Terry Pratchett



Pobieranie 1,8 Mb.
Strona1/20
Data18.11.2017
Rozmiar1,8 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20

Terry Pratchett

STRAŻ! STRAŻ!
Mogą być nazywani Gwardią Pałacową, Strażą Miejską al­bo Patrolem. Niezależnie od nazwy, racja ich istnienia - w każ­dym dziele fantasy heroicznej - jest taka sama. To znaczy, mniej więcej w rozdziale trzecim (albo w dziesiątej minucie filmu) mają wbiec do komnaty, po kolei i pojedynczo atakować boha­tera i ginąć. Nikt ich nigdy nie pyta, czy mają na to ochotę.

Książka poświęcona jest tym wspaniałym ludziom.

A także Mike'owi Harrisonowi, Mary Gentle, Neilowi Gaimanowi i wszystkim pozostałym, którzy pomagali i śmiali się z pomysłu L-przestrzeni; szkoda, że w końcu nie wykorzysta­liśmy paperbacku Schródingera...
***

Tu właśnie odeszły smoki.

Leżą...

Nie są martwe i nie są uśpione. Nie czekają, gdyż czekanie im­plikuje cel. Być może odpowiednim słowem jest...



...drzemią.

I chociaż zajmowana przez nie przestrzeń w niczym nie przy­pomina normalnej przestrzeni, jest jednako ciasno upakowana. Nie znajdzie się nawet cal sześcienny nie wypełniony szponem, pazurem, łuską, czubkiem ogona... Rezultat przypomina trochę te dziwaczne rysunki, gdzie gałki oczne powoli zdają sobie spra­wę, że przestrzeń między smokami to w rzeczywistości kolejny smok.

Mogłyby wzbudzić skojarzenie z puszką sardynek, gdyby ktoś uwierzył, że sardynki są wielkie, okryte łuską, dumne i aroganckie.

Zapewne gdzieś jest też klucz.


***

W zupełnie innej przestrzeni poranek wstał w Ankh-Morpork, najstarszym, największym i najbrudniejszym ze wszystkich miast. Rzadka mżawka siąpiła z szarego nieba, akcentując spowijającą ulice mgłę znad rzeki. Szczury rozmaitych gatunków zajmowały się swymi nocnymi sprawami. Pod osłoną wil­gotnego płaszcza nocy skrytobójcy mordowali, złodzieje kradli, dziewki uliczne stały na ulicach.

A pijany kapitan Vimes z Nocnej Straży zatoczył się wolno, de­likatnie osunął do rynsztoka przed Strażnicą i legł nieruchomo, gdy niezwykłe świetlne litery skwierczały nad nim od wilgoci i zmie­niały kolory...

Miasto jest jak... jak... jak... Coś. Kobieta. Kobieta... Właśnie. Kobieta. Rycząca, wściekła, wielusetletnia. Ciągnie cię, pozwala się tego... kochać, a potem kopie cię w... w... w to tam. To tam w gę­bie. Język. Migdałki. Zęby. To właśnie robi. Jest jak... no, pani pies. Szczeniaczka. Kwoka. Suka. A potem ją nienawidzisz i kiedy już my­ślisz, że wyrzuciłeś ją... je... ze swojego, swojego czegośtam, wtedy akurat otwiera przed tobą wielkie, bijące, przegniłe serce i wytrąca cię z rowu... rów... równo... czegoś. Wagi. Właśnie. To jest to. Czło­wiek nigdy nie wie, na czym stoi. Leży. I tylko jednego jest pewien: nie może jej opuścić. Bo jest... bo jest twoja, jest wszystkim, co masz, nawet w rynsztoku...


***

Szacowna ciemność spowiła szacowne budynki Niewidocz­nego Uniwersytetu, najwspanialszej uczelni magicznej. Je­dynym światłem był słaby oktarynowy płomyk w maleńkim oknie nowego skrzydła Magii Wysokich Energii, gdzie bystre umy­sły badały samą osnowę wszechświata, nie dbając, czy mu się to po­doba, czy nie.

Oczywiście, paliło się też światło w Bibliotece. Biblioteka była największym zbiorem magicznych tekstów w ca­łym multiversum. Spoczywały tam na półkach tysiące woluminów pełnych okultystycznej wiedzy.

Podobno, ponieważ wielkie ilości magii potrafią mocno od­kształcić zwykły świat, Biblioteka nie przestrzegała normalnych za­sad czasu i przestrzeni. Podobno ciągnęła się po wieczność. Podobno całymi dniami można by wędrować wśród odległych regałów, podobno gdzieś tam żyły całe plemiona zagubionych studentów, podobno niezwykłe istoty czaiły się w zapomnianych wnękach, a po­lowały na nie istoty jeszcze dziwniejsze1.

Rozsądni studenci, poszukujący co odleglejszych tomów, pa­miętali o robieniu kredą znaków na półkach i uprzedzali kolegów, by zaczęli ich szukać, gdyby nie wrócili na kolację.

A że magię tylko z grubsza da się uwięzić, książki w Bibliotece też były czymś więcej niż tylko drewnem przerobionym na papier.

Pierwotna magia strzelała iskrami z ich grzbietów, uziemiając się nieszkodliwie w miedzianych przewodach, w tym właśnie celu przybitych do półek. Delikatne desenie błękitnego ognia pełzały po regałach i rozbrzmiewał dźwięk - jakby papierowy szept - po­dobny do wydawanego przez kolonię szpaków. To w ciszy nocy roz­mawiały ze sobą książki.

Słychać też było czyjeś chrapanie.

Światło z półek nie tyle rozjaśniało, ile podkreślało ciemność, ale wprawny obserwator potrafiłby może rozpoznać w fioletowym migotaniu stare i odrapane biurko pod centralną kopułą. Chrapa­nie dochodziło spod niego, z miejsca gdzie obszarpany koc ledwie okrywał coś, co przypominało stos worków z piaskiem, a w rzeczy­wistości było samcem orangutana.

I bibliotekarzem.

Obecnie niewielu już ludzi wyrażało zdziwienie, że jest małpą. Przemiana nastąpiła w wyniku magicznego wypadku, zawsze możli­wego w miejscach, gdzie trzyma się razem tak wiele magicznych ksiąg. Uważano, że i tak wyszedł z niego obronną ręką. W końcu zachował ten sam - zasadniczo - kształt. Pozwolono mu też zacho­wać funkcję, którą pełnił dość sprawnie, chociaż „pozwolono" nie jest chyba właściwym określeniem. To raczej sposób, w jaki potrafił zawinąć górną wargę, odsłaniając przed senatem Uniwersytetu nie­prawdopodobnie żółte kły, sprawił jakoś, że kwestia następcy na to stanowisko nigdy nie weszła pod obrady.

Po chwili jednak zabrzmiał też inny dźwięk, dźwięk obcy - od­głos otwieranych drzwi. Czyjeś stopy przemknęły po podłodze i kro­ki ucichły między zatłoczonymi półkami. Księgi zaszeleściły z obu­rzeniem, a kilka co większych grimoire'ów zabrzęczało łańcuchami.

Bibliotekarz spał głęboko, kołysany szumem deszczu.

Pół mili dalej, w objęciach rynsztoka, kapitan Vimes otworzył usta i zaczął śpiewać.


***

Okryta czernią postać przemknęła przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie stają się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wygląda­ły, jakby architekt otrzymał specjalne instrukcje. Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębie, usłyszał. Dlatego proszę umieścić jakie­goś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego olbrzym, i każdemu jasno dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają „dzyń dzyń", kiedy się przyciśnie dzwonek.

Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko i wyjrzało podejrz­liwe oko.

- „Poważna sowa pohukuje wśród nocy" - powiedział przybysz, usiłując wykręcić z wody swoją szatę.

- „Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez wład­ców" - zaintonował głos z drugiej strony kratki.

- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny" - odparowała ociekająca wodą postać.

- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".

- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu".

- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna". Zapadła cisza, zakłócana jedynie szumem deszczu.

- Co? - zapytał po chwili przybysz.

- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego sy­na".

Tym razem cisza trwała dłużej. Wreszcie mokra postać zapyta­ła ponownie:

- Jesteś pewien, że źle zbudowana wieża nie drży cała od prze­lotu motyla?

- Nie. Zupa fasolowa i koniec. Przykro mi.

Krople deszczu opadały z sykiem wśród krępującego milczenia.

- A co z uwięzionym wielorybem? - spróbował jeszcze prze­moczony gość, usiłując wykorzystać skromną osłonę mrocznego portalu.

- Co z nim?

- Nie powinien znać głębin przepastnych, skoro już musisz wie­dzieć.

- Aha... Uwięziony wieloryb... Szukasz Świetlistego Bractwa Hebanowej Nocy. To trzecia brama stąd.

- A kim ty jesteś?

- Jesteśmy Oświeconym i Starożytnym Bractwem Ee.

- Myślałem, że spotykacie się przy Melasowej - stwierdził po namyśle przemoczony gość.

- Niby tak. Ale sam wiesz, jak to jest. We wtorki przychodzi tam klub płaskorzeźby . Trochę pomieszali rozkład.

- No tak. Bywa. W każdym razie dziękuję.

- Nie ma za co.

Okienko zatrzasnęło się.

Postać w czerni przez chwilę spoglądała na nie gniewnie, po czym pobrnęła wzdłuż ulicy. Rzeczywiście, znalazła kolejny portal. Jego budowniczy nie trudził się ze zmianą planów.

Zapukał. Otworzyło się małe, zakratowane okienko.

-Tak?

- Słuchaj no: „Poważna sowa pohukuje wśród nocy", zgadza się?



- ,Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez wład­ców".

- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny", tak?

- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".

- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu". Na dworze leje jak z cebra. Wiesz o tym, prawda?

- Owszem — przyznał głos tonem kogoś, kto wie, ale to nie on stoi na deszczu.

Przybysz westchnął.

- „Uwięziony wieloryb nie zna głębin przepastnych" - powie­dział. - I co, lepiej ci teraz?

- „Źle zbudowana wieża drży cała od przelotu motyla". Gość chwycił pręty kraty, podciągnął się i syknął:

- A teraz mnie wpuść. Jestem przemoczony. Minęła kolejna wilgotna chwila.

- Te głębiny... Powiedziałeś „przepastne" czy „przejasne"?

- Przepastne. Tak powiedziałem. Przepastne głębiny. Ponie­waż leżą, najkrócej mówiąc, głęboko. To ja, brat Palcy.

- Dla mnie brzmiało to jak „przejasne" - mruknął z powątpie­waniem niewidoczny odźwierny.

- Chcecie tę przeklętą książkę czy nie? Mnie nie zależy. Mogę wracać do domu, do łóżka.

-Jesteś pewien, że były przepastne?

- Posłuchaj uważnie - rzekł z naciskiem brat Palcy. - Dobrze wiem, jakie głębokie są te piekielne głębiny. Wiedziałem, jak są przepastne, kiedy ty byłeś jeszcze żałosnym neofitą. A teraz otwierasz czy nie?

- No... No dobrze. Szczęknęły zdejmowane sztaby.

- Mógłbyś je trochę popchnąć? - odezwał się głos. - Wrota Wie­dzy, Przez Które Nie Mogą Przejść Nie Znający Prawdy, strasznie się zacinają od wilgoci.

Brat Palcy pchnął ramieniem, przecisnął się do środka, obrzucił niechętnym spojrzeniem brata Odźwiernego i szybko poszedł dalej.

Pozostali czekali na niego w Wewnętrznym Sanktuarium. Sta­li pod ścianami niepewni, jak zwykle ludzie nie przyzwyczajeni do noszenia na co dzień czarnych szat ze złowróżbnymi kapturami.

Najwyższy Wielki Mistrz skinął mu głową.

- Brat Palcy, tak? - zapytał.

- Tak, Najwyższy Wielki Mistrzu.

- Czy masz to, po co zostałeś posłany? Brat Palcy wyjął spod szaty pakunek.

- Była tam, gdzie mówiłem - stwierdził. - Żadnych kłopotów.

- Dobra robota, bracie Palcy.

- Dziękuję, Najwyższy Wielki Mistrzu.

Najwyższy Wielki Mistrz uderzył młotkiem. Wszyscy w sali usta­wili się w trochę nieregularny krąg.

- Rozpoczynam obrady Wyjątkowej i Najwyższej Loży Świetli­stego Bractwa - zaintonował. - Czy Wrota Wiedzy zostały zaryglowa­ne przed heretykami i nie znającymi prawdy?

- Zamknięte na głucho - potwierdził brat Odźwierny. - To przez wilgoć. W przyszłym tygodniu przyniosę hebel i zaraz je...

- Dobrze, dobrze - przerwał mu nieco rozdrażniony Najwyższy Wielki Mistrz. - Wystarczyło powiedzieć „tak". Czy potrójny krąg jest ściśle i równo nakreślony? Czy są tutaj wszyscy, którzy Są Tutaj? A temu, co nie zna prawdy, powiadam, że lepiej, by go tu nie było, gdyż zabrany zostanie z tego miejsca, a jego gaskin przecięty, jego moule rozrzucone na cztery wiatry, jego welchet rozdarty na strzę­py hakami, jego figgin nabity na kolec... Tak, o co chodzi?

- Przepraszam, czy powiedziałeś „Świetliste" Bractwo? Najwyższy Wielki Mistrz spojrzał gniewnie na samotną postać z wyciągniętą w górę ręką.

- Tak, Świetliste Bractwo, strażnik świętej wiedzy od czasów, ja­kich żaden człowiek nie...

- Od lutego - podpowiedział brat Odźwierny. Najwyższy Wielki Mistrz odniósł wrażenie, że brat Odźwierny nie rozumie, o co tu naprawdę chodzi.

- Przepraszam, bardzo przepraszam - powiedziała zmartwio­na postać. - Obawiam się, że pomyliłem stowarzyszenia. Chyba źle skręciłem... Już wychodzę, jeśli wolno...

- A jego figgin nabity na kolec - powtórzył z naciskiem Najwyż­szy Wielki Mistrz, zagłuszając skrzypienie wilgotnego drewna, gdy brat Odźwierny usiłował otworzyć mroczny portal. - Skończyliśmy już? Czy jeszcze ktoś nie znający prawdy zabłądził tu w drodze gdzie indziej? - dodał z gorzką ironią. - Dobrze. Świetnie. Bardzo się cie­szę. Chyba wolno mi spytać, czy zabezpieczono Cztery Strażnice? Bardzo dobrze. A Spodzień Świętości? Czy ktoś pamiętał, żeby go oczyścić? Ach, ty? Odpowiednio? Sprawdzę, jeśli wolno... W porząd­ku. Czy przewiązano okna Czerwonymi Powrozami Intelektu, we­dle starożytnych nakazów? Doskonale. Teraz możemy ruszać dalej.

Troszkę zawiedziony, tonem kogoś, kto przejechał palcem po górnej półce w spiżarni synowej i nie znalazł ani pyłka, Wielki Mistrz podjął rytuał.

Co za banda, myślał. Gromada nieudaczników, których żadne inne tajne stowarzyszenie nie dotknęłoby nawet dziesięciostopowym Berłem Władzy. Tacy wyłamują sobie palce przy najprostszym tajnym uścisku dłoni.

Ale jednak są to nieudacznicy pełni potencjalnych możliwości. Niech inne stowarzyszenia biorą wykształconych, sprawnych, am­bitnych i pewnych siebie. On przyjmie tych żałosnych, pełnych żół­ci i złości, którzy wiedzą, że na pewno osiągnęliby sukces, gdyby tyl­ko dać im szansę. Przyjmie tych, u których zalew jadu i złośliwości tamowały tylko cienkie mury niezdarności i lekkiej paranoi.

I głupoty. Wszyscy złożyli przysięgę, myślał, ale ani jeden nie spytał, co to takiego „figgin".

- Bracia - powiedział głośno. — Mamy dzisiaj do omówienia sprawy wielkiej wagi. W naszych rękach spoczywa los rządów, nie, spoczywa sama przyszłość Ankh-Morpork.

Przysunęli się bliżej. Najwyższy Wielki Mistrz poczuł znajomy dreszcz władzy. Wsłuchiwali się w jego słowa. To uczucie warte było przebierania się w głupie szaty.

- Czy nie wiemy doskonale, że miasto jest w mocy ludzi zepsu­tych, którzy tuczą się nieuczciwie zdobytymi bogactwami, kiedy lep­szych od nich odsuwa się i zmusza do nędznej służby?

- Dobrze wiemy! - oświadczył z zapałem brat Tynkarz, kiedy zdążyli w pamięci przetłumaczyć sobie mowę Mistrza. - Ledwie w ze­szłym tygodniu w Gildii Piekarzy próbowałem wykazać mistrzowi Critchleyowi, że...

Nie wzrokiem - gdyż pilnował, by kaptury braci okrywały im twarze mistycznym cieniem — ale jednak Najwyższy Wielki Mistrz zdołał uciszyć brata Tynkarza mocą oburzonego milczenia.

- A przecież nie zawsze tak było - podjął. - Kiedyś panował tu wiek złoty, kiedy ludzie godni władzy i szacunku byli należycie wyna­gradzani. Wiek, kiedy Ankh-Morpork było nie tylko dużym mia­stem, ale wielkim. Wiek rycerski. Wiek, kiedy... Słucham, bracie Strażnico?

Krępa figura w czarnej szacie opuściła rękę.

- Czy mówicie o dniach, kiedy mieliśmy królów?

- Zgadłeś, bracie - przyznał Najwyższy Wielki Mistrz, trochę zi­rytowany tym niezwykłym przejawem inteligencji. -I...

- Ale załatwili to ze sto lat temu - dodał brat Strażnica. - Była chyba taka wielka bitwa czy coś w tym rodzaju. A potem mieliśmy tyl­ko rządzących wielmożów, takich jak Patrycjusz.

- Tak jest. Bardzo dobrze, bracie Strażnico.

- Nie ma już królów. To właśnie chciałem powiedzieć.

-Jak właśnie stwierdził brat Strażnica, linia...

- To, co mówiliście, Mistrzu, o rycerstwie, naprowadziło mnie na właściwy trop.

- Rzeczywiście, i...

- Kiedy ma się królów, to jest też rycerskość - ciągnął z satysfak­cją brat Strażnica. - I rycerze. Oni nosili takie...

- Jednakże - wtrącił ostro Najwyższy Wielki Mistrz - może się okazać, że linia królów Ankh nie wygasła, jak dotychczas podejrze­wano, i że progenitura tej linii żyje obecnie. Na to wskazują moje ba­dania starych zwojów.

Przerwał wyczekująco, jednak pożądany efekt jakoś nie wystę­pował. Poradzili sobie chyba z „wygasaniem", ale już z „progenitu­ra" stanowczo przesadził.

Brat Strażnica znowu podniósł rękę.

- Słucham.

- Chcecie powiedzieć, że jakiś tam następca tronu kręci się gdzieś po świecie?

- To może być prawdą, owszem.

- Tak... Oni robią takie rzeczy — stwierdził brat Strażnica to­nem człowieka dobrze znającego temat. - Stale się zdarza coś ta­kiego. Można o tym przeczytać. Fanty, tak ich nazywają. Taki fant czai się gdzieś na pustkowiu przez całe wieki i przekazuje z pokole­nia na pokolenie tajemny miecz, znamię i tak dalej. A potem, kie­dy stare królestwo go potrzebuje, pojawia się i wyrzuca wszystkich uzurpatorów, jacy akurat się trafią. No i wszyscy się cieszą.

Najwyższy Wielki Mistrz poczuł, że szczęka opada mu ze zdu­mienia. Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo.

- Tak, zgadza się - potwierdziła postać, o której Najwyższy Wiel­ki Mistrz wiedział, że jest bratem Tynkarzem. - Ale co z tego? Po­wiedzmy, że taki fant się zjawia, podchodzi do Patrycjusza i mówi „No co, to ja jestem królem, oto moje znamię zgodnie z zamówie­niem, a teraz wynocha". I co na tym zyska? Oczekiwaną długość ży­cia około dwóch minut i tyle.

- Chyba nie słuchałeś - uznał brat Strażnica. - Najważniejsze, żeby fant przybył, kiedy królestwo jest w potrzebie. Jasne? Wtedy wszyscy go poznają, jasne? Zaniosą go do pałacu, uleczy parę osób,

ogłosi pół dnia wolnego, rozda trochę skarbów i Bob jest twoim wu­jem.

- Musi jeszcze ożenić się z księżniczką - wtrącił brat Odźwier­ny. - Ponieważ jest świniopasem.

Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni.

- Czy ktoś wspominał, że jest świniopasem? - zapytał brat Straż­nica. —Ja nie mówiłem. O co chodzi z tymi świniopasami?

- On ma rację — poparł kolegę brat Tynkarz. - On jest na ogół świniopasem, gajowym albo kimś takim. To dlatego że jest w tym, no... W kognito. Muszą udawać, rozumiecie, że są niskiego pochodzenia.

- Niskie pochodzenie to nic takiego - oświadczył bardzo mały brat. Wyglądał, jakby składał się tylko z chodzącej czarnej szaty z nie­świeżym oddechem. — Mam tego mnóstwo. W naszej rodzinie pasa­nie świń uważaliśmy za elegancką robotę.

- Przecież w waszej rodzinie nie płynie królewska krew, bracie Szambowniku - odparł brat Tynkarz.

- Ale by mogła - mruknął posępnie brat Szambownik.

- I dobrze - burknął nadąsany brat Strażnica. - Może być. Ale w kluczowym momencie, rozumiecie, wasz prawdziwy król zrzuca płaszcz i mówi „O!", a jego zasadnicza królewskość aż bije w oczy.

- A w jaki sposób dokładnie? - chciał wiedzieć brat Odźwierny.

- .. .też mogę mieć królewską krew - mamrotał brat Szambow­nik. - Nie mają prawa mówić, że nie mogę mieć królewskiej...

- Po prostu bije i już. Każdy, kto go zobaczy, od razu wie.

- Ale najpierw muszą uratować królestwo - przypomniał brat Tynkarz.

- No tak - zgodził się niechętnie brat Strażnica. - To jest naj­ważniejsze.

- Tylko przed czym?

- ...mam takie samo prawo jak wszyscy, żeby mieć królewską krew...

- Przed Patrycjuszem? - zgadywał brat Odźwierny. Brat Strażnica, jako nieoczekiwany ekspert od spraw królew­skich, pokręcił głową.

- Właściwie to Patrycjusz nie jest żadnym zagrożeniem - stwier­dził. - Nie nadaje się na tyrana jako takiego. Nie jest taki zły jak niektórzy przed nim. Znaczy, on właściwie nie uciska.

- Mnie uciskają bez przerwy - oznajmił brat Tynkarz. - Mistrz

Critchley, gdzie pracuję, uciska mnie rano, w południe i wieczo­rem, krzyczy na mnie i w ogóle. I jeszcze ta baba w sklepie z jarzy­nami. Też mnie uciska.

- Dobrze mówi - potwierdził brat Odźwierny. - Mój gospodarz strasznie mnie uciska. Wali w drzwi i ciągle gada o czynszu, co to go podobno nie zapłaciłem. Ohydne kłamstwo... A sąsiedzi uciskają mnie co noc, chociaż im tłumaczę, że cały dzień pracuję, a czło­wiek musi znaleźć chwilę, żeby nauczyć się gry na trąbie. To jest ucisk, nie ma co. Jeśli nie jęczę pod butem tyrana, to już nie wiem, kto jęczy.

- Jeśli tak to ująć... - powiedział wolno brat Strażnica. — My­ślę, że szwagier uciska mnie przez cały czas. Kupił sobie nowego ko­nia i bryczkę. A ja nie mam bryczki. I gdzie tu sprawiedliwość? Za­łożę się, że król by nie pozwolił na taki ucisk, i żeby żony uciskały lu­dzi pretensjami, dlaczego nie mamy nowego powozu jak nasz Rod-ney i w ogóle.

Najwyższy Wielki Mistrz słuchał tego z lekkim zawrotem głowy. Czuł się jak ktoś, kto wprawdzie słyszał, że istnieją lawiny, ale kiedy upuścił śnieżkę na szczycie góry, nawet nie pomyślał, że może do­prowadzić do tak wstrząsających rezultatów. Przecież wcale nie mu­siał im podpowiadać.

- Król na pewno miałby coś do powiedzenia o gospodarzach - westchnął brat Odźwierny.

- I wypędziłby ludzi z modnymi bryczkami - dodał brat Straż­nica. - Zresztą pewnie kupionymi za kradzione pieniądze.

- Myślę - wtrącił Najwyższy Wielki Mistrz, popychając rozmowę w pożądanym kierunku - że mądry król zakazałby modnych bry­czek jedynie tym, którzy nie zasługują na nie.

W dyskusji nastąpiła przerwa: zebrani bracia w pamięci dzieli­li wszechświat na zasłużonych i nie zasłużonych, po czym ustawiali się po odpowiedniej stronie.

- Tak by było uczciwie - przyznał wreszcie brat Strażnica. - Ale brat Odźwierny właściwie ma rację. Nie wyobrażam sobie, żeby ta­ki fant wypełnił swoje przeznaczenie z powodu brata Tynkarza, któ­remu się wydaje, że kobieta ze sklepu z warzywami dziwnie na nie­go patrzy. Bez urazy.

- I jeszcze oszukuje na wadze — oświadczył brat Tynkarz. - I...

- Tak, tak, tak - przerwał im Najwyższy Wielki Mistrz. - Istotnie, słusznie myślący obywatele miasta Ankh-Morpork jęczą pod butem tyrana. Król jednak zwykle objawia się w okolicznościach bardziej dramatycznych. Na przykład w czasie wojny.

Wszystko szło znakomicie. Z pewnością przy całym ich egoizmie i głupocie ktoś okaże się dostatecznie inteligentny i zasugeruje, co trzeba.

- Było chyba jakieś dawne proroctwo albo co - rzekł brat Tyn­karz. - Dziadek mi opowiadał. - Oczy mu się zaszkliły od drama­tycznego wysiłku umysłowego. - „Oto przybędzie król, niosący Pra­wo i Porządek, nie znający niczego prócz Prawdy; będzie Chronił i Służył ludowi swym Mieczem". I nie patrzcie tak na mnie, prze­cież nie ja to wymyśliłem.

- Wszyscy je znamy. I dużo nam z tego przyjdzie - mruknął brat Strażnica. - Znaczy, niby co zrobi? Wjedzie z Prawem, Prawdą i całą resztą jak Czterech Jeźdźców Apokralipsy? „Hej tam, ludzie!" - zapiszczał. - „To ja, król, a tam jest Prawda, właśnie poi konia". Niezbyt rozsądne, co? Nie, nie można ufać starym legendom.

- Dlaczego nie? - spytał zirytowany brat Szambownik.

- Bo są legendarne. Po tym sieje poznaje.

- Śpiące królewny są niezłe - stwierdził brat Tynkarz. - Tylko król może je zbudzić.

- Nie bądź głupi - upomniał go surowo brat Strażnica. - Nie mamy króla, więc skąd weźmiemy królewnę? To chyba oczywiste.

- Oczywiście, w dawnych czasach wszystko było proste — oświad­czył z zadowoleniem brat Odźwierny.

- Dlaczego?

- Wystarczyło zabić smoka.

Najwyższy Wielki Mistrz złożył dłonie i wzniósł cichą modlitwę do dowolnego boga, który akurat słuchał. Nie mylił się co do tych ludzi. Prędzej czy później te zbłąkane małe móżdżki doprowadzą ich tam, gdzie powinni się znaleźć.

- Bardzo ciekawy pomysł! - zawołał.

- Nic z tego - mruknął ponuro brat Strażnica. - Nie ma już wielkich smoków.

- Ale mogą być.

Najwyższy Wielki Mistrz splótł palce.

- Co mówiliście? — Brat Strażnica nie dosłyszał.

- Powiedziałem, że mogą być.

Z głębi kaptura brata Strażnicy zabrzmiał nerwowy chichot.

- Jak to? Prawdziwe? Z wielkimi łuskami i skrzydłami?

-Tak.

- Oddechem jak palenisko?



-Tak.

- Z tymi ogromnymi pazurami na łapach?

- Ze szponami? Oczywiście. Ile tylko chcecie.

- Co to znaczy: ile tylko chcemy?

- Miałem nadzieję, że to oczywiste, bracie Strażnico. Jeśli chce­cie smoków, będziecie mieli smoki. Możecie sprowadzić tu smoka. Teraz. Do miasta.

- Ja?


- Wy wszyscy - wyjaśnił Najwyższy Wielki Mistrz. - To znaczy my. Brat Strażnica zawahał się.

- Nie wiem, czy to dobry...

- I wykona każdy wasz rozkaz.

To ich zaciekawiło. To ich zachęciło. Te słowa upadły przed ich chytrymi, małymi móżdżkami niby kawał mięsa w psiarni.

- Możecie to powtórzyć? - poprosił po namyśle brat Tynkarz.

- Możecie nim kierować. Możecie mu rozkazywać, a on wszyst­ko wykona.

- Co? Prawdziwy smok?

Najwyższy Wielki Mistrz westchnął cichutko pod osłoną kaptura.

- Tak, prawdziwy. Nie mały, pokojowy smok bagienny, ale praw­dziwa bestia.

- Ale myślałem, że one są... no wiecie... mitami. Najwyższy Wielki Mistrz pochylił się lekko.

- Były mitami i były rzeczywiste - oznajmił głośno. - I fala, i cząstka.

- Tutaj już nie rozumiem - wyznał brat Tynkarz.

- W takim razie pokażę. Poproszę o księgę, bracie Palcy. Dzię­kuję. Bracia, muszę wam wyznać, że kiedy pobierałem nauki u Ta­jemnych Mistrzów...

- U kogo, Najwyższy Wielki Mistrzu? - przerwał brat Tynkarz.

- Dlaczego nie słuchałeś? Nigdy nie słuchasz. Powiedział: Ta­jemnych Mistrzów! - odpowiedział brat Strażnica. - Wiesz, szacow­ni mędrcy, co mieszkają na jakiejś górze i w sekrecie wszystkim rzą­dzą. Nauczyli go, co należy i teraz może chodzić przez ogień i w ogóle. On też nas nauczy, prawda, Najwyższy Wielki Mistrzu? - zakończył przymilnie.

- Aha, Tajemni Mistrzowie! - zawołał brat Tynkarz. - Przepra­szam. W mistycznych kapturach. No jasne. Tajemni. Już pamiętam.

Kiedy już będę rządził miastem, pomyślał Najwyższy Wielki Mistrz, wszystko to się skończy. Stworzę nowe tajne stowarzyszenie ludzi bystrych i inteligentnych... chociaż nie nazbyt inteligentnych, ma się rozumieć. Bez przesady. Obalimy zimnego tyrana, zapocząt­kujemy nową erę oświecenia, braterstwa i humanizmu. Ankh-Morpork zmieni się w utopię, a tacy ludzie jak brat Tynkarz upieką się na wolnym ogniu, jeśli tylko będę miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia, a będę. I jego figgin2 też.

- A więc, jak już mówiłem, kiedy pobierałem nauki od Tajem­nych Mistrzów... - podjął.

- To wtedy, kiedy kazali wam chodzić po ryżowym papierze, zgadza się? - wtrącił uprzejmie brat Strażnica. - Zawsze uważałem, że to niezła sztuka. Odkąd nam o tym opowiedzieliście, Najwyższy Wielki Mistrzu, zbieram ten papier z opakowań makaroników. Wła­ściwie to zabawne. Chodzę po nim bez żadnych problemów. To po­kazuje, co człowiekowi daje wstąpienie do właściwego tajnego stowarzyszenia. Nie ma co.

Kiedy brat Tynkarz znajdzie się na ruszcie, pomyślał Najwyższy Wielki Mistrz, nie będzie tam sam.

- Twoje kroki na drodze ku oświeceniu są przykładem dla nas wszystkich, bracie Strażnico - powiedział głośno. - Gdybym jednak mógł kontynuować... Pośród wielu sekretów...

- ...z samego Serca Istnienia - podpowiedział brat Strażnica.

- ...z samego Serca, jak słusznie zauważył brat Strażnica, Ist­nienia, znalazło się też obecne miejsce pobytu smoków szlachet­nych. Przekonanie, że wymarły, jest całkowicie błędne. Po prostu znalazły inną niszę ewolucyjną. I można je stamtąd przywołać. Ta księga... - podniósł tom w górę - .. .zawiera szczegółowe instrukcje.

- Tak zwyczajnie są w książce? - zdziwił się brat Tynkarz.

- Nie w zwykłej książce. To jedyny egzemplarz. Szukałem go przez długie lata. Karty pokrywa własnoręczne pismo Tubala de Malachita, wielkiego badacza smoków. Spisał wszystko osobiście. Przywoływał smoki wszelkich rozmiarów. I wy też możecie.

Zapadła niezręczna cisza.

- Ehem... - odezwał się w końcu brat Odźwierny.

- To mi trochę przypomina... no wiecie... magię - mruknął brat Strażnica nerwowym tonem człowieka, który domyślił się, pod którym z trzech kubków ukryty jest groszek, ale woli tego nie zdra­dzać. - Znaczy, nie chciałbym kwestionować waszej najwyższej mą­drości i w ogóle, ale... no... niby magia...

Umilkł.


- Tak - zgodził się z zakłopotaniem brat Tynkarz.

- Chodzi no... o magów - dodał brat Palcy. - Pewnieście tego nie wiedzieli, kiedyście siedzieli u tych szacownych pustynników w górach. Ale tutaj, kiedy magowie przyłapią kogoś na takich zaba­wach, spadają na niego niczym tona cegłówek.

- Nazywają to demarkacją - wyjaśnił brat Tynkarz. - Niby że wy nie plączecie mistycznych, złożonych jakim tam przyczynowości, a oni nie kładą tynków.

- Nie dostrzegam tu problemu - oświadczył Najwyższy Wielki Mistrz. W rzeczywistości dostrzegał go aż nazbyt wyraźnie. To była ostatnia przeszkoda. Wystarczy pomóc ich maleńkim móżdżkom ją pokonać, a będzie trzymał świat w ręku. Ich ogłupiająco nieinteli­gentny egoizm do tej pory nie zawiódł go ani razu. Z pewnością nie zawiedzie i teraz...

Bracia niespokojnie przestępowali z nogi na nogę. Wreszcie odezwał się brat Szambownik.

- Ha! Magowie! Co oni wiedzą o ciężkiej pracy? Najwyższy Wielki Mistrz odetchnął głęboko. Uff... Atmosfera złośliwej niechęci wyraźnie zgęstniała.

- Nic, trudno zaprzeczyć - przyznał brat Palcy. - Chodzą tylko i zadzierają nosa; są za dobrzy dla takich jak my. Widywałem ich, kiedy pracowałem na Uniwersytecie. Tyłki na milę szerokie, mówię wam. Czy kto widział, żeby się zajmowali uczciwą pracą?

- Na przykład złodziejstwem? - wtrącił brat Strażnica, który ja­koś nie lubił brata Palcego.

- Pewno, tłumaczą wszystkim - brat Palcy demonstracyjnie zi­gnorował pytanie - że niby nie wolno robić żadnych czarów, bo tyl­ko oni wiedzą, jak nie zakłócać harmonii wszechświata i czego tam jeszcze. Kupa bzdur, moim zdaniem.

- No więc... - zaczął brat Tynkarz. - Właściwie to nie wiem. Jak się źle wszystko pomiesza, to człowiek kończy po kostki w mo­krym tynku. A jak się coś pokręci z magią, to podobno okropne potwory wyłażą z desek i przeszywają człowieka na wylot.

- Owszem, ale to magowie tak mówią - stwierdził w zadumie brat Strażnica. - Prawdę mówiąc, nie znoszę ich. Może po prostu dobrali się do łatwych zysków i nie chcą, żeby reszta się dowiedzia­ła. Bo jak się dobrze zastanowić, to przecież tylko machają rękami i coś wołają.

Bracia zastanowili się dobrze. Rzeczywiście, brzmiało to roz­sądnie. Gdyby to oni dobrali się do łatwych zysków, na pewno by nie chcieli się z nikim dzielić.

Najwyższy Wielki Mistrz uznał, że nadszedł właściwy moment.

- Zatem zgadzamy się, bracia? Jesteście gotowi do praktyk ma­gicznych?

- Chodzi o praktykę? - upewnił się z wyraźną ulgą brat Tyn­karz. - Praktyka mi nie przeszkadza. Dopóki nie musimy czarować naprawdę...

Najwyższy Wielki Mistrz uderzył pięścią w księgę.

- Będziemy rzucać prawdziwe zaklęcia! Doprowadzimy miasto do porządku! Przywołamy smoka! - krzyknął. Odstąpili.

- A potem - zapytał brat Odźwierny - kiedy już ściągniemy tu smoka, prawowity król się pojawi? Tak po prostu?

- Tak! - obiecał Najwyższy Wielki Mistrz.

- Na pewno — poparł go brat Strażnica.

- To rozsądne. Z powodu Przeznaczenia i nieuchronnych dzia­łań Losu.

Po chwili wahania nastąpiło ogólne kiwanie kapturami. Tylko brat Tynkarz był trochę niepewny.

- Jeszcze jedno... - powiedział. - Nie wyrwie się spod kontro­li, prawda?

- Zapewniam cię, bracie Tynkarzu, że możesz się wycofać, kie­dy tylko zechcesz - odpowiedział gładko Najwyższy Wielki Mistrz.

- No to... niech będzie — zgodził się z ociąganiem brat Tyn­karz. - Tylko na chwilę. A czy możemy go zatrzymać tak długo, że­by spalił, na przykład, tyrańskie sklepy z warzywami?

Aha...


Zwyciężył. Znowu powrócą smoki. I król. Nie taki jak dawni królowie. To król, który zrobi to, co mu się każe.

- To zależy - odparł Najwyższy Wielki Mistrz - od tego, jak bar­dzo mi pomożecie. Na początek potrzebujemy wszelkich magicz­nych przedmiotów, jakie zdołacie dostarczyć...

Niech lepiej nie widzą, że druga połówka książki de Malachita jest zwęgloną bryłą. Autor nie był dostatecznie silny.

On sam poradzi sobie lepiej. I nic, ale to nic nie zdoła go po­wstrzymać.

Zagrzechotał grom...



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna