby partyzanckie, powołane dla każdej z zachodnich sowieckich republik.

Za teren zajętej przez Sowietów w latach 1939 – 1940 Litwy odpowiadał Litewski Sztab Partyzancki dowodzony przez znanego działacza komunistycznego Anastasa Snieczkusa. Początkowo bardzo słabe i źle uzbrojone sowieckie oddziały partyzanckie i grupy rozbitków nie przejawiały większej aktywności. Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie 1943 r., kiedy do lasów trafiło kilkuset Żydów, głównie uciekinierów z kowieńskiego getta. Do końca niemieckiej okupacji stanowili oni większość w najbardziej znanych sowieckich oddziałach partyzanckich, takich jak „Wpieriod” („Naprzód”), „Borba” („Walka”) czy „Smiert okupantam” („Śmierć okupantom”).

Ale dowodzenie wspomnianymi oddziałami Moskwa powierzała ludziom zaufanym, zwykle przerzuconymi wcześniej na Litwę przez NKWD. Do tej ostatniej grupy zaliczał się na przykład Konstantin Rodionow ps. Smirnow, którego oddział „Śmierć okupantom” walnie przyczynił się do tragicznego losu wsi Koniuchy.

Jednak znaczny rozrost sowieckich sił partyzanckich w rejonach Puszczy Rudnickiej nie spowodował wzrostu jej aktywności. Brak wyszkolenia bojowego i broni, słaba dyscyplina i powszechna demoralizacja nie pozwalały na podjęcie poważniejszych działań przeciwko Niemcom. Z dokumentów Litewskiego Sztabu Partyzanckiego, a nawet sporządzonych w latach 1944 – 1945 relacji samych partyzantów wynika, że do końca niemieckiej okupacji większość ze wspomnianych oddziałów wykonała do kilku akcji bojowych, z czego większość miała znikome znaczenie militarne.



1   ...   20   21   22   23   24   25   26   27   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna