Terry pratchett



Pobieranie 1,31 Mb.
Strona1/19
Data21.11.2017
Rozmiar1,31 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19



TERRY PRATCHETT
Piramidy

CZĘŚĆ I

Księga Wyjścia
Nic tylko gwiazdy, rozsypane w mroku, jakby Stwórca rozbił szybę w swoim samochodzie i nie zatrzymał się, żeby zmieść odłamki.

To otchłań między wszechświatami, lodowata głębia kosmosu, za­wierająca jedynie z rzadka jakąś przypadkową molekułę, kilka za­gubionych komet i...

.. .krąg czerni przesuwa się lekko, oko na nowo ocenia perspek­tywę, i to, co wydawało się niezmierzoną dalą międzygwiezdnej... czegoś międzygwiezdnego, staje się światem okrytym nocą, a jego gwiazdy to światła tego, co litościwie nazwiemy cywilizacją.

Świat sunie leniwie i okazuje się, że jest on światem Dysku -płaskim, okrągłym, niesionym przez kosmos na grzbietach czterech słoni, stojących z kolei na skorupie Wielkiego A'Tuina, jedynego żółwia, który figuruje na diagramie Hertzsprunga-Russella, żółwia długiego na dziesięć tysięcy mil, obsypanego szronem martwych komet, z krostami kraterów meteorytowych i oczami mającymi al­bedo. Nikt nie zna przyczyny tego stanu rzeczy, ale prawdopodob­nie jest kwantowa.

Wiele z tego, co dziwne, może się zdarzyć w świecie jak ten, umieszczonym na grzbiecie żółwia.

Już się zdarza.

Gwiazdy w dole to ogniska na pustyni i światełka małych wiosek w wysokich górach. Miasteczka to niewyraźne mgławice, miasta to ogromne konstelacje. Wielkie, rozległe miasto Ankh-Morpork, na przykład, błyszczy jak zderzające się galaktyki.

Tu jednak, z dala od głównych skupisk ludności, gdzie Okrągłe Morze styka się z pustynią, błyszczy linia zimnego błękitnego ognia. Ku niebu wznoszą się płomienie lodowate jak zbocza Piekła. Upior­ne światło migocze na piasku.

To piramidy w starożytnej dolinie Djelu oddają w ogniu swoją moc.

Energia spływająca z ich parakosmicznych wierzchołków może - w dalszych częściach - rozjaśnić wiele tajemnic: dlaczego żółwie nienawidzą filozofii, dlaczego przesadna religijność źle wpływa na kozy i co naprawdę robią podręczne.

Z pewnością wyjawi, co nasi przodkowie by pomyśleli, gdyby żyli do dzisiaj. Ludzie współcześni często spekulują na ten temat. Czy podobałoby im się nowoczesne społeczeństwo, pytają; czy za­chwyciłyby ich nasze zdobycze? Oczywiście, pomija to kluczowe za­gadnienie. Nasi przodkowie, gdyby żyli do dzisiaj, myśleliby: „Dla­czego tu jest tak ciemno?"
***

Najwyższy kapłan Dios otworzył oczy w chłodzie poranka. Od pewnego czasu prawie nie sypiał. Nie pamiętał już, kie­dy spał po raz ostatni. Sen był zbyt podobny do tego dru­giego stanu, a zresztą i tak go nie potrzebował. Wystarczyło trochę poleżeć - a w każdym razie poleżeć tutaj. Trucizny zmęczenia zni­kały jak wszystko pozostałe. Na pewien czas. Ale czas dostatecznie długi.

Zsunął nogi z płyty w swojej małej komorze. Niemal bez świa­domego ponaglenia mózgu, prawa dłoń chwyciła oplecioną węża­mi laskę, symbol jego urzędu. Dios zatrzymał się jeszcze, by wydrapać kolejny znak na ścianie, owinął się szatą i dziarsko ruszył po­chylonym korytarzem na zewnątrz. W myślach układały się już słowa Inwokacji Nowego Słońca. Noc minęła, nadchodził dzień. Wie­le rad i wskazówek czekało, by ich udzielił, a Dios żył tylko po to, by służyć.

Dios nie miał najdziwniejszej sypialni na świecie. Była to jedy­nie najdziwniejsza sypialnia, z której ktokolwiek wyszedł.


***

Słońce sunęło po niebie.

Wielu ludzi zastanawia się, dlaczego to robi. Niektórzy są­dzą, że popycha je gigantyczny skarabeusz. Temu wyjaśnie­niu brakuje jednak pewnej technicznej dokładności. Ma także tę wadę, że -jak wykażą niektóre wydarzenia - może być w istocie prawdziwe.

Słońce dotarło do zachodu i nic szczególnie nieprzyjemnego mu się nie zdarzyło1, a jego przygasające promienie przypadkiem błysnęły przez okno w mieście Ankh-Morpork i odbiły się od lustra.

Było to lustro wysokości człowieka. Wszyscy skrytobójcy mają w pokojach takie duże lustra, ponieważ byłoby dla człowieka strasz­liwą obrazą, gdyby został zabity przez kogoś nieodpowiednio ubra­nego.

Teppic przyjrzał się sobie krytycznie. Wszystkie pieniądze wydal na kostium z czarnego jedwabiu. Kostium szeleścił bardzo cicho przy każdym ruchu. Był całkiem niezły.

Przynajmniej ból głowy ustawał. Dręczył dziś Teppica od same­go rana i chłopak bał się, że wystartuje do biegu i fioletowe plam­ki będą mu migać przed oczyma.

Westchnął, otworzył czarne puzderko, wyjął pierścienie i wsu­nął je na palce. Inne pudełko mieściło w sobie zestaw noży z klatchiańskiej stali, o ostrzach przyczernionych kopciem z lampy. Roz­maite chytre i skomplikowane aparaty wysupłał z aksamitnych mieszków i wsunął do kieszeni. Dwa tlingas o długich ostrzach, słu­żące do rzucania, trafiły do pochewek w butach. Cienką jedwabną linę ze składaną kotwiczką Teppic owinął wokół pasa, na kolczu­dze. Dmuchawkę na skórzanym rzemieniu zawiesił na plecach i ukrył pod płaszczem. Zabrał też cienki metalowy pojemnik z kompletem strzałek; ich ostrza były zabezpieczone korkiem, a drzewca oznaczone kodem Braille'a dla łatwej identyfikacji w ciemności.

Skrzywił się, sprawdził klingę rapiera i zawiesił go na bandolecie przerzuconym przez prawe ramię, by zrównoważyć ciężar wor­ka ołowianej amunicji do procy. Po namyśle otworzył szufladę ko­mody, wyjął pistoletową kuszę, buteleczkę oliwy, zestaw wytrychów, a po krótkim wahaniu dodał też sztylet, mieszek różnych rozmia­rów kolczastych kulek i kastet.

Sięgnął po kapelusz, sprawdził, czy pod podszewką znajduje się kawałek drutu. Potem wcisnął go zawadiacko na głowę, po raz ostatni z satysfakcją spojrzał w lustro, odwrócił się na pięcie i bardzo powoli upadł na podłogę.


***

W Ankh-Morpork trwało upalne lato. Właściwie było nawet bardziej niż upalne. Było cuchnące.

Wielka rzeka zmieniła się w gęstą jak lawa maź pomiędzy Ankh, częścią miasta z lepszymi adresami, i Morpork na drugim brzegu. Morpork nie miało dobrych adresów. Morpork było mia­stem bliźniaczym dołu ze smołą. Niewiele można było uczynić, by zmienić Morpork w gorsze miejsce. Bezpośrednie trafienie mete­orytem, na przykład, zostałoby uznane za renowację.

Większą część rzecznego koryta pokrywała warstwa popękane­go, zaschniętego błota. Za dnia słońce przypominało wielki mie­dziany gong przybity do nieba. Żar, który wysuszył rzekę, smażył miasto za dnia i dopiekał nocą, przypalał stare deski, zmieniał tra­dycyjne uliczne błoto w drobny, duszący pył koloru ochry.

Taka pogoda nie była typowa dla Ankh-Morpork. Ze swej natu­ry miasto miało bowiem skłonności do mgieł i mżawek, deszczów i chłodów. Teraz dyszało ciężko niby ropucha na piecu. I nawet w tej chwili, koło północy, upał nie zelżał, okrywając ulice niczym zwę­glony aksamit, przypalając powietrze i tłumiąc oddech.

Wysoko na północnej ścianie budynku Gildii Skrytobójców za­brzmiało ciche szczęknięcie i jedno z okien stanęło otworem.

Teppic, który z ciężkim sercem pozbył się co bardziej masyw­nych elementów uzbrojenia, głęboko wciągnął do płuc gorące, stęchłe powietrze.

Nadszedł czas.

Nadeszła ta noc.

Mówili, że człowiek ma jedną szansę na dwie, chyba że egza­minatorem będzie stary Mericet, gdyż wtedy równie dobrze moż­na od razu poderżnąć sobie gardło.

Mericet w każdy czwartek po południu wykładał Strategię i Teo­rię Trucizn, a Teppic nie radził sobie z tym najlepiej. Internaty aż szumiały od plotek o Mericecie, o liczbie zabójstw, o niesamowitej technice... W swoim czasie Mericet pobił wszelkie rekordy. Podob­no zabił nawet Patrycjusza Ankh-Morpork. Nie obecnego, ma się ro­zumieć. Jednego z nieżyjących.

Może uda się trafić na Nivora, który był wesoły i gruby, lubił dobrze zjeść, a we wtorki prowadził Pułapki i Zapadnie. Teppicowi dobrze wychodziły pułapki i mistrz go lubił. A może przyjdzie Kompt de Yoyo od Języków Współczesnych i Muzyki. Teppic nie miał uzdolnień w żadnym z tych kierunków, ale Kompt był także zapalonym wspinaczem i lubił chłopców, którzy dzielili z nim en­tuzjazm dla wiszenia na jednej ręce wysoko ponad ulicami miasta.

Teppic postawił nogę na parapecie, odwinął linę z kotwiczką, zaczepił ją o rynnę dwa piętra wyżej i wyśliznął się za okno.

Żaden skrytobójca nigdy nie korzysta ze schodów.


***

Nadeszła chyba właściwa chwila, by - dla uzasadnienia cią­głości akcji i późniejszych wydarzeń - poinformować, że największy matematyk świata Dysku leżał w tej chwili i spo­kojnie jadł kolację. Interesujące jest to, że ze względu na swoją przy­należność gatunkową, matematyk jadł na kolację swój obiad.


***

Dzwony w całym Ankh-Morpork wybiły północ, gdy Tep­pic wspiął się na ozdobny parapet cztery piętra nad ulicą Filigranową. Serce biło mu mocno. Ostatnie resztki blasku po zachodzie słońca oświetlały jakąś ciem­ną sylwetkę. Teppic zatrzymał się obok wyjątkowo obrzydliwego gargulca i rozważył sytuację.

Praktycznie pewna klasowa plotka głosiła, że inhumacja egza­minatora przed testem automatycznie gwarantuje dyplom. Chło­piec wysunął z pochwy na udzie nóż numer trzy i ostrożnie zważył go w dłoni. Oczywiście, każda próba, każdy pochopny ruch, który chybiał, powodował natychmiastową porażkę i utratę przywilejów2.

Sylwetka stała w absolutnym bezruchu. Teppic spojrzał na labi­rynt kominów, gargulców, otworów wentylacyjnych, mostków i dra­bin, tworzących dachową scenerię miasta.

No tak, myślał. To jakaś kukła. Liczy, że ją zaatakuję, a to ozna­cza, że obserwuje mnie skądś.

Czy potrafię go znaleźć? Nie.

Z drugiej strony, może właśnie mam pomyśleć, że to kukła. Chyba że o tym też pomyślał...

Zabębnił palcami o gargulca i szybko się opanował. Co w ta­kiej sytuacji dyktuje rozsądek?

Daleko w dole IIałaśliwa grupa, zataczając się, przeszła przez kałużę blasku na ulicy.

Teppic schował nóż i wstał.

- Sir - oznajmił głośno. - Jestem.

- Doskonale - odpowiedział niezbyt wyraźnie oschły głos tuż koło jego ucha.

Teppic patrzył prosto przed siebie. Mericet pojawił się przed nim, ścierając w kościstej twarzy szary pył. Wyjął z ust kawałek rur­ki, odrzucił ją i sięgnął pod płaszcz po notatnik. Mimo upału był grubo opatulony. Mericet należał do ludzi, którzy marzną nawet we wnętrzu wulkanu.

- Aha - mruknął. Jego głos wyrażał głęboką dezaprobatę. - Pan Teppic. Dobrze.

- Piękna noc, sir - rzekł Teppic.

Egzaminator rzucił mu lodowate spojrzenie, sugerujące, że uwagi o pogodzie natychmiast zyskują punkt ujemny. Zanotował coś.

- Najpierw kilka pytań - oznajmił.

- Jak pan sobie życzy, sir.

- Jaka jest maksymalna dopuszczalna długość noża do rzutów? - warknął Mericet.

Teppic zamknął oczy. Przez ostatni tydzień czytał jedynie Cordat; teraz widział właściwą stronicę, płynącą kusząco tuż pod powiekami. Nigdy nie pytają o długości i ciężary, powtarzali studenci. Liczą, że wykujesz na blachę długości, ciężary i odległości rzutów, ale nigdy...

Groza zwarła obwody mózgu i pamięć wrzuciła bieg. Stronica wyostrzyła się.

- Maksymalna długość noża do rzutów wynosi dziesięć grubo­ści palca; podczas deszczu dopuszczalne jest dwanaście - wyrecyto­wał. - Odległość rzutu...

- Wymień trzy trucizny nadające się do aplikowania przez ucho.

Dmuchnął wietrzyk, ale nie ochłodził powietrza. Przemieścił jedynie żar.

- Sir... Komarzy agar, achorionowa purpura i mustyk - odparł natychmiast Teppic.

- Dlaczego nie spim? - zapytał Mericet, szybki jak wąż. Teppic otworzył usta. Przestąpił z nogi na nogę, unikając prze­nikliwego wzroku egzaminatora.

- S-sir, spim nie jest trucizną - wykrztusił w końcu. - To nie­zwykle rzadkie antidotum na jady pewnych węży, otrzymywane... -Uspokoił się trochę. Długie godziny poświęcone wertowaniu sta­rych słowników, przyniosły jednak korzyść. - Otrzymywane z wątro­by nadymającej mangusty, która...

- Co oznacza ten symbol? - przerwał mu Mericet.

- .. .żyje wyłącznie w...

Teppic umilkł. Przyjrzał się skomplikowanym runom na kar­cie w dłoni Mericeta, po czym znowu wbił wzrok w przestrzeń za uchem egzaminatora.

- Nie mam pojęcia, sir.

Zdawało mu się, że słyszy najcichsze westchnienie, najdelikat­niejszy ślad zadowolonego mruknięcia.

- Ale gdyby odwrócić ją dołem do góry, sir - podjął - byłby to złodziejski symbol, oznaczający „IIałaśliwe psy w domu".

Przez chwilę trwała cisza. Potem, tuż przy ramieniu chłopca, głos starego skrytobójcy zapytał:

- Czy garotą mogą posługiwać się wszystkie kategorie?

- Sir, regulamin mówi o trzech pytaniach - zaprotestował Teppic.

- Aha... Więc tak brzmi twoja odpowiedź?

- Nie, sir. To była tylko uwaga. Sir, odpowiedź, której pan ocze­kuje, brzmi: wszystkie kategorie mogą nosić garotę, ale tylko skry­tobójcy trzeciego stopnia mogą jej używać, stanowi jedną z trzech możliwości.

- Jesteś tego pewien?

- Tak, sir.

- Może się jeszcze zastanowisz?

Głosem egzaminatora można by smarować osie wozów.

- Nie, sir.

- Doskonale.

Teppic odprężył się nieco. Tunika przylgnęła mu do pleców, chłodna i wilgotna od potu.

- Teraz z prędkością, jaka ci odpowiada, udasz się na ulicę Księ­gowych - przemówił spokojnym tonem Mericet. - Przestrzegając wszystkich znaków i tak dalej. Będę na ciebie czekał w komnacie pod dzwonnicą na rogu Alei Audytu. Aha... Weź to, jeśli łaska.

Wręczył Teppicowi niewielką kopertę.

Teppic oddał pokwitowanie. Potem Mericet wstąpił w plamę cienia za kominem i zniknął.

Tyle jeśli chodzi o ceremonie.

Teppic odetchnął głęboko i wysypał na dłoń zawartość koper­ty. Był to czek gildii na dziesięć tysięcy ankh-morporkiańskich dola­rów, wystawiony na „Okaziciela" - imponujący dokument, opatrzo­ny pieczęcią gildii z podwójnym krzyżem i sztyletem w płaszczu.

Teraz już nie miał odwrotu. Przyjął pieniądze. Albo przeżyje, a w takim wypadku zgodnie z tradycją ofiaruje te pieniądze na fun­dusz pomocy wdowom i sierotom gildii, albo odbiorą ten czek jego trupowi. Czek miał trochę zawinięte rogi, ale Teppic nie znalazł na nim śladów krwi.

Sprawdził noże, przesunął pas z rapierem, obejrzał się i ruszył truchtem.

Przynajmniej tutaj sprzyjało mu szczęście. Według tradycji, pod­czas testów wykorzystuje się najwyżej pół tuzina tras; latem mrowił się na nich tłum studentów, wspinających się na dachy, wieże, oka­py i kolumny miasta. Wspinaczka była popularnym sportem i dzie­dziną współzawodnictwa między internatami. Była też jedną z nie­licznych dziedzin, w których Teppic radził sobie doskonale. Został nawet kapitanem drużyny, która pokonała Dom Skorpiona w finałach Igrzysk Ścianowych. A czekała go jedna z najłatwiejszych tras.

Zeskoczył lekko z dachu, wylądował na parapecie, bez trudu przebiegł wzdłuż milczącego budynku, przesadził wąską szczelinę i znalazł się na dachówkach sali gimnastycznej Reformowanych-Kultystów-Ropiejącego-Boga-SIIamIIarotIIa Stowarzyszenia Mło­dych Mężczyzn. Przebiegł po spadzistym dachu, bez zwalniania tem­pa pokonał dwunastostopową ścianę i trafił na szeroki, płaski dach świątyni Ślepego Io.

Nad horyzontem wisiał pomarańczowy księżyc w pełni. Wiała bryza, niezbyt mocna, ale odświeżająca jak prysznic. Teppic przy­spieszył, ciesząc się chłodnym podmuchem na twarzy. Zeskoczył z krawędzi dachu dokładnie na wąską, drewnianą kładkę ponad Aleją Blaszanej Pokrywki.

Którą to kładkę ktoś - wbrew wszelkim oczekiwaniom - wła­śnie usunął.


***

W takich chwilach cale życie przewija się człowiekowi przed oczami...


***

Ciotka płakała. Dość teatralnie, uznał Teppic, gdyż starsza pani była twarda jak podeszwa hipopotama. Ojciec wyglą­dał surowo i godnie - jeśli tylko o tym nie zapominał -i próbował usunąć z umysłu kuszące obrazy urwisk i ryb. Służba sta­ła w szeregach wzdłuż sali, od głównego wejścia: podręczne z jednej strony, eunuchowie i lokaje z drugiej. Dygali kolejno, gdy przecho­dził, generując dość ładną sinusoidę, którą największy matematyk Dysku z pewnością by docenił, gdyby nie był akurat zajęty przyjmo­waniem razów kija i słuchaniem krzyków małego człowieczka odzia­nego w coś w rodzaju nocnej koszuli.

- Ale... - Ciotka Teppica wytarła nos. - Ale to przecież fach...

- Nonsens, kwiecie pustyni. - Ojciec poklepał jej dłoń. - To profesja. Co najmniej profesja.

- A jaka między nimi różnica? - zatkała.

Ojciec westchnął.

- Pieniądze, jak rozumiem. Dobrze mu zrobi taka wyprawa. Pozna nowych ludzi, nabędzie ogłady... Będzie miał jakieś zajęcie i uniknie pokus.

- Ale... skrytobójstwo... Jest taki młody i nigdy nie przejawiał żadnych inklinacji... - Otarła oczy. - Nie odziedziczył tego po na­szej części rodziny - dodała oskarżycielskim tonem. - Ten twój szwa­gier...

- Wuj Vyrt - wtrącił ojciec.

- Jeździ po świecie i zabija ludzi!

- Oni chyba nie używają tego słowa. Mówią raczej: konkludu­je lub anuluje. Albo inhumuje. Tak słyszałem.

- Inhumuje?

- Inhumacja to chyba coś w rodzaju ekshumacji, o płynące wo­dy, tylko że zanim cię pochowają.

- Uważam, że to okropne. - Pociągnęła nosem. - Ale słysza­łam od lady Nooni, że tylko jeden chłopiec na piętnastu zdaje koń­cowy egzamin. Może rzeczywiście, pozwólmy mu się wyszaleć.

Król Teppicymon XXVII smętnie pokiwał głową i oddalił się, by pomachać synowi na pożegnanie. Nie był tak mocno jak siostra przekonany o okropnościach skrytobójstwa. Z ociąganiem, ale jed­nak od dawna zajmował się polityką i uważał, że choć skrytobójstwo jest gorsze od debaty, to jednak z pewnością lepsze od wojny, choć pewni ludzie uważają, że wojna to to samo, tylko głośniejsze. Trze­ba też przyznać, że młody Vyrt zawsze miał mnóstwo pieniędzy i czę­sto przybywał do pałacu z kosztownymi podarkami, egzotyczną opa­lenizną i porywającymi opowieściami o ludziach, których poznał w obcych stronach, zwykle na krótko.

Żałował, że w tej chwili Vyrt nie może mu doradzić. Jego wyso­kość także słyszał, że tylko jeden student na piętnastu zostaje praw­dziwym skrytobójcą. Nie był pewien, co dzieje się z pozostałą czter­nastką. Podejrzewał jednak, że marnych studentów w szkole skryto­bójców spotyka coś więcej niż rzucanie w nich kredą przy tablicy i że szkolne obiady niosą z sobą dodatkowe zagrożenie.

Wszyscy za to zgadzali się, że szkoła skrytobójców gwarantuje najlepsze wykształcenie ogólne na świecie. Wykwalifikowany skryto­bójca powinien umieć się zachować w każdym towarzystwie i grać przynajmniej na jednym instrumencie. Każdy inhumowany przez alumnów szkoły gildii mógł spoczywać usatysfakcjonowany, że anu­lował go ktoś o wyrobionym smaku i elegancji.

A poza tym, co chłopca czekało w domu? Królestwo szerokie na dwie mile i długie na sto pięćdziesiąt, w porze wylewu prawie całe pokryte wodą, zagrożone z obu stron przez sąsiadów, którzy tolerowali jego istnienie wyłącznie dlatego, że gdyby go tam nie by­ło, bez przerwy walczyliby ze sobą nawzajem.

Tak, Djelibeybi3 było kiedyś wielkie - gdy takie prymitywne kraje jak Tsort i Ephebe zamieszkiwały tylko bandy nomadów z ręcz­nikami na głowach. Po tych wspaniałych czasach pozostał tylko ruj­nująco kosztowny pałac, trochę zakurzonych ruin na pustyni i - fa­raon westchnął - piramidy. Zawsze te piramidy.

Jego przodkom bardzo zależało na piramidach. Faraonowi wca­le. Piramidy doprowadziły kraj do bankructwa, wyssały go do sucha lepiej niż rzeka. Jedyną klątwą grobowca, na jaką obecnie mógł so­bie pozwolić, było „Spadaj".

Jedyne piramidy, jakie nie wzbudzały niechęci, były bardzo ma­łe i stały na granicy ogrodów. Budowano je za każdym razem, gdy zdechł któryś z kotów.

Obiecał to matce chłopca.

Tęsknił za Artelą. Małżeństwo z kobietą spoza królestwa wywo­łało prawdziwą burzę, a niektóre jej obce zwyczaje zdumiewały i fa­scynowały nawet jego. Może to od niej nauczył się tej dziwnej nie­chęci do piramid. W Djelibeybi było to jak niechęć do oddychania. Obiecał jej jednak, że wyśle Teppica do szkoły poza granicami kró­lestwa. Uparła się. „Ludzie tutaj niczego się nie uczą - tłumaczyła -tylko pamiętają".

Gdyby tylko pamiętała, że nie wolno pływać w rzece...

Spojrzał na służących, ładujących bagaż Teppica do powozu, i po raz pierwszy za pamięci ich obu położył dłoń na ramieniu syna.

Nie wiedział, co ma powiedzieć. Nigdy właściwie nie mieli­śmy czasu, żeby się lepiej poznać, myślał. Tak wiele mogłem mu dać... Jedno czy drugie solidne lanie z pewnością nie poszłoby na marne.

- Em... - zaczął. - Cóż, mój chłopcze...

- Tak, ojcze?

- To... tego... pierwszy raz, kiedy samotnie wyjeżdżasz z do­mu...

- Nie, ojcze. Jak pamiętasz, ostatnie lato spędziłem z lordem Fhem-pta-hem.

- Naprawdę? - Przypomniał sobie, że istotnie, pałac wydawał się wtedy cichszy. Przypisywał to nowym gobelinom.

- Wszystko jedno - rzekł. -Jesteś już młodym mężczyzną, masz prawie trzynaście lat...

- Dwanaście, ojcze - poprawił Teppic.

- Jesteś pewien?

- W zeszłym miesiącu miałem urodziny. Podarowałeś mi płytę grzejną do łóżka.

- Podarowałem? To niezwykłe. Czy wyjaśniłem dlaczego?

- Nie, ojcze. - Teppic spojrzał na łagodne, zakłopotane oblicze rodzica. - To bardzo dobra płyta - dodał pocieszająco. - Bardzo ją lubię.

- Aha. Dobrze. Hm. -Jego wysokość raz jeszcze poklepał syna po ramieniu, jak człowiek, który bębni palcami po biurku i usiłuje myśleć. Jakiś pomysł chyba wpadł mu do głowy.

Służący umocowali kufer do dachu powozu, a woźnica cierpli­wie przytrzymywał otwarte drzwiczki.

- Kiedy młody człowiek wyrusza w świat - zaczął niepewnie władca - są pewne... no, jest bardzo ważne, by pamiętał... Chodzi o to, że świat jest jednak bardzo duży, z rozmaitymi... Oczywiście, zwłaszcza w mieście, gdzie wiele istnieje dodatkowych...

Urwał i niepewnie machnął ręką.

Teppic przyjął to spokojnie.

- Wszystko w porządku, ojcze, Dios, najwyższy kapłan, wytłu­maczył mi, że powinienem regularnie się kąpać i nie oślepnąć. Ojciec zamrugał niepewnie.

- Nie ślepniesz chyba? - zapytał.

- Raczej nie, ojcze.

- Aha. Tak. To doskonale - stwierdził król. -Absolutnie wspa­niale. Naprawdę dobra wiadomość.

- Muszę już ruszać, ojcze. Niedługo skończy się przypływ. Jego wysokość skinął głową i poklepał się po kieszeniach.

- Coś tu miałem... - wymruczał, wyśledził to coś i wsunął Teppicowi do kieszeni niewielką skórzaną sakiewkę.

Znowu spróbował manewru z ramieniem.

- Mały drobiażdżek - szepnął. - Nie mów ciotce. Zresztą i tak nie możesz. Poszła się położyć. To trochę za wiele jak dla niej.

Teppicowi pozostało jeszcze złożyć kurczaka w ofierze przed posągiem Khufta, założyciela Djelibeybi, aby opiekuńcza ręka przodka kierowała jego krokami. Było to małe kurczę, i kiedy Khuft z nim skończył, król zjadł je na obiad.

Djelibeybi było niewielkim, zamkniętym w sobie krajem. Na­wet jego plagi były raczej łagodne. Wszystkie szacowne rzeczne kró­lestwa miewają potężne, nadprzyrodzone plagi, ale Stare Państwo przez ostatnie sto lat stać było jedynie na Plagę Żaby4.


***

Tego wieczoru znaleźli się daleko od delty Djel i przez Okrągłe Morze zmierzali do Ankh-Morpork. Teppic przy­pomniał sobie o sakiewce i zbadał jej zawartość. Z miło­ścią, ale też z typowym dla siebie roztargnieniem, ojciec dał mu na drogę korek, pół puszki smaru do siodeł, niewielką spiżową mone­tę nieustalonej wartości i wyjątkowo starą sardynkę.


***

Powszechnie wiadomo, że tuż przed śmiercią zmysły stają się niezwykle wyczulone. Ogólnie uważa się, że mają po­móc właścicielowi wykryć jakiekolwiek możliwe wyjście z trudnej sytuacji, inne niż to najbardziej oczywiste.

To nieprawda. Fenomen ten jest klasycznym przykładem ak­tywności zastępczej. Zmysły rozpaczliwie koncentrują się na czym­kolwiek z wyjątkiem kluczowego problemu. W przypadku Teppica była to rozległa powierzchnia bruku leżąca jakieś piętnaście sążni pod nim i zbliżająca się szybko. Miał nadzieję, że bruk zniknie. Problem polegał na tym, że niedługo zniknie rzeczywiście. Nieważne zresztą, z jakiego powodu, ale Teppic dostrzegał wo­kół siebie wiele rzeczy. Promienie księżyca lśniące na dachach. Zapach świeżego chleba dobiegający z niedalekiej piekarni. Brzęczenie chrabąszcza, który przemknął w górę obok jego ucha. Glos plączą­cego dziecka w oddali i szczekanie psa. Cichy powiew powietrza, ze szczególnym uwzględnieniem jego rozrzedzenia i braku zaczepów.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna