The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona22/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   43

Zbrodnia bez kary

Jerzy Danilewicz


Tam, gdzie krew plynęła potokami, trudno o prawdę dziejową. A tym, którzy wierzą w niepodważalne fakty historyczne, radzimy odwiedzić Koniuchy.
Na zdjęciu: Aleksander Kockin (trzeci z prawej) pacyfikował Koniuchy i jest z tego dumny
Starsza kobieta drepcze w stronę lasu i przy krzyżu na kolanach modli się o spokój duszy zmarłych i pokój dla żyjących. Na krzyżu są wyryte nazwiska mieszkańców Koniuch – mężczyzn, kobiet i dzieci. Przed 61 laty ci, co przeżyli, chowali zabitych w wąskich rowach. Do trumien wkładali po dwoje: męża z żoną, ojca z synem, bo zbrakło desek na trumny – napastnicy spalili całą wieś. Za to, ze wioskowi utworzyli zbrojną straż do ochrony przed partyzantką, która rabowała żywność, zwierzęta i odzież. Anna Suckiel miała wówczas 15 lat. Cudem przeżyła.
Instytut Pamięci Narodowej w Łodzi już piąty rok prowadzi śledztwo w sprawie Koniuch, wsi leżącej przed II wojną światową w województwie nowogródzkim, a obecnie w rejonie solecznickim na Litwie. Nikomu nie przedstawiono zarzutów. Pion śledczy ma problemy z dotarciem do żyjących sprawców mordu. Nie może się doczekać dokumentów archiwalnych z Federacji Rosyjskiej. Nadeszły tylko materiały z Litwy.
- Wiemy, jakie oddziały zaatakowały Koniuchy, znamy nazwiska dowodców i niektórych partyzantów – mówi prokurator Anna Gałkiewicz. – Przesłuchaliśmy jednego, ale zeznał, że go tam nie było. W sprawie Koniuch zrobiliśmy, co się da, lecz na tempo pomocy prawnej z zagranicy nie mamy wpływu.
Śledztwo zostało wszczęte w 2001 roku na wniosek Kongresu Polonii Kanadyjskiej, który sam przez kilka lat dokumentował wojenną tragedię. W Kanadzie żyją krewni ofiar. Kongres dostarczył IPN zgromadzone dokumenty w czasie, gdy w Polsce trwała debata o Jedwabnem. To nie przypadkowa zbieżność terminów. Przedstawiciele Polonii chcieli, by tragedia w Koniuchach oświadomiła światu, że w trakcie wojny nie tylko Żydzi bywali ofiarami Polaków, ale też sami dopuszczali się bestialskich morderstw. Bo wśród oddziałów sowieckiej partyzantki, które dokonały pacyfikacji Koniuch, były takie, które składały się w większości z osób pochodzenia żydowskiego, uciekinierów z gett w Wilnie i Kownie.
Ale w Koniuchach i rejonie solecznickim, gdzie administracja kierują dziś Polacy, panuje przekonanie, że poszukiwanie sprawców mordu nie jest potrzebne. Przed rokiem, w maju, postawiono ofiarom pomnik. Mowią tu, że pamięć wystarczy, szubienic nie trzeba.
- Uważamy, że tę sprawę należy zamknąć, a nie dalej kopać w historii – przekonuje Zdzisław Palewicz, wicemer Solecznik i szef oddziału Związku Polaków na Litwie. – Żyją u nas Litwini, Rosjanie, także weterani Armii Czerwonej i partyzanci z Puszczy Rudnickiej. I my nie zamierzamy tropić zbrodniarzy. Ze wszystkimi chcemy być w zgodzie. Postawiliśmy pomnik i dosyć – twierdzi. – Tu wszystko wygląda inaczej niż z perspektywy Warszawy.
W tym przygranicznym regionie odróżnienie wroga od przyjaciela zawsze było skomplikowane i uzależnione od panującej właśnie sytuacji politycznej.
29 stycznia 1944 roku w Koniuchach zginęło 40 mieszkańców – zastrzelonych przez sowieckich partyzantów, dobitych bądź spalonych we własnych domach. Spłonęły też prawie wszystkie zabudowania we wsi. Ataku dokonały oddziały partyzantki z pobliskiej Puszczy Rudnickiej. Partyzanci wysadzali w powietrze niemieckie transporty wojskowe na przebiegającej niedaleko linii kolejowej Wilno – Lida. Atakowali posterunki niemieckie i posterunki kolaborującej z Niemcami policji litewskiej. Wsie zamieszkałe przez Polaków były niechętnie nastawione do czerwonych partyzantów, którzy przemocą zabierali dobytek. A w Koniuchach za przyzwoleniem Niemców mężczyźni utworzyli zbrojną straż. – Byli uzbrojeni w kilka zardzewiałych karabinów – mówi historyk z IPN Kazimierz Krajewski. – Jedyna ich wina było to, e chcieli przeciwstawić grabieżom.
Zupełnie inaczej przedstawiają to byli partyzanci żydowscy w swoich wspomnieniach: “Od dawna było wiadomo, że wieś Koniuchy była gniazdem bandytów i siedliskiem intryg przeciw partyzantce – pisze Chaim Lazar (“Destruction and Resistance”, Nowy Jork 1985). – Mieszkańcy Koniuch, znani ze swojej nikczemności, podżegali ludzi w okolicy, rozdawali im broń, jaką otrzymali od Niemców, i kierowali każdym atakiem na partyzantów. Wioska była dobrze obwarowana. Każdy dom był stanowiskiem bojowym, koło każdego zabudowania były okopy. Ponieważ na obu krańcach wioski były wieże strażnicze, nie było łatwo dostać się na jej teren. Jednak partyzanci nie zważając na nic, wybrali właśnie to miejsce, aby dokonać aktu zemsty i zastraszenia. Dowództwo Brygady zdecydowało zrownać Koniuch z ziemią, aby dać przykład innym.” W innych relacjach (np. Isaaca Kowalskiego w “The Story of a Jewish United Partisan Organization”, Nowy Jork 1969) powtarza sie stwierdzenie, że we wsi stacjonował garnizon niemiecki, a mieszkańcy “byli znani ze swojej wrogości do Żydów”.
W dzisiejszych Koniuchach, które nazywają sie Kaniukai, żyją jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń. Ich pamięć weryfikuje opinie zarówno o “zardzewiałych karabinach”, jak i o “niemieckim garnizonie we wsi”.
Anna Suckiel, z domu Bobin, tak jak przed 61 laty mieszka na początku wioski w odbudowanym po spaleniu domu. – Żadnych Niemców u nas nie było. Najbliżej to siedziała litewska policja, w Rakliszkach – opowiada kresową polszczyzną. – Warty zorganizował Władek Woronis, zwany Wadasem. Chodzili chłopaki co noc, z każdej strony wsi po kilku. Swego wartowali – żon, dzieci, krów. Broni mieli dość, bo została po wojnach – tej z 1939, a potem jak w 1941 Niemcy Sowieta pogonili.
Po którymś rabunku chłopaki chwycili za broń i popędzili za złodziejami na skróty. Przecięli im drogę, na moście w Gierwiszkach huknęli z obrzynków. Partyzanci wiali, że mało czapek nie pogubili. Zostawili nawet furmankę z łupami. Od tego czasu chłopy z Koniuch regularnie trzymali nocne warty.
- Ale z Niemcami żadnych konszachtów nie było – twierdzi Suckielowa. – Czasem tylko Litwini z Rakliszek zajechali do Wadasa i wódki razem popili. Obiecali, że jakby co, obronią. A jak przyszło co do czego, to przyjechali juz po wszystkim.
Stanisława Woronis, wdowa po Wadasie, mimo 86 lat pamięć ma dobrą. Pamięta, że wątek niechęci do Żydów nie może być prawdziwy. Dlaczego? – Żydowska to była u nas jedna rodzina, a i tak tylko przejazdem. Młody Jankiel z matką i córką wydzierżawił sad. Trochę posiedzieli, zarobili i pojechali dalej.
Ani Suckielowa, ani Woronisowa nie słyszały o żadnym Jedwabnem. O co tam chodziło? Wiedzą za to, że Koniuchy spalono z zemsty, bo nie chciały pomagać partyzantom. Ale co za różnica, kto zabił – Żyd czy Ruski. Śmierć taka sama.
- Tylko dlaczego pomordowali tyle kobiet i dzieci – Suckielowa ociera łzy z policzka. – Co im zrobiła mala Molisówna, dwóch latek nie miała. Albo chłopcy od Bandalewiczów – jeden osiem, drugi dziewięć lat żył …
Suckielowa przeżyła styczniowy napad, bo jak tylko zaczęła sie strzelanina, ojciec kazał uciekać. Tak jak spali, bez butów, by partyzanci nie pomyśleli, że stali na warcie. Anna uciekła w stronę rzeki. Huk, dym i lament. Ci, co uciekali drogą przez wieś – zginęli.
Woronisowa z trzy letnią coreczką na ręku strach sparalizował pod domem sasiądów. Skulila sie i czekala na smierc. Nadbiegl jakis czlowiek z bronia i krzyknal po rusku, zeby leciala do rzeki, bo zginie. – To byl partyzant, do dzis sie za niego modle. I wśród bandyów trafił się człowiek – mówi, żegnając sie.
Jej mąż, szef straży, też przeżył. Ale zaraz po wojnie aresztowała go bezpieka. Za to, że wystąpił przeciw sowieckim partyzantom, stał się wrogiem ludu, 10 lat spędzil w obozie w Jakucji. Jak wrócil, też nie miał lekko – piętno ciągnęło się za nim aż do śmierci w 1985 roku. Był “koniuchowskim bandyta”.
Anna Suckiel cale życie uczciwie pracowała w kołchozie, była sanitariuszką przy felczerze. Dostaje dziś 340 litów (ok. 400 zł) emerytury. Chociaż w jej załzawionych oczach Koniuchy wciąż płoną, uważa, że poszukiwanie zabojców po tylu latach nie ma sensu. Gdy przyschły wojenne rany, młodzi zaczęli się żenić z sąsiadami – Białorusinami, nawet Litwinami. Wymieszała się krew. Co będzie, jak się okaże, że w jednej rodzinie zejdą się potomkowie morderców i ofiar?
- Lepiej jakby polskie państwo nam pomogło w ciężkim życiu – lekarstwa drogie, młodzi pracy nie mają – dodaje Woronisowa.

Polska młodzież o tragedii w Koniuchach dowiedziała się dopiero przed rokiem, jak we wsi staraniem Związku Polaków na Litwie postawiono pomnik. – Ja sam długo nie wiedziałem, co się naprawdę w Koniuchach stało – przyznaje 60-letni Antoni Wierzyński, pedagog z miejscowej szkoły. Jako ucznia wożono go z klasą na wycieczki do muzeum bohaterskiego ruchu partyzanckiego w Puszczy Rudnickiej. Potem, już jako nauczyciel, sam woził tam uczniów. Takie były czasy. – Prawda obowiązywała jedna, urzędowa. A sowieckiej władzy nie podskoczysz – usprawiedliwia się.


Dziś rejonem solecznickim rządzą Polacy. Na ulicy słyszy się język polski i rosyjski. Wicemer Zdzisław Palewicz tłumaczy, dlaczego w litewskim państwie, w polskim rejonie, popularny jest język upadłego mocarstwa: - Była straszna sowietyzacja – mówi. – Wielu rodziców oddawało dzieci do rosyjskich szkół. Są tu u nas rodziny mieszane, jest duża imigracja z Białorusi, gdzie też mówi się po rosyjsku. Byliśmy kiedyś jednym radzieckim narodem …
W rejonie solecznickim 80 proc. mieszkańców to Polacy, reszta – Litwini, Rosjanie i Białorusini. Jak rządzić rejonem, aby nie narazić się władzy litewskiej w Wilnie i uszanować sowiecką spuściznę, ważną choćby dla kombatantów, z których w samych Solecznikach dałoby się sformować kilka plutonów? Palewicz stara się jakoś utrzymać równowagę.
- Postawiliśmy w Koniuchach pomnik – mówi. Ale szukać zbrodniarzy nie ma dziś po co. I nie można piętnować samych tylko Sowietów. W miejscowości Gumba naszych wymordowali Niemcy. Tam było odwrotnie – ludzi oskarżono o sprzyjanie partyzantom. Sowiecka władza już 20 lat temu ufundowała pomnik, teraz trzeba jeszcze krzyż postawić i już wystarczy tego rozliczenia.
Naprzeciwko siedziby solecznickich władz w budynku biblioteki spotykają się raz w miesiącu kombatanci Armii Czerwonej. Tu rozmawia sie tylko po rosyjsku. Prezes Nikołaj Ryzkow przedstawia kolegów po lufie. Sa wśród nich przedstawiciele różnych rodzajów wojsk. Partyzanci też? A jakże – Ryzkow pokazuje na chudego, łysawego mężczyznę.
Anatolij Michajłowicz Kockin, 80 lat, był specjalistą od zakładania ładunków wybuchowych w oddziale Za Rodinu, pod komandirem Żwirblisem. Ale 29 stycznia 1944 roku dostał rozkaz, żeby zamiast min zabrać pepeszę – akcja specjalna. – Było nas dobrze ponad stu – wspomina. Także towarzysze z żydowskich oddziałów. Otoczyliśmy wioskę. Powiedziano nam, że tam stacjonują Niemcy. Rozkaz – wszystkich zabić i nie brać tym razem ani zwierząt, ani jedzenia. Spalić.
Kockin wspomina, że zabił niejednego wroga. Nie przyglądał się, czy byli w mundurach, czy w chłopskich chałatach. Wróg to wróg. Pociągnął w lewo i prawo pepeszy, to i wystrzelał od razu z pół “dysku”. A że zginęły kobiety i dzieci? – Może kobieta była w domu, a mąż pod bronią – tłumaczy się.
Prezes Ryzkow wtrąca: Oczywiście, wyrażamy ubolewanie, ale rozumiecie, była wojna.
Kombatanci słyszeli, że w Koniuchach na pomniku jest napisane, ze wioskę spalili sowieccy partyzanci. Wkurzają się na to. Na Litwie uważaja ich dziś za okupantów, a nie wyzwolicieli. Podobnie jak w Polsce.
- Napisaliśmy do polskiej ambasady, żeby wasz rząd przyznał dodatki kombatanckie naszym, którzy Polskę wyzwalali. Ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi – użala się Ryzkow. Jako emeryt wojskowy ma 440 litów (ok. 500 zł). – Na Białorusi to mają dobrze. Prezydent Łukaszenko dba o weteranów – dodaje. Na Litwie zostały im wspomnienia. Na ścianach biura związku (pokój i telefon polski mer dał im za darmo) wiszą zdjęcia kombatantów – fotki wprost uginają się od orderów.
Lepiej powiodło się bojownikom z oddziałów żydowskich. Hanoh Genrik Ziman, litewski działacz komunistyczny, któremu podlegała sowiecko-żydowska partyzantka, dostał po wojnie polski Order Virtuti Militari. Pod koniec lat 90. dowódca żydowski z Puszczy Rudnickiej Abba Kovner otrzymał w Muzeum Holocaustu w USA Medal of Resistance. W USA środowiska żydowskie nawet nie wiedzą, że IPN szuka winnych tej zbrodni. Ta sprawa znana jest tam tylko z jednej strony, przedstawionej w pamiętnikach partyzantów.
Dr Severin Hochberg, starszy historyk Ośrodka Zaawansowanych Studiów przy Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, traktuje Koniuchy jako wydarzenie typowe dla szaleństwa II wojny. Mordowali się wszyscy: Litwini, Polacy, Niemcy, Żydzi, Rosjanie. O rzekomej współpracy mieszkańców Koniuch z Niemcami mówi ostrożnie : - Na pewno jedni kolaborowali, a drudzy nie …
Na jednej ze stron internetowych Kowna można znaleźć listę kilkudziesięciu partyzantów z żydowskich oddziałów w Puszczy Rudnickiej. Z batalionów: Śmierć Okupantom, Ku Zwycięstwu, Naprzód. Są imiona, nazwiska, zdjęcia, droga bojowa, czasami daty śmierci. Strona jest na bieżąco aktualizowana. Jak wynika z zamieszczonych biogramów, wielu partyzantów jeszcze żyje.
Współpraca Tadeusz Zachurski, Nowy Jork; Michał Gostkiewicz

Nasz Dziennik (Warszawa)

18 maja 2005


Anna Skopińska, Łódź



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna