The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona19/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   43
.) Artykuł Marca Perelmana wnikliwie skomentował redaktor torontońskiego tygodnika „Goniec” następująco:
„„Forward”, piórem Marca Perelmana, niepokoi się, że próba dochodzenia prawdy o tym, co stało się w Koniuchach i wskazania winnych mordu jest „motywowana politycznie”. Perelman cytuje jednego z żydowskich partyzantów sowieckich [z Brygady Kowieńskiej], Dova Levina, dziś profesora historii Uniwersytetu Hebrajskiego [w Jerozolimie]: „Kongresowi Polonii Kanadyjskiej jest wygodnie zajmować się tą sprawą, zamiast wyjaśniać pogromy, jakich Polacy dopuszczali się na Żydach podczas i po wojnie”… Zatem, można tylko „w jedną stronę”, w drugą „nie nada”.
Zarzuca się też stronie polskiej zawyżenie liczby ofiar, co jest o tyle śmieszne, że liczbę tę zawyżają sami ówcześni sprawcy, chełpiąc się we wspomnieniach „sprawnie przeprowadzoną akcją”. Z tekstu „Forwarda” wynika, że samo wskazanie na żydowskie pochodzenie sprawców mordu zakrawa na antysemityzm, tymczasem – znów o ironio – to właśnie sami Żydzi chwalą się „zasługami”. Okazuje się też, że wymordowani mieszkańcy wioski mieli… „pronazistowskie nastawienie”.
W czym jest problem? A w tym, że wskazanie na mord w Koniuchach (jeden z wielu dokonany przez bandy) podważa rozpropagowany mit przebiegu II wojny światowej. W mitologii tej Polakom przypisano rolę współsprawców, zaś Żydzi wpisali się w rolę ofiar. Gdy role te się odwracały – nadworni historycy mają problem. Problem, który najłatwiej po prostu zakrzyczeć słowami: „antysemici, szowiniści, faszyści!”.”

Upamiętnienie

W marcu 2001 r. w związku z opublikowanymi na jego łamach reportażu o Koniuchach redakcja wileńskiego tygodnika „Nasz Czas” napisała:
Tragiczna śmierć poszczególnej osoby stanowi niepowetowaną stratę. A cóż dopiero, gdy chodzi o masowy mord. Dlatego chyląc głowy wobec niewinnie pomordowanych należy przyznać, iż jest to naszą wspólną winą, że miejsce tej tragedii i pochówku ofiar nie zostało jak dotychczas upamiętnione. Zróbmy to więc dziś w uszanowaniu ich przedwczesnej męczeńskiej śmierci i ku przestrodze potomnych – aby nigdy i nigdzie

więcej podobna tragedia nie mogła się powtórzyć, a każda inicjatywa społeczna zmierzająca w tym kierunku zyska poparcie naszej redakcji.”
7 maja 2001 r. „Gazeta Wyborcza” podała:
Drewniany krzyż upamiętni ofiary masakry około 50 mieszkańców wsi Koniuchy na Litwie – poinformował sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik. 57 lat temu wieś została doszczętnie zniszczona przez oddział partyzantki sowieckiej. […]

Jak zapewnia Andrzej Przewoźnik, ofiary zbrodni zostaną upamiętnione jeszcze w tym roku. Obecnie przygotowywana jest dokumentacja techniczna. W Koniuchach ma stanąć drewniany krzyż z nazwiskami wszystkich zamordowanych, a w kościele parafialnym w Butrymowicach [powinno być: Butrymańcach] zostanie wmurowana tablica.”
Nie stanął krzyż lub pomnik w Koniuchach – władze polskie uznały, że jest niepotrzebny. Wieś jest zapomniana, i tak powinna już zostać. Jest mowa o tym, że po cichu na wiosnę zostanie wmurowana tablica pamiątkowa w kościele parafialnym w Butrymańcach, choć IPN dotychczas jeszcze nie przygotował potrzebnej listy ofiar. Choć Kancelaria Prezydenta RP została już zawiadomiona trzy lata temu o nadchodzącej 60-tej rocznicy, żadnych uroczystości nie będzie. Nie należy drażnić sprawców póki spokojnie sobie żyją. W lutym 2002 r. KPK zwrócił się do IPN z konkretnymi propozycjami:

  • zebrania relacji naocznych świadków

  • ustalenia sprawców zbrodni oraz wszczęcia śledztwa przeciwko nim

  • wydania odpowiedniej publikacji w celu udokumentowania zbrodni

  • zorganizowania obchodów w 60-tą rocznicę masakry (w styczniu 2004 r.) oraz postawienia na miejscu godnego pomnika tej dotychczas zapomnianej tragedii

  • odebrania krzyża Virtuti Militari nadanego w PRL Genrikasowi Zimanasowi, który dowodził całą akcją.

Kończąc swój list do IPN KPK napisał: „Przypominamy, że sprawców zbrodni w Koniuchach nigdy nie osądzono oraz nie ukarano – przeciwnie, niektórzy z nich zostali uhonorowani w szczególny sposób! Jest to sprawa leżąca w gestii IPN zarówno ze względu na rozmiary popełnionej wówczas zbrodni, jak i sposób jej dokonania.

Wobec braku zainteresowania ze strony władz polskich uczczeniem ofiar zbrodni w Koniuchach, na Zjeździe KPK jesienią 2002 r. postawiono wniosek, który został przyjęty przez delegatów, aby KPK przyczynił się finansowo i moralnie do uczczenia ofiar tej masakry. Zbiórkę pieniężną przeprowadzono w pierwszej połowie 2003 r. Niestety z powodu trudności w koordynacji projektu ze środowiskiem polskim na Litwie pomnik jeszcze nie stanął, choć plany są już w toku. Jedynym obchodem upamiętniającym pomordowanych w Koniuchach będzie Msza Św. odprawiona w kościele w Butrymańcach w dniu 29 stycznia br.



Mimo tak licznych informacji, nie pozostawiających żadnych wątpliwości co do sprawców i przyczyn popełnionej zbrodni, nie stała się ona przedmiotem zainteresowania mediów. Można w tym zakresie dokonać porównania z długotrwałą kampanią medialną, dotyczącą zbrodni w Jedwabnem, gdzie – choć nie udało się do dziś wyjaśnić najważniejszych spraw, głos zabierali uczeni, ludzie kultury i sztuki, politycy a prezydent RP przeprosił za jej popełnienie. Władze państwowe postawiły tam pomnik ofiarom żydowskim i 7 lipcu 2001 r. odbyły się uroczyste międzynarodowe obchody 60-tej rocznicy zbrodni.

W sprawie Koniuchów nie podjęto – poza śledztwem – żadnych innych działań, nie postawiono tam nawet skromnego pomnika, osoby urzędowe i zawodowe „autorytety moralne” nie zabrały głosu. Koniuchy pozostają zaś jedną z wielu licznych zbrodni, popełnionych w okresie II wojny światowej, które – z uwagi na kontekst narodowościowy – usiłuje się zakryć wstydliwym milczeniem.


Hanna Sokolska

Rzecznik prasowy

Kongres Polonii Kanadyjskiej–Okręg Toronto
Powyższy artykuł opublikowały następujace czasopisma:

Tygodnik Goniec (Mississauga) – 23-29 stycznia 2004



Dziennik (Toronto) – 23-25 stycznia 2004, 30 stycznia–1 lutego 2004

Nasz Dziennik (Warszawa) – 27 stycznia 2004

Tygodnik Głos Polski (Toronto) – 27 stycznia–2 lutego 2004

Tygodnik Związkowiec (Toronto) – 29 stycznia 2004


(26) POLISH MEDIA COVERAGE OF THE 60TH ANIIVERSARY OF THE MASSACRE IN KONIUCHY AND THE ONGOING INVESTIGATION
Tygodnik Wileńszczyzny (Wilno)

http://www.tygodnik.lt/200403/

15–21 stycznia 2004 r.

nr 3/2004 (wydanie internetowe nr 175)


W pamięć o pomordowanych w Koniuchach

Przed sześćdziesięcioma laty, 29 stycznia 1944 roku, sowieccy partyzanci dokonali bestialskiego mordu mieszkańców wsi Koniuchy. W ciągu jednej nocy życie straciło 36 osób i 14 zostało ciężko rannych. Przed kilkoma laty na prośbę Zarządu Głównego Kongresu Polonii Kanadyjskiej pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej wszczął postępowanie w sprawie mordu mieszkańców wsi w rejonie solecznickim na Litwie (była Nowogródczyzna), dokonanego przez partyzantów radzieckich.

Na przeciągu długich dziesięcioleci temat masakry w Koniuchach był zakazany. Historycy radzieccy przedstawiali bowiem czerwonych partyzantów jedynie w roli szlachetnych bohaterów, walczących z okupantem niemieckim, broniących ludność cywilną od hitlerowskiej machiny represyjnej. Świadkowie zbrodni, którym udało się przeżyć, w obawie o życie własne i swoich rodzin musieli zapomnieć o strasznych wydarzeniach z lat wojennych. Dla mieszkańców położonej na skraju Puszczy Rudnickiej wsi sowiecka partyzantka okazała się najstraszniejszym wrogiem, nie znającym litości nawet nad dziećmi, kobietami i starcami. W czasie wojny wieś była często nawiedzana przez partyzantów, domagających się odzieży i żywności. Urodzaju z piaszczystych gleb wieśniakom ledwo wystarczało na własne potrzeby. Toteż ciągłe najścia nieproszonych gości, często z bronią w ręku, zmusiły mieszkańców do podjęcia kroków w celu obrony swego mienia i bezpieczeństwa.

Tak jak i w wielu innych wsiach w latach wojny we wsi powstał oddział samoobrony. Uzbrojeni wieśniacy kilkakrotnie stanowczo odmówili składania prowiantu partyzantom radzieckim. Nie poczuwając się obywatelami ZSRR, nie traktowali ich bowiem jako swoich obrońców. Dla partyzantów każdy oddział samoobrony wiejskiej, w których powstawaniu byli zainteresowani też Niemcy, był takim samym wrogiem jak garnizon niemiecki, tyle że łatwiejszy do pokonania. Posiadająca oddział samoobrony wieś była piętnowana mianem zdrajców i kolaborantów. Zgodnie z prawem wojny, zdrajcom i koloborantom należała się kara, dlatego 29 stycznia 1944 roku oddział partyzancki "Śmierć faszystom" pod dowództwem Jacoba Prennera ruszył w stronę Koniuch. Śpiąca wieś została okrążona z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, przez którą jedyny most był zresztą w ręku partyzantki.

- Mąż obudził mnie gwałtownym szarpnięciem za ramię i krzyknął, że musimy uciekać. Przez okno biło światło, słychać było hałas. Nie rozumiejąc, co się dzieje, chwyciłam trzyletnią córeczkę i w nocnej koszuli wyskoczyłam z domu. Widziałam, jak płonęły sąsiedzkie zagrody, ryczało bydło, od kul padali moi znajomi... - tak zapamiętała tę straszną noc mieszkanka Koniuch Stanisława Woronis z domu Bandalewiczówna.

Anna Suckiel z domu Bobinówna w 1944 roku miała ukończonych 15 lat. Dom jej rodziców znajdował się na skraju wsi, toteż jako pierwszy trafił pod ostrzał partyzantów. Południowy wiatr w stronę rzeki, lokazujący dym, osłonił ludzi przed wrogiem. Ci, którzy pobiegli w stronę rzeki, cmentarza czy lasu, polegli.

Miałam więcej szczęścia, bo nikt z mojej rodziny nie zginął. Straciliśmy jedynie cały dobytek. Z domu zostały zgliszcza. Do wsi też od razu nie wróciliśmy. Pozostali przy życiu zaczęli budować domy. Nie mieliśmy czasu, ani dobrego materiału. To dlatego domy w Koniuchach tak marnie wyglądają. Nikt przez powojenne lata nie udzielił nam pomocy na ich renowację - mówiła pani A. Suckiel.

Według sprawozdania litewskiej policji, owego ranka w Koniuchach zginęło 36 osób i 14 zostało ciężko rannych. Mieszkańcy, którzy przeżyli masakrę, ułożyli listę zamordowanych, złożoną z 38 nazwisk. Nikt nie może być pewny, czy jest ona pełna. Władza radziecka ze zrozumianych powodów ukrywała sprawę mordu w Koniuchach. Zupełnie inaczej potraktowali zbrodnię jej sprawcy, którzy po zakończeniu II wojny światowej osiedlili się na stałe w USA i Izraelu. W licznych publikacjach uczestnicy napaści mówią o liczbie 300 zabitych, szczegółowo opisując swój "bohaterski czyn". Chaim Lazar w wydanej w roku 1985 w Nowym Jorku książce "Destruction and Resistance" pisał: "Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby udzielić nauczki innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Wśród nich było około 50 Żydów, którymi dowodził Jacob (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolice wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i trzoda miały być wybite. Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny most znajdował się w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. Z wielu domów słychać było huk eksplozji. Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".

Mord w Koniuchach jest także opisany w książce Richa Cohena "The Avengers" ("Mściciele"), wydanej w Nowym Jorku w 2000 r.: "Koniuchy były wioską o zakurzonych drogach i zapadłych w ziemię, niepomalowanych domach. Partyzanci - Rosjanie, Litwini i Żydzi - zaatakowali Koniuchy od strony pól, a słońce świeciło im w plecy. Odezwał się ogień z wież strażniczych. Partyzanci odpowiedzieli ogniem. Chłopi uciekli do swych domów. Partyzanci obrzucili dachy granatami, a domy zajęły się płomieniem. Chłopi wybiegali drzwiami i uciekali drogą. Partyzanci ich gonili, strzelając do mężczyzn, kobiet i dzieci. Większość chłopów biegło w stronę niemieckiego garnizonu, a więc przez znajdujący się na skraju osiedla cmentarz. Dowódca partyzantów przewidział to i dlatego nakazał kilku swoim ludziom schować się przy grobach. Gdy ci partyzanci otworzyli ogień, chłopi zawrócili i wpadli w ręce żołnierzy, ścigających ich z przeciwnej strony. Setki chłopów zginęło trafiwszy w ogień krzyżowy".

Potwierdzenie mordu w Koniuchach można znaleźć także w dzienniku partyzantów żydowskich pt. "Operations Diary of a Jewish Partisan Unit in Rudniki Forest". Podano tam, że napad miał miejsce w styczniu 1944 r. i wzięli w nim udział partyzanci z oddziałów Jacoba Prennera ("Śmierć faszystom") i Shmuela Kaplinsky'ego ("Ku zwycięstwu") tzw. Litewskiej Brygady.

Zdaniem Kazimierza Krajewskiego, autora książki "Na Ziemi Nowogródzkiej - Nowogródzki Okręg Armii Krajowej", wydanej w Warszawie w 1997 r.: "jedyną winą mieszkańców Koniuch było to, że mieli już dosyć codziennych - a właściwie conocnych - rabunków oraz gwałtów i chcieli zorganizować samoobronę. Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią tak, by zastraszyć ludność innych wiosek". Wymordowanie mieszkańców wsi Koniuchy (wraz z kobietami i dziećmi) opisane zostało przez Chaima Lazara jako wybitna operacja bojowa, z której jest on autentycznie dumny. Opis ufortyfikowania wsi jest kompletną bzdurą. Była to normalna wioska, w której część mężczyzn zorganizowała samoobronę. Ich uzbrojenie stanowiło kilka zardzewiałych karabinów".

W relacji policji litewskiej mówi się, że "z 40 gospodarstw spaliło się 39 zabudowań i łaźnia, 50 krów, 16 koni, 50 świń, 100 owiec, 400 kur i inny majątek". Zamordowanych koniuszan pochowano na wiejskim cmentarzyku pod krzyżem, ustawionym przez młodzież jeszcze przed wojną dla upamiętnienia swoich katolickich korzeni. Jakby w przeczuciu wielkiego nieszczęścia.

Przez prawie pół wieku ci, którzy stracili rodziny, znajomych, musieli cierpieć i pamiętać w milczeniu. Do Koniuch nie przyjeżdżały wycieczki, jak do nieodległych Pirczupi, wsi spalonej przez faszystów, na ich przykładzie nie uczono młodego pokolenia historii. Nielicznymi świadkami tragicznych wydarzeń pozostały jedynie stary las, cztery ocalałe domy i stary spróchniały krzyż na cmentarzu. Wkrótce jednak powinno to się zmienić. Na maj bieżącego roku planowane jest ustawienie krzyża, upamiętniającego tragedię sprzed 60 laty. Inicjatorem budowy pomnika jest samorząd solecznicki, prace sfinansuje natomiast Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.


Andrzej Kołosowski


Magazyn Wileński (Wilno)

http://www.magwil.lt/

Nr 1 - styczeń 2004


Rocznica tragedii w Koniuchach

Nocą z 29 na 30 stycznia 1944 roku oddział partyzantów sowieckich z Puszczy Rudnickiej napadł na uśpioną bezbronną polską wieś Koniuchy, położoną na obrzeżach Puszczy, nad rzeką Solczą, przy drodze z Ejszyszek do Solecznik. W gospodarstwach chłopskich podpalonych pociskami zapalającymi poniosło męczeńską śmierć w ogniu ponad 100 mieszkańców wsi. Nie oszczędzono nikogo: ani starców, ani kobiet, ani niemowląt. Zwyczajem owych lat kroniki sowieckie tragedię w Koniuchach przypisały Armii Krajowej, co jest, zdaniem historyków i naocznych świadków, wierutnym kłamstwem i absolutną niedorzecznością. Temat Koniuchów przez wiele lat był przemilczany. Chaim Lazar, jeden ze sprawców tragedii, w wydanej w Nowym Jorku w 1985 r. książce „Destruction and Resistance” napisał m. in. „…dowiedziano się, że wieś Koniuchy przekształciła się w siedlisko złowrogich band. Jej niegodziwi mieszkańcy rozprowadzali wśród miejscowej ludności uzyskiwaną od Niemców broń, nawoływali do walki z partyzantami. Wieś była otoczona umocnieniami w postaci rowów strzeleckich, przed każdym domem znajdowało się stanowisko ogniowe. Po obu jej stronach zbudowano wyżki obserwacyjne…Dlatego zostało postanowione przeprowadzić akcję zastraszenia nieprzychylnych partyzantom wieśniaków… Pewnego wieczoru 120 najdzielniejszych partyzantów…pod dowództwem Jakowa Prennera, okrążyło wieś. Idącym do akcji rozkazano nie zostawiać przy życiu żadnego z mieszkańców, a zabudowania razem z inwentarzem spalić…” Dalej chełpliwy autor relacji głosem pogardy dla ofiar tej potwornej masakry pisze, że „120 najdzielniejszych partyzantów” w krótkim czasie zlikwidowało 60 domów, z 300 mieszkańców wsi nikt się nie uratował”. Zarówno to, że mieszkańcy Koniuchów byli rzekomo uzbrojeni „po zęby”, jak i to, że wszyscy zginęli z rąk „najdzielniejszych”, jest jednym wielkim kłamstwem. Ponad połowie z 250 mieszkańców wsi udało się jednak uciec. Oto relacja jednego z nich: „Ze snu wybudziła nas strzelanina i łuna pożaru w oknach. Było jasno jak w dzień, dookoła roiło się od partyzantów, którzy strzelali do każdego, kto wydostawał się z domu. Szum ognia i trzaski rozpadających się budynków przypominały burzę z piorunami. Z różnych stron słychać było rozpaczliwe jęki palących się w domach ludzi, ryk zwierząt zamkniętych w chlewach i oborach…”.

30 stycznia mieszkańcy okolicznych polskich wsi, również stale nękanych przez partyzantów sowieckich, zebrali zidentyfikowane ciała krewnych oraz znajomych i pochowali na cmentarzach w Butrymańcach, Solecznikach, Bieniakoniach. Niedopalone szczątki 46 osób pogrzebano na miejscowym cmentarzyku. Dziś bolesną pamięć o tragedii w Koniuchach przywołuje skromny żelazny krzyż – milczący znak ukrytej zbiorowej mogiły. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie postanowiła uczcić 60. rocznicę tragicznych wydarzeń w Koniuchach. Miejsce pochówku zamordowanych mieszkańców wsi zostanie należycie oznakowane, na tablicach znajdą się nazwiska wszystkich ofiar. Podczas niedawnej wizyty w Wilnie Andrzej Przewoźnik, sekretarz ROPWiM powiedział, że uroczystości planowane są na maj br. Za terminem tym przemawiają względy pory roku oraz fakt zgłoszenia przyjazdu na obchody rocznicowe ocalałych mieszkańców wsi i ich rodzin z Polski i innych krajów, m. in. z Kanady. Tamtejsza Polonia wyraziła również gotowość upamiętnienia ofiar tragedii sprzed 60 laty w Koniuchach.

Halina Jotkiałlo
Nasz Dziennik (Warszawa)

27 stycznia 2004


60 lat temu w Koniuchach

Dnia 29 stycznia 1944 roku partyzanci sowieccy i żydowscy dokonali masowej zbrodni na mieszkańcach polskiej wsi Koniuchy w byłym powiecie Lida. Według żydowskich uczestników tej pacyfikacji, zginęli wszyscy mieszkańcy wsi - mężczyźni, kobiety i dzieci, razem 300 osób. Faktycznie ofiar było kilkadziesiąt (wśród nich kobiety i dzieci), dużo osób odniosło rany. Wieś została spalona.

Przez lata w licznych opracowaniach i wspomnieniach żydowskich Koniuchy funkcjonowały jako przykład akcji przeciwko Niemcom lub pacyfikacji wsi rzekomo "kolaborującej z Niemcami", i uchodziły za powód do chwały. Podobnie było w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej - jej komunistyczne władze w 1975 roku odznaczyły dowódcę tej akcji, Genricha Zimana, Orderem Virtuti Militari!

Okrutna pacyfikacja Koniuchów była znana licznym świadkom i pojawiała się we wspomnieniach i opracowaniach historycznych, nie stała się jednak przedmiotem śledztwa. Dopiero 8 marca 2001 r., na skutek formalnego zawiadomienia Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przez Kongres Polonii Kanadyjskiej, podjęte zostało postępowanie w tej sprawie. KPK dobrze udokumentował swój wniosek, załączając wszystkie ważniejsze znane wówczas dowody (w postaci dokumentów, relacji, wspomnień, opracowań itp.).
Zbrodnia popełniona na cywilnej ludności polskiej o tak dużej skali nie wzbudziła zainteresowania mediów, które prawie całkowicie ją zignorowały, mimo okolicznościowych komunikatów wydawanych przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej. Prawie automatycznie nasuwa się porównanie ze sprawą Jedwabnego. W tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z aferą międzynarodową, z natarczywymi żądaniami kategorycznej "afirmacji" źródeł żydowskich i z energicznymi działaniami całego IPN. I choć sprawa nie została do końca wyjaśniona, mimo istniejących nadal bardzo wielu poważnych wątpliwości (przede wszystkim co do faktycznej roli Niemców), ukazała się potężna publikacja, prezydent RP złożył oficjalne przeprosiny, a na miejscu zbrodni, w jej 60. rocznicę odbyły się międzynarodowe uroczystości.
W Koniuchach żadnych obchodów 60. rocznicy nie będzie. Nie pojedzie tam prezydent, nie ma pomnika, a śledztwo toczy się w zupełnie innym, bardzo powolnym tempie.

Choć żydowscy uczestnicy tej zbrodni szczycą się nią w swych wspomnieniach, nikt nie żąda afirmatywnego przyjęcia ich relacji. Ci sami ludzie, określający się jako "autorytety moralne", tym razem nie mają nic do powiedzenia. Ich rzekoma wrażliwość znikła. To wszystko świadczy o koniunkturalizmie, jaki miał miejsce w sprawie Jedwabnego, i o specjalnej akcji propagandowej, podjętej w wyniku doraźnego zapotrzebowania.

Aby sprawa zbrodni w Koniuchach nie poszła całkiem w zapomnienie, zamieszczamy w całości materiał sporządzony przez Kongres Polonii Kanadyjskiej. Zawiera on liczne wspomnienia, relacje i dokumenty, które jednoznacznie potwierdzają, że ofiarą była polska ludność cywilna. Materiał ten nie pozostawia też wątpliwości co do tożsamości sprawców. Ustalenie i zlokalizowanie wielu z nich nie powinno nastręczać większych trudności.
Mamy nadzieję, że upowszechnienie wiedzy na ten temat przyczyni się do sprawniejszego prowadzenia śledztwa i bardziej systematycznego informowania opinii publicznej przez powołane do tego instytucje.

Liczymy też, że pamięć ofiar zostanie wreszcie godnie uczczona, a na miejscu zbrodni stanie krzyż.


Leszek Żebrowski
Rzeczpospolita (Warszawa)

28.01.2004 Nr 23


Mord w Koniuchach

60 lat temu, nocą z 28 na 29 stycznia 1944 roku, 120 sowieckich partyzantów stacjonujących w Puszczy Rudnickiej otoczyło polską wieś Koniuchy (przed wojną w powiecie lidzkim województwa nowogródzkiego, obecnie w rejonie solecznickim na Litwie, przy granicy z Białorusią). O piątej rano przypuścili atak. Pochodniami i pociskami zapalającymi wzniecili pożar. Do uciekających z pożogi mieszkańców strzelali. Po zajęciu wsi ocalałych i rannych dobijali, rzucali w ogień. Zamordowali co najmniej 40 osób. Spalili większość zabudowań.

Za co? Koniuchy były nieustannie nachodzone przez "czerwoną partyzantkę" i bezlitośnie rabowane (sowieckie zgrupowanie w Puszczy Rudnickiej liczyło 2000 ludzi, przed wojną w Koniuchach mieszkało około 300 osób). Wieś została do cna ogołocona. Część mieszkańców schroniła się w miejscowościach położonych dalej od puszczy. Pozostali zorganizowali oddział samoobrony, który przeciwstawił się dalszym rekwizycjom. Partyzanci postanowili zrównać za to Koniuchy z ziemią, by stanowiło to przestrogę dla innych wsi.

Tak podali w pamiętnikach uczestnicy pacyfikacji, opisując ją zresztą jako przykład "wybitnego osiągnięcia bojowego", np. Chaim Lazar (przytoczył rozkaz: "nie darować nikomu życia") i Izrael Weiss z żydowskiego oddziału "Śmierć faszystom", złożonego z uciekinierów z getta w Wilnie i dowodzonego przez Jakuba Prennera, obywateli II RP.

W sprawie mordu w Koniuchach Instytut Pamięci Narodowej prowadzi śledztwo.



AKA
Nasz Czas (Wilno)

Nr 2 (627) 29 stycznia – 11 lutego 2004



http://www.nasz-czas.lt/
W 60. rocznicę masowego mordu w Koniuchach
Przed sześćdziesięciu laty, 29 stycznia 1944 roku, polsko - litewska wieś

Koniuchy położona na obrzeżu Puszczy Rudnickiej nad Solczą,

praktycznie przestała istnieć. Blady zimowy poranek odsłonił obraz pełen

tragicznej zgrozy - dogorywające ludzkie domostwa, kilkadziesiąt

pomordowanych ludzkich ciał, poniewierających się po rozległym terenie

wioski, resztki ukrywających się przerażonych mieszkańców, którym pod

obstrzałem w czym stał udało się ujść za wierną im rzekę. Oprawcy -

sowieccy partyzanci - nie mieli skrupułów ani wobec niemowląt, ani kobiet

ciężarnych, ani starców - mordowali każdego, systematycznie palili każdy

dom tylko dlatego, że ci ludzie sprzeciwili się zbrojnym grabieżom,

broniąc własnej godności, swego życia i mienia.

Nasze redakcyjne badania, przeprowadzone przed trzema laty wśród

mieszkańców wsi, według niepełnej listy wykazały, iż tej tragicznej nocy

zabito 36 osób, a 14 zadano ciężkie rany. Z 85 domów ocalało tylko 4.

Tragedii na taką skalę, kiedy masowemu mordowi ludności cywilnej

towarzyszyło powszechne palenie domostw - nie zna w ciągu ostatnich

kilku stuleci w swojej historii Ziemia Wileńska, a możliwie i cała Litwa. Jak

wielka tragedia - tak równie wielka przygnębiająca cisza wokół potrzeby

upamiętnienia pamięci niewinnych ofiar. Penetrując rejon Solecznik jesienią

ub. r. rzucała się w oczy wielce wymowna różnica - pieczołowita dbałość o

miejsca pochówku żołnierzy sowieckich i całkowita obojętność wobec

grobów masowej kaźni miejscowej ludności w Koniuchach, Gumbie i

innych miejscowościach, jak też miejscowych zabytków.

Podejmując ten temat jeszcze w roku 2001 i wracając do niego kilkakrotnie,

proponowaliśmy upamiętnienie miejsca tragedii naszym wspólnym

wysiłkiem poprzez ustawienie krzyża na miejscowym cmentarzu.

Przedstawiciel solecznickiego samorządu zapewniał, że oni podejmą się

tego dzieła...Społeczna inicjatywa została wyhamowana, sami nie zrobili nic.

W przeddzień tragicznej rocznicy nie uznano za potrzebne nawet minimalne

przetarcie śnieżnych zasp na dróżce prowadzącej do cmentarza.

Minęły kolejne trzy lata, mija 60. rocznica masakry. Miejscowa władza

oczekuje, że na kolejną wiosnę zrobi to stosowna instytucja z Polski (!?),

która zazwyczaj zaznacza groby i miejsca kaźni polskich żołnierzy. Tu

natomiast chodzi o ludność cywilną, o symboliczny krzyż na leśnym

cmentarzu, aby co najmniej teraz z ponad półwiecznym opóźnieniem uczcić

pamięć niewinnie pomordowanych ku przestrodze żyjących - aby nigdy

więcej coś podobnego nie mogło się powtórzyć. I jest to świętym moralnym

i ustawowym obowiązkiem samorządowej władzy, którą w swoim czasie

promowaliśmy, i za bezczynność której nie tylko mieszkańców Koniuch -

przepraszamy. Bowiem ci, którzy przez wiele lat z rzędu w trakcie kampanii

wyborczych bili się w pierś, "broniąc polskości i interesów miejscowej

ludności" najwyraźniej zapomnieli, że Ojczyzna - to ziemia i groby.

29 stycznia br. o godz. 12 w parafialnym kościele w Butrymańcach zostanie

odprawiona msza św. w intencji poległych.



Redakcja.
Goniec (Mississauga)

30 stycznia – 5 lutego 2004


Tylko puszcza zaszumi
Chwała torontońskiemu okręgowi KPK za niestrudzone przypominanie o

tragedii wioski Koniuchy, spacyfikowanej 60 lat temu (29 stycznia 1944 roku)

przez żydowską-sowiecką partyzantkę. Ten wojenny epizod – jedna z wielu

odsłon tamtych tragicznych czasów – woła do nas, aby krzywdy i przelaną

krew mierzyć jedną, ludzka miarą.

Nie może być tak, że o jednych zbrodniach można krzyczeć, a o innych,

tych nie pasujących do kanonu obowiązującej mitologii tamtej wojny, trzeba

potulnie zapomnieć.

Pamięć o polskich ofiarach tamtego czasu jest naszym obowiązkiem.

Uroczystych obchodów 60. rocznicy zbrodni w Koniuchach nie będzie,

nikt ofiar nie przeprosi, nie zajadą rządowe bmw z przedstawicielami

polskich władz czy tuzów polskiej elity politycznej. W Koniuchach, po

wymordowanych dzieciach i kobietach będą tylko płakały drzewa

Puszczy Rudnickiej.

Niezbyt pochlebnie świadczy to o dzisiejszym państwie polskim i

bardzo wymownie mówi o stanie polskiego społeczeństwa…



Andrzej Kumor
Nasza Polska (Warszawa)

3 lutego 2004


Zbrodnia w Koniuchach – nowe dowody
Sześćdziesiąt lat temu, 29 stycznia 1944 roku, polska wieś Koniuchy, położona na skraju Puszczy Rudnickiej w gminie Bieniakonie, powiat Lida (z dala od głównych szlaków komunikacyjnych) została znienacka zaatakowana przez oddziały partyzantki sowiecko-żydowskiej. Podczas dwugodzinnej rzezi zginęło kilkudziesięciu mieszkańców wsi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Tylko nieliczni zdołali się ukryć i uciec. Napastnicy doszczętnie obrabowali gospodarstwa, a wieś puścili z dymem. Niektóre domostwa spłonęły razem z zamieszkującymi je rodzinami.
Pacyfikacja jako "akcja bojowa"

O zbrodni i jej przebiegu wiemy dużo, przede wszystkim z opublikowanych wspomnień żydowskich uczestników tej akcji. Okazuje się, że pacyfikacja ludności cywilnej, spalenie wsi razem z częścią jej mieszkańców może być przez całe lata bezkarnie przedstawiana jako "akcja bojowa" o dużym znaczeniu militarnym i propagandowym. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni motyw - takie przedstawienie ofiar, które będzie wystarczającym pretekstem dokonania okrutnego pogromu. I motyw taki znalazł się, jak na zamówienie.

Oto co napisał po latach o tej "akcji" jej uczestnik Chaim Lazar: Od pewnego czasu wiedziano, że wieś Koniuchy jest gniazdem band i centrum antypartyzanckich intryg. Jej mieszkańcy, znani z niegodziwości, organizowali okoliczną ludność, rozprowadzając broń uzyskaną od Niemców i prowadząc akcję przeciw partyzantom. Wieś była dobrze ufortyfikowana, każdy dom miał pozycję strategiczną i okopany był rowami obronnymi. Po obu stronach wsi były wieżyczki obserwacyjne. Właśnie to miejsce wybrano, aby przeprowadzić akcję zastraszającą i zemsty. Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym.

Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić (...).

Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt (Chaim Lazar, Destruction and Resistance, New York 1985, s. 174-175).

Powyższy opis jest całkowicie sprzeczny z prawdą, wieś nie była bowiem ufortyfikowana i nie prowadziła żadnych akcji przeciw partyzantom. Każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o polityce Niemców w krajach okupowanych podczas II wojny światowej, wie, że to po prostu bzdury. Ale te wspomnienia publikowane były po angielsku, na użytek czytelników, którzy o wojnie nie wiedzą nic i z dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to wszystko za dobrą monetę. Są do tego przyzwyczajeni od lat.

Faktem jest, że mieszkańcy tej wsi kilkakrotnie przeciwstawiali się gwałtom i rabunkom i to była ich jedyna "wina" oraz bezpośrednia przyczyna tragedii. Partyzanci sowieccy i żydowscy wyznawali jednak zasadę, że kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. W ten sposób z każdego można było zrobić wygodnego wroga, a nawet, na użytek propagandowy, po prostu... Niemca. Tak postąpili na przykład Meir Jelin i Dmitrij Gelpern, członkowie tzw. Brygady Kowieńskiej, w wydanych w 1948 roku w Moskwie wspomnieniach: Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie “Śmierć okupantom” miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej.

W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym “Śmierć okupantom” otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów.

Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali działać według prawa: “Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować”.

Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski nad ranem. Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. Dwudziestu partyzantów z grupy “Śmierć okupantom” pod dowództwem Michaiła Truszyna wkroczyło do wioski. Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców.

Kowieńscy partyzanci Dowid (Dawid) Teper, Jankł (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zajac zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu aż kolba pękła.

(M. Yelin, D. Gelpern, Partizaner fun Kaunaser geto, Moskve 1948; wydanie litewskie 1969).



Żydzi jako pierwszorzędni partyzanci, czyli gloryfikacja fałszu

Powyższa bohaterszczyzna miała jeden cel: uzasadnić politycznie i moralnie wszystko, czego dokonali partyzanci i opisać to w taki sposób, aby uczynić z tego "akcje bojowe". Ta reguła obowiązuje po dziś dzień i jest podstawą ocen, ferowanych mocno na wyrost. Tak jak w przypadku Milesa Lermana (przewodniczącego Rady Muzeum Holocaustu w USA), który w referacie, wygłoszonym na Uniwersytecie DePaul w Chicago w 1998 roku zawarł następująe stwierdzenie: Żydowscy partyzanci byli zwykle pierwszymi ochotnikami w najbardziej niebezpiecznych akcjach. Fakty dowodzą, że Żydzi odgrywali pierwszoplanową rolę w partyzantce i walczyli odważnie w większości partyzanckich grup w całej Europie.

Dziś to nikogo nie szokuje - taki obowiązuje stereotyp na Zachodzie. A że jest to sprzeczne z faktami - tym gorzej dla faktów...

Jan Tomasz Gross, pisząc swe osławione dziełko Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka poświęcone zbrodni na Żydach w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku, zaproponował nowe podejście do źródeł żydowskich: Jeśli chodzi o warsztat historyka epoki pieców, oznacza to, w moim mniemaniu, konieczność radykalnej zmiany podejścia do źródeł. Nasza postawa wyjściowa do każdego przekazu pochodzącego od niedoszłych ofiar Holokaustu powinna się zmienić z wątpiącej na afirmującą.

W tym przypadku afirmacja ze strony usłużnych historyków, publicystów i polityków była tak wielka, że przeistoczyła się w gloryfikację tego rodzaju źródeł. Śledztwo wprawdzie wykazało, że "świadkowie" nie byli w ogóle świadkami, że stan faktyczny odbiegał bardzo znacznie od opisów, pełnych fantazji i przeinaczeń i przede wszystkim, iż liczba ofiar zbrodni w Jedwabnem była mniej więcej ośmiokrotnie zawyżona w tychże "źródłach", które powinniśmy afirmować. Mimo to wszelkie próby sprowadzenia dyskusji do poziomu merytorycznego (włącznie z ustalaniem liczby ofiar, sposobu ich uśmiercenia i faktycznej roli Niemców) traktowane były co najmniej na równi z udziałem w samej zbrodni!

Tło całej sprawie nadali usłużni publicyści, którzy posłusznie powielali we wszelkich dostępnych mediach "jedynie słuszną" wersję wydarzeń. Nie powstrzymały tego zjawiska nawet kolejne, coraz bardziej precyzyjne ustalenia śledztwa, gdy pierwotne założenia legły w gruzach.


Liczy się tylko Jedwabne, zbrodnia w Koniuchach jest pomijana

W Koniuchach, co już dziś wiemy, zginęło ponad czterdzieści osób - część z nich od strzałów z broni palnej, inni w płomieniach, kilkanaście odniosło rany. Z 85 gospodarstw ocalały od ognia zaledwie cztery. Od 8 marca 2001 roku toczy się w tej sprawie śledztwo w Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi. Dotychczas, czyli po prawie trzech latach, jego postępy są niewielkie, o czym opinia publiczna jest informowana rzadko i lakonicznie w komunikatach, z których można się przede wszystkim dowiedzieć, że "są trudności".

Te przecież są zawsze, jeśli chodzi o tak kontrowersyjne sprawy. Przypomnijmy jednak, że po roku śledztwa w sprawie Jedwabnego (które nie zdołało wyjaśnić najważniejszych zagadnień) stał już tam pomnik, zaalarmowana była cała światowa opinia publiczna, a w 60. rocznicę zbrodni prezydent RP złożył na miejscu uroczyste przeprosiny. A były one więcej niż uroczyste, prezydent wystąpił bowiem w rytualnym żydowskim nakryciu głowy, czyli w kipie (zwanej kiedyś mycką).

Koniuchy nie wzbudzają natomiast prawie żadnego zainteresowania mediów. Choć najwyższe czynniki w państwie są o tej sprawie od dawna poinformowane, nie dzieje się praktycznie nic. Nie ma pomnika, nie ma poruszenia światowej, czy choćby krajowej opinii publicznej i nie odbywają się tam w 60. rocznicę żadne oficjalne obchody. Prezydent, czynniki rządowe i instytucje do tego powołane całkowicie zignorowały rocznicę tej tragedii. Nie wiemy, dlaczego tak się dzieje. W przypadku prezydenta możemy się domyślać, że jego doradcy być może nie zdołali ustalić, w jakim przebraniu mógłby on wystąpić w Koniuchach: czy też w kipie (mycce) - tak jak w Jedwabnem, czy też w innym. Być może też ta tragedia go w ogóle nie interesuje, ale to byłoby sprzeczne z jego deklaracjami, że chciał być prezydentem wszystkich Polaków.


To była zbrodnia!

A w przypadku zbrodni w Koniuchach afirmacja źródeł żydowskich jest naprawdę potrzebna. Są one liczne i zgodne z tym, co o tej zbrodni wiemy z innych przekazów i dokumentów.

Na przykład Isaac Kowalski (partyzant żydowski z Brygady Litewskiej uczestnik pacyfikacji) opisał to tak: Komandir naszej bazy dał rozkaz aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni przygotowali się do wyruszenia na akcję w ciągu godziny. Przyszedł rozkaz, aby wszyscy mężczyźni, bez wyjątku, a w tym i doktor, radiotelegrafiści oraz pracownicy sztabowi i ludzie tacy jak ja, którzy pracowali w wydziale propagandy i druku, przygotowali się na akcję.

O umówionej godzinie wszyscy byliśmy gotowi i w pełnym uzbrojeniu wyruszyliśmy na miejsce akcji. Gdy zbliżyliśmy się do naszego celu, zauważyłem, że partyzanci nadciągają ze wszystkich stron, z rozmaitych oddziałów (...).

Nasz oddział otrzymał rozkaz, aby zniszczyć wszystko, co się rusza i zamienić wieś w popioły. Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić.

Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki odpowiedział ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona.

Niemców tam nie było (niemieckie garnizony nie stacjonowały po wioskach!) - gdyby to była prawda, to sowiecko-żydowskie oddziały poniosłyby ciężkie straty. To była zbrodnia - wydane rozkazy, aby zniszczyć wszystko, co się rusza i zamienić wieś w popioły nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do intencji napastników.

Zalman Wyłożny z oddziału "Śmierć faszystom" (jedna z grup żydowskich biorących udział w pacyfikacji) też to potwierdza: Cała wieś została puszczona z dymem, a mieszkańcy wymordowani.

Podobnych relacji jest więcej. Rzetelne kwerendy w Instytucie Yad Vashem i w archiwach sowieckich dostarczą zapewne dalszych dowodów, wszystkich w tym samym duchu.



Virtuti Militari dla partyzanta-zbrodniarza

Znane są też liczne polskie relacje - wiele z nich publikowała w ostatnich latach prasa polska, wychodząca na Litwie. Dziś świadkowie zbrodni rozproszeni są po całym świecie. O ile sprawcy mordu nie kryli swej tożsamości, występując z otwartą przyłbicą, publikując swe wspomnienia, o tyle niedoszłe ofiary i ich rodziny musiały przez kilkadziesiąt lat ukrywać prawdę. W PRL na ten temat nie mogły ukazać się żadne informacje. Do tego sprawcy zbrodni mogli liczyć na dodatkowe "zaszczyty". Oto Genrikas Zimanas (vel Genrich Ziman, Genrik Ziman), w tamtym czasie pierwszy sekretarz Południowego Rejonu Litewskiej Partii Komunistycznej, któremu podlegała sowiecko-żydowska "partyzantka" w Lasach Rudnickich, otrzymał Order Virtuti Militari. Oczywiście za swe wojenne "zasługi" - dla Polski? Jak się okazuje, wszystko można splugawić.

Jest rzeczą charakterystyczną, że cytowani powyżej uczestnicy żydowskiej partyzantki stale podkreślają jej odrębność. Dla nich jest niezwykle ważne podkreślanie jej narodowego, żydowskiego charakteru. Na przykład Vitka Kempner Kovner (żona Abby Kovnera) podczas wręczania Dyplomu Honorowego w styczniu 2001 roku w amerykańskim Muzeum Pamięci Holokaustu uznała za stosowne szczególnie podkreślić, że partyzanci żydowscy w Puszczy Rudnickiej nie czuli się częścią partyzantki sowieckiej: - Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidisz.

Afirmacja takich źródeł żydowskich, w przeciwieństwie do sprawy Jedwabnego (gdzie mimo zamknięcia śledztwa pozostało bardzo dużo wątpliwości), ma zatem głęboki sens. Co więcej, niektórzy sprawcy odczuwali coś w rodzaju moralnego niepokoju. Wiedzieli bowiem, że jest to "operacja karna", przeprowadzona niezwykle brutalnie na bezbronnej ludności cywilnej. Wielu uczestników zbrodni było na skutek tego wstrząśniętych i przygnębionych.


Zabijano bez różnicy

Powyższe oceny pochodzą z nowego, nieznanego dotychczas źródła żydowskiego, w którym zawarty jest opis pacyfikacji. Jest to relacja pamiętnikarska Rejzli Korczak, która po raz pierwszy ukazała się po hebrajsku już w 1946 roku, a w 1977 została wydana po rosyjsku w Tel Avivie.

Autorka posługiwała się relacjami uczestników zbrodni i dokumentami z archiwów sowieckich i izraelskich. W jej ocenie była to zaplanowana i przygotowana okrutna operacja, podczas której zabijano bez różnicy mężczyzn, kobiety i dzieci.

Nie spodziewamy się, że śledztwo będzie prowadzone w taki sposób, jak w sprawie Jedwabnego. Tu trzeba pozbyć się złudzeń. Ale elementarna uczciwość nakazuje, aby tak liczne dowody, pochodzące od samych sprawców, zostały potraktowane poważnie. Sprawa pacyfikacji Koniuchów jest w zasadzie jednoznaczna. Nie było tu gestapo, nie było wypędzania sprawców z domostw i nie działali oni pod przymusem. Co więcej, szczycą się swą zbrodnią po dziś dzień, są obdarzeni powszechnym szacunkiem i co jakiś czas dostępują poważnych zaszczytów...


Ruzka (Reizl) Korczak

Plamia pod pieplom

Bibliotieka-Alija, Tel Awiw 1977

(tłumaczenie pamiętnika wydanego w 1946 r. w języku hebrajskim), s. 319-320

Opis wydarzeń został oparty na szczegółowych zeznaniach uczestników oporu, w większości wypadków przesłuchiwanych przeze mnie osobiście, a także na dokumentach z archiwów "Morieszet" i "Jad va-Shem". [...]



W sztabie brygady zastanawiano się nad tym, jakich środków użyć w ramach rewanżu. Było oczywiste, że jeśli nie zostaną przedsięwzięte zdecydowane działania, większość wsi może odmówić posłuszeństwa, i jeśli nie będzie reakcji na przypadki mordów na partyzantach, wszystkie ich działania mogą być zagrożone i zostanie zachwiany prestiż brygady. Ze swoich zorganizowanych wystąpień przeciw partyzantom znana była wieś litewska Koniuchy. Jej mieszkańcy aktywnie współpracowali z Niemcami i Litwinami Plechaviciusa. Zdobyczną broń rozdzielali oni pomiędzy okolicznych chłopów, organizowali ich. Sama wieś była duża i dobrze ufortyfikowana: partyzanci wystrzegali się podchodzenia pod tę wieś. Mieszkańcy Koniuchów organizowali zasadzki; pochwycili dwóch partyzantów z oddziałów litewskich, których zamęczyli.

Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. Dowódca jednego z litewskich oddziałów przeniknął do wsi Koniuchy, pod pozorem, jakoby był oficerem wojsk Plechaviciusa, który pojawił się w celu zorganizowania służby wartowniczej. Będąc Litwinem i wojskowym nie wzbudził podejrzeń. Zbadał wszystkie posterunki i słabe punkty obrony. Na podstawie jego meldunku (raportu) sztab brygady przygotował operację. Uczestniczyły w niej grupy bojowników (żołnierzy) ze wszystkich leśnych oddziałów partyzanckich, ogółem biorąc około pięćdziesięciu ludzi, w tej liczbie około czterdziestu bojowników żydowskich. Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojów żydowskich był Jakub Prener.

Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli i partyzanci żydowscy, pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, posuwali się z trzech kierunków. Zgodnie z planem, centralna grupa szturmowa powinna przebić się, ostrzeliwując się, do przodu, a uderzający z flanki (oddziały oskrzydlające) mieli podpalić wieś. Jednakże, kiedy lewa flanka dopiero co przybliżała się, Litwini już otworzyli ogień. Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało wymknąć się ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali.

Widząc, że próba wzięcia wsi Koniuchy znienacka nie udała się, oficer dowodzący operacją wysłał łącznikowych z rozkazem zdjęcia zasadzki i przerzucenia ludzi na odsiecz walczącym. Dwaj sygnałowi z oddziałów litewskich nie zdołali przedostać się i wtedy dowódca wysłał trzeciego - Pola Bagrianskiego, który służył jako łącznik między punktem dowodzenia a zasadzką. Bagrianskij przebił się i dostarczył rozkaz. Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce opór mieszkańców wsi został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu chłopów, kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi. Nazajutrz z Wilna na miejsce przybyły gestapowskie władze zwierzchnie w asyście żołnierzy. Sfotografowano ruiny i ciała zabitych, a następnie zdjęcia opublikowane zostały jako dowód na bestialstwo "czerwonych bandytów", niszczących bezlitośnie pokojowo nastawioną ludność.

Sama operacja i niemiecka propaganda wstrząsnęły wszystkim wokół. Sztab brygady przedsięwziął środki zaradcze - po wsiach rozpowszechniono ulotkę, w której opowiedziano prawdę o wsi Koniuchy; znajdowało się w niej również ostrzeżenie na temat tego, że wszystkich współpracujących z wrogiem spotka ten sam koniec, natomiast ci, którzy pomagają partyzantom, będą nagrodzeni. Można przypuszczać, że na mieszkańców wsi największy wpływ wywarły nie tyle pouczenia, agitacja i ulotki, co strach przed zemstą partyzantów. Historia wsi Koniuchy na długo poskromiła inne wsie w całym okręgu.

Ta operacja karna, jak również sposób jej przeprowadzenia, wywołały w obozie żydowskim głęboką konsternację i ostrą krytykę ze strony wielu bojowników. Ludzie pamiętali, że kiedy dowódcy radzieccy i litewscy domagali się rozwiązania oddziałów żydowskich, oni, w szczególności, motywowali to tym, że Żydzi z ich mściwością wzbudzą gniew ludności wiejskiej. Z początku Jurgis ["Jurgis" - to pseudonim Henrikasa Zimanasa vel Genrika Zimana - przyp. L.Ż.] także posługiwał się tego rodzaju dowodami. Żydowskie dowództwo w Lasach Rudnickich nie pozwalało na jakiekolwiek akty kolektywnej zemsty w stosunku do całych wsi.

Żydowscy partyzanci nieraz ryzykowali życiem, ażeby, schwytawszy zdrajców i kolaborantów w ich kryjówkach odstawić ich do obozu jako więźniów i po tym fakcie już - obwieszczali, że zemsta partyzantów nieuchronnie doścignie zdrajców. Dlatego też ta okrutna operacja, przygotowana i przeprowadzona przez wojskowo-polityczne dowództwo sztabu brygady, w trakcie której zabijano bez różnicy mężczyzn, kobiety i dzieci, powoduje taką reakcję. Wielu z uczestniczących w akcji bojowników żydowskich wróciło do bazy wstrząśniętych i przygnębionych.
Leszek Żebrowski

Tygodnik Wileńszczyzny (Wilno)

http://www.tygodnik.lt

5–11 lutego 2004 r.

nr 6/2004 (wydanie internetowe nr 178)
Modlitwa za ofiary
29 stycznia br. w rejonie solecznickim odbyły się uroczystości żałobne, poświęcone upamiętnieniu pomordowanych przez partyzantkę sowiecką 29 stycznia 1944 roku mieszkańców wsi Koniuchy. W kościele parafialnym pw. św. Michała Archanioła w Butrymańcach została odprawiona Msza święta, celebrowana przez ks. proboszcza Jana Czerniawskiego.

W dniu 60. rocznicy tragicznej śmierci mieszkańców małej wsi położonej na skraju Puszczy Rudnickiej wspólnie z mieszkańcami Koniuchów i parafii butrymańskiej modlili się radca ambasady RP na Litwie Jan Nowicki, poseł na Sejm RL, prezes Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemar Tomaszewski, mer rejonu solecznickiego Leonard Talmont, prezes Związku Polaków na Litwie Michał Mackiewicz, wicemer, prezes Solecznickiego Rejonowego Oddziału Związku Polaków na Litwie Zdzisław Palewicz, pracownicy administracji samorządu, radni oraz mieszkańcy gminy butrymańskiej.

- Zebraliśmy się dzisiaj, aby wspomnieć tragiczne wydarzenia sprzed 60 laty, które krwawymi zgłoskami wpisały się w historię ziemi solecznickiej. Nie możemy zapomnieć przeszłości, ponieważ, jeżeli o niej zapomnimy, zapomną o nas. Nasi ziomkowie, mieszkańcy Koniuchów żyli i pracowali na swojej ziemi, lecz jedni bez winy musieli umrzeć za godność, innych los zmusił przeżyć masakrę bliskich i krewnych. Tragedia mordu mieszkańców Koniuchów była gorsza od żołnierskiej śmierci na wojnie, gdzie można kuli się nie kłaniać. W Koniuchach zaś z zimną krwią dobijano rannych, strarców i dzieci. Jak świadczą wspomnienia byłych partyzantów, mieli oni rozkaz wymordowania wszystkich mieszkańców niepokornej wsi; na szczęście; ich plany nie zrealizowały się. Świadkowie tamtych tragicznych wydarzeń zachowali wspomnienia tej strasznej, styczniowej nocy i przekazali je swoim potomkom - powiedział do zebranych w butrymańskim kościele Z. Palewicz.

Po zakończeniu nabożeństwa wierni udali się do Koniuchów, gdzie przy wiejskim krzyżu złożyli wieńce i zapalili znicze ku pamięci pomordowanych. Świece na cześć swoich ziomków zapaliła także uratowana od śmierci przed sześćdziesięcioma laty mieszkanka Koniuchów Anna Suckiel, która wymieniła imiona niewinnie poległych.

Niedługo przed tragiczną rocznicą masakry w Koniuchach na adres samorządu solecznickiego oraz Solecznickiego Rejonowego Oddziału Związku Polaków na Litwie wpłynęła oficjalna odpowiedź Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z zawiadomieniem o podjętej przez tę instytucję polską decyzji upamiętnienia tragicznej śmierci mieszkańców małej solecznickiej wsi. W maju br. w Koniuchach zostanie ustawiony krzyż z wykazem pomordowanych. Tablica pamiątkowa zostanie także odsłonięta w kościele parafialnym w Butrymańcach.

A. K.



Nowe Państwo


nr 5 – maj 2004



1   ...   15   16   17   18   19   20   21   22   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna