The massacre at koniuchy



Pobieranie 2,24 Mb.
Strona18/43
Data24.10.2017
Rozmiar2,24 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   43

Niechciana rocznica


60-ta rocznica mordu w Koniuchach

Fakt zbrodni


29 stycznia br. przypada 60-ta rocznica okrutnego mordu dokonanego na mieszkańcach Koniuchów, małej polskiej wsi położonej blisko Puszczy Rudnickiej na Wileńszczyźnie (dziś na Litwie). Znamienne, że o przebiegu tej partyzanckiej „akcji” najchętniej pisali sami sprawcy. Już w 1948 r. Meir Jelin i Dmitrij Gelpern, członkowie tzw. Brygady Kowieńskiej (złożonej w dużej mierze z uciekinierów z getta kowieńskiego), opisali ją jako wybitny bój militarny skierowany przeciwko Niemcom:
Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie „Śmierć okupantom”
miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej.
W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym „Śmierć okupantom” otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów.
Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali działać według prawa: „Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować.”
Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski nad ranem. Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. Dwudziestu partyzantów z grupy „Śmierć okupantom," pod dowództwem Michaiła Truszyna, wkroczyło do wioski. Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kulę zapalające, granaty ręczne, oraz race świetlne aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci Dowid (Dawid) Teper, Jankł (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zajac zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu aż kolba
pękła.”

Natomiast opis Rużki Korczak, członka tzw. Brygady Litewskiej, w którą wchodzili uciekinierzy z getta wileńskiego, przedstawia zbrodnię w odmiennym świetle – jako pacyfikację ludności kolaborującej z Niemcami:


W sztabie brygady zastanawiano się nad tym, jakich środków użyć w ramach rewanżu. Było oczywiste, że jeśli nie zostaną przedsięwzięte zdecydowane działania, większość wsi może odmówić posłuszeństwa, i jeśli nie będzie reakcji na przypadki mordów na partyzantach, wszystkie ich działania mogą być zagrożone i zostanie zachwiany prestiż brygady. Ze swoich zorganizowanych wystąpień przeciw partyzantom znana była wieś litewska Koniuchy. Jej mieszkańcy aktywnie współpracowali z Niemcami i Litwinami Plechavičiusa. Zdobyczną broń rozdzielali oni pomiędzy okolicznych chłopów, organizowali ich. Sama wieś była duża i dobrze ufortyfikowana: partyzanci wystrzegali się podchodzenia pod tę wieś. Mieszkańcy Koniuchów organizowali zasadzki; pochwycili dwóch partyzantów z oddziałów litewskich, których zamęczyli.

Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. Dowódca jednego z litewskich oddziałów przeniknął do wsi Koniuchy, pod pozorem jakoby był oficerem wojsk Plechavičiusa, który pojawił się w celu zorganizowania służby wartowniczej. Będąc Litwinem i wojskowym, nie wzbudził podejrzeń. Zbadał wszystkie posterunki i słabe punkty obrony. Na podstawie jego meldunku (raportu) sztab brygady przygotował operację. Uczestniczyły w niej grupy bojowników (żołnierzy) ze wszystkich leśnych oddziałów partyzanckich, ogółem biorąc około pięćdziesięciu ludzi, w tej liczbie około czterdziestu bojowników żydowskich. Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojów żydowskich był Jakow Prener.

Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli i partyzanci żydowscy, pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, posuwali się [do przodu] z trzech kierunków. Zgodnie z planem, centralna grupa szturmowa powinna przebić się, ostrzeliwując się, do przodu, a uderzający z flanki (oddziały oskrzydlające) mieli podpalić wieś. Jednakże, kiedy lewa flanka dopiero co przybliżała się, Litwini już otworzyli ogień. Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało wymknąć się ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali.

Widząc, że próba wzięcia wsi Koniuchy znienacka nie udała się, oficer dowodzący operacją wysłał łącznikowych z rozkazem zdjęcia zasadzki i przerzucenia ludzi na odsiecz walczącym. Dwaj sygnałowi z oddziałów litewskich nie zdołali przedostać się, i wtedy dowódca wysłał trzeciego – Pola Bagrianskiego, który służył jako łącznik między punktem dowodzenia a zasadzką. Bagrianskij przebił się i dostarczył rozkaz. Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce (starciu) opór mieszkańców wsi został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu chłopów (wieśniaków), kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi.”
W swym opisie Isaac Kowalski, także członek Brygady Litewskiej, wprowadził nowe elementy:
Koniuchy to nazwa dużej wsi oddalonej jakieś 30 kilometrów od Wilna i 10 kilometrów od terenów naszej bazy partyzanckiej.

Niemcy przekonali spryciarzy tej wioski, ze jeśli bedą się ich słuchali to zapewni im się bezpieczeństwo, bogactwo i spokój; że w ten sposób przeżyją całą wojnę.


Jedynie mieli w zamian informować Niemców o działalności partyzantów w tym rejonie.
Wieśniacy robili co tylko mogli aby wysługiwać się nowym okupantom.
Kiedy tylko partyzanci przechodzili nieopodal w grupach pięcio- czy dziesięcioosobowych, po drodze na ważne i niebezpieczne akcje, napotykali się na snajperów i zawsze ponosili straty.
Poszczególni dowódcy zdecydowali wtedy, że ich ludzie powinni przechodzić
nieopodal tej wsi w grupach nie mniejszych niż 40 czy 50 osób. A gdyby natknęli się na snajperów, należy ich ścigać i niszczyć. W tym czasie reszta zgrupowania miała ubezpieczać od strony wsi.
Przez pewien czas właśnie tak było. Ale potem Niemcy dostarczyli wieśniakom karabiny ręczne i maszynowe. Utworzono stałą straż, której zadaniem było strzec wioskę dzień i noc.
Sprawy miały się tak źle,że nawet większe grupy partyzanckie nie mogły bezpiecznie przechodzić przez tę wieś po drodze na ważne akcje, czy też przechodzić obok niej w drodze na koleje, drogi, etc. Zawsze ponosiliśmy straty.
Sztab brygady zdecydował się usunąć raka, który wyrósł na ciele partyzanckim.
Komandir naszej bazy dał rozkaz aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni przygotowali się do wyruszenia na akcję w ciągu godziny.

Przyszedł rozkaz aby wszyscy mężczyźni, bez wyjątku, a w tym i doktor, radiotelegrafiści, oraz pracownicy sztabowi i ludzie tacy jak ja, którzy pracowali w wydziale propagandy i druku, przygotowali się na akcję.

O umowiónej godzinie wszyscy byliśmy gotowi i w pełnym uzbrojeniu wyruszyliśmy na miejsce akcji.
Gdy zbliżyliśmy się do naszego celu, zauważyłem, że partyzanci nadciągają ze wszystkich stron z rozmaitych oddziałów. […]

Nasz oddział otrzymał rozkaz aby zniszczyć wszystko co się rusza i zamienić wieś w popioły.



Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić.

Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki odpowiedział ciężkim ogniem ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona.

Myśmy mieli zaledwie dwóch lekko rannych.

Gdy później przemaszerowaliśmy przez Koniuchy nigdy nie powitał nas już wystrzał snajpera bowiem był to jak gdyby przemarsz przez cmentarz.”
Podobnie postąpił Chaim Lazar:
Od pewnego czasu wiedziano, że wieś Koniuchy jest gniazdem band i centrum antypartyzanckich intryg. Jej mieszkańcy znani z niegodziwości organizowali okoliczną ludność, rozprowadzając broń uzyskaną od Niemców i prowadząc akcję przeciw partyzantom. Wieś była dobrze ufortyfikowana, każdy dom miał pozycję strategiczną i okopany był rowami obronnymi. Po obu stronach wsi były wieżyczki obserwacyjne. Właśnie to miejsce wybrano, aby przeprowadzić akcję zastraszającą i zemsty. Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią aby dać przykład innym.

Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić. […]

Zaraz po północy we wsi redukowano liczbę wart, ponieważ sądzono, że partyzanci nie zaatakują tak późno – nie zdążyliby wrócić do lasu przed świtem. Nie wyobrażano sobie, że partyzanci mogliby wrócić do lasu za dnia jako zwycięzcy.

Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. Słychać było huk eksplozji z wielu domów, gdy składy broni wyleciały w powietrze. Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt.”


Kolejni partyzanci wspominają o mordzie dość zwięźle – mimochodem – jak w przypadku Israela Weissa:
„Jednakże na zdobywanie prowizji składało się więcej niż tylko przekonanie niechętnych chłopów. Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja. Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia aby zaopatrzyć się w prowizje w „bogatej” wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. […] Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach. […] W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek. […]

Udało nam się wymusić duże ilości broni i amunicji od wiosek, które kolaborowały z Niemcami i były przez nich uzbrojone. Przedsięwzięto karne kroki wobec kolaborantów, a jedną z wiosek, która była notoryczna w swej wrogości do Żydów została całkowicie spalona.”


Ponadto swój udział w akcji likwidacji wsi Koniuchy potwierdza Zalman Wyłożny, z oddziału “Śmierć faszystom”. Powiada on w swej relacji, że „cała wieś została puszczona z dymem, a mieszkańcy wymordowani”. Podobnych relacji jest jeszcze chyba z garść. Jednak najbardziej lakoniczną wzmiankę o zbrodni znajdziemy w „Dzienniku Operacyjnym Żydowskiego Oddziału Partyzanckiego w Puszczy Rudnickiej”. Podano tam, że napad miał miejsce w styczniu 1944 r. (bez dokładnej daty) i wzięło w nim udział 30 partyzantów z oddziałów Jacoba Prennera – „Śmierć faszystom” i Shmuela Kaplinsky’ego – „Ku zwycięstwu” tzw. Litewskiej Brygady.
Afirmować lub nie afirmować

A więc jaki miała przebieg „akcja” na Koniuchy? Czy był to bój militarny skierowany przeciwko niemieckiej fortecy? Czy w ogóle znajdował się na miejscu garnizon niemiecki? Czy mieszkańcy wsi atakowali, terroryzowali, mordowali i torturowali sowiecko-żydowskich partyzantów? Jakie ważne i niebezpieczne operacje spowodowały, że partyzanci musieli nieustannie przechodzić właśnie przez tę oddaloną, zapadłą wioskę? Czy Niemcy faktycznie uzbroili wieśniaków w broń maszynową i zaopatrzyli ich w składy pełne broni? Jeśli walka była tak zaciekła, jak twierdzą relanci, czemu partyzanci nie ponieśli żadnych strat gdy doszczętnie zniszczyli Koniuchy? Tak by się chciało afirmować relacje żydowskie, ale jak można to zrobić przy podobnych rozbieżnościach i nieprawdopodobieństwach? A może – jak wspomina Israel Weiss z oddziału „Śmierć faszystom” – po prostu chodziło o tzw. akcje „ekonomiczne” czyli zwyczajną grabież?



Wskazują na to również i inne relacje partyzantów z Puszczy Rudnickiej, które w ogóle nie wymieniają akcji bojowych przeciwko Niemcom w tym okresie. Wspomniany wyżej Chaim Lazar otwarcie przyznał, że nie chodziło o walkę z Niemcami lecz o zaopatrzenie się kosztem ludności miejscowej:
Zaopatrzenie batalionu w żywność było jedną z najbardziej częstych misji, jaką partyzanci musieli wypełnić. […] Grupie 25-ciu partyzantów, której zlecono to zadanie, lub jak mawiali partyzanci, mieli wykonać „zagotowkę” (wyprawę zaopatrzeniową), dostarczono zaledwie 13 karabinów. Komendant oddziału „Śmierć okupantom” musiał się zwrócić do jednego z żydowskich oddziałów o wypożyczenie im dodatkowych 12 karabinów. […]

Anton Bonder, sierżant w naszym oddziale, oznajmił, że powinniśmy się przygotować do wyprawy po zapasy. Partyzanci, których oddelegowano do tej wyprawy, zaczęli czyścić broń. O trzeciej zjedli zupę mięsną. Grupa czterdziestu mężczyzn opuściła bazę […] Wioska, do której skierowaliśmy się, znajdowała się niedaleko miasteczka Ejszyszki. Musieliśmy maszerować trzydzieści kilometrów w jedną stronę i tyle samo spowrotem. Musieliśmy przejść te sześćdziesiąt kilometrów w ciągu 24 godzin. […]

Rozkazano nam okrążyć wioskę, rozejść się między gospodarstwami, oraz rozkazać chłopom aby zaprzęgli swe konie do sani oraz napełnili je jedzeniem. Mieli to zrobić szybko i natychmiast powrócić. Dowódca, Michaił Truszyn, zdecydował, gdzie mamy się zebrać: przy mostku po drodze do lasu. Zatrzymał przy sobie obsługę karabinu maszynowego oraz mnie jako łącznika. Staliśmy przy mostku, gotowi do strzału, gdyby zjawił się wróg.

Była to duża wieś, składająca się z drewnianych domów i dużych chłopskich stodół. […] Wszystko poszło cichutko. W ciągu godziny załadowaliśmy sanie pełne rozmaitych zapasów. Do każdych sani przyczepiono krowę i karawana sani podążyła do partyzanckiej bazy. […] Chłopi usiedli w saniach, zacięli konie, a partyzanci maszerowali obok sanek, w pełni przygotowani z odbezpieczną bronią wymierzoną we wroga, który pojawiłby się w okolicy. Furmanów zostawiliśmy w wiosce Wisińcza, jakieś dziesięć kilometrów od bazy. Nie mieli wyjścia. Musieli tam czekać na zwrot swych sani i koni. Partyzanckie prawo zabraniało chłopom podchodzić pod obozy partyzantów.
Potwierdza to też Alex Faitelson, także z oddziału „Śmierć okupantom”:
Wtorek, 11 stycznia [1944]. Grupę składającą się z dziewięciu osób wezwano do
wypełnienia misji: skonfiskować broń od rolników. Dowódca jest Lejb Zajcew, Żyd białoruski i partyzancki weteran. Jego adiutantem jest Nikołaj Duszyn, były
jeniec […] A oprócz tego byliśmy my, 7 Żydów: Shimon Eidlson, Michael Gelbtrunk, Mendl Deitch, Aba Diskant, Itzchak Lifszitz, Yankl Ratener oraz ja [Alex Faitelson]. Zajcew miał pepeszę, pistolet maszynowy rosyjskiej produkcji; Duszyn miał karabin automatyczny systemu SVT.
My mieliśmy pistolety. Batalion nie miał dość broni dla każdego. Jak było trzeba pójść do wiosek aby dostać żywność, mieliśmy specjalną zbrojną grupę do tego przeznaczoną. Ich broń była pożyczona bazie przez żydowskich partyzantów z Wilna.
Już od trzech dni przeszukiwaliśmy wioski, które znajdują się głęboko
węwnatrz terenów wroga. Wchodzimy i przeszukujemy gospodarstwa rolników w
poszukiwaniu ukrytej broni. Wymuszamy ich właścicieli do otwarcia przed nami swoich kryjówek i oddania nam ich broni. Gdy się zatrzymujemy, przesłuchujemy rolników aby dowiedzieć się kto ma broń. […] W najbliższej wiosce załadowaliśmy trzy sanie [zaopatrzeniem] a następnie weszliśmy do wioski. Noc była jasna. Księżyc i śnieg na polach oświecają nam drogę. Białe przestrzenie. Konie zaprzęgniete do sań poruszają się szybko. Przypada nas po trzech na sanie. Co za wspaniałe uczucie – bycie władcami nocy!”



Chociaż wówczas mięso było luksusem, żydowscy parytzanci w Puszczy Rudnickiej jednak narzekali na swą monotonną dietę: „Dieta w obozie była ta sama dzień w dzień: mięso z ziemniakami, mięso z ziemniakami, mięso z ziemniakami.

Historyk izraelski Dov Levin, z Brygady Kowieńskiej, w następujący sposób ocenił żydowski ruch partyzancki w Puszczy Rudnickiej:




„wszechobecna anomia społeczna przejawiała się w następujących formach: a)
wyjątkowe narażanie się w trakcie walki, b) wzrost gwałtownego traktowania
niemieckich jeńców, c) otwarta nienawiść i wrogość wobec miejscowej ludności, d) całkowite odrzucenie wszystkiego co miało do czynienia z Litwą […], oraz
e) przypadki depresji, introwersji, oraz masowej histerii.”

Wiadomo, na podstawie oficjalnych meldunków, relacji i ustaleń podanych poniżej, że oprócz faktu dokonania okrutnej rzezi, niewiele mają wspólnego z obiektywną prawdą czyli z historią przytoczone powyżej żydowskie relacje opisujące okoliczności masakry w Koniuchach. Widocznie relanci ulegli mechanizmowi określanemu przez psychologów jako projekcja. Powstanie mitu o rzekomej nikczemności Polaków spowodowało u nich wyrzuty sumienia, ponieważ przyjęli postawę pośredniego uczestnika w eksterminacji tej ludności. Aby je rozładować, partyzanci żydowscy w służbie Sowietów zmistykowali rzeczywistość tworząc wizję, w której oni – sprawcy mordu na bezbronnych wieśniakach – byli ofiarami, a Polacy współpracownikami niemieckich okupantów. Można się spodziewać, że poruszenie tej wstydliwej sprawy zostanie skwitowane przez środowisko Magdaleny Tulli i Sergiusza Kowalskiego jako symptom nienawiści. Ale trudno zachować milczenie w 60-tą rocznicę tragicznego mordu sponiewiaranej ludności Koniuchów.

Polski historyk Kazimierz Krajewski skomentował całe wydarzenie następująco:
Jedyną „winą” mieszkańców Koniuch było to, że mieli już dosyć codziennych – a właściwie conocnych – rabunków oraz gwałtów i chcieli zorganizować samoobronę. Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią, tak by zastraszyć ludność innych wiosek. […] Wymordowanie mieszkańców wsi Koniuchy (wraz z kobietami i dziećmi) opisane zostało przez Chaima Lazara jako wybitna „operacja bojowa”, z której jest on autentycznie dumny. Opis „ufortyfikowania” wsi jest kompletną bzdurą. Była to normalna wioska, w której część mężczyzn zorganizowała samoobronę. Ich uzbrojenie stanowiło parę zardzewiałych karabinów.”
Świadectwa ofiar

Informacje o mordzie w Koniuchach, oparte o relacje bezpośrednich świadków, pojawiły się w wileńskim tygodniku „Nasza Gazeta” w marcu 2001 r., gdy redaktorzy udali się do zapomnianej wioski w celu badawczym:


Świadkowie tych wydarzeń […] dobrze pamiętają wydarzenia z ostatniej wojny a szczególnie 29 stycznia 1944 roku. W okresie okupacji niemieckiej, według słów świadków, częstymi nocnymi „gośćmi” we wsi byli sowieccy partyzanci, którzy rabowali od mieszkańców wszystko od ubrania i wyżywienia zaczynając. Po jednej z takich „odwiedzin” mieszkaniec Koniuch Woronis wraz z sąsiadami zorganizował samoobronę, mającą strzec dobytek przed rabusiami (najbliższy posterunek policji litewskiej i niemieckiej był w Rakliszkach, Bieniakoniach, Bołcienikach).

O świcie 29 stycznia usłyszeli strzały ze wszystkich stron i zobaczyli ogień palących się zabudowań. Wyskoczyli z domu, zobaczyli partyzantów sowieckich mordujących ich sąsiadów, podpalających domy wraz z pozostającymi tam rannymi i dziećmi. Udało im się uciec lub schować i pozostać przy życiu, jak mówią, dzięki Opatrzności Bożej. Zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, z których część zmarła w szpitalu w Bieniakoniach. Wśród zamordowanych byli dorośli i dzieci z rodzin: Parwickich, Tubiniów, Marcinkiewiczów, Woronisów, Bobinów, Wojsznisów, Wandalewiczów, Łaszakiewiczów, Pilżysów, Wojtkiewiczów, Molisów, Jankowskich.

Spłonęła prawie cała wieś z dobytkiem wielu pokoleń. Zostały z 85 tylko 4 domy rodzin: Aleksandrowiczów, Wandalewiczów, Radzikowskich, Łaszakiewiczów. Pozostali przy życiu mieszkańcy zmuszeni byli szukać przytułku u swoich rodzin w innych miejscowościach lub szybko budować ziemianki. Pochować zamordowanych na wiejskim cmentarzyku pomogli wojskowi Litwini, którzy stacjonowali w Rakliszkach (6 km od Koniuchów). Był to najbliższy posterunek niemiecko - litewski.”
To samo pismo w kolejnym artykule poświęconym tej sprawie zamieściło m.in. listę 38 ofiar, w tym kobiet i małych dzieci:

Partyzanci sowieccy wczesnym sobotnim rankiem napadli na bezbronną wieś, którą spalili mordując niewinnych ludzi. 29 stycznia 1944 roku zginęli:



1. Bandalewicz Stanisław ok. 45 lat; 2. Bandalewicz Józef 54 lata; 3. Bandalewiczowa Stefania ok. 48 lat; 4. Bandalewicz Mieczysław 9 lat; 5. Bandalewicz Zygmunt 8 lat; 6. Bobin Antoni ok. 20 lat; 7. Bobinowa Wiktoria ok. 45 lat; 8. Bobin Józef ok. 50 lat; 9. Bobin Marian 16 lat; 10. Bobinówna Jadwiga ok. 10 lat; 11. Bogdan Edward ok. 35 lat; 12. Jankowska Stanisława; 13. Jankowski Stanisław; 14. Łaszakiewicz Józefa; 15. Łaszakiewiczówna Genowefa; 16. Łaszakiewiczówna Janina; 17. Łaszakiewiczówna Anna; 18. Marcinkiewicz Wincenty ok. 63 lat; 19. Marcinkiewiczowa N. (sparaliżowana, spaliła się); 20. Molis Stanisław ok. 30 lat; 21. Molisowa N. ok. 30 lat; 22. Molisówna N. ok. 1,5 roku; 23. Pilżys Kazimierz; 24. Pilżysowa N [Katarzyna].; 25. Pilżysówna Gienia [Genowefa]; 26. Pilżysówna Teresa; 27. Parwicka Urszula ok. 50 lat; 28. Parwicki Józef lat 25; 29. Rouba Michał; 30. Tubin Iwaśka (?) ok. 45 lat; 31. Tubin Jan ok. 30 lat; 32. Tubinówna Marysia lat około 4; 33. Wojsznis Ignacy ok. 35 lat; 34. Wojtkiewicz Zofia ok. 40 lat; 35. Woronisowa Anna 40 lat; 36. Woronis Marian 15 lat; 37. Woronisówna Walentyna 20 lat; 38. Ściepura N. - krawiec z miejscowości Mikonty.”
„Nasza Gazeta” przytoczyła również sprawozdanie policji litewskiej za okres z 26 stycznia do 1 lutego 1944 r. gdzie zanotowano: „29 stycznia około 200 bandytów rosyjskich napadło na wieś Koniuchy i całkowicie ją zniszczyło. Zginęło 36 osób i 14 zostało ciężko rannych. Mieszkańcy tej wsi kilkakrotnie sprzeciwili się zbrojnie bandytom. W odwecie zniszczyli wioskę”. W tym samym numerze „Naszej Gazety” zamieszczono wstrząsającą relację Stanisławy Woronis:
Pamiętam, że to był 29 stycznia. Nad ranem ok. godz. 7-ej […] Nasz dom znajdował się w środku wsi. Pierwsze gospodarstwa już płonęły […]. Partyzanci sowieccy często zaglądali do nas przedtem. Zwykle zjawiali się ze stanowczym rozkazem lub rewolwerem w ręku, byśmy dali kury, świniaka lub inną żywność. Potem dokonywali wręcz grabieżczych napadów, niczym bandyci. Nasi mężczyźni zbuntowali się. Nie mieliśmy czym karmić własne dzieci. U niektórych bieda aż piszczała. Kiedy zorganizowano samoobronę, rozprawiono się z nami w sposób bestialski, stosując mord i ogień. Mogłabym zrozumieć męskie porachunki, ale mordowania niewinnych ludzi, nigdy!…To było gorsze niż wojna. Na wojnie ucieka się przed kulą. Tych, kogo w Koniuchach kula nie trafiła, lub tylko raniła, dobito żywcem. […] Strach i świst kul poza plecami, będę pamiętać do końca dni. Tak, jak płonącą wieś, daremnie błagającą o litość.

Wróciliśmy do Koniuch nie od razu. Partyzanci sowieccy czuwali i nie daj Boże, jak kogoś znaleźli. Tego krwawego dnia zginęła też bliska rodzina mego męża. Dwudziestoletnia Ania Woronis słynęła na całą okolicę ze swej urody… Tak bardzo szkoda mi chłopaczka Antka Bobina. Młody, piękny, pracowity. Nie mieszkał tu, służył u gospodarzy gdzie indziej. Ale akurat odwiedził wieś rodzinną. Ojciec jego był w szpitalu w Bieniakoniach. A Antek tak niewinnie zginął… Podobnie było z rodziną Pilżysów, która przyjechała z Wilna, gdyż nabyła tu dom… Nie utrzymywaliśmy z nimi bliższych kontaktów, gdyż mieszkali dalej, za rzeką. Wiem jednak, że mieli dzieci… Czym zawiniły dzieci?… Molisowa np. miała córeczkę w wieku 1,5 roku. Trzymała ją na ręku uciekając. Obie padły od kul…”.
Kolejny świadek Edward Tubin, wówczas 13-letni mieszkaniec wsi (obecnie zamieszkały w Kanadzie) w wywiadzie udzielonym A. Kumorowi (w maju 2001 r.) wspomniał:
A.K.: Koniuchy należały do Polski przed wojną, czy to była całkiem polska wieś?

E.T.: Polska wieś, wszyscy byli Polacy, żadnego tam nie było jakiegoś Ruskiego, nikogo tam nie było innego. Tam dookoła nas wszystkie wsie to byli Polacy. […]

Przyszli pierwszy raz do nas samych. Kazali, żeby założyć konia, ojciec poszedł, konia założył, wzięli klucze od składu, od stajni, wszystkich spędzili w kąt, z automatem jeden pilnował. I wszystko brali. Potem przyszli przy końcu, powiedzieli, że „nie ma zlituj i jak zameldujesz, przyjdziemy i ciebie spalimy”. No i tak stało się. Koń wrócił się, za jakichś parę dni, ale to pół konia było.

A.K.: To pierwszy raz tak było, jak brali, potem znowu przyszli?

E.T.: Potem przyszło ich więcej, zaraz przyszli z wieczora i poszli brać, po całej wsi rabować. Przyszli do nas, też kazali konia założyć. Jeden facet siedział z koniem na naszym podwórku. My zaczęliśmy jego prosić, że u nas już byli i już brali i daliśmy mu butelkę samogonu. On wypił i mówi – to jakby był ukraiński język – że on pojedzie i powie, że u nas nic nie było.

Jak on pojechał, to my wszystko z domu, co tam było, jakie łachy, rzeczy, zaraz za stodołą do jam wrzucali. Otworzyliśmy owczarnik, owce, świnie, tam cielaków parę było, to wypędzili w las – w nocy to wszystko było.

Oni, jak już odjeżdżali, to wpadli do nas – dwóch – nie było nic w domu. Ja spałem z bratem, tym Leonem – na łóżku. Nakryte tak mieliśmy kołdrę wiejską, swojej roboty. Wpadli, zobaczyli, że nie ma nic, zerwali z nas kołdrę. Ojciec im mówi: „Towariszci, nie będzie dzieciom się czym nakryć”. To jeden tak powiedział – słowem takim brudnym – mówi „h… z twoimi dziećmi”. No i poszli.

A ci nasi tacy byli, Woronis, Bobin, drudzy tacy, zebrali się – Godzis Jan – zebrali się, wzięli broń. Tam mieli parę takich karabinków.

A.K.: Od kogo tę broń dostali?

E.T.: To znaczy, jak Ruskie byli u nas, wojsko, i uciekali, to oni rzucali to i ludzie nabrali. Mieli takie karabiny, obrzynane lufy, takie krótkie, odrażanki wołali na nie. Strasznie strzał był wielki z nich. […]

Tak stało się, że oni zakrążyli. Nie pamiętam dokładnie, czy to było z czwartku na piątek, czy z piątku na sobotę. To z samego rana było, szaro robiło się. Zaraz zaczęły automaty grać i już widzimy ogień, pali się. Strzechy były słomiane. Ludzie zaczęli uciekać, rzucili się w las uciekać, w te krzaki. […] przez drogę taką było do takich krzaków. Cmentarz był i te krzaki były. […] Od tych krzaków i z drugiego końca wioski też, tak samo, a od rzeki oni nie szli. Spodziewali się, że każdy będzie uciekać w las.

Ja z mamą uciekałem do jamy schować się, no i widzę, jak od cmentarza lecą – może ich dwunastu było – strzelają. Może, żebym ja więcej był starszy, to za mamą wróciłbym, a ja od mamy odbiłem się, przez wieś przeleciałem, do sąsiada, sąsiad tam wyciągał z mieszkania kufry z ubraniem. Tam był mój brat Leon. I z Leonem do rzeki uciekliśmy. To widziałem, jak padały kule zapalające. Sam widziałem. Myśmy tak pod rzekę polecieli. Patrzymy, zaraz po drugiej stronie rzeki olcha wielka rosła, taki dół był wymyty. I my patrzymy, a tu sąsiad jeden siedzi – z rodziną tam poleciał schować się pod tą rzeką. I myśmy tam poszli.

Siedzieliśmy tam, słyszeli strzały po drugiej stronie. Tam mieszkała rodzina Pilżysów. Widzieliśmy, jak do nich przyszli, do domu weszli. Postrzelali. Znaczy: dwie córki i ojca, matkę zastrzelili, wyszli z domu, to zapalili dom. Wszystko zapalili. Potem patrzymy, jak obok nas bliziutko, no może było z 50 metrów, leciał Woronis, stary gość, leciał i z kożuchem wpadł do wody. Zaraz za nim dwóch leciało z automatami. Podlecieli pod rzekę i puścili z tych automatów po rzece (serie). Myśleli, że on zabity będzie i oni z powrotem wrócili się. Szczęście Bóg dał, że nie zobaczyli w lewą stronę, gdzie myśmy siedzieli pod tą górką.

Jakby zobaczyli, toby zaraz nas wszystkich pobili.

A.K.: Ten Woronis zginął?

E.T.: Myśmy myśleli, że on zginął, ale nie wiem, czy oni jego ranili we wodzie... Patrzymy, patrzymy, na drugiej stronie na brzegu on wylazł z wody, za krzak uczepił się i poszedł tamtą stroną rzeki. Jemu zranili rękę bardzo mocno. To znaczy, że on tą ręką nie mógł (później) pracować. Połamali mu kość. Jego żonę, córkę i syna zastrzelili partyzanci. Po tym wszystkim myśmy zaraz powychodzili, już ludzie, którzy przyszli żywe, znaleźli rodziny zabite, już płacz po wsi... Pamiętam, jak dzisiaj to widzę.

A.K.: Wieś całą spalili?

E.T.: Spalili całą. […] No i mama akurat poleciała do jamy, wpadła. Oni wiedzieli pewno… Podeszli. Siostra siedziała blisko z córeczką. Puścili po siostrze z automata…

A.K.: Ile miała lat siostra?

E.T.: Siostra mogła mieć… Nie była stara. Mogła mieć koło 30 lat. Miała dziewczynkę, cztery latka, na ręku. Strzelili w dziewczynkę, na ręku, zabili… Siedziała ta moja siostra, a drugi zobaczył i mówi, że ona jeszcze żyje i wziął karabin. Drugi facet mówi „ostaw kobietu”… Strzelił w siostru. Ona siedziała, a on tak na ukos w głowę strzelił siostrze, akurat w policzek przez szczękę, kula porwała jej zęby, szczękę. Siostra upadła. Tak że kula szła przez szczękę i koło piersi tak wyrwało… A brat zaraz blisko w krzaki uciekał, tak jego spotkali i z automata puścili mu po głowie. To znaczy głowa na pół się rozleciała…

A.K.: Kto zginął z Pana rodziny?

E.T.: Mama zginęła, brat i siostry córka zginęła.

A.K.: Siostra przeżyła?

E.T.: Siostra była raniona.

A.K.: Z każdej rodziny ktoś zginął, z każdego domu ktoś zginął?

E.T.: Nie ze wszystkich domów, ale z wielu poginęło po kilka osób. Pilżysy – cztery osoby, Bandalewicz Stanisław, to też dwa syny i on został spalony w domu. Ja sam widziałem jeszcze, jak on leżał na werandzie i kości były spalone. Dzieci schowały się – jak to dom był, piec murowany i taki luk pod spodem był – to dzieci były pod tym piecem schowane i spaliły się, podusiły się. Ze wszystkich tych rodzin pobili. Bobin został zabity. Została jego córeczka, z pięć lat

miała, i żona została i syn został zabity.

A.K.: Strzelali do wszystkich, i do kobiet, i do dzieci?

E.T.: Nie było różnicy, kogo złapali, to wszystkich bili. Nawet kobietę jedną, uciekała tam w las ku cmentarzu, to nie strzelali, ale kamieniem zabili, kamieniem w głowę. Jak mamę zabili, to może z osiem kul po piersiach puścili. […]

A.K.: Mówił Pan, że nie zgadzają się niektóre nazwiska na liście pomordowanych.

E.T.: To znaczy (piszą, że) Marcinkiewicz i Marcinkiewiczówna była sparaliżowana – to nieprawda. Sparaliżowana była Jankowska. To ta kobieta spaliła się w domu. I nie wymieniony jest syn jej. To znaczy pasierb. Jankowski był wdowcem i ożenił się z tą kobietą – to był syn jego. On został zabity. Potem piszą „Molis”. Molisa to tylko została zabita żona i córka. Molis został się. Tam

piszą „Molis Stanisław” – nie było takiego. Był ojciec, Molis Feliks. […] Bobin Józef i Bobinówna, Marian Bobin i Jadwiga Bobin… Tam napisane jest „Antoni

Bobin”. Antoni Bobin to już jest z drugiej rodziny, to ten co pomagał wyciągać bratu kufer z ubraniem, to ten Bobin, druga rodzina była. Potem był krawiec. Jego żony matka była z naszej wsi. Razem szyli. Partyzanci strzelali i

zobaczyli go, jak schował się pod drzewo. Jego wieś nazywała się Mikontary. Mówili, że on wyciągnął paszport, ręce podniósł do góry, mówił po rusku, że jest partnoj, to znaczy, że jest krawcem z drugiej wsi. A mówią mu: „h… z tobą” i w łeb jemu strzelili, zabili go. Wojtkiewicza żona była w ciąży i chłopak był, nie miał nawet dwa latka. Zabili ją, a chłopak został żywy. Przynieśli słomę, na nią rzucili, zapalili. Temu chłopaczkowi nogi poopalało, paluszki jemu odpadły. Przeżył pod tą matką. Jak zapalili, to tylko nogi mu się spaliły. Było strasznie, było strasznie, nie przepuścili nikomu.
Liczba ofiar śmiertelnych sięga co najmniej 40 osób. W mordzie wzięło udział nie tylko ok. 50 żydowskich partyzantów z Brygady Litewskiej, ale także wielu żydowskich członków Brygady Kowieńskiej oraz innych oddziałów. Całością akcji dowodził Żyd Genrich (lub Heinrich) Ziman „Jurgis” (po litewsku: Genrikas Zimanas), po wojnie odznaczony w PRL Orderem Virtuti Militari. Dowódca żydowskich oddziałów w Puszczy Rudnickiej, Abba Kovner uważany jest za jednego z największych bohaterów żydowskiego ruchu oporu. W 1997 r. otrzymał on w United States Holocaust Memorial Museum „Medal of Resistance”, a w 2001 r. jego żona, Vitka Kempner Kovner otrzymała nagrodę specjalną „Certificate of Honor” za bohaterstwo i waleczne czyny. Podczas uroczystej ceremonii, która miała miejsce w Izraelu, V. Kovner podkreśliła, że Żydzi, którzy walczyli w Puszczy Rudnickiej uważali się za partyzantów żydowskich, nie sowieckich: „Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidisz”.
Śledztwo

W lutym 2001 r. Kongres Polonii Kanadyjskiej (KPK) zwrócił się do Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) o podjęcie śledztwa w sprawie pomordowania mieszkańców Koniuchów, przedstawiając jednocześnie bogatą dokumentację. Po zapoznaniu się z doniesieniem złożonym przez przedstawicieli KPK, w marcu 2001 r. Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi wszczęła śledztwo w tej sprawie. Z komunikatu IPN, opublikowanego 1 marca 2002 r., dotyczącego śledztwa w sprawie mordu w Koniuchach wynika, że:


Wieś Koniuchy położona była na skraju Puszczy Rudnickiej, w której swoje bazy posiadały liczne oddziały partyzantów sowieckich. Członkowie tych oddziałów dokonywali częstych napadów na okoliczne wsie i kolonie, w tym i na Koniuchy. Celem napadów był zabór mienia miejscowej ludności, głównie ubrań, butów, bydła, zapasów mąki. W czasie napadów stosowano przemoc wobec właścicieli rabowanego mienia. Mieszkańcy Koniuch zorganizowali samoobronę. Miejscowi chłopi pilnowali wsi, uniemożliwiając tym samym dalsze grabieże. Z tego powodu w nocy z 28 na 29 stycznia 1944 r. grupa partyzantów sowieckich z Puszczy Rudnickiej nocą okrążyła wieś. Nad ranem przy użyciu pocisków zapalających niszczono zabudowania wiejskie i rozstrzeliwano wybiegających z niej mieszkańców – mężczyzn, kobiety i dzieci. Łącznie spłonęła większość domów. Zabito od 36 do 50-ciu osób, część mieszkańców została ranna. Ci, którzy ocaleli uciekli do pobliskich wsi.

Stacjonujący w Puszczy Rudnickiej partyzanci sowieccy podlegali Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie. Napadu dokonała grupa ok. 100 - 120-tu partyzantów pochodzących z różnych oddziałów. Wśród nich była m. in. około 50-osobowa grupa partyzantów żydowskich [z Brygady Litewskiej]. [...] najliczniejszą grupę stanowili partyzanci narodowości żydowskiej. Oddziały te potocznie nazywano Wisińczą (od usytuowania ich baz pomiędzy wsią Wisińcza, a jeziorem Kiernowo). […] wieś podpalono z obu stron, a potem strzelano do uciekających ludzi. Atak nastąpił po dłuższej obserwacji, kiedy samoobrona zeszła ze swych stanowisk. Mieszkańcy Koniuch opowiadając o sprawcach napadu używali zamiennie określeń Żydzi i „Ruscy”. Z zeznań świadków wynika, iż część ofiar, zwłaszcza osoby stare i schorowane, zginęła spalona we własnych domach. Natomiast do części mieszkańców, którzy starali się uciekać strzelano. W taki sposób zginęły osoby z rodziny P[ilżysów]. Zwłoki małżonków Stanisława i Katarzyny P. odnaleziono zwęglone w domu. Ciało ich córki Genowefy P. ze śladami kul i przypalonymi stopami leżało na podwórzu.

Do akt załączono uwierzytelnioną kopię tajnego meldunku sytuacyjnego, sporządzonego przez Oddział Operacyjny dowódcy Wehrmachtu-Ostland w dniu 5.02.1944 r. w Rydze. Z treści meldunku wynika, iż w Koniuchach pojawiła się „średniej wielkości banda Żydów i Rosjan” … „zastrzelono 36 mieszkańców, 14 rannych. Miejscowość w przeważającej części została obrócona w perzynę. […]”. [Na ten meldunek wcześniej zwrócili już uwagę historycy polscy i litewscy.]


We wrześniu 2002 r. podano: „Ustalane są adresy kolejnych świadków, których bliscy zginęli w Koniuchach. Do Kanady, na Litwę i Białoruś skierowano wnioski o przesłuchanie w drodze pomocy prawnej świadków oraz odnalezienie dokumentacji archiwalnej związanej z przedmiotową sprawą.” Natomiast 5 maja 2003 r. Anna Gałkiewicz, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi oznajmiła: „Opisane zbrodnie w Nalibokach [kolejny mord 128 Polaków dokonany przez partyzantkę sowiecką 8 maja 1943 r.] i Koniuchach zakwalifikowano jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości, których karalność nie ulega przedawnieniu.

Po raz ostatni w sprawie dochodzeń odezwał się 5 sierpnia 2003 r. prokurator Robert Janicki, prokurator Głównej KŚZpNP:
Zebrane dowody dotyczące niniejszej sprawy pozwalają do tej pory odtworzyć
zajścia jakie miały miejsce 29 stycznia 1994 r. w Koniuchach. Ustalono
okoliczności działalności oddziałów partyzanckich podległych Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie.
Obecnie ustala się rolę dowodców oraz członków poszczególnych oddziałów partyzanckich, których nazwiska i pseudonimy zostały podane przez świadków.
Dane personalne tych osób ustalono w ramach czynności przez miedzynarodową pomoc prawną. Zestawione listy sowieckich partyzantów pozwalają podjąć działalność mająca na celu ustalenie, którzy z tych ludzi wciąż żyją i gdzie zamieszkują.
Zastosowano pewne kroki aby zestawić listę ofiar. Jednak lista ta jest wciąż
niepełna i dalsze czynności bedą przedsięwzięte aby ją uzupełnić. Po uzyskaniu materiału kanałami międzynarodowej pomocy prawnej i po wyczerpaniu środków dowodowych dostępnych w Polsce, podejmie się decyzję dotyczącą dalszego postępowania.
W obecnej chwili nie można ustalić daty zamknięcia śledztwa.”



Tak więc mimo upływu trzech lat od czasu kiedy KPK skierował tę sprawę do IPN nie ma wiele oznak postępu w dochodzeniach prowadzonych przez IPN, choć część sprawców jest znana z imienia i nazwiska i sami opisali swój udział w zbrodni. Śledztwo toczy się opieszale i są niewielkie szanse na jego zakończenie w szybkim czasie. Nie podjęto próby odszukania i przesłuchania byłych sowieckich i żydowskich partyzantów, uczestników akcji w Koniuchach, zamieszkałych w Rosji, Izraelu i USA. W sumie prokuratorzy nic istotnego nie ustalili, co nie było poprzednio znane, a IPN nie opublikował żadnych dokumentow lub opracowań historyków na temat mordu w Koniuchach. Przypominamy, że śledztwo w sprawie mordu w Jedwabnem przeprowadzono w ciągu półtory roku, a już w 2002 r. wydana została ogromna dwutomowa „biała księga”, licząca ponad 1500 stron i zawierająca podstawowe dokumenty oraz analizy historyczne, socjologiczne i prawne. Jest mało prawdopodobne, że sprawcy – choć niektórzy z nich wciąż żyją – kiedykolwiek staną przed sądem lub zostaną publicznie potępieni.
Spóźniona reakcja środowiska żydowskiego

8 sierpnia 2003 r. nowojorski tygodnik „Forward” (wychodzi od 1897 roku w jidysz) z troską w głosie napisał o śledztwie, jakie w sprawie masakry ludności wsi Koniuchy prowadzi na wniosek KPK polski IPN. (Obszerną dokumentację tej zbrodni (w formacie pdf) znaleźć można na stronach internetowych KPK, pod adresem:

1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   43


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna