The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona21/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   17   18   19   20   21   22   23   24   ...   43

Sekretariat Prezesa IPN/Wydział Prasowy

P R Z E G L Ą D M E D I Ó W


24 maja 2004 r.

W Koniuchach, 50 km od Wilna, odsłonięty został w sobotę pomnik pamięci mieszkańców tej wsi, którzy zostali pomordowani przez partyzantów radzieckich w czasie drugiej wojny światowej pod koniec stycznia 1944 roku. Pomnik w formie krzyża wysokości około trzech metrów, wykonany z szarego marmuru, na którym są wypisane nazwiska 34 ofiar mordu, stanął z inicjatywy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z Polski i władz rejonu solecznickiego. Jest to pierwszy pomnik przypominający zbrodnie partyzantki radzieckiej na ludności cywilnej na terytorium Wileńszczyzny. "W najbliższych latach nastąpi ujawnienie zbrodniczej strony działalności radzieckich partyzantów i wojska radzieckiego wobec ludności cywilnej i jeńców w naszym regionie. Koniuchy to ewidentny przykład takiej działalności, ale takich miejsc jest więcej" - powiedział w niedzielę PAP wileński historyk Jarosław Wołkanowski. Sprawą zajmuje się między innymi łódzki Oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Serwis PAP, Informacyjna Agencja Radiowa, Rzeczpospolita, Dziennik Łódzki 23.05.2004 r.


Tygodnik Wileńszczyzny (Wilno)

http://www.tygodnik.lt/200422/

27 maja–2 czerwca 2004 r.

nr 22/2004 (wydanie internetowe nr 194)
Krzyż pamięci - w miejscu zbrodni
Ubiegłej soboty we wsi Koniuchy (starostwo gierwiskie) odbyło się uroczyste otwarcie pomnika ku czci mieszkańców wsi pomordowanych przez partyzankę radziecką 29 stycznia 1944 roku. W uroczystości odsłonięcia krzyża upamiętniającego tę tragedię wzięły udział setki osób, które przyszły złożyć hołd niewinnie zamordowanym ofiarom II wojny światowej.

- Znajdujemy się dzisiaj w historycznym miejscu i czasie. Przed 60 laty w tej wsi dokonano nieludzkiej masakry ludności cywilnej. W ciągu styczniowej nocy partyzanci radzieccy wymordowali większą część koniuszan i niemal doszczętnie spalili wieś. Tutejszym mieszkańcom sądzone było przeżyć piekło na ziemi. Przez długie lata powojenne w Litwie radzieckiej zabraniono mówić o tej tragedii. Sprawcy bestialskiego mordu zajmowali wysokie stanowiska w ówczesnej hierarchii sowieckiej, byli uważani za bohaterów. Nieliczni mieszkańcy Koniuchów, którym udało się przeżyć tę straszną noc, chowali w zakamarkach duszy wspomnienia tych tragicznych wydarzeń. Minęło niemal pół wieku, zanim zaczęto mówić o tragedii w małej wsi leżącej na skraju Puszczy Rudnickiej. 29 stycznia br., w rocznicę mordu w Koniuchach, Solecznicki Oddział Związku Polaków na Litwie oraz samorząd solecznicki podjęły decyzję o upamiętnieniu ofiar. Dzisiejsza uroczystość nie byłaby możliwa bez pomocy, jaką uzyskaliśmy ze strony Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa przy rządzie RP, która sfinansowała budowę tego pomnika - powiedział rozpoczynając uroczystość wicemer rejonu solecznickiego, prezes Solecznickiego Rejonowego Oddziału ZPL Zdzisław Palewicz.

Po odsłonięciu przez ambasadora RP na Litwie Jerzego Bahra, mera rejonu solecznickiego Leonarda Talmonta i prezesa Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika krzyża-pomnika rozpoczęła się Msza święta, celebrowana przez proboszcza parafii butrymańskiej Jana Czerniawskiego.

- Niech nasza obecność w tym miejscu będzie wyrazem modlitwy i pamięci o niewinnie pomordowanych mieszkańcach Koniuchów - powiedział na początku nabożeństwa duszpasterz.

Przez cały czas uroczystości na warcie honorowej przy krzyżu stali harcerze z Solecznik i byli żołnierze Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. Po zakończeniu nabożeństwa ambasador J. Bahr podziękował mieszkańcom Wileńszczyzny za pamięć o ofiarach II wojny światowej.

- Tak się złożyło, że ta ziemia w ubiegłym stuleciu stała się widownią czynów strasznych i tragicznych. Trzeba było nowej Polski i Litwy, aby mogła się odbyć dzisiejsza uroczystość. Bardzo chciałbym, aby ta ziemia stała się miejscem spotkań, pielgrzymek dla rodaków z Polski, którzy - jestem tego pewny - będą szanować was za pamięć o poległych - mówił polski dyplomata.

Niezwykle wzruszające dla uczestników uroczystości stało się wystąpienie naocznego świadka tragedii w Koniuchach Anny Suckiel, która nigdy nie zapomni wydarzeń tej tragicznej nocy.

- Partyzanci mordowali wszystkich nie zważając na wiek i płeć. Ludzie uciekali z płonących domów i ginęli pod seriami pistoletów maszynowych. Stanisława Jankowska była sparaliżowana i nie mogła uciekać z płonącego domu. Spaliła się żywcem. Tu, na tym miejscu, gdzie został ustawiony krzyż z imionami poległych moich sąsiadów, partyzanci kamieniami dobili Urszulę Parwicką. Cudem udało mi się przeżyć. Całe życie w swoich wspomnieniach wracam do wydarzeń tej zimowej nocy - mówiła A. Suckiel, dziękując wszystkim, kto przyczynił się do upamiętnienia ofiar masakry w Koniuchach.

Żałobną uroczystość, w której wzięli udział również konsul generalny RP w Wilnie Stanisław Cygnarowski, prezes Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemar Tomaszewski, prezes Związku Polaków na Litwie Michał Mackiewicz, władze rejonowe, inni dostojni goście, wieńczyło składanie wieńców i kwiatów przy pomniku poległych mieszkańców wsi.

A. K.
Na zdjęciu: momemt odsłonięcia krzyża



NASZ DZIENNIK


Piątek, 11 czerwca 2004, Nr 135 (1934)

W Koniuchach stanął krzyż

Nowe dowody popełnionej zbrodni
W styczniu tego roku minęła prawie niezauważona 60. rocznica okrutnej zbrodni, popełnionej przez partyzantkę sowiecko-żydowską w Koniuchach. Nie odbyły się państwowe uroczystości, milczały stacje telewizyjne oraz liberalne, "postępowe" gazety i periodyki. A wystarczy przypomnieć, co działo się ze sprawą Jedwabnego, w której nie do końca wiemy, co i jak się stało. Choć do dziś nie zostały opublikowane podstawowe dokumenty z prowadzonego wielkim nakładem sił i środków śledztwa (jak choćby raport z przerwanej nagle ekshumacji), "postępowe" środowiska pośpieszyły z przeprosinami, zrzucając winę na cały Naród.
W Koniuchach też popełniono zbrodnię, w jakimś sensie porównywalną z Jedwabnem. Tyle że tam nie przyjechało gestapo, tylko sowieccy i żydowscy "partyzanci". Tam znanych jest - z imienia i nazwiska - kilku zbrodniarzy, którzy zostawili po sobie raporty, wspomnienia i pamiętniki. Wyłania się z nich przerażający obraz wymordowania polskiej, kresowej wioski - kilkudziesięciu osób, w tym kobiet i dzieci. Niektóre osoby zostały spalone we własnych domach. Sprawcy zbrodni chwalili się po latach, że ofiar było wielokrotnie więcej. Na przykład Chaim Lazar (prawdopodobnie członek żydowskiego oddziału "Mściciel", który wchodził w skład "Brygady Wileńskiej") napisał: "Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".
Tą "akcją bojową" dowodził Genrikas Zimanas (vel Genrich Ziman vel Henoch Ziman), pseudonim "Jurgis". W raporcie na temat pacyfikacji i spalenia Koniuchów napisał m.in.: "Spaliliśmy ją [wieś - przyp. LŻ] całkowicie. Operacja udała się, strat własnych nie mieliśmy...". Obecnie w "Wykazie osób odznaczonych Krzyżem Złotym i Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari za czyny bojowe w okresie II wojny światowej 1939-1945", Część I - Krzyż Złoty, pod pozycją 476 figuruje Genrikas Zimanas, syn Oszera, ur. 1910. Byłoby dobrze, gdyby na ten temat głos zabrała Kapituła Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz prezydent RP Aleksander Kwaśniewski - jakie to "czyny bojowe" są uzasadnieniem tego nadania i co można zrobić, aby ludobójcy nie figurowali tuż obok polskich bohaterów, takich jak: płk Karol Ziemski "Wachnowski", płk Jan Zientarski "Ein", "Mieczysław" czy gen. Juliusz Zulauf.
Od 8 marca 2001 roku śledztwo w sprawie zbrodni w Koniuchach prowadzi Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Oddziałowa Komisja w Łodzi (sygn. akt S 13/001/ZK), na skutek formalnego i bogato udokumentowanego doniesienia, złożonego przez przedstawicieli Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Przez ponad trzy lata trwały też starania o godne upamiętnienie miejsca zbrodni i pochówku ofiar. Dziś Koniuchy są małą, zapomnianą wsią w parafii Butrymańce w rejonie solecznickim, na terytorium Litwy.
W dniu 22 maja tego roku doszło wreszcie w Koniuchach do odsłonięcia i poświęcenia trzymetrowego granitowego krzyża, na którym wyryto 38 nazwisk zidentyfikowanych ofiar, oraz okolicznościowej tablicy w kościele parafialnym w pobliskich Butrymańcach. Długo trwały uzgodnienia ze stroną litewską na temat treści dwujęzycznego napisu (po polsku i po litewsku), który ostatecznie przybrał taką postać: "Pamięci mieszkańców wsi Koniuchy, mężczyzn, kobiet i dzieci, zamordowanych w nocy 29 stycznia 1944 roku podczas napadu oddziałów partyzantki sowieckiej z Puszczy Rudnickiej".
Napis jest, niestety, nieprawdziwy, nie uwzględnia bowiem tych sprawców, którzy przez wiele lat chwalili się zbrodnią, wymieniając ją wśród swych bojowych czynów, mających świadczyć o męstwie i szczególnych zasługach w "walce z faszyzmem". Chodzi oczywiście o partyzantkę żydowską, która zostawiła po sobie złą sławę. Przyznają to nawet niektórzy historycy żydowscy, jak np. Dov Levin, który stwierdził, że cechowała ją "otwarta nienawiść i wrogość wobec miejscowej ludności". Z opracowania Rużki Korczak z 1977 roku, opartego na szczegółowych relacjach uczestników, które zostało wydane w Tel Awiwie (obszerny fragment został już opublikowany w "Naszym Dzienniku" 27 stycznia), wynika, że nawet dla sprawców sposób dokonania tej masakry oraz jej rozmiary były ogromnym wstrząsem:
"Ta operacja karna, jak również sposób jej przeprowadzenia, wywołały w obozie żydowskim głęboką konsternację i ostrą krytykę ze strony wielu bojowników. Ludzie pamiętali, że kiedy dowódcy radzieccy i litewscy domagali się rozwiązania oddziałów żydowskich, w szczególności motywowali to tym, że Żydzi z ich mściwością wzbudzą gniew ludności wiejskiej. (...)
Dlatego też ta okrutna operacja, przygotowana i przeprowadzona przez wojskowo-polityczne dowództwo sztabu brygady, w trakcie której zabijano bez różnicy mężczyzn, kobiety i dzieci, powoduje taką reakcję. Wielu z uczestniczących w akcji bojowników żydowskich wróciło do bazy wstrząśniętych i przygnębionych".
Jak z tego wynika, nawet żydowscy partyzanci z Puszczy Rudnickiej, którzy przez dziesiątki powojennych lat zaliczali pacyfikację Koniuchów do szczególnie chwalebnych "akcji bojowych", mieli wątpliwości moralne, wynikające ze skali i sposobu dokonania zbrodni.
Pojawiło się też kolejne, nieznane dotąd źródło historyczne dotyczące wydarzeń w Koniuchach. To wspomnienia Josepha Harmatza, żydowskiego partyzanta z oddziału "Ku zwycięstwu" (oddział ten też wchodził w skład "Brygady Wileńskiej"):
"W pobliskiej wiosce Koniuchy, gdzie miejscowi kolaborowali z Niemcami, ci nowo przyjęci partyzanci, wściekli ze względu na swoje przeżycia w Ponarach, spalili wszystkie domy i wybili co do nogi mieszkańców. Strzelając do ludzi, partyzanci krzyczeli: 'To za moją matkę, a to za ojca, a to za siostrę' i tak dalej. Wyprawy do miejscowych wiosek po jedzenie to była inna sprawa. Przybywaliśmy jak bandyci i w końcu przecież rabowaliśmy miejscowych chłopów ze środków do życia: najpierw worek mąki, a potem albo świnię, albo krowę, albo konia. (...)
W wyniku naszej 'inwazji' na las w wioskach blisko naszej bazy szybko skończyło się jedzenie. Wszyscy starali się uzyskać aprowizację z tego samego źródła. Stopniowo wieśniacy, z którymi początkowo staraliśmy się negocjować, stali się naszymi wrogami. Tłumaczyliśmy im nasze potrzeby i robiliśmy, co mogliśmy, aby nie zabierać zbyt wiele bydła i zbiorów, ale ich zapasy były bardzo ograniczone i w końcu zamiast zabierać im jedną tylko krowę, zostawialiśmy im tylko jedną krowę. Przybywaliśmy do wioski i ładowaliśmy wozy, albo zimą sanie konne, które również zabieraliśmy wieśniakom, a których bardzo często nie zwracaliśmy. Przecież cała egzystencja wieśniaków oparta była na zwierzętach hodowlanych." (Joseph Harmatz, From the Wings. The Book Guild, Sussex, Anglia 1998).
W powyższych wspomnieniach warto zwrócić uwagę na kilka wątków: sprawcy zbrodni prawie zawsze podkreślają, że polscy wieśniacy to "kolaboranci", co ma całkowicie usprawiedliwiać stosowane przez nich represje. Nie ma jednak żadnych dowodów, że to Polacy są sami sobie winni. Sugestia, że miała to być jakoby żydowska zemsta za Ponary, jest z gruntu fałszywa - to miejsce masowych zbrodni pod Wilnem, dokonywanych na Żydach i Polakach, obciąża przecież Niemców (i kolaborantów litewskich), w żadnym zaś wypadku Polaków!
Ponadto mamy informacje o bezprzykładnych rabunkach dokonywanych notorycznie przez "partyzantów" z Puszczy Rudnickiej. Chłopi byli przez okupantów zmuszani do oddawania tzw. kontyngentów i każdorazowo musieli zgłaszać okupantom niemieckim - pod groźbą pacyfikacji - fakt najścia i obrabowania wsi przez partyzantów. Wynika z tego, że ludność wiejska narażona była na dotkliwe represje ze strony obu okupantów: niemieckich i "partyzantów" sowiecko-żydowskich. Ci ostatni do dziś z dumą podkreślają swoją odrębność. Na przykład Vitka Kempner Kovner (żona Abby Kovnera, jednego z głównych przywódców oddziałów żydowskich w Puszczy Rudnickiej), odbierając w 2001 roku "Certificate of Honor" przyznawany przez United States Holocaust Memorial Museum "za bohaterstwo i waleczne czyny", powiedziała:
"Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidysz".
Leszek Żebrowski

NASZA POLSKA


Nr 31 – 3 VIII 2004

Koniuchy pod cenzurą
Bolesny kontrast albo kolejna rocznica tragicznych wydarzeń

11 lipca Panorama w telewizyjnej “Dwójce” poinformowała o uroczystych obchodach kolejnej rocznicy mordu na Żydach w Jedwabnem z udziałem nowego ambasadora Izraela. Nieco wcześniej dowiedziałem się z informacji w TV Polonia o odsłonięciu pomnika w Koniuchach na Wileńszczyźnie ku czci miejscowych Polaków zamordowanych przez oddział sowieckiej partyzantki w latach okupacji niemieckiej. Jednak TV Polonia nie poinformowała o tym w dzienniku, jak to uczyniła z informacją o Jedwabnem. O Koniuchach dowiedziałem się z… przeglądu prasy polonijnej, gdy informację o odsłonięciu pomnika w Koniuchach podał biuletyn wileńskiego oddziału Związku Polaków na Litwie. Pomnik ufundowała nasza Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z ministrem Andrzejem Przewoźnikiem na czele oraz organizacje z Wileńszczyzny. Kto odsłaniał pomnik – niestety nie podano. Informacja była nader skąpa, co świadczy snadnie o wadze przywiązanej przez kierownictwo TVP do tego wydarzenia.

Chatyń: przybyli Łukaszenka, Putin i Kuczma

Nieco wcześniej w ramach obchodach 60. Rocznicy wyzwolenia Białorusi spod okupacji niemieckiej odbyła się wielka gala z udziałem trzech wchodniosłowiańskich prezydentów: Aleksandra Łukaszenki, Władimira Putina oraz Leonida Kuczmy w spacyfikowanej okrutnie przez Niemców wsi białoruskiej Chatyń w pobliżu Mińska. Jest to wieś białoruska, podobnie jak nasz Michniów na Kielecczyźnie spalona przez Niemców za współpracę z partyzantami. Oczywiście Michniów spalono (po części z mieszkańcami) za współpracę z oddziałem Kedywu AK pod dowództwem majora “Ponurego”, Jana Piwnika. Byłem tam kiedyś w czasach PRL i pamiętam skromny pomnik ku czci pomordowanych mieszkańców, z których najmłodszym był 1,5-roczny chłopczyk. W Chatyniu pomniki są okazałe, przy czym wielkie wrażenie wywiera wielki posąg miejscowego chłopa trzymającego na ręku zwłoki swego syna wydobyte ze spalonej przez Niemców stodoły. Pod wrażeniem tej scenerii prezydent Putin wygłosił programowe przymówienie o wkładzie bratniej Białorusi w zwycięstwo Związku Rad nad hitlerowskimi Niemcami. Przemównienie to było jednym hymnem pochwalnym ku czci partyzantki sowieckiej na Białorusi.

Polak odbiera takie informacje niejednoznacznie, gdy wie, że wieś Chatyń wybrano jeszcze w czasach sowieckieh, bodaj za rządów Leonida Breżniewa, spośród kilkuset tak potraktowanych przez Niemców wsi białoruskich ze względu na zbieżność jej nazwy z nazwą miejscowości na pobliskiej Smoleńszczyźnie, gdzi NKWD rozsztrzelało w 1940 roku na rozkaz Stalina kilka tysięcy polskich oficerów internowanych przez Armię Czerwoną po kampanii wrześniowej 1939 roku. Propaganda sowiecka i PRL-owska starannie ukrywały przed opinią publiczną na świecie wszelkie wspomnienie o zbrodni katyńskiej, więc specjalnie lansowano pamięć o zbrodni niemieckiej w Chatyniu, aby odwiedzającym Białoruś turystom (zwłaszcza tym z Zachodu) robić propagandową wodę z mózgu. Dziś prezydent Łukaszenko idzie w ślady Breżniewa, a towarzyszy mu w tym prezydent Putin, który, jak pamiętamy, nie miał czasu na udział w polskich obchodach rocznicy zbrodni katyńskiej.



Kto powinien być w Koniuchach

Takich obchodów z udziałem przedstawicieli władz polskich i litewskich brakuje mi w przypadku odsłonięcia pomnika ku czci mieszkańców wsi Koniuchy. Była to jak Michniów wieś AK-owska, tyle że w odróżnieniu od Michniowa spalona nie przez Niemców, lecz przez tak sławioną przez prezydenta Putina parytyzantkę sowiecką. Za to samo, co Michniów, czyli za poparcie dla polskich partyzantów z AK. Brakuje mi w tych uroczystościach udziału polskich dygnitarzy, gdyż mam żywo w pamięci udział przeydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego oraz towarzyszącego mu w jarmułce na głowie Leszka Millera na odsłonięciu nowego pomnika w Jedwabnem ku czci miejscowych Żydów w 60. rocznicę ich tragicznej śmierci. Spaleni żywcem lub zamordowani strzałami z pepeszy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy byli niewątpliwie ofiarami zbrodni komunistycznej, do współodpowiedzialności za którą powinni się poczuwać dawni prominentni działacze PZPR. Prezydentowi Kwaśniewskiemu oraz ekspremierowi Millerowi powinien w Koniuchach towarzyszyć były ambasador Izraela prof. Szewach Weiss, który asystował w Jedwabnem, jak również obecny ambasador państwa Izrael w Polsce lub na Litwie. Powinni brać udział w tej uroczystości, gdyż mord na Polakach w Koniuchach był w poważnym stopniu dziełem żydowskich partyzantów sowieckich, o czym kilku z nich napisało z dumą w swych wspomnieniach wydanych na Zachodzie. Brakuje mi też podjęcia śledztwa w tej sprawie przez Instytuyu Pamięci Narodowej, gdyż dla zbrodni komunistycznego ludobójstwa nie ma w III Rzeczypospolitej przedawnienia. Dyplomata polski ku oburzeniu wielu Polaków złożył wieńce pod pomnikiem kolaborującego z Niemcami litewskiego generała Plechawicziusa, nie powinno więc zabraknąć przedstawicieli polskich władz pod pomnikiem ku czci polskich patriotów. Tego, jak również naświetlenia uroczystości w programach informacyjnych TVP, wymaga zwyczajna, ludzka przyzwoitość.

Antoni Zambrowski



Antysocjalistyczne Mazowsze

22 września 2004 – 28 września 2004



http://mazowsze.k-raj.com.pl/newspro/arc10.html
ANNA BIKONTOWA OSKARŻA POLAKÓW
Antoni Zambrowski

Wysłane wtorek, 28 września 2004


W sobotę 26 września br. dzięki transmisji kanału II TVP uczestniczyłem w mszy świętej odprawianej w miejscowym kościele (cerkwi?) greko-katolickim w Białym Borze na Pomorzu Zachodnim, gdzie modlą się Łemkowie i w ogóle Ukraińcy - potomkowie ludzi wysiedlonych przymusowo ze stron rodzinnych w ramach akcji "Wisła" w 1947 roku. Jestem od pewnego czasu chory i coraz częściej korzystam z takiej telewizyjnej sposobności, by się pomodlić wraz z ludem Bożym, nie opuszczając swego mieszkania. Na szczęście III Rzeczpospolita coraz częściej stwarza taką możliwość, o którą niegdyś w gierkowskim PRL walczyłem wraz z kolegami w ramach Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu". Nabożeństwo przypomniało mi mój pobyt w miasteczku Biały Bór w lecie 1991 roku na konferencji Ukraińców z Ukrainy (wówczas jeszcze sowieckiej) i ze światowej diaspory, zorganizowanej w internacie miejscowej szkoły ukraińskiej imieniem ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki (Na Ukrainie panoszył się wciąż KGB i na wyzwolonej od panowania komuny gościnnej ziemi polskiej mogli Ukraińcy zorganizować takie ogólnoświatowe spotkanie. Brałem w nim udział jako korespondent polskiej prasy). Tam usłyszałem od sąsiada z pokoju w internacie opowieść, jak usiłował w pierwszym okresie III RP w swej rodzinnej miejscowości na Rzeszowszczyźnie wystawić pomnik miejscowym Ukraińcom zamordowanym w 1946 roku przez polskie podziemie antykomunistyczne w zemście za zbrodnie UPA na Polakach. Przed linczem ze strony polskich mieszkańców uratowała go obecność polskiego dziennikarza przezornie zabranego ze sobą. Wtedy zrozumiałem, że musimy się modlić pospołu za ofiary po obu stronach dziejowego konfliktu, jak nas uczyli biskupi polscy w swym historycznym liście do biskupów niemieckich w sprawie Millenium chrześcijaństwa w Polsce wystosowanym z ław II Soboru Watykańskiego. Reakcja polskich mieszkańców owej miejscowości byłaby inna, gdyby ów znajomy Ukrainiec zechciał uczcić pamięć wszystkich pomordowanych - zarówno Polaków, jak i Ukraińców. Niestety, silne poczucie własnej krzywdy, własny silny ból - oślepia człowieka na cudzy ból, przeżywany przez bliźniego.
Taka refleksja przychodzi mi na myśl, gdy czytam recenzje z książki dziennikarki "Gazety Wyborczej" Anny Bikontowej "My z Jedwabnego", wydanej przez wydawnictwo Prószyński i Spółka. Nie czytałem książki pani Ani, z którą przed laty dzieliłem przez kilka dni biurko w Biurze Wyborczym Lecha Wałęsy w Warszawie przy ul. Fredry przed czerwcowymi wyborami do Sejmu i Senatu w 1989 roku. Pani Ania już pracowała w nowo powołanej "Gazecie Wyborczej", zaś ja - dotknięty zapisem Jacka Kuronia - nie dostąpiłem tego zaszczytu i dopiero po wielu trudach załapałem się na stanowisko bibliotekarza w "Tygodniku Solidarność", kierowanym przez przyszłego premiera Tadeusza Mazowieckiego (Dopiero wskutek wojny na górze i mianowania w jej wyniku jego następcą w "Tygodniku" Jarosława Kaczyńskiego zostałem awansowany na dziennikarza w "Tysolu". Tak się rozeszły nasze drogi z panią Anią i innymi kolegami oraz koleżankami z "Gazety Wyborczej").
Jako się rzekło, nie czytałem jeszcze książki pani Ani, jedynie przeczytałem kilka recenzji. W pierwszym rzędzie recenzję w macierzystej "Gazecie Wyborczej" pióra Michała Olszewskiego - "Księga gorzkiej pamięci" ("GW" 11-12 września br.), o tyle ważną w całej sprawie, gdyż ujawniającej kierunek natarcia propagandowego. Jest on niezmienny przynajmniej od czasu, kiedy pisałem przed paru laty uwagi polemiczne pod tytułem "Sprawa komandosów" o zamieszczonym na łamach tejże "Gazety Wyborczej" obszernym artykule prof. Andrzeja Mencwela o polskim antysemityzmie (Artykuł mój został odrzucony przez trzy kolejne redakcje prawicowe i jego treść znają jedynie redaktorzy tych tygodników - oraz odbiorcy naszej witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, gdzie został opublikowany jako do tej pory jedyne miejsce - internetowym "drukiem"). Już wtedy zwróciłem uwagę na charakterystyczną manipulację przy tym temacie: mówiąc o współczesnym antysemityzmie w Polsce, wypomina się działalność Obozu Narodowego w II RP, w niej m.in. doszukując się korzeni postaw antysemickich u Polaków w dobie hitlerowskiej okupacji, natomiast pomija się bogaty w tym względzie dorobek urzędowego antysemityzmu panującego na polecenie Kremla w PRL. Jednym z żyjących bohaterów antysemickich kampanii w PRL jest jak wiadomo (hołubiony przez Adama Michnika) gen. Wojciech Jaruzelski. A warto przypomnieć PT czytelnikom, że w odróżnieniu od PZPR sprawującej niezmiennie władzę w PRL, Obóz Narodowy był ruchem w Polsce opozycyjnym wobec rządzącej od przewrotu majowego 1926 roku "sanacji" marszałka Józefa Piłsudskiego i działał, korzystając z uprawnień dla stronnictw opozycyjnych pozostawionych im przez władze państwowe. Dla przykładu: organizowane przez radykalnych narodowców burdy antyżydowskie na wyższych uczelniach w przedwojennej Polsce były możliwe jedynie dzięki autonomii uniwersyteckiej, uniemożliwiającej wkroczenie policji państwowej na teren uczelni. Oczywiście takie burdy miały miejsce na terenie całej Rzeczypospolitej, natomiast pani Ania Bikontowa oraz wspierający ja red. Michał Olszewski tropi te zjawiska na terenie Podlasia. Pomijają zarazem te czynniki lokalne, które spowodowały, że tak bolesne wydarzenia miały w Polsce miejsce właśnie w Jedwabnem i okolicy. Pani Ania pomija je zapewne świadomie, nazbyt przejęta swym wielkim żydowskim bólem i współczuciem dla pomordowanych żydowskich rodaków (W swej książce eksponuje ona swe żydowskie korzenie jako motywację tak wielkiej determinacji w podjętych dociekaniach historycznych. Wspomina nawet żydowski obrzęd religijny bar micwy wyprawiony przez nią dla córeczki). Ten wielki ból czyni ją głuchą na argumenty adwersarzy, odrzucane z punktu jako nie do przyjęcia ze względu na zawarty w nich rzekomy antysemityzm. Taka ślepota na przytaczane przez adwersarzy fakty nie jest cechą wyłącznie pani Ani Bikontowej, lecz również całego środowiska "Gazety Wyborczej", o czym świadczą odpowiednie ustępy pracy Magdaleny Tulli i Sergiusza Kowalskiego dla stowarzyszenia Otwarta Rzeczypospolita. Dlatego tropi ona korzenie żydowskich pogromów w lecie 1941 roku na Podlasiu w działalności endeckiej prawicy w II RP, a nie w wydarzeniach po 17 września 1939 roku, kiedy to na Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej wkroczyła na podstawie zmowy Stalina z Hitlerem Armia Czerwona. Komunistyczna Partia Polski była w owym czasie rozwiązana przez kierownictwo III Międzynarodówki Komunistycznej, czyli Komintern, zaś czołowy aktyw partyjny KPP - wymordowany przez NKWD. Ale jej dorobek ideowy i organizacyjny - skierowany na przygotowanie rewolucyjnego buntu mniejszości narodowych II Rzeczypospolitej przeciwko panującym w niej żywiołom polskim - został wyjątkowo skutecznie zrealizowany w istnej rabacji rozpętanej w owym czasie na Kresach Wschodnich, w tym i na Podlasiu. Był to odzew na rewolucyjne wezwanie wkraczającego na czele swych jednostek bojowych na ziemie Rzeczypospolitej sowieckiego marszałka Siemiona Timoszenki: "chwytajcie siekiery i kosy - rżnijcie polskich panów!" Więc rżnęli i rabowali, co się dało. Na ziemiach właściwej Zachodniej Białorusi i Ukrainy najbardziej dały się we znaki ludności polskiej uzbrojone bojówki czerwonych Białorusinów i czerwonych Ukraińców, choć i o bestialstwie czerwonych Żydów w Grodnie też dałoby się to i owo powiedzieć. Na Podlasiu Białorusini i Ukraińcy nie dominowali, więc na pierwszy plan wyszli czerwoni Żydzi. Później jakaś część podlaskich Żydów współpracowała z NKWD przy wywózkach na Sybir polskich elit niepodległościowych, co też zaostrzyło stosunki etniczne. Rosyjscy NKWD-ziści nawet celowo informowali ludność polską o wkładzie żydowskich "seksotów", czyli TW w przygotowanie list kandydatów do wywózki. A później przyszła godzina rewanżu w chwili wkroczenia hitlerowskiego Wehrmachtu i Waffen SS na tereny okupacji sowieckiej i - jak to poetycko ujął red. Michał Olszewski - ziemię opętały demony. Zgodnie z nastawieniem "Gazety Wyborczej", suponuje on, iż to "hodowane przed wojną diabły zerwały się z łańcuchów", ale historia zadaje temu kłam. Diabły miano hodować w Polsce, tymczasem antyżydowskie pandemonium trwało wszędzie, gdzie na sowieckie do niedawna tereny wkroczyło wojsko Hitlera. O wielu incydentach wiadomo od dawna, znacznie wcześniej od epokowych "odkryć" prof. Jana Tomasza Grossa, przy czym liczba żydowskich ofiar znacznie przekracza wyniki z Podlasia. Podejrzewam, że pani Ania Bikontowa oraz jej recenzent Michał Olszewski słyszeli o wielkim powstaniu antysowieckim w litewskim Kownie, zakończonym totalnym pogromem miejscowych Żydów, oskarżanych o współpracę z Sowietami. Podobnie było w postsowieckim Lwowie, gdzie miejscowi nacjonaliści ukraińscy zorganizowali trwający kilka dni pogrom Żydów, który pochłonął wiele tysięcy ofiar, również oskarżanych o wysługiwanie się Sowietom. Obciążając odpowiedzialnością za mord w Jedwabnem i w okolicach miejscowych Polaków, wychowanych przez przedwojennych endeków, pani Ania Bikontowa wraz z Michałem Olszewskim wybielają hitlerowskiego okupanta, który wszak nie był biernym obserwatorem mordu. Opowiadają o tym autentyczni świadkowie wydarzeń w Jedwabnem, z którymi nie raczył porozmawiać prof. Jan Tomasz Gross (Jak ta starsza dziś pani, wówczas mała dziewczynka, którą na rynek przyprowadził niemiecki żołnierz, zmylony jej kruczowłosą czupryną. Uratowała ją przed żydowskim losem sąsiadka, która zaalarmowała matkę dziewczynki i obie wytłumaczyły Niemcom, że to nieporozumienie). A i prof. Jan Tomasz Gross sam w chwili utraty czujności świadczy o obecności niemieckich żandarmów w Jedwabnem. Wszak sam opisuje scenę znalezienia złotych, pożydowskich monet w zgliszczach stodoły, które natychmiast zabrał polskim znalazcom obecny na miejscu żandarm niemiecki. W różnych miejscowościach bywało z obecnością niemiecką różnie. W białostockiej synagodze Żydów spalili sami Niemcy bez żadnej obcej asysty. W Kijowie podczas mordu Żydów w Babim Jarze do ofiar strzelali Niemcy, zaś cała pozostała logistyka spoczywała na barkach współpracujących z nimi ukraińskich nacjonalistów, którzy Żydów konwojowali, zmuszali do rozbierania się i doprowadzali do miejsca kaźni. W wyzwolonej od sowieckiej okupacji Besarabii miejscowych Żydów mordowały królewskie wojska rumuńskie pod wodza marszałka Iony Antonescu, a Niemcy najwyżej doradzali.
Prawem pani Ani Bikontowej jest dokumentowanie żydowskiego męczeństwa na Podlasiu w lecie 1941 roku. Mój sprzeciw budzi natomiast wyprowadzona z jej książki konkluzja red. Michała Olszewskiego: "w 1941 roku na Podlasiu Polacy wybili swych żydowskich sąsiadów. Mordowali w bestialski sposób. Rozgrabili ich majątki. Do dziś nie chcą pojąć tamtej krzywdy". A czy Żydzi jako zbiorowość (nawet spolonizowani Żydzi z "Gazety Wyborczej") poczuwają się do odpowiedzialności za żydowskie mordy na Polakach w Grodnie we wrześniu 1939 roku? Albo za mordy żydowskich i sowieckich zarazem partyzantów na polskich chłopach z AK-owskiej wsi Koniuchy na Wileńszczyźnie? Czy brak skruchy świadczy jedynie o znieczulicy, którą zarzucają Polakom? A może o ślepocie "Gazety Wyborczej" na jedno oko? (wytł. ASME) Dlatego - pomny na doświadczenia mego ukraińskiego znajomego opowiedziane mi w Białym Borze - proponuję formułę z listu polskich biskupów do biskupów niemieckich: przebaczam i proszę o przebaczenie. Może wówczas przykład żydowskiego współczucia wobec polskiej krzywdy roztopi kamienne serca Podlasian, na które pomstuje red. Michał Olszewski.
Ale to nie wszystko. Przed laty Michał Cichy, poprzedzony przez obszerną przedmowę Adama Michnika, zarzucał na łamach "Gazety Wyborczej" powstańcom warszawskim masowe mordowanie Żydów. Dziś "Gazeta Wyborcza" głosi chwałę tymże powstańcom. Tamtych oskarżeń wszakże nie odszczekała. (wytł. ASME) Więc jaka jest prawda w tym względzie? A może za kilka lat i w sprawie mordów na Podlasiu w lecie 1941 roku "Gazeta Wyborcza" cichcem zmieni zdanie na bardziej korzystne dla Polaków?! Kto wie, może - daj Boże - zdarzy się cud?!

Antoni Zambrowski

RZECZPOSPOLITA

30.10.2004 Nr 256


Zagłada Koniuchów, 29 stycznia 1944 roku
Nikomu nie darować życia
Nocą partyzanci sowieccy otoczyli wieś. Czekali do przedświtu, kiedy wartownicy z samoobrony zeszli z posterunków. Wtedy podpalili budynki, równocześnie z czterech stron. Uśpieni ludzie ginęli w płonących domach. Do uciekających strzelali napastnicy. Dobijali rannych. Śmierć poniosło co najmniej czterdzieści osób.

Przed wojną wieś Koniuchy (gmina Bieniakonie, powiat lidzki, województwo nowogródzkie), położona na skraju Puszczy Rudnickiej, liczyła 300 mieszkańców - samych Polaków. Do dzisiaj w rejonie solecznickim Litwy, do którego Koniuchy należą obecnie, Polacy stanowią 80 procent mieszkańców, a na wsi odsetek ten jest jeszcze wyższy. Ale współczesne Koniuchy (po litewsku: Kaniukai) to ułamek przedwojennej wsi. Nie odrodziły się ze zgliszcz. Tak jakby wyrok moskiewskiego Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego nadal obowiązywał.

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w Puszczy Rudnickiej schronili się żołnierze Armii Czerwonej. Po sowieckiej okupacji (półtorarocznej na Nowogródczyźnie, rocznej na Wileńszczyźnie) nie mogli liczyć na przychylność miejscowej ludności. Żywność i odzież zdobywali siłą. Nastawieni początkowo wyłącznie na przetrwanie, nie na walkę, na wiosnę 1942 roku połączyli się w oddziały partyzanckie. W maju 1942 roku w Moskwie utworzono Centralny Sztab Ruchu Partyzanckiego, który zaczął drogą lotniczą zaopatrywać partyzantów w broń i środki łączności, ale przede wszystkim w kadrę dowódczą oraz dyrektywy bojowe i polityczne. Bojowe ograniczały się w zasadzie do dywersji na torach kolejowych. Polityczne zaś głosiły: nie wchodzić w żadne układy z "nacjonalistyczną" partyzantką (to znaczy polską, w minimalnym stopniu - litewską); podporządkować ją sobie albo zwalczać. Prowadzić "pracę uświadamiającą" z miejscową ludnością i przygotowywać ją do roli przyszłych obywateli sowieckich. W końcu roku 1942 i w ciągu roku 1943 do partyzantki sowieckiej w Puszczy Rudnickiej przyłączyli się liczni uciekinierzy z gett wileńskiego i kowieńskiego. Liczebność oddziałów stacjonujących w puszczy przekroczyła dwa tysiące. Uformowane one zostały w dwie brygady, wileńską i kowieńską, podległe Litewskiemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego, sterowanemu na bieżąco z Moskwy.

Koniuchy szczególnie często były nachodzone przez ekspedycje rekwizycyjne. Oto wspomnienie Izraela Weissa: - W sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszyliśmy o zmroku. Do celu dotarliśmy o północy. Wystawiliśmy czujki. Pracowaliśmy jak w gorączce całą noc, zbierając jedzenie. Byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 ludzi zostało z tyłu, aby nas osłaniać. My odjechaliśmy na saniach (oczywiście też zarekwirowanych - dodajmy).

Relacja innego partyzanta, Chaima Lazara: - Czterdziestu mężczyzn wyruszyło z bazy po zapasy. Rozkazano nam okrążyć wieś, rozejść się między gospodarstwami i nakazać chłopom, by zaprzęgli konie i napełnili sanie jedzeniem. W ciągu godziny były pełne rozmaitych zapasów. Do każdych sani przyczepiono krowę. Chłopi usiedli w saniach, zacięli konie, a partyzanci maszerowali obok sanek z odbezpieczoną bronią. Furmanów zostawiliśmy w Wisińczy, dziesięć kilometrów od bazy. Mieli tam czekać na zwrot swych sani i koni.

Gdy wieś została do cna ogołocona, tak że dzieci nie było czym nakarmić, utworzyła samoobronę. W nocy wystawiała czujki i patrole uzbrojone w kilka starych karabinów. Prawdopodobnie odparła najście kolejnej "akcji aprowizacyjnej", bo dowództwo partyzantki sowieckiej postanowiło ukarać Koniuchy i przestrzec inne wioski.

"Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią - napisał Chaim Lazar. - 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić". Izaak Kowalski wspominał, że rozkaz brzmiał: "zniszczyć wszystko, co się rusza, a wieś zamienić w popiół".

O tym, że celem operacji była całkowita zagłada Koniuchów, świadczy sposób jej przeprowadzenia. Gdyby chodziło o zlikwidowanie samoobrony, nie czekano by, aż wartownicy zejdą z posterunków, tylko zaatakowano by ich nocą. Pacyfikację wykonały dwa oddziały z brygady wileńskiej - "Śmierć okupantom" pod dowództwem Jakuba Prennera i "Ku zwycięstwu" (a wg innych źródeł "Margirio") Szmula Kaplińskiego oraz jeden z kowieńskiej "Śmierć okupantom" Michała Truszyna. Całością miał dowodzić Henryk Zyman; podobno po wojnie - jako działacz Komunistycznej Partii Litwy Genrikas Zimanas - dostał od władz PRL order Virtuti Militari.

Co najmniej kilkudziesięciu uczestników akcji na Koniuchy było Żydami. Kilkunastu znanych z imienia i nazwiska było obywatelami II RP. Wielu z nich opisało później napaść na bezbronną, uśpioną wieś jako wybitne osiągnięcie bojowe, przedstawiając Koniuchy jako ufortyfikowaną (według niektórych litewską) wieś, siedzibę garnizonu niemieckiego. Zupełna fantazja, nie było tam nawet posterunku policji; najbliższy znajdował się w odległych o 6 km Rakliszkach.

Napastnicy nie ponieśli żadnych strat własnych, bo też nie stoczyli żadnej walki. Była to bezlitosna egzekucja. Wśród 38 znanych imiennie ofiar było jedenaście kobiet i trzynaścioro dzieci, z których dwoje nie miało jeszcze dwóch lat.



ANDRZEJ KACZYŃSKI
Anna Suckiel wspomina: - Partyzanci mordowali wszystkich, nie zważając na wiek i płeć. Ludzie uciekali z płonących domów i ginęli pod seriami z pistoletów maszynowych. Stanisława Jankowska była sparaliżowana i nie mogła uciekać z płonącego domu. Spaliła się żywcem. Tu, na tym miejscu, gdzie został ustawiony krzyż z imionami poległych moich sąsiadów, partyzanci kamieniami dobili Urszulę Parwicką. Cudem udało mi się przeżyć. Całe życie wracam do wydarzeń tamtej zimowej nocy.

W Koniuchach nie ma jednej zbiorowej mogiły ofiar zbrodni. Część zamordowanych pochowano w grobach na miejscowym cmentarzu, dziś bezimiennych, część w Butrymańcach i Bieniakoniach. Tragedię upamiętniał prosty, drewniany krzyż na cmentarzu w Koniuchach. W 2001 Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa postanowiła wznieść okazalszy i trwalszy krzyż, wraz z nazwiskami pomordowanych, i umieścić tablicę w kościele w Butrymańcach. Listę ofiar, zweryfikowaną następnie przez oddział IPN w Łodzi, sporządziła Anna Suckiel, naoczny świadek zbrodni. 22 maja 2004 roku na cmentarzu w Koniuchach krzyż z nazwiskami zabitych został uroczyście odsłonięty przez ambasadora RP na Litwie Jerzego Bahra, sekretarza ROPWiM Andrzeja Przewoźnika oraz mera rejonu solecznickiego Leonarda Talmonta. Krzyż poświęcił proboszcz parafii w Butrymańcach, ks. Jan Czerniawski.



MARIA ZACHARA


TVP Serwis regionalny Łódź

poniedziałek, 28 lutego 2005



IPN zbada zbrodnie w Koniuchach

Pion śledczy IPN w Łodzi wystąpi do Izraela o pomoc w sprawie zbrodni z 1944 r. w Koniuchach na Nowogródczyźnie, gdzie sowieccy partyzanci, wśród nich m.in. uciekinierzy z gett w Wilnie i Kownie, zabili ok. 40 Polaków.


Taką informację zawiera sprawozdanie z działalności IPN za lata 2003-2004, przedstawione ostatnio parlamentowi.

"Chcemy poprosić stronę izraelską o pomoc w poszukiwaniu dokumentów oraz przesłuchaniu ewentualnych świadków" - wyjaśniła w poniedziałek prok. Anna Gałkiewicz, szefowa pionu śledczego IPN w Łodzi, który od 2001 r. prowadzi śledztwo w tej sprawie. O podjęcie śledztwa poprosił Kongres Polonii Kanadyjskiej, który zbrodnią tą zajmuje się od 1996 r.

Podczas okupacji hitlerowskiej, w styczniu 1944 r., leżąca na skraju Puszczy Rudnickiej wieś Koniuchy (gmina Bieniakonie, powiat Lida) została zaatakowana przez liczną grupę partyzantów sowieckich, pochodzących z kilku oddziałów, w tym z oddziału "Śmierć faszyzmowi". Był to odwet za zorganizowanie w Koniuchach samoobrony przed powtarzającymi się napadami "czerwonej partyzantki", która rabowała mieszkańcom żywność, odzież, bydło.

"Trzon oddziału <Śmierć faszyzmowi> stanowili partyzanci żydowscy, uciekinierzy z gett w Kownie i Wilnie. Dotychczas nie ustalono osoby, która dowodziła całością ataku. Nie odnaleziono w tym zakresie żadnych dokumentów archiwalnych. Istnieje hipoteza, że dokumenty takie, z uwagi na rozmiar i drastyczność zbrodni, nie istnieją" - napisano w sprawozdaniu IPN.

IPN ustalił na razie, że w wyniku ataku zginęło co najmniej 38 osób, kilkanaście zostało rannych. "Część ofiar spłonęła w swych domach, część zginęła od strzału z broni palnej. Wśród ofiar byli mężczyźni, kobiety i małe dzieci. Spalono większość zabudowań, ocalało tylko kilka domów" - napisano w sprawozdaniu.

Według dokumentu, polscy świadkowie potwierdzili brutalność działania partyzantów. "Na podstawie uzyskanych dokumentów opracowano wykazy partyzantów, którzy w dniu ataku należeli do poszczególnych oddziałów partyzanckich z Puszczy Rudnickiej. Skierowano odezwy o zagraniczną pomoc prawną do prokuratur generalnych Republiki Litewskiej i Federacji Rosyjskiej z prośbą o nadesłanie dodatkowych dokumentów oraz ustalenie adresów i przesłuchanie w charakterze świadków byłych partyzantów z oddziałów, które zaatakowały Koniuchy. Ostatnio uzyskano materiały z Republiki Litewskiej, przygotowywane są następne odezwy, m.in. do organów ścigania Izraela" - napisano.

Prok. Gałkiewicz dodała, że zanim IPN zwróci się do Izraela, to zaczeka na odpowiedź od Federacji Rosyjskiej. "Jeszcze jej nie otrzymaliśmy, ale jeśli termin tej odpowiedzi będzie się przeciągał, to nie będziemy czekać w nieskończoność" – dodała.

W maju 2004 r. odsłonięto krzyż i tablicę ku czci zabitych.

W 2001 r. historyk Kazimierz Krajewski, zajmujący się historią Nowogródczyzny w czasie II wojny światowej, mówił, że w napaści uczestniczył oddział partyzantów żydowskich, który wchodził w skład zgrupowania sowieckiego. Powołał się m.in. na relację z książki Chaima Lazara "Destruction and Resistance", wydanej w Nowym Jorku w 1985 r., w której Koniuchy nazwano "gniazdem band i centrum antypartyzanckich intryg". W książce tej napisano też m.in.: "Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodził Jaakow (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite".

Sprawa zbrodni w Koniuchach została nagłośniona w 2001 r., w trakcie publicznej dyskusji nad mordem Żydów w Jedwabnem (Podlaskie), którego w lipcu 1941 r. dopuścili się miejscowi Polacy. Według niektórych opinii, sprawa Koniuch to swego rodzaju "odreagowanie" sprawy Jedwabnego.

Łódzki IPN bada też inne ataki partyzantki sowieckiej na Polaków w Nowogródzkiem w czasie wojny, m.in. z maja 1943 r., gdy zabito 120 mieszkańców miasteczka Naliboki.



Tnowak

Newsweek (Polska)

Nr 19 / 2005 15.05.2005





1   ...   17   18   19   20   21   22   23   24   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna