The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona23/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   43

Zwrócą się do Izraela



Łódzki oddział IPN nie będzie dłużej czekał na odpowiedź Federacji Rosyjskiej w sprawie dokumentów i świadków zbrodni w Koniuchach. Jeśli do końca maja, mimo ponagleń ze strony polskiej, prokuratura rosyjska nadal będzie milczała, IPN wyśle zapytania i prośbę o pomoc do Izraela. Wieś Koniuchy na Nowogródczyźnie w styczniu 1944 roku została całkowicie spalona, z rąk Sowietów i Żydów zginęło tam 40 Polaków.
IPN już wkrótce wystąpi do Izraela o pomoc w sprawie zbrodni. - Już dawno zostało przygotowane zapytanie do strony izraelskiej - powiedziała nam prokurator Anna Gałkiewicz, szefowa pionu śledczego IPN w Łodzi. - Chcemy poprosić stronę izraelską o pomoc w poszukiwaniu dokumentów oraz przesłuchaniu ewentualnych świadków - dodała. Prośba do Izraela miała zostać wysłana dopiero po otrzymaniu odpowiedzi z prokuratury rosyjskiej. - Mimo ponagleń wysłanych w lutym tego roku prokuratura generalna Rosji nadal milczy - poinformowała prokurator Gałkiewicz. - Dlatego już wkrótce zwrócimy się w tej sprawie do Izraela - dodała. Na odpowiedzi z krajów, do których prokuratorzy IPN zwracali się o pomoc, czekali zwykle kilka miesięcy. Zapytanie do Rosji wysłane zostało w sierpniu ubiegłego roku - do tej pory brak jakiejkolwiek odpowiedzi. - Z krajów, do których kierowane były odezwy, otrzymałam dane partyzantów z oddziału Wiśnicza [tak określano oddział, który zaatakował Koniuchy - przyp. red.], przy niektórych nazwiskach była adnotacja "wyjechał do Izraela" - wyjaśniła prokurator Gałkiewicz. - Miałam nadzieję, że z Federacji Rosyjskiej nadejdą także informacje o partyzantach i uda się ustalić, czy żyją i przebywają w Rosji, czy też wyjechali do Izraela - dodała. Łódzkiemu oddziałowi IPN chodziło o to, by jednorazowo zwrócić się do władz izraelskich o przesłuchanie możliwie jak największej liczby świadków. - Nie chcieliśmy dublować odezw - mówiła Anna Gałkiewicz. - Jednak w tym przypadku nie mamy wyjścia, musimy jak najszybciej zwrócić się do strony izraelskiej.
Wieś Koniuchy na Nowogródczyźnie (obecnie w granicach Litwy) przed wojną zamieszkiwali głównie Polacy. W czasie wojny w okolicznych lasach stacjonowali bandyci sowieccy. Często organizowali napady na wsie. Rabowali wszystko, co tylko przedstawiało jakąś wartość. Zabierali ludziom żywność, ubrania, zwierzęta. Aby zapobiec dalszym napadom, mieszkańcy wsi zorganizowali samoobronę. Każdego dnia i każdej nocy patrole pilnowały wsi. W nocy z 28 na 29 stycznia 1944 roku stuosobowa grupa okrążyła wieś. Nad ranem podpalono zabudowania, a uciekających mieszkańców rozstrzeliwano. Ci, którzy ocaleli, ukryli się w pobliskich wsiach. Wśród bandytów, którzy napadli na wieś, była mniej więcej 50-osobowa grupa Żydów.
Doniesienie w sprawie zbrodni złożył Kongres Polonii Kanadyjskiej. Postępowanie wszczęto 8 marca 2001 roku. Przeszukano archiwa krajowe, gdzie natrafiono na ślady dokumentów. W Centralnym Archiwum Wojskowym znaleziono trzy dokumenty potwierdzające zbrodnię. W Rydze znaleziono także kopię tajnego meldunku sytuacyjnego sporządzonego przez Oddział Operacyjny Wehrmachtu - Ostland w dniu 5 lutego 1944 roku, a więc krótko po popełnieniu zbrodni. Z jego treści wynika, że w Koniuchach pojawiła się "średniej wielkości banda Żydów i Rosjan" oraz że "zastrzelono 36 mieszkańców, a 14 zostało rannych. Miejscowość w przeważającej części została obrócona w perzynę". Po poszukiwaniach na Litwie i Białorusi odnaleziono w archiwach akta dotyczące tej sprawy.
Łódzki IPN przesłuchał 25 świadków. Są to głównie żołnierze Armii Krajowej walczący w oddziałach stacjonujących w Puszczy Rudnickiej, członkowie rodzin ofiar zbrodni oraz mieszkańcy okolicznych wsi. Świadkowie rozsiani są niemal po całym świecie, często są to osoby stare, schorowane, dla których składanie zeznań jest wielkim przeżyciem. Wszyscy świadkowie zeznali, że napadu dokonali "nieznani partyzanci mówiący po rosyjsku", żaden z dotychczas przesłuchanych nie wskazał ich tożsamości, ale, jak poinformowała nas prokurator Anna Gałkiewicz, nazwiska i pseudonimy odnaleziono w zebranych dokumentach. Potwierdzono, że napadu dokonał oddział 100-120 osób, wśród których najliczniejszą grupę stanowiły osoby narodowości żydowskiej. Jeden z odnalezionych świadków był w Koniuchach kilka dni po napadzie - 2 lutego 1944 roku. Zeznał, iż widział popalone domy, rozpaczających ludzi, osierocone dzieci. Z relacji osoby, której udało się przeżyć, usłyszał, że wieś podpalono z obu stron, a potem strzelano do uciekających. Atak nastąpił po dłuższej obserwacji, w czasie, gdy patrole chroniące wieś zeszły ze swych stanowisk, a większość mieszkańców, nie czując żadnego zagrożenia, spała. Mieszkańcy wsi, opowiadając o sprawcach napadu, używali zamiennie określeń "Żydzi" i "Ruscy". Część ofiar zginęła we własnych domach. Z pięcioosobowej rodziny P. tylko dwóch braci uniknęło śmierci. Tylko dlatego nie zginęli, że tej nocy nie było ich w domu. Rodzice spłonęli - nie zdołali się wydostać na zewnątrz, a ciało siostry z przypalonymi stopami i śladami kul bracia znaleźli na podwórzu. Z relacji świadków wynika, że była to wyjątkowo okrutna zbrodnia. Bandyci nie oszczędzali nikogo - starców, kobiet ani dzieci. Mieszkańcy okolicznych wsi opowiadali, jak rano zobaczyli grupę przerażonych kobiet. Uciekły w samej bieliźnie, na bosaka, po śniegu; w wielostopniowym mrozie biegły kilka kilometrów, aby uniknąć śmierci. Jak ustalono, zginęło 40 osób, większość z nich pochowana jest w Koniuchach.
Na Litwę, Białoruś i do Kanady wysłano odezwy o pomoc prawną. IPN otrzymał już odpowiedzi. Archiwa na Litwie zawierają teczki personalne partyzantów sowieckich, meldunki i rozkazy. Nadal jednak poszukiwani są kolejni świadkowie.
IPN - Komisja Ścigania Zbrodni
Przeciwko Narodowi Polskiemu
Łódź, ul. Piotrkowska 149
tel. (42) 637 78 47, 637 70 79

Instytut Pamięci Narodowej


Przegląd Mediów – 18 sierpnia 2005 r.
Pion śledczy łódzkiego Instytutu Pamięci Narodowej skierował do Izraela za pośrednictwem Prokuratury Krajowej wniosek o pomoc prawną w sprawie śledztwa dotyczącego pacyfikacji wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie w styczniu 1944 r. Zginęło prawie 40 osób - kobiety, mężczyźni, dzieci. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ludność Koniuch wymordowały oddziały „Śmierć faszystom”, „Margirio” i „Śmierć okupantowi”. Należeli do nich Rosjanie, Litwini, partyzanci żydowscy, uciekinierzy z getta w Wilnie i czerwonoarmiści zbiegli z niewoli niemieckiej. Według ustaleń IPN, wśród członków oddziałów byli partyzanci żydowscy, którzy po wojnie zamieszkali na stałe w Izraelu. „Mamy informacje, że w Instytucie Yad Vashem mogą być dokumenty dotyczące tej zbrodni” - wyjaśnia prokurator Robert Kopydłowski z łódzkiego oddziału IPN. – Poprosiliśmy też o pomoc w odnalezieniu i przesłuchaniu świadków. Spodziewamy się, że potrwa to kilka miesięcy. IPN otrzymał materiały od strony litewskiej. Od strony rosyjskiej przyszła odpowiedź, że w archiwach Federacji Rosyjskiej dokumentów związanych z tą sprawą nie odnaleziono" - powiedział prok. Kopydłowski. Serwis PAP 17.08.2005 r., Gazeta Wyborcza – Łódź 18.08.2005 r., Nasz Dziennik 18.08.2005 r.

Gazeta Wyborcza – Łódź

Izrael pomoże IPN-owi

amk

2005-08-17, ostatnia aktualizacja 2005-08-17 20:53



http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35153,2872996.html

Łódzki IPN poprosił izraelskie ministerstwo sprawiedliwości o pomoc w śledztwie dotyczącym pacyfikacji wsi Koniuchy w styczniu 1944 r.

- Mamy informacje, że w Instytucie Yad Vashem mogą być dokumenty dotyczące tej zbrodni - wyjaśnia prokurator Robert Kopydłowski z łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. - Poprosiliśmy też o pomoc w odnalezieniu i przesłuchaniu świadków. Spodziewamy się, że potrwa to kilka miesięcy.

Położona 50 km od Wilna wieś Koniuchy została specyfikowana pod koniec stycznia 1944 r. Zginęło prawie 40 osób - kobiety, mężczyźni, dzieci. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ludność Koniuch wymordowały oddziały "Śmierć faszystom", "Margirio" i "Śmierć okupantowi". Należeli do nich Rosjanie, Litwini, partyzanci żydowscy, uciekinierzy z getta w Wilnie i czerwonoarmiści zbiegli z niewoli niemieckiej.

NIEZALEŻNA GAZETA POLSKA

3 marca 2006


Tragedia Koniuchów
Piotr Gontarczyk
O masakrze dokonanej 28 stycznia 1944 r. na mieszkańcach polskiej wsi Koniuchy zrobiło się głośno kilka lat temu, gdy jej sprawcy sami zaczęli się nią chwalić. Odnalezione na Wileńszyźnie dokumenty partyzantki sowieckiej oraz akty śledcze tamtejszej bezpieki pozwalają obecnie na odtworzenie nieznanych szczegółów tej zbrodni.

Sowiecka partyzantka

Sowieckie oddziały partyzanckie pojawiły się w okolicach Koniuchów (parafia Bieniakonie przedwojennego powiatu Lida) wiosną 1943 r. Ich działaniami kierował zza frontu utworzony przez Sowietów Litewski Sztab Partyzancki, dowodzony przez znanego funkcjonariusza partii komunistycznej Antanasa Snieczkusa. Przy pomocy przerzucanych przez front dywersantów z NKWD i sowieckiego wywiadu wojskowego Moskwa starała się zbudować na Wileńszyźnie komunistyczną konspirację i masowy ruch partyzancki. W okolicach Puszczy Rudnickiej zadanie to zrealizował sekretarz tzw. południowego rejonu, Genrikas Zimanas (Henryk Ziman). Pod jego kierownictwem, w drugiej połowie 1943 r., znajdowało się kilka oddziałów partyzanckich, tj. „Borba” („Walka”), „Wpieriod” („Naprzód”), „Smiert okkupantam” („Śmierć okupantom”) i kilka innych.

Początkowo słabo uzbrojone i niezbyt liczebne, jesienią 1943r. i w początkach 1944r., sowieckie grupy zostały zasilone przez co najmniej kilkaset osób – głównie zbiegów z kowieńskiego [oraz wileńskiego] getta. Niemal do końca wojny stanowili oni zdecydowaną większością członków wspomnianych oddziałów. Ale kierowanie nimi na ogół powierzano ludziom wypróbowanym, często przerzuconym na tyły frontu przez sowiecki wywiad wojskowy i NKWD. Na przykład oddziałem „Śmierć okupantom”, który odegrał istotną rolę w tragedii Koniuchów, dowodził Konstantin Rodionow, ps. „Smirnow”. Rodionow służbę w bezpiece rozpoczął w zajętym przez Sowietów Kownie w 1941 r. Po wkroczeniu Niemców przybywał w specjalnym obozie NKWD, a w lipcu 1943 r. został przerzucony przez linię frontu.

Mimo wzrostu liczebności (na przełomie lat 1943/1944) sowiecka partyzantka nie odegrała znaczącej roli. Fatalne braki w wyszkoleniu, słaba dyscyplina, niskie morale, brak broni i oparcia w miejscowej ludności powodowały, że poszczególne oddziały nie były w stanie przeprowadzić żadnej poważniejszej akcji bojowej. Z dokumentów zachowanych w litewskich archiwach wynika, że w ciągu ponad dwóch lat działalności większość sowieckich oddziałów przystąpiła do nie więcej niż 2-3 akcjii o wątpliwym znaczeniu bojowym. Wspomniane w literaturze ukazującej się na Zachodzie „rozbite garnizony” to na ogół kilkuosobowe wiejskie posterunki lub inne obiekty, których znaczenia nie należy jednak przeceniać.

Dla Moskwy istnienie partyzantki sowieckiej miało zgoła inne, istotne znaczenie. Komunistyczna konspiracja prowadziła aktywną działalność wywiadowczą skierowaną przeciwko polskiemu podziemiu, a także litewskim aspiracjom niepodległościowym. Już „Notatka wywiadowcza nr 1” sporządzona przez Litewski Sztab Partyzancki (LSzP) dotyczy rozpracowania polskiej konspiracji. Komuniści prowadzili listy proskrypcyjnie „wrogiego elementu”, którym – po wkroczeniu Armii Czerwonej – zajął się „Smiersz” i NKWD. Likwidowano też, uznanych za „zdrajców”, osoby prowadzące aktywną działalność antykomunistyczną, rabowano lub pacyfikowano wrogo nastawione wsie. Z tych powodów partyzantkę sowiecką trudno traktować jako antyniemiecką. Była ona raczej stalinowska, bo działała głównie na rzecz Stalina, komunizmu, wbrew interesom narodów podbitych przez ZSRS.

Bandytyzm

Jednym z poważniejszych problemów partyzantki sowieckiej, który ostatecznie doprowadził do konfliktu ze wsią Koniuchy, było zaopatrzenie. Moskwa chętnie przerzucała na drugą stronę frontu radiostacje, broń i materiały wybuchowe, ale nie żywność i inne produkty niezbędne do przeżycia w lesie. Instrukcje LSzP nakazywały dowódcom partyzantki zaopatrywanie się w żywność w ... lokalnych organizacjach partyjnych i komsomolskich. W ówczesnych realiach okupacji niemieckiej instrukcje te były absurdalne. Partyzanci sowieccy mogli oczywiście zaopatrywać się w magazynach niemieckich, lub zdobywanymi na Niemcach pieniędzmi płacić za żywność chłopom, jak to często starała się czynić partyzantka polska, tylko że Sowieci nie prowadzili poważniejszych działań bojowych, nie mieli więc okazji, żeby coś na Niemcach zdobyć. Zaopatrzenie zdobywali zatem na okolicznej ludności, która nie była w stanie stawić oporu tak jak Niemcy czy Litwini. Sowieci postępowali równie bezwzględnie, co brutalnie, nie licząc się z losem obrabowanych chłopów. Jeden z uczestników takiej akcji wspominał po wojnie: „(...) Na zdobywanie prowizji składało się więcej niż tylko przekonanie niechętnych chłopów. Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja. Oddział w sile kompanii pod dowódzctwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w prowizję w «bogatej» wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. (...) Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach. (...) W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek”. (Relacja Israela Weissa w: red.: Baruch Kaplinsky, Pinkas Hrubieshov. Memorial to a Jewish Community in Poland, Tel Aviv, 1962). Bardzo poważnym problemem sowieckiej partyzantki była dyscyplina. Kilkuosobowe grupki, a czasem nawet pojedynczy członkowie poszczególnych oddziałów, wałęsali się po okolicznych wioskach w poszukiwaniu nie tylko produktów żywnościowych, ale też ubrań, odzieży, pieniędzy i wódki. Z relacji okolicznej ludności wynika, że prócz rabunku mienia dochodziło do pospolitych gwałtów i rozbojów. Wedle litewskiego historyka, Rimantasa Zizasa, okoliczna ludność dotkliwie odczuwała uciążliwe sąsiedztwo: „Ze starostwa Dawciuny do Puszczy Rudnickiej co noc «idzie» 6-8 furmanek, skąd nigdy nie wracają wozy i konie «w porządku»: jedeń koń wrócił siekierą porąbany (okaleczony). Z lasu, dokąd wieśniacy jadą po drzewo, wracają oni «płacząc», «bosi i bez siermięg». W ciągu krótkiego czasu większość koni stała się niezdolna do pracy, wozy połamane, w okresie 1-1,5 miesiąca więcej niż połowa mieszkańców została bez obuwia i ubrań” („Genocidas ir Rezistencija”, nr 1 (11) 2002).

Powyższe fakty znajdują pełne potwierdzenie w zachowanych dokumentach sowieckiej konspiracji z czasów wojny. Mowa jest w nich o bezwzględnym rabunku i zabójstwach dokonywanych na bezbronnej ludności. W jednej z teczek zachowała się korespondencja Sowietów z niezidentyfikowanym oddziale Armii Krajowej, który w odpowiedzi na żądanie wypuszczenia dwóch schwytanych członków sowieckiego oddziału partyzanckiego wylicza przestępstwa, jakich te oddziały dopuszczają się na ludności polskiej. A ta znalazła się w tragicznej sytuacji. Mimo że na ogół była dość biedna, musiała oddawać kontyngenty nałożone przez niemieckiego okupanta, wspierała „swoją” (polską) partyzantkę, a na koniec była doszczętnie rabowana przez Sowietów. W niektórych wsiach zaczęto poważnie przemyśliwać o jakiejś formie obrony.
Samoobrona

Z dokumentów MWD (sowieckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, spadkobierca NKWD) wynika, że pierwsze wizyty sowieckich partyzantów w okolicy wsi Koniuchy miały miejsce wiosną i latem 1943 r. i prawdopodobnie nie wzbudziły aż tak dramatycznych emocji. W lecie regularnie przybywała wozem grupa partyzantów z oddziału „Borba” („Walka”), co zaczynało być dla biednej ludności coraz bardziej dotkliwe.

Po kolejnej wizycie, która skończyła się zwykłym rabunkiem, odbyło się pierwsze spotkanie miejscowych gospodarzy, którzy coraz poważniej zastanawiali się, co robić. Ówczesne stosunki wsi z Sowietami opisuje jeden z dokumentów MWD. Wynika z niego, że dwóch braci, Franciszek i Adolf Radzikowscy, „uzbroiwszy się w siekiery, nie wpuścili do swojego domu partyzantów wojny ojczyźnianej”.

Ówczesny starosta gromady Koniuchy, Stanisław Bobin prosił o interwencję władze litewskie, ufając, że zapewnią one bezpieczeństwo miejscowej ludności. Jednakże szczupłość sił litewskich i niemieckich wykluczała możliwość przeciwstawienia się najściom Sowietów. Na zebraniu z miejscową ludnością, które odbyło się we wrześniu 1943 r.w domu Władysława Woronisa, przedstawiciele władz sugerowali, by mieszkańcy uzbroili się i bronili sami.

Wobec braku perspektywy pomocy ze strony władz okupacyjnych Woronis zaczął tworzyć oddział, który mógłby bronić okolicznej ludności przed małymi grupami Sowietów. W skład „samoobrony” weszło ok. 25-30 osób, a do najaktywniejszych jej członków należeli: Władysław Woronis, Jan Kodis i Stanisław Bobin. Uzbrojenie grupy stanowiło to, co dało się znaleźć lub zdobyć w okolicy: trochę karabinów, obrzynki, dubeltówki i pistolety. W sumie nie więcej niż około 20 sztuk broni. Mniej więcej w tym samym okresie stworzono też kilkuosobową nocną wartę, która, funkcjonując przez kilka godzin po zapadnięciu zmierzchu, odganiała wyruszających w tych godzinach „na żer” sowieckich maruderów.

Skutki powstania oddziału „Samoobrony” bardzo szybko odczuli Sowieci. Wedle jednego z dokumentów MWD już we wrześniu 1943 r. jej członkowie: „W rejonie wsi Gierwiszki ostrzelali z posiadanej broni grupę sowieckich partyzantów z oddziału „Borba”, w rezultacie czego partyzanci mieli straty, a także zmuszeni byli pozostawić trzy wozy z zaopatrzeniem”.

Oczywiście taka postawa niektórych mieszkańców wsi z terenów Puszczy Rudnickiej była nie do przyjęcia dla Sowietów. Sekretarz podziemnego komitetu partyjnego południowej Litwy Zimanas pisał do Moskwy w styczniu 1943 r.: „Wokół nas znów umacnia się samoobrona. Jedna z podstawowych przyczyn – niedostateczny opór z naszej strony, którego nie możemy stawić z powodu braku broni, i co najważniejsze, braku amunicji”.

Jeszcze lepiej zagrożenie ze strony lokalnych oddziałów „samoobrony” oraz oddziałów AK oddają kolejne telegramy Zimanasa: „Amunicji nie ma, broni nie ma, samoobrona panoszy się, «biali» [Polacy – P.G.], gdzie nie spojrzysz wszędzie ślady, a kiedy wrócisz, oczekują, później «lub trzeba kogoś grzebać, lub wykreślać z ewidencji» (...) Gdzie mamy się podziać? Zaszyć się we wsiach – znaczy zniszczyć aktyw i wcale nie dlatego, że wieśniacy nas nienawidzą. Jeśli oderwać się od uzbrojonej siły, to nawet w «rejonie partyzanckim» przyjdzie kilku «chuliganów kułaków» z sąsiedniej wsi z samoobrony i zastrzelą, nawet policji nie wezwą. Na południu powiatu [Olita – P.G.] nie udało się założyć kwater – jesienią 1943 r. wysłaną słabo uzbrojoną grupę rozpędzili Polacy”.

Tak więc poważną barierą dla funkcjonowania promoskiewskiego ruchu partyzanckiego stanowiły niezbyt liczebne polskie oddziały partyzanckie i chłopskie samoobrony. Starcie z pierwszymi, ze względu na poziom oddiałów sowieckich, było dla nich ryzykowne. Przynajmniej tym drugim można było dać naukę.
Pacyfikacja

Z dokumentów sowieckiej bezpieki wynika, że jeszcze w końcu 1943 r. „samoobrona” Koniuchów otrzymała z „lasu” pogróżki. Aresztowany po wojnie Władysław Woronis przytoczył z pamięci treść listu od sowieckich partyzantów: „Koniuchy! Przerwijcie walkę przeciwko partyzantom!, złóżcie broń. Jeśli będziecie kontynuować walkę, spalimy wieś i zniszczymy wszystkich mieszkańców.” Groźby powtórzy się jeszcze kilkakrotnie. „Samoobrona” odmówiła złożenia broni, bo oznaczałoby to wydanie wsi na łup Sowietów.

Wobec powyższego kierownictwo sowieckiej konspiracji zbrojnej (zapewne w osobie Genrikasa Zimanasa) podjęło decyzję o ukaraniu Koniuchów. Chodziło nie tylko o złamanie oporu jej mieszkańców, lecz także zastraszenie innych niepokornych wsi. Ponieważ rozbicie dwudziestokilkuosobowej wiejskiej „samoobrony” było dla Sowietów nie lada przedsięwzięciem, do akcji wprowadzono spore siły: „Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodzi Jaakow (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite, a wszelka własność spalona.” (Chaim Lazar, Destruction and Resistance, New York, 1985, s. 174).

Atak nastąpił około szóstej rano, kiedy we wsi nie było już nocnej warty, a członkowie „samoobrony” przebywali w domach. Wieś była więc praktycznie bezbronna. Sowieci podpalali gospodarstwa, strzelając do uciekających mieszkańców: mężczyzn, kobiet, dzieci. Zupełnie inaczej widzą to zdarzenie sowieccy partyzanci. Według nich miał to być nie lada wyczyn bojowej w krwawej bitwie z niemcami i kolaborantami: „Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki [sic!] odpowiedział ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona”. (Isaac Kowalski, A Secret Press in Nazi Europe. The Story of a Jewish United Partisan Organization, New York, 1969, s. 333).

Nieco mniejszą fantazją wykazał się Chaim Lazar, który napisał wprost, że ofiarą akcji padli cywilni mieszkańcy, a nie żaden ufortyfikowany garnizon: „Półnadzy ludzie skakali przez okna próbując uciekać, ale nikt nie wymknął się z okrążenia. Niektórzy skakali wprost do rzeki, ale ich też zastrzelono. Akcja trwała krótko: zlikwidowano 60 domów, z 300 mieszakańców wsi nikt się nie uratował.”

Liczba ofiar pacyfikacji była mniejsza, niż podają jej wykonawcy. W sprawozdaniu policji litewskiej za okres od 26 stycznia do 1 lutego 1944 r. zanotowano: „29 stycznia [1944 – P.G.] około 200 bandytów rosyjskich napadło na wieś Koniuchy i całkowicie ją zniszczyło. Zginęło 36 osób i 14 zostało ciężko rannych. Mieszkańcy tej wsi kilkakrotnie sprzeciwili się zbrojnie bandytom. Ci w odwet zniszczyli wioskę”. Podobna liczba ofiar pada w relacjach mieszkańców i dokumentach sowieckiego MWD.


Sprawcy

Genrikas Zimanas wysłał do Moskwy sprawozdanie z przeprowadzonej akcji, które było propagandowym usprawiedliwieniem zbrodni: „29 stycznia połączona grupa oddziałów wileńskich «Śmierć Okupantom», «Margiris» i grupy specjalnej sztabu generalnego całkowicie spaliła najbardziej zagorzałą w samoobronie wieś powiatu Ejszyskiego [powinno być: lidzkiego – P.G.] Koniuchy. Mieszkańcy nie tylko nie wpuszczali do wsi partyzantów, lecz robili na nich zasadzki na drogach, napady na przyjazne dla partyzantów wsie, zmuszali neutralne wsie do uzbrajania się. Obrońcy wsi doznali ciężkich strat. Z naszej strony strat nie ma”.

Losy ocalałych mieszkańców Koniuchów były tragiczne. W pochówku pomordowanych pomogli im litewscy policjanci z pobliskich Rakiszek. Część mieszkańców przetrwała zimę w prowizorycznych ziemiankach, część znalazła schronienie u krewnych i znajomych w okolicznych miejscowościach.

Kwestia indywidualnej odpowiedzialności za zbrodnię w Koniuchach jest skomplikowana. Śmiało można stwierdzić, że decyzja o pacyfikacji nie zapadła w Moskwie, a największą za nią odpowiedzialność ponosi Genrikas Zimanas. Bez wątpienia w akcji uczestniczyła duża grupa partyzantów żydowskich, którzy potem zaczęli się nią chwalić w publikacjach ukazujących się na Zachodzie. Ich udział w pacyfikacji potwierdzają zachowane dokumenty sowieckiego ruchu partyzanckiego Litwy. W teczkach personalnych niektórych członków oddziału „Śmierć Okupantom”, składającego się głównie z uciekinierów z kowieńskiego getta, także kobiet (Gitel Aronowicz, Fajga Kulbakajte, Mojsiej Szerman, Pela Chas, Lita Teper, Ida Piłownik, Perec Padison, Lazar Mozas, Choks Kagan, Berel Kot, Sara Hempel, Edwarda Bekker, Pejsach Wolfe, Matwiej Brik, Icek Nemzer), można znaleźć informacje o udziale w akcji na Koniuchy. Warto wspomnieć, że uciekinierzy ci nie działali samodzielnie, tylko w ramach sowieckiej partyzantki. Wykonywali więc rozkazy. Nie zmienia to jednak ogólnej interpretacji działań sowieckiej partyzantki. Ich dobrą ilustracją jest zachowana w archiwach litewskich korespondencja pomiędzy oddziałem „Śmierć Okupantom” a bliżej niezidentyfikowanym oddziałem polskiej partyzantki, pochodząca z czerwca 1944 r. W odpowiedzi na żądanie Rodionwa, by AK-owcy wypuścili dwóch schwytanych członków ich oddziału, ci spełnili ich prośbę, jednocześnie pisząc: „Żądamy oszczędzania miejscowej ludności, gdyż jak stwierdzono, często nasze oddziały nie rekwirują niezbędnych artykułów, a grabią i palą, pozostawiając ludzi w nędzy.”

Sprawa odpowiedzialności ma jeszcze inny, ważny aspekt.Otóż do akcji na Koniuchy przyznawali się po wojnie także członkowie innych oddziałów partyzanckich („Szarunas”, „Perkunas”, „Mickiewicza”), których rzeczywisty udział w pacyfikacji jest dyskusyjny. Można przypuszczać, iż część członków sowieckich grup zbrojnych, wobec braku rzeczywistych dokonań w walce z Niemcami, przyznawała się do tych walk, o których słyszała. Mogli zmyślać co najmniej tak bardzo, jak autorzy książek wydawanych na Zachodzie: Chaim Lazar czy Isaac (Izak) Kowalski. Nasuwa się też pytanie, czy rzeczywiście Szlomo Brand i Jakub Prenner pełnili w operacji na Koniuchy funkcje dowódcze. A może „otrzymali je” po wojnie od autorów relacji i opracowań nakierowanych nie na przekazanie historycznej prawdy, tylko na podkreślenie – lub często „tworzenie od podstaw” – wojennych zasług żydowskich partyzantów?
Kontrowersje

Jeden z głównych odpowiedzialnych za tragedię Koniuchów, sekretarz południowego rejonu litewskiej partii komunistycznej, jako „zasłużony partyzant wojny ojczyźnianej”, zrobił po wojnie błyskotliwą karierę. Wedle niektórych źrodeł, za swoje bohaterskie wyczyny otrzymał od władców PRL Order Virtuti Militari.

Dowódca oddziału „Śmierć Okupantom” – Konstantin Rodionow, ps. „Smirnow” – wrócił po wojnie do Kowna, gdzie piastował nomenklaturowe stanowiska. Wielu członków sowieckich grup partyzanckich z Puszczy Rudnickiej trafiło po wojnie do USA i Izraela. Tu opublikowali wiele wspomnień i monografii na temat działalności w czasie drugiej wojny światowej. Fantazja autorów jest praktycznie niczym nie ograniczona. Bezbronne wsie zmieniają się w uzbrojone garnizony, leśne potyczki z litewskim policjantem – w ogromne bitwy. Setki Niemców kładą się (na papierze) pokotem. Zapewne z braku autentycznych akcji antyniemieckich partyzantki sowieckiej niektórzy historycy i memuaryści notorycznie przedstawiają pacyfikację wsi Koniuchy jako wielką bitwę z Niemcami. Jeden z partyzantów nazwiskiem Gelpern napisał: „Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie «Śmierć okupantom» miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej. W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym «Śmierć okupantom» otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali działać według prawa: «Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować». Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski nad ranem. Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. Dwudziestu partyzantów z grupy «Śmierć okupantom», pod dowódzctwem Michaiła Truszyna, wkroczyło do wioski. Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmowć każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne, oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci Dowid (Dawid) Teper, Jankł (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Łeb Zajac zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu, aż kolba pękła”. (M. Yelin, D. Geplern, Partisaner fur Kaunaser getto, Moskwa, 1948).

W 2001 r. sprawą pacyfikacji wsi Koniuchy zajął się Instytut Pamięci Narodowej. Przez cztery lata śledztwa w tej sprawie nie dzieje się dosłownie nic, a oficjalne komunikaty pionu śledczego IPN trudno traktować poważnie. Znacznie więcej zrobiły, zbierając i publikując dokumenty, środowiska polonijne w Kanadzie.

Kiedy Polonusi zaczęli nagłaśniać rzeczywisty obraz wydarzeń w Koniuchach, zarzucono im kierowanie się „motywami politycznymi”. Jeden z szanowanych naukowców izraelskich stwierdził, że Polacy zamiast zajmować się tą kwestią, powinni badać pogromy na Żydach, jakich sami dopuszczali się w czasie okupacji i po wojnie. Pewne zdarzenia można zatem badać, inne nie, - tak przynajmniej pojmuje naukę prof. Dov Levin z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Jak wynika z dokumentów sowieckich, od września 1943 r. Levin był członkiem sowieckiego oddziału partyzanckiego „Śmierć okupantom”.
Ofiary

Znacznie tragiczniejsze losy spotkały członków polskiej samoobrony. Możemy je dziś pzreśledzić dzięki dokumentom sowieckiego MWD. Oficjalne śledzctwo przeciwko Polakom rozpoczęło się w lutym 1947 r. Początkowo aresztowano trzech członków samoobrony: Władysława Woronisa, Stanisława Bobina i Jana Kodisa, nieco później trafił do więzienia także Franciszek Radzikowski. Zarzuty, jakie im postawiono, sprowadzały się głównie do oporu wobec sowieckiej partyzantki: „W czasie śledztwa ustalono, że z chwilą pojawienia się partyzanckich oddiałów w okolicach wsi Koniuchy część mieszkańców tej wsi, odnosząca się wrogo do władzy sowieckiej, podjęła walkę zbrojną przeciwko partyzantom wojny ojczyźnianej, dążąc do pozbawienia partyzantów możliwości uzupełniania zapasów.”

Były to niezwykle poważne zarzuty, bowiem podobne działania interpretowano w Związku Sowieckim jako kolaborację z okupantem.

Śledztwo prowadzono w typowy dla Sowietów sposób: oficerowie śledczy naginali fakty, interpretując je tak, żeby w dokumentacji przedstawić pacyfikację Koniuchów jako akcję przeciwko „samoobronie”, a nie ludzkości cywilnej, a zatem jako czyn w pełni usprawiedliwiony. W akcie oskarżenia napisano między innymi: „Widząc, że oddział «Samoobrony» po uprzedzeniu tylko wzmocnił swoje działania przeciwko partyzantom, oddziały partyzanckie 29 stycznia 1944 r. przeprowadziły operację w celu zniszczenia uczestników oddziału «Samoobrony» we wsi Koniuchy”.

Aresztowanym w czasie zeznań wyraźnie ograniczono możliwość swobodnej wypowiedzi. Mimo to na kartach stenogramów ze śledztwa można znaleźć wiele istotnych informacji o rabunkach dokonywanych przez Sowietów i o rzeczywistych motywach ich działania. Na nic to się jednak nie zdało. Finał sprawy, nawet dla historyka nawykłego do kontaktów z komunistycznym bezprawiem, może wydać się szokujący. W aktach nie ma śladu, by któryś z oskarżonych miał obrońcę. Prawdopodobnie żaden z nich w ogóle nie został przesłuchany, a proces – prowadzony zaocznie – trwał jeden dzień. 18 września 1947 r. Trybunał Wojenny Wojsk MWD wydał wyrok. Franciszek Radzikowski został uniewinniony. Pozostali członkowie „Samoobrony”: Władysław Woronis, Stanisław Bobin i Jan Kodis zostali skazani na 10 lat łagrów i konfiskatę mienia.

Koniec całej tej ponurej historii wydaje się mieć dość symboliczny charakter.

W Koniuchach stoi dziś krzyż upamiętniający ofiary sowieckiej pacyfikacji. Dzięki dokumentom MWD znamy już nazwiska i losy tych, którzy ośmielili się bronić przed sowiecką partyzantką i także zapłacili za to olbrzymią cenę.

Tygodnik GŁOS

nr 29 - 30 (1148 – 1149) 22 - 29 lipca 2006 r.



http://www.glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202006/029/Koniuchy.html
Są w Ojczyźnie rachunki krzywd

Mord w Koniuchach

W zimową mroźną noc 29 stycznia 1944 roku sowiecki oddział partyzantki stacjonujący w Puszczy Rudnickiej - w skład której wchodził batalion składający się z Żydów, którzy uratowali się z getta kowieńskiego i włączyli do partyzantki sowieckiej - otoczył wieś Koniuchy. Pod zarzutem rzekomej współpracy jej polskich mieszkańców z okupantem niemieckim partyzanci dokonali strasznego mordu.

Palili domy, z zimną krwią mordowali mężczyzn i kobiety, starszych i niemowlęta. Pozostawili po sobie popiół i zmasakrowane ciała ofiar.

W sprawozdaniu policji litewskiej za okres od 26 stycznia do 1 lutego 1944 roku zanotowano:



29 stycznia około 200 bandytów rosyjskich napadło na wieś Koniuchy i całkowicie ją zniszczyło. Zginęło 36 osób i 14 zostało ciężko rannych. Mieszkańcy tej wsi kilkakrotnie sprzeciwili się zbrojnie bandytom. W odwecie zniszczyli wioskę.

W innej relacji policji litewskiej wydarzenia te przedstawiono następująco:



Podpalili wieś. Z 40 gospodarstw spaliło się 39 zabudowań i 1 łaźnia, 50 krów, 16 koni, 50 świń, 100 owiec, 400 kur i inny majątek. W walce ciężko ranili policjanta Juozasa Baronisa [tj. Józefa Woronisa z polskiej samoobrony], a policjanta z pomocniczego oddziału policji Juozasa Bobinasa [tj. Józefa Bobina z polskiej samoobrony] zabili. Zabili 35 osób cywilnych, 13 raniono z nich 10 ciężko.

Od maja 2004 roku na ufundowanym przez Radę Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa krzyżu-pomniku w Koniuchach widnieją nazwiska 38 osób, które 29 stycznia 1944 roku zginęły w Koniuchach. Są to:


Bandalewicz Stanisław ok. 45 lat

Bandalewicz Józef 54 lata

Bandalewiczowa Stefania ok. 48 lat

Bandalewicz Mieczysław 9 lat

Bandalewicz Zygmunt 8 lat

Bobin Antoni ok. 20 lat

Bobinowa Wiktoria ok. 45 lat

Bobin Józef ok. 50 lat

Bobin Marian 16 lat

Bobinówna Jadwiga ok. 10 lat

Bogdan Edward ok. 35 lat

Jankowska Stanisława

Jankowski Stanisław

Łaszakiewicz Józefa

Łaszakiewiczówna Genowefa

Łaszakiewiczówna Janina

Łaszakiewiczówna Anna

Marcinkiewicz Wincenty ok. 63 lat

Marcinkiewiczowa N. (sparaliżowana, spaliła się)

Molis Stanisław ok. 30 lat

Molisowa N. ok. 30 lat

Molisówna N. ok. 1,5 roku

Pilżys Kazimierz

Pilżysowa N.

Pilżysówna Gienia

Pilżysówna Teresa

Parwicka Urszula ok. 50 lat

Parwicki Józef lat 25

Rouba Michał

Tubin Iwaśka (?) ok. 45 lat

Tubin Jan ok. 30 lat

Tubinówna Marysia lat około 4

Wojsznis Ignacy ok. 35 lat

Wojtkiewicz Zofia ok. 40 lat

Woronisowa Anna 40 lat

Woronis Marian 15 lat

Woronisówna Walentyna 20 lat

Ściepura N. - krawiec z miejscowości Mikonty.

Według innych, wciąż trudnych do zweryfikowania danych w wyniku tej bestialskiej zbrodni zginęło na miejscu 45 osób a z 12 rannych część zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach.

Z 85 domów ocalały tylko 4 (Aleksandrowiczów, Wandalewiczów, Radzikowskich i Łaszkiewiczów)...

Obchodzimy 60. rocznicę tzw. pogromu Żydów w Kielcach, gdzie zamordowano co najmniej 39 Żydów i 3 Polaków. Dobrze, że przypominamy tę tragedię, będącą – jak coraz więcej na to wskazuje - prowokacją bezpieki. O tragediach trzeba głośno wołać także po to, by już nigdy się nie powtórzyły. W każdym wypadku trzeba jednak mówić całą prawdę. Nie ma znaczenia, kogo ta prawda dotyczy. Skoro eksponuje się dziś zło dokonane w Polsce pod rządami komunistycznymi na obywatelach pochodzenia żydowskiego, a skrywa zbrodnie dokonane między innymi przez Żydów na rodowitych Polakach - przywołajmy wspomnienie o okrutnej zbrodni dokonanej we wsi Koniuchy.

Jedyną “winą” mieszkańców tej wioski – pisze polski historyk Kazimierz Krajewski - było to, że mieli dość codziennych (a właściwie: conocnych) rabunków oraz gwałtów i zaczęli organizować samoobronę przed sowieckimi i litewskimi rabusiami-partyzantami. Wieś nie była “ufortyfikowana”, a uzbrojenie mężczyzn organizujących samoobronę składało się z paru starych karabinów.

Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią, by zastraszyć ludność innych okolicznych wiosek. Kilka lat później uczestnik tej zbrodniczej akcji, Chaim Lazar, z dumą opisał wymordowanie mieszkańców Koniuch, w tym kobiet i dzieci, jako wybitną “operację bojową”.

Poeta Janusz Wasylkowski napisał: Kazano nam wyrwać miasto z serca / zapomnieć, że było / kto zapomina ten umarł / zanim rozstał się z tym światem / pamiętajmy i będziemy pamiętać / więc jeszcze pożyjemy.

Z. S.

Cytaty i ilustracje zaczerpnięte m.in. z opracowania Hanny Sokolskiej, rzecznika prasowego Kongresu Polonii Kanadyjskiej Okręg Toronto oraz z artykułu Czesława Malewskiego na portalu polonica.net




RZECZPOSPOLITA

16 czerwca 2007



http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070616/plus_minus_a_3.html
Bohater w cieniu zbrodni

Piotr Zychowicz


W Hollywood powstaje superprodukcja o przygodach żydowskiego partyzanta Tewjego Bielskiego. Zagra go odtwórca roli Jamesa Bonda Daniel Craig. Z filmu widzowie nie dowiedzą się jednak, że oddział Bielskiego oprócz tego, że uratował wielu Żydów, jest współodpowiedzialny za śmierć ponad stu Polaków

- Była 4.30, może 5 w nocy. Obudził mnie potężny huk. Długa seria z karabinu maszynowego poszła po chałupie. Kule przebiły na wylot belki i przeleciały nad naszymi łóżkami. Pocisk utkwił w ścianie, kilka centymetrów nad moją głową. Usłyszałem wrzaski - opowiada Wacław Nowicki. 8 maja 1943 roku miał 18 lat. - Zabarykadowaliśmy się w domu, ale napastnicy pobiegli dalej, w stronę centrum Naliboków. To nas uratowało.

Wkrótce Nowiccy, którzy mieszkali na obrzeżach miasteczka, zobaczyli przez okno pierwsze płomienie. Z pobliża dobiegała gęsta kanonada. Do pogrążonych we śnie Naliboków wdarli się sowieccy partyzanci. Około 120 - 150 uzbrojonych ludzi.

- Szli przed siebie, wpadali do chałup. Każdego, kogo napotkali na swojej drodze, zabijali z zimną krwią. Dla nikogo nie było litości - opowiada inny świadek wydarzeń, obecnie 83-letni Wacław Chilicki.

Bolesław Chmara miał wówczas 15 lat: - Wywołali mojego starszego o trzy lata brata na ganek. Wyszedł. Wśród nich była kobieta. Podniosła karabin i trafiła go prosto w pierś. To była rozrywająca kula dum-dum. Wyrwało mu całe ramię. Ona wzruszyła ramionami, odwróciła się na pięcie i poszli dalej. Zrabowali, co się dało, a chałupę puścili z dymem.

Zamordowano wówczas 128 albo 129 osób, głównie mężczyzn i wyrostków. Ale również 10-letnie dziecko i kilka kobiet. Jedna z nich zginęła, broniąc trzech synów. W kilku przypadkach zabito po siedmiu, ośmiu członków jednej rodziny. Część ludzi zginęła w łóżkach, część wyprowadzono na podwórza i rozstrzelano po kilkunastu, w zbiorowych egzekucjach. Od pocisków zapalających zajęło się kilka chałup. Spalono kościelną wieżę, pocztę, remizę. Zrabowano dużą ilość jedzenia, koni, bydła.

- To, co zobaczyliśmy, gdy odeszli partyzanci, przechodziło ludzkie pojęcie. Wypalone budynki. Stosy trupów. Głównie rany postrzałowe, porozbijane głowy, wytrzeszczone w przerażeniu, martwe oczy. Wśród zabitych dojrzałem szkolnego kolegę... - opowiada Wacław Nowicki. - Dla młodego chłopaka, jakim wówczas byłem, to był prawdziwy szok. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.

Mieszkańcy Naliboków, którzy przeżyli, nie mają wątpliwości, że w sowieckim oddziale, który dokonał masakry, duża część partyzantów pochodziła z działającego w sąsiedniej Puszczy Nalibockiej żydowskiego oddziału Tewjego Bielskiego. - To Żydzi, którzy przed wojną mieszkali wśród nas, brylowali wśród napastników. Doskonale wiedzieli, kto, gdzie mieszka, kto jest kim - wspomina Nowicki.




1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna