Ten, który już szedł do koni krzyknął



Pobieranie 78,85 Kb.
Data06.12.2017
Rozmiar78,85 Kb.


Koniokrady
Upalny dzień jeszcze się na dobre nie rozkręcił, a już mieli dosyć. Plecy bolały od kolejnych sadzonek, a końca roboty nie było widać.

W cieniu pod płotem jest ich jeszcze tyle, że do końca tygodnia się nie wyrobimy, pomyślał prostując się z ulgą… co mnie kurwa podkusiło, żeby tu przyjechać!?

- Może jakieś piwo? – rzucił w stronę pracującego obok, który widać myślał o tym samym, bo bez słowa ruszył w stronę uwiązanych w cieniu koni.

- Jeszcze ktoś? A może zamierzacie się na tej wsi żywcem upiec, zamiast żywcem schłodzić, co? Najlepiej żeby pojechali wszyscy - nikt nie będzie potem pyszczył…Mateusz subtelnie mobilizował całą grupę.

Ten, który już szedł do koni krzyknął:

- Jedziemy! Kolejni praktykanci zostawiali robotę i kierowali się w stronę swoich siodeł.

Siodłanie… i za chwilę kilkunastoosobowy zastęp wjeżdżał stępem na drogę w kierunku wioski. Chociaż jazdy było nie więcej niż 20 minut, to lejący się z nieba żar dawał tak w kość, że zanim dojechali do pierwszych zabudowań konie zdążyły się przypocić i za chwilę dopadły ich wiejskie muchy, które pchały się do uszu, nosów i oczu koni i jeźdźców.

Na szczęście pod sklepem był lekki przeciąg i much ubyło.

- Przytrzymasz? - Mateusz rzucił od niechcenia do małego blondasa siedzącego na ławeczce przed sklepem.

- Przytrzymam, ale popręg trzeba popuścić…

- Nie mądrzyj się…

- Zapopręży się…

- To pilnuj, żeby nie żarł trawy… Mateusz wyraźnie nie miał dziś humoru.

- Lady łatwo się zapopręża, a trawę tak lubi… Pan jej nie zna, a ja na niej jeżdżę cały rok w klubie, Romek podszedł i zabrał się do wypinania przystuł z lewej strony konia.

- Gówno mnie obchodzi - jeździsz czy nie jeździsz… zostaw ten popręg w spokoju albo spierdalaj, wyrwał małemu wodze z ręki i owinął wokół płotu, ale koń szarpnął łbem i rzemienie zeskoczyły ze sztachety. Lady podbiegła kilka kroków i zaczęła żreć trawę…

- Widzi pan… teraz trudno będzie ją złapać.

Mateusz z wściekłością ruszył w stronę konia, ale ten podkłusował kilka kroków i znowu stanął przy bujniejszej trawie, do której opuścił łeb obserwując jednocześnie, co zrobi jeździec.

Ten spróbował podbiec, ale Lady powtórzyła manewr i widać było, że człowiek nie ma szans. Po chwili pasący się koń nadepnął na wodze i rzemień pękł.

- Przechlapane… blondynek, który przeciągał się na ławce machnął ręką… Anka tego od pana nie odbierze, a rymarz weźmie dwa złote za szycie. Jak jeszcze raz nadepnie i urwie od wędzidła to będzie następne dwa…

- Zamknij się, bo oberwiesz…

- Hej, coś się do niego przypiął - ma rację, lepiej poproś go o pomoc…któryś z kolegów podjął próbę zażegnania konfliktu, ale zanim skończył mówić Lady nadepnęła przodem na jedną z wodzy, która na szczęście wyśliznęła się spod bosego przedniego kopyta, i tym razem się nie zerwała.

Jeszcze ty mnie wkurwiaj, miał już na końcu języka Mateusz, ale zamiast tego powiedział:

- Widzisz smarku, nic dwa razy się nie zdarza…a ty zamiast siedzieć, lepiej byś mi pomógł…

- Pomogę, ale ona się zdenerwowała i teraz to będzie chwilę trwało żeby ją złapać, a mi bardzo chce się pić… blondas poczuł, że może swoje umiejętności zdyskontować.

- Dobra, idę po colę z lodówki, a ty ją łap, powiedział Mateusz, ale kiedy chłopak się odwrócił i ruszył do konia, mruknął coś pod nosem i zniknął w sklepie.

Kiedy za kilka minut wyszedł, malec siedział na ławce, a kobyła stała obok niego i żuła trawę, którą ten trzymał w garści.

Mateusz podszedł z kuflem w jednej, a colą w drugiej ręce, ale kiedy chłopak podał mu wodze, odstawił kufel na parapet sklepowego okna, a colę włożył do bocznej kieszeni na nogawce swoich spodni i zapiął rzepa. Potem zabrał kufel i bez słowa zamoczył usta w pianie patrząc cały czas przez malca na ogród, który był za nim.

Blondas nic nie powiedział, ale widać było, że oszustwo zrobiło na nim wrażenie, bo aż przybladł. Żaden z jeźdźców nie zareagował - wiedzieli, że to i tak nic nie da, więc woleli się nie wtrącać, wypić piwo i wracać do pracy, która musiała być zrobiona, żeby zaliczyć praktykę. Po chwili ktoś zebrał i odniósł kufle, a Mateusz zawołał:

- Na koń… po czym przerzucił związane na supeł wodze przez łeb konia i jednym szarpnięciem ręki opuścił strzemię... Po minie Romka widać było, że chce coś powiedzieć, ale w ostatniej zrezygnował, a na buzi pojawił się uśmieszek i brwi poniosły się w górę…

Jeździec włożył nogę w strzemię i odbił się od ziemi, ale luźne siodło przekręciło się pod brzuch kobyły, która przestraszona ruszyła do przodu. Potężnie zbudowany młodzieniec walnął o ziemię. Malec odbiegł przezornie kilka kroków, reszta zaśmiewała się patrząc jak czołowy otrzepuje się z piasku.

- Ty zasrany smarku, jednak poluźniłeś popręg… Mateusz nawet nie próbował gonić chłopca, który był już w bezpiecznej odległości…

- Tak mnie uczyła Anka, a pana kto uczył jazdy? – Romek czuł, że jest bezpieczny i próbował odgryźć się za to, co go spotkało. Lepiej niech pan sprawdzi po południu czy Lady nie napuchła pod popręgiem……a jakby opuchła, to może pan jej dać moją Colę, ona bardzo lubi…

- Czekaj… jeszcze się spotkamy, to sam napuchniesz… burknął wściekły jeździec i zabrał się do przesiodłania konia. Robił to wolno i starannie. Tak samo wolno i niedbale przełożył wodze przez koński łeb, potem wskoczył z ziemi na siodło i od razu ruszył galopem w stronę chłopaka, który czegoś takiego zupełnie się nie spodziewał i aż zamarł z wrażenia. Tych kilka fule wystarczyło żeby wyjął spod tybinki palcat i mijając smagnąć małego przez plecy… tak, że aż słychać było świst i klaśnięcie. Zdążył jeszcze krzyknąć:

- To żebyś wiedział, kto tu rządzi smarku…i odjechał w stronę widocznego na widnokręgu lasu. Reszta galopowała za nim i po chwili tylko kurz unoszący się powoli ze słabym wiatrem był ostatnim znikającym świadkiem całego zdarzenia.

Osłupiały i przestraszony Romeczek powlókł się do cienia, usiadł i rozpłakał się. Czuł się oszukany i poniżony.

Były wakacje i Anka od samego rana była w stajni. Uwijając się zwinnie i z rutyną przy koniach, sprawiała wrażenie starszej i bardziej doświadczonej niż była. W czasie weekendu, kiedy trener był na zawodach, a koniuszy na urlopie, ta czternastoletnia panienka zastępowała ich wydając sprzęt z siodlarni i pilnując obrządku w klubowych stajniach.

Zajmowała się także młodszymi od siebie dzieciakami, dla których zawsze znajdowała czas, bo doskonale pamiętała jak kilka lat temu sama marzyła o koniach.

- No… to bardzo niemiło cię ten kowboj potraktował, Romeczku, i musimy mu to wytłumaczyć tak, żeby na zawsze zapamiętał… przemawiała do chłopca, który siedział obok niej ze spuszczoną głową. Mam już nawet plan jak to zrobić, ale muszę uprzedzić trenera albo koniuszego…na pewno się zgodzą. A teraz głowa do góry i pomożesz mi trochę z sianem. Mamie masz powiedzieć, że biorę cię jutro na nocną wachtę do stajni. Pomożesz mi jeszcze w zakupach – potrzebuję szuwaks i kilka haczyków numer trzy – takich do wędki. Tu masz pieniądze… zrozumiano?

Malec ze kiwał głową i widać było, że wraca mu humor. W takiej chwili zrobiłby dla starszej koleżanki wszystko.

Dłuższy czas jechali stępa i kiedy dotarli do lasu zbliżała się jedenasta. Noc była ciepła, niebo rozgwieżdżone, a księżyc świecił tak jasno, że nawet na leśnej przecince towarzyszyły im cienie. Romek, który prowadził ten niewielki zastęp, podniósł rękę w górę. Zatrzymali konie i cała czwórka zsunęła się z siodeł na ziemię. Rozluźnili popręgi, co oznaczało, że konie będą miały dłuższy postój. Siodeł nie zdejmowali, bo mogło się przecież tak zdarzyć, że trzeba będzie szybko odjechać…

- Kto zostaje? Szepnął któryś.

Kubuś wyciągnął z kieszeni cztery zapałki. Jedną z nich złamał, potem wbił wszystkie w piasek, tak żeby inni nie zauważyli, która jest krótsza i cofnął się o krok. Troje pozostałych schyliło się i wyciągnęło po jednej, a ponieważ wszystkie były całe, więc to właśnie jemu wręczyli pętle swoich wodzy. Potem odpięli od kulbak dodatkowe rzemienie i bez słowa skierowali się piaszczystą drogą w dół, w stronę jeziora. Kuba patrzał za nimi tak długo, aż znikli mu z oczu. Usiadł pod pniem i oparł się o niego, starając się zrobić to tak, żeby było wygodnie, ale nierówności kory i korzenie szybko zweryfikowały pomysł.

Kończył 12 lat i po raz pierwszy w życiu trzymał cztery konie, które grzebały, schylały łby, parskały i dmuchały w podłoże starając się znaleźć coś interesującego, a ponieważ było to trudne, więc próbowały się okręcić, albo właziły jeden na drugiego przy okazji starając się nadepnąć na wodze. Zerwanych żaden z kolegów by mu nie darował, a już na pewno nie Anka, która natychmiast rozszyfrowałaby, jak do tego doszło.

Zmęczenie osładzała świadomość pierwszej samodzielnej nocy z końmi, z którymi tak bardzo chciał się zaprzyjaźnić.


Piaszczysta kręta droga schodziła łagodnie w dół. Nigdy wcześniej tu nie byli, a wszystko, co wiedzieli, odczytali ze sztabowej mapy, którą przestudiowali wieczorem.

Im bliżej obozowiska, tym wolniej posuwali się do przodu. Nie wiedzieli ani ile osób pilnuje koni, ani jak ich pilnują. Po kolejnym zakręcie zauważyli migocące światło ogniska i na chwilę przystanęli. Przez chwilę wpatrywali się w las, w ogień, ale odległość była jeszcze zbyt duża, żeby cokolwiek dostrzec, więc ruszyli dalej. Teraz szli jeden za drugim uważając na pobocze, które pełne było szyszek, kruchych gałązek i wystających z piachu korzeni.

Widać już było wyraźnie ognisko i trzy skulone przy nim postacie trzech dziewcząt. Przeszli kolejne sto metrów idąc coraz wolniej. Teraz wiedzieli już także, gdzie stoją wozy i gdzie stoją uwiązane na noc konie, bo któryś z nich zaczął rżeć.

- Cichaj tam, jedna z dziewczyn wstała i poszła w kierunku rżenia, które sygnalizowało niepokój.

- Na nas tak rżą? – najciszej jak potrafił Romeczek spytał Anki…

- Nie, nie mogły nas wyczuć, bo są za daleko i mamy dobry wiatr, a poza tym mamy podobny zapach jak ci, którzy są obok nich – to nie na nas. Mógł się któryś zaplątać albo jakiś wiejski pies tam łazi… Nie zdążyła skończyć, jak od strony obozowiska rozszczekał się właśnie jakiś i ruszył w stronę koni.

- Ććśś, poczekamy chwilę, usiądźmy tu na trawie – przynajmniej piętnaście minut, Anka szeptem wydawała polecenia dwóm chłopakom i widać było, że cieszy się autorytetem, bo wykonywali je bez słowa.

- I jeszcze jedno. Pamiętajcie, że mamy nad nimi wielką przewagę. My o nich wiemy i ich widzimy - oni nas nie. Nawet jak podejdą na kilka kroków, a my będziemy leżeć w trawie nic nie zobaczą – przekonacie się.

- A ten pies, nie boisz się go? Teraz zaniepokoił się Wojtuś.

- Chyba żartujesz. Psa? To on się nas boi, mieszczuchu…

Byli już kilkanaście metrów od koni, które nie zwracały na nich uwagi.

- Która to Lady?…rozpoznasz ją Romciu?

- Chyba ta koło siwego Zatora, podejdę bliżej…

Weryfikacja zajęła kilka minut i Romek wrócił.

- Ok. Bierzemy?

- Po to tu przyszliśmy, Anka jak zwykle nie miała wątpliwości, że sprawę należy doprowadzić do końca…

- Staś idzie po Lady, a ty zostajesz tutaj Wojtusiu, ja idę do przodu - gdyby przyleciał pies, to się nim zajmę.

Krok po kroku podchodził do koni, żeby w końcu odwiązać rzemień od żerdzi i odprowadzić tego jednego w ręku, ale po przejściu kilkunastu kroków okazało się to niemożliwe. Lady nigdzie się nie wybierała i wracała na miejsce ciągnąc za sobą chłopca.

Inny niż zwykły nocny hałas spowodował, że jedna z siedzących koło ogniska postaci ruszyła w stronę koni.

Staszek schował się za drzewo wciąż jednak trzymając Lady na drugim końcu rzemienia. Sumienna strażniczka podeszła bliżej. Kiedy była o kilka kroków od Romcia ten puścił uwiąz, który teraz dyndał przypięty drugim końcem do kantara.

- Coś ty zrobiła Lady… Jak żeś się odwiązała…No dobra stój… kończyła wiązanie wokół żerdzi.

Po chwili zobaczył, że Anka macha ręką przywołując go do siebie, więc wrócił do pozostałej dwójki.

- Czekaj tu z Wojtusiem, teraz ja spróbuję.

Teraz Anka, podobnie jak wcześniej Romek, powoli dotarła do Lady. Tym razem jednak odwiązała rzemień przy samym kantarze. Potem podobnie jak on wcześniej, trzymając konia za uździenicę i głaszcząc po szyi prowadziła go krok po kroku w stronę drogi. Niestety ani pieszczoty ani czułości nie pomogły i w chwilę później jechała na butach obok Lady ślizgając się na leśnej ściółce w stronę koni.

Od ogniska zerwała się ta sama postać i świecąc latarką biegła wprost na nią.

- Lady, znowu ty… Co ty dziś wyprawiasz! … Ojej, Luśka, Luśka! Wołała koleżankę, skuloną przy ognisku, chodź zobacz, ta cwana kobyła odwiązała się teraz przy kantarze – jak tyś to zrobiła… nigdy bym nie uwierzyła.

- Co ty Agnieszka, to niemożliwe…

- Niemożliwe, chodź , sama zobacz…

Stojąca kilkanaście metrów dalej Anka mówiła szeptem do Wojtusia i Romeczka:

- Tak rodzą się legendy. Dziś powstaje o Lady - kobyle, która ma takie sprawne kopyta, że potrafi odwiązać sobie uwiąz od strony kantara. No dobra idziemy na chwilę spać, a za godzinę spróbujemy od nowa – musimy poczekać na zmianę wachty, bo te baby są za czujne., to mówiąc wyciągnęła się na ściółce, a zapatrzone w nią chłopaki zrobiły dokładnie to samo.

Kiedy się ocknęli była 2.00. Chyba zbudziły ich odgłosy przy ognisku. Dziewczyny szły spać, a na polance pojawili się dwaj dżentelmeni. Siedli przy ognisku i z zainteresowaniem oglądali flaszkę, którą jeden z nich wyciągnął z kieszeni.

Romek cofnął się o krok…w jednym z nich rozpoznał Mateusza, ale Anka przytrzymała go za rękę.

- Nic się nie bój, za godzinę będą spali jak susły, zobacz co mają…a poza tym to lepiej, że właśnie on ma wachtę.

- Widzę, ale i tak trochę się boję…

- Nie ma powodu, zobaczysz. Musimy poczekać jeszcze godzinę, a potem nie będzie już żadnych problemów. Zabierzemy Lady na spacer z jej sąsiadem.

Po godzinie Anka przeciągnęła się, spojrzała w stronę ogniska.

- Dobra, możemy iść.

Dyżurni spali wyciągnięci na rozłożonych śpiworach, zarówno wtedy kiedy dochodzili do koni jak i wtedy, kiedy zabierali w ręku Lady i Zatora.

- Widzisz, od razu mieliśmy tak zrobić. Sama nie pójdzie, a z drugim… nie ma problemu.

Kiedy odeszli 100 metrów od obozowiska, a konie zachowywały się zupełnie spokojnie, Anka wpięła każdemu z nich do kantara wędzidło z wodzami i pomogła Romkowi dosiąść kobyły na oklep.

- Jedziesz za mną… tak żeby nie spaść, bo jak dasz glebę to koń wróci tam skąd go zabraliśmy.

- Nie dam…ale Anka, co ty właściwie chcesz zrobić, dlaczego Wojtuś tam został?

- Zobaczysz, to jest niespodzianka… po czym ruszyła kłusem, a on tuż za nią. Siedzieli miękko, przyklejeni do grzbietów koni i po kilku minutach byli na skraju lasu, gdzie czekał na nich Kubuś.

- Dobra, teraz dawaj to pudełko z mojej sakwy rozkazała dziewczyna i zamień się z Kubą. Daj mu Lady, a weź Abelarda i ustaw mi obydwa do księżyca, tak żebym coś widziała.. No ruszajcie się chłopaki… Po chwili w ruch poszły nożyczki, szczotka i grzebień. W kilka minut Abelard miał identyczną grzywę jak Lady, a po kolejnych kilkunastu również jego ogon stał się szlachetniejszy.

- Teraz dawaj mi do kieszeni te małe pudełka, a ty weź szczotkę. Na razie malujemy przódi zad.

- Wsiadamy i wracamy, jedziesz za mną. Sto metrów przed obozem stajemy i kończymy dzieło, bo inaczej mielibyśmy to wszystko na portkach.

Zdecydowanie Anki dodawało otuchy, ale i tak czuli się nieswojo.Dopiero kiedy zeskoczyli miękko z koni i okazało się, że cały i zdrowy Wojtuś czeka tam, gdzie miał czekać uspokoili się i zabrali do pracy.

- Ty Romeczku trzymasz Zatora… ty Wojtek Abelarda ,ja muszę jeszcze trochę go przerobić. Puszka z szuwaksem i szczotka do czyszczenia koni w ciągu kilkunastu minut pomogły Ance z gniadego wałacha zrobić ciemnogniadą kobyłę.

- Jeszcze tylko jedna mała operacja i będzie po wszystkim, to mówiąc kucnęła koło Abelarda a potem przeszła, tak jak najbardziej lubiła, pod jego brzuchem na drugą stronę. Ok.! Idziemy je przywiązać.

Kilka minut potem obok Zatora stał przerobiony naLady Abelard, a oni wędrowali leśną drogą do miejsca, gdzie czekał Kuba z końmi. Romek wsiadł na swoją ulubioną Lady, Wojtek i Anka na dwa pozostałe…


Dla dwóch dżentelmenów śpiących koło ogniska poranek był wyjątkowo niemiły, a perspektywa dnia porażająca. Zakupiony pod polecanym adresem bimber był wyraźnie przereklamowany, co wyrażało się bólem głowy od kapelusza do ramion. Poranna kawa niewiele wniosła, a praca przy leśnych sadzonkach mogła dziś potrwać nawet dłużej niż zwykle, bo praktyka się kończyła. W dodatku dziś właśnie mieli oddać wypożyczone na ten czas konie, którymi z obozowiska dojeżdżali codziennie do pracy w szkółkach, a to wymagało trochę pracy, bo przez ostatnie dwa tygodnie niezbyt przykładali się do szczotek i zgrzebeł.

Na razie jednak trzeba było dojechać do pracy. Ból głowy sprawił, że Mateuszowi koń wydał się trochę wyższy, kiedy wsiadał. Po kilku krokach stępa przełożył lewą nogę przed tybinkę i zaczął dociągać popręg. Koń stanął, potem zaczął się cofać. Mateusz cmoknął, przyłożył łydkę, wreszcie zdenerwowany zachowaniem konia krzyknął i użył palcata. Koń cofał coraz szybciej… Zaintrygowani jeźdźcy patrzyli, co się dzieje. Ale nie tylko oni, bo przy ogrodzeniu pojawiło się trzech innych: trener, od którego pożyczali konie, dziewczyna, która wydawała im sprzęt z siodlarni i mały chłopak, podobny do tego, który wczoraj zadarł z Mateuszem pod sklepem, a może nawet ten sam…

Koń cofał się teraz skręcając jednocześnie - wysiłki jeźdźca nie miały większego znaczenia. Wreszcie przysiadając na zadzie wywrócił się, a jeździec spadając w ostatniej chwili wyrzucił nogi ze strzemion i gruchnął na suchy grząski piach… grupa praktykantów zanosiła się ze śmiechu. Koń stał ze skręconą w tył głową i zginając się w boku patrzał na brzuch, a potem próbował zadnią nogą dosięgnąć siodła, jak pies, który drapie pchły.

- Co tu się dzieje, witam państwa… trener podjechał razem z Anką i Romkiem bliżej. Zrób to kolego jeszcze raz, ale spokojniej…zwrócił się do wstającego z piachu Mateusza.

Ten wściekły podszedł do konia i włożył nogę w strzemię. Koń natychmiast zaczął się cofać, a on skacząc na jednej nodze próbował nie zrobić szpagatu i zachować równowagę.

Jeszcze jeden podskok i jeszcze jeden… uwolnił nogę ze strzemienia zbyt późno i kolejny raz wylądował w piachu, ale wodzy nie wypuścił. Wstał, podszedł do konia … miał sporo pomysłów jak do niego przemówić, albo co mu zrobić, ale obecność trenera hamowała najlepsze z nich, więc w końcu klepiąc go po szyi wydukał:

- No stójże durny… złapał wodze i grzywę i wskoczył po woltyżersku na siodło. Koń wierzgnął raz i drugi, ale Mateusz trzymał się dzielnie i popędzał konia. Niestety i ta próba skończyła się cofaniem i upadkiem… Grupa stała teraz wokół i wspomagała kolegę dobrym słowem, a zdziwiony trener podjechał kilka kroków:

- Co ty kolego robisz z tym koniem… zaraz, ale co to za koń?

- Lady panie trenerze…

- Drogi kolego – Lady to kobyła, ty siedzisz na wałachu. Grupa szalała z radości a Mateusz stał bezradny i ogłupiały. Anka – co to za koń?

- To Abelard, panie trenerze…sąsiada co wozi węgiel, tylko okropnie brudny, chyba sam ten węgiel ładuje...

- Skąd się tu wziął?

- Widocznie pan Mateusz musiał sobie zamienić konia… nie wiem, odpowiedziała patrząc w oczy trenerowi, bo wiedziała, że teraz to już tylko zabawa…

Do rozmowy włączyły się dziewczyny z grupy na koniach:

- Lady się wczoraj parę razy odwiązała, nie mogłyśmy sobie z nim poradzić…w dodatku odwiązywała się przy kantarze…a potem przekazałyśmy dyżur Mateuszowi…my nie wiemy.

- A ty kolego, co masz do powiedzenia?

- Nic z tego nie rozumiem…

- Nie dość, że nic nie rozumiesz, to jeszcze nie radzisz sobie z nim Przytrzymaj konie moim podopiecznym. Anka i Romek - zajmijcie się koniem.

- Musimy go przesiodłać panie trenerze, bo…

- Róbcie to, na co macie ochotę, byleby kolega Mateusz potem sobie poradził, bo nie dość, że nie odróżnia wałacha od kobyły to jeszcze jak widzę ma dosyć podstawowe problemy… co pan stawia mojej młodzieży za pomoc w poskromieniu znarowionego konia? Wiem, że lubicie colę. Skrzynka wystarczy?

- Wystarczy panie trenerze. Odprowadzili Abelarda na bok, zdjęli siodło. Romek trzymał krótko przy pysku, Anka głaskała zdenerwowanego konia po szyi, brzuchu, piersi. Potem pochylona obejrzała wszystkie nogi i po chwili osiodłała ją powtórnie. Mateusz nic nie mówił… grupa praktykantów umilkła.

- Romku pokaż panu Mateuszowi jak koń chodzi. Malec wspiął się na konia po opuszczonym niżej strzemieniu i usiadł wygodnie w siodle. Potem skrócił opuszczone do wsiadania strzemię, dopasował drugie, zebrał wodze i ruszył stępem. Mateusz patrzył zupełnie zdezorientowany…

- Nic z tego nie rozumiem…to pierwszy raz w życiu… to mi się jeszcze nigdy…

- Chcesz powiedzieć, że jeszcze nigdy tak niemiło nie potraktowałeś młodzieńca, który w gruncie rzeczy niczego złego nie zrobił…

- No tak, właśnie…chciałem przeprosić… Mateusz z największym trudem zachowywał spokój…

- Dobra. Koń jest w porządku. Musimy wracać i sprawdzić czy Lady jest w stajni. Mam nadzieję, że nie będziesz już miał problemów…tylko wyczyść go porządnie, bo Anka nie odbierze brudnego… Ania czy raczej ten wozak, sam nie wiem…

- Zwłaszcza, że dzisiaj Romek będzie mi pomagał, Anka znęcała się dalej nad Mateuszem, który nic nie mówiąc wsiadł na Abelarda i ruszył stępem…

- Nie, nie będę miał problemów, ale dalej nic z tego nie rozumiem…

- Zaprosimy kiedyś z Romkiem pana na ryby, to pan zrozumie… Anka nie mogła sobie podarować, żeby jeszcze czegoś nie powiedzieć.

Kiedy wracali do domu trener mianował Romka czołowym a sam podjechał do niej.

- Nie wszystko mi powiedziałaś. Co mu zmajstrowałaś? Haczyki od wędki pod skórę, tam gdzie popręg?...

- Trójki albo czwórki panie trenerze. Mniejsze jest potem trudno wyjąć. Ale zrobiłam to pierwszy raz, bo to wstręciuch ten Mateusz.

- Skąd wiedziałaś jak.

- Abraham Mortgen – słynny handlarz koni - 1820, panie trenerze. Biblioteka w pańskim biurze.

- Nie będziesz tego robiła zbyt często, mam nadzieję…

- Nie, sama się przestraszyłam, kiedy zobaczyłam jak go to boli…

- A nie myślałaś, że coś może się stać, jak jeźdźcowi noga została w strzemieniu…


  • Też trochę myślałam…ale o Abelardze bardziej, panie trenerze…

Wojciech Ginko



SYNONIM


Synonim, słowo którym można zastępczo opisać, jakąś rzecz, zjawisko, lub coś, co należałoby opisywać wieloma różnymi słowami. Tyle definicji, jak ją pamiętam i rozumiem. Może i niezbyt dokładnie przytaczam, ale świadomie nie sięgam do słownika. Więc jeśli nawet nie cytuję jej dokładnie, to proszę wybacz, mój czytelniku, jeśli ta niedokładność Cię razi. Nie ma zresztą potrzeby, żebyś sięgał do definicji, by sprawdzić jak powinna ona poprawnie brzmieć, bo nie czytasz rozprawki językowej, tylko wspomnienie. To słowo - „Synonim”, jest tu, w tym opowiadaniu, nazwą własną, jest imieniem. To niezbyt typowe imię, nosił koń, którego już od dawna, nie ma wśród żywych. Tylko wspomnienie o nim, żyje jeszcze w mojej pamięci i w pamięci starszych członków, klubu jeździeckiego w Podkowie Leśnej.


Synonim był jasnokasztanowatym ogierem pełnej krwi. Jak na folbluta nie specjalnie wysoki, i tak należał do najwyższych koni w stajni. Młodość spędził tak jak reszta jego rówieśników, biegając na torze wyścigowym. Nie odniósł jednak w tym bieganiu, jakichś znaczących sukcesów. Miał też, pewien defekt budowy, był wnętrem. Z tego właśnie powodu, a nie ze wspomnianego już, braku sukcesów wyścigowych, nie miał najmniejszych szans zakwalifikować się do hodowli. Więc po zakończeniu kariery wyścigowej trafił do sprzedaży, a w końcu do wspomnianego już, klubu jeździeckiego.
Historia, którą tu opowiem, nie będzie historią życia tego konia, bo jej w całości nie znam i dlatego nie ośmieliłbym się, jej opowiadać. Jest za to, historią kilku dni, które razem przeżyliśmy. Jest też jednocześnie zapisem pewnego zdarzenia, którego synonimem stał się dla mnie koń Synonim.
Pewnie banalnie jest zaczynać opowiadanie, od powiedzenia, że ta historia zaczęła się od telefonu. Nic na to nie poradzę - dla mnie zaczęła się właśnie od telefonu.
Zadzwonił pewnego wczesnego, popołudnia w końcu września 1983 roku. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Wojtka. Bez zbędnych wstępów, zaraz po przywitaniu, spytał się wprost, czy miałbym teraz kilka wolnych dni, i czy chciałbym przyprowadzić rajdem konie, z letniego obozu do Warszawy. W myślach zgodziłem się od razu, gdy tylko usłyszałem o co chodzi, ale on usłyszał o tym, dopiero gdy sam skończył mówić. Nawet to, że jazdę i jedzenie miałem za darmo, nie miało znaczenia. Zgodziłbym się, nawet gdybym usłyszał, że coś tam muszę dopłacić. Dał mi niecałą godzinkę na spakowanie się, co i tak było więcej niż potrzebowałem. A potem w umówionym miejscu czekałem na samochód. W gajówce nad Bugiem, gdy pod wieczór dotarliśmy na miejsce, już niemal wszystko było zwinięte, spakowane i przygotowane do zimy.

W kuchni i w stajniach zostało już tylko to, co było niezbędne do kolacji i jutrzejszego śniadania dla ludzi i koni. Rankiem, sprawnie i szybko dokończyliśmy pakowanie i po zamknięciu gajówki ruszyliśmy. Pierwsze trzy dni minęły szybko, jadąc po 60 do 70 kilometrów dziennie dotarliśmy pod Górę Kalwarię. Koło południa przekroczyliśmy Wisłę, prowadząc konie w ręku, przez most, po którym, jeden za drugim jechały Tiry omijające Warszawę. Ostatni nocleg był zaplanowany w Baniosze, w tamtejszym pegeerze. Na miejscu okazało się, że z powodu brucelozy, gospodarstwo objęte zostało kwarantanną i o żadnym noclegu, tym bardziej z końmi, nie było nawet co marzyć. Nie pozostało nic innego do zrobienia, jak tylko jechać dalej i po drodze szukać kwatery dla koni i ludzi. Chyba mieliśmy szczęście, bo już w drugim gospodarstwie, w sąsiedniej wsi, znaleźliśmy miejsce na nocleg. Rozlokowaliśmy i nakarmiliśmy konie. Przy wieczornych zabiegach weterynaryjnych, okazało się, że jedna z klaczy zaczęła się grzać. Niby kłopot niewielki, tak normalny, że w innych okolicznościach, nie sprawiłby żadnego problemu, tu w polowych warunkach okazał się ważny. Przynajmniej dla mnie, bo zdecydował o tym, jak spędzę najbliższą noc.


Konie stały stłoczone, w niewielkiej stajni, na którą pospiesznie przerobiliśmy opuszczoną od dawna oborę, wśród nich był też, coraz bardziej niespokojny Synonim. Co prawda lekko felerny, niemniej ogier. Z wszystkimi, właściwymi swej płci reakcjami. Wojtek widząc tą atmosferę, jaką dawało się zauważyć w stajni. Podenerwowaną, grzejącą się klacz, rosnące coraz bardziej napięcie Synonima i niepokój ogarniający resztę koni, roześmiał się, zawołał mnie i dał wybór. Albo czuwam całą noc przy Synonimie, pilnując by nie narozrabiał, albo daje mi cztery godziny snu, po czym samotnie jadę nocą do Podkowy, prosto do klubowej stajni.. Dla mnie wybór, okazał się dość prosty. Zmęczenie kilku dni intensywnej jazdy i cały dzień, który już miałem za sobą, przeważyły. Zdecydowałem się na ten krótki sen i nocną, samotną jazdę obrzeżami Warszawy, niż te same godziny stania w stajni i pilnowanie Synonima.
Cztery godziny minęły, nie wiem kiedy. Gdy mnie obudzili, byłem chyba jeszcze bardziej śpiący, niż wtedy gdy się kładłem. Wstałem i obmyłem się, zimną studzienną wodą, co trochę mnie rozbudziło. Kanapki i herbata już na mnie czekały. Zjadłem, a potem zgodnie z radą Wojtka ubrałem się bardzo ciepło. Był już 5 październik i mimo, że w dzień, w słońcu, temperatury przekraczały dwadzieścia stopni, to nocami spadały już w okolice zera. Ostatniej nocy, musiało być dobrze poniżej zera, bo rano, gdy się obudziliśmy, wnętrze stodoły, gdzie spaliśmy, było pokryte grubą, białą warstwą szadzi, z naszych oddechów. Ani jednej chmury na niebie, wróżyło, że ta noc będzie jeszcze zimniejsza. Całe ciepło, nagrzanego słońcem powietrza już uciekało, w wieczorne niebo, więc bez specjalnych oporów nałożyłem na siebie podkoszulkę i grubą flanelową koszulę, a na to, od razu ciepły wełniany sweter. Do siodła przytroczyłem wełnianą kurtkę i gumowany sztormiak. Jeszcze tylko, nad mapą, omówiłem z Wojtkiem trasę, którą mam jechać i z pożyczoną od kogoś latarką w kieszeni dosiadłem Synonima. Nieco się boczył, gdy mijaliśmy bramę gospodarstwa. Nie bardzo chciał się oddalać od swojego stada, ale nie trwało długo, gdy zrozumiał, że tak musi być i dalej już nie sprawiał żadnych problemów. Droga jak to droga, w okolicach wielkiego miasta, skręcała to w lewo, to w prawo. Na odcinkach, które według mapy wyraźnie biegły w stronę stajni w Podkowie, ożywiał się i szedł dużo raźniej, niż na tych, które odbiegały za bardzo w boki. Poodgradzane płotami z siatki, gospodarstwa i sady, wymuszały trzymanie się siatki dróg, nie zostawiając innej możliwości, niż tylko jazdę po miękkich poboczach. Te prawie pięć godzin odpoczynku jakie miał mój koń, w niewielkim stopniu wyrównało wcześniejsze zmęczenie, z ponad pięćdziesięciu kilometrów, jakie już pokonał tego dnia. Całą trasę miałem jechać stępa, tak powiedział Wojtek, a ja potwierdziłem, że tak właśnie będzie. Więc na przemian, to człapiąc, to idąc raźniej, w chłodzie zapadającej coraz szybciej nocy, przemierzaliśmy te dalekie, południowe, przedmieścia Warszawy. Przedmieścia, gdzie stojące czasami, trochę gęściej domy, właściwie nigdy się nie kończą, a tylko miejscami, są poprzedzielane pasmami lasów, lub polanami pól, czy łąk. Zimno sobotniej, październikowej nocy powyganiało ludzi do domów i już koło dziesiątej, gdy wzeszedł księżyc, mało kogo mijałem na drodze. Byłem tylko ja, pobocze szosy, miarowe skrzypienie kulbaki zmieszane z podzwanianiem wędzidła, gdy Synonim troszkę mocniej rzucił głową, no i był jeszcze z nami, ten wznoszący się coraz wyżej księżyc. Coraz większy, okrągły i pełen, z początku żółtawo czerwony, szybko stawał się coraz bardziej srebrny, jak to w czasie pełni. Samotny na błękitno srebrnym, bezgwiezdnym niebie, jak my na tej opustoszałej nocnej szosie. Tylko daleko nad horyzontem, nieśmiało błyskały pojedyncze gwiazdy, reszta znikła w zagłuszającym wszystko srebrnym świetle. Jechaliśmy praktycznie bezludną szosą i dopiero w Zalesiu Górnym, gdzie dotarliśmy wkrótce po jedenastej, pojawiło się na drodze trochę młodzieży wracającej z dyskoteki. W miarę jak robiło się coraz chłodniej, wciągałem na siebie, co tam miałem do ubrania, wpierw założyłem kurtkę, a niewiele później sztormiak. Ciepło rozgrzanego marszem konia, ogrzewało moje nogi, ale od góry, przenikliwy chłód, coraz bardziej dawał mi się we znaki, wciskając się jesienną wilgocią, pod to wszystko co miałem na sobie. Gdybym tak, mógł pojechać choć trochę kłusem, rozgrzałbym się i pewnie bym tak bardzo nie odczuwał, tego wciskającego się wszędzie, nocnego zimna. Marznąc nieco, odpędzałem cały czas od siebie myśli o pokłusowaniu, bo czułem pod sobą, całodzienne zmęczenie Synonima i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że nie mam prawa oczekiwać od niego, niczego więcej, niż tylko wytrwania, w tej nocnej jeździe i dotarcia do stajni. Więc jechaliśmy stępem, w głębokim cieniu rzucanym przez las, w którym leży Zalesie. Las, rozświetlany słabiutko i tylko gdzieniegdzie, przez przytłumione zasłonami światła padające z okien i nic dziwnego, że zwyczajnie przegapiłem boczną drogę, prowadzącą do Gołkowa. Dopiero napotkani po drodze ludzie, wyprowadzili mnie z błędu i wytłumaczyli, jak rozpoznać miejsce, gdzie należy skręcić. Zawróciłem i mimo ciemności, udało mi się rozpoznać opisane przed chwilą miejsce. Byłem praktycznie sam, w tej wyglądającej na bezludną miejscowości. Gdzieś, pod koniec Zalesia, bo już niemal nie widziałem błyskających w oknach świateł, minął mnie, jakiś zapóźniony samochód, jego reflektory na moment wyrwały z otaczającej mnie czerni, obraz drogi i lasu, ale po jego przejeździe zrobiło się jeszcze gorzej. Teraz, nim oczy ponownie przyzwyczaiły się do tej nikłej ilości światła jaka była dostępna, musiałem zaufać Synonimowi, że to on będzie wiedział, którędy iść. W końcu, od kilku dni, poruszaliśmy się wyłącznie poboczami szos, więc miałem nadzieję, że nie wpadnie mu do głowy skręcać gdzieś na boki. W końcu, gdy już wróciła mi zdolność widzenia, gdzieś daleko przed sobą zobaczyłem przeświecające pomiędzy drzewami światło księżyca. Synonim też wyraźnie ożywił się i dużo szybszym krokiem zmierzał do tej, coraz wyraźniej rysującej się jasności.
Gdy już do niej dotarliśmy, oniemiały z zachwytu, na widok piękna, jakie zobaczyłem, zatrzymałem konia i dłuższą chwilę patrzyłem. Przede mną rozciągała się ogromna, pusta przestrzeń. Na wprost, równą linią biegła szosa. Za plecami miałem czarną, groźnie i tajemniczo wyglądającą ścianę lasu, który przed momentem opuściłem. Nad głową czasza nocnego nieba. Czyste, jesienne powietrze sprawiało, że cała jego ciemnobłękitna głębia była dostępna oczom. Tylko kilka najjaśniejszych gwiazd, miało dość sił, by ich światło, zdołało się przebić, przez zalewające wszystko, potoki księżycowego blasku. Jego wielka, idealnie okrągła, srebrna tarcza, wisiała wysoko po lewej ręce. Jeszcze raz spojrzałem wprzód. Po lewej stronie szosy, daleko, aż do odległej ściany lasu rozciągały się poprzegradzane płotkami łąki, po których leniwie snuły się wąskie pasma mgieł.. Po prawej, aż po kopyta mojego, stojącego spokojnie konia, ścieliło się, niemal idealnie płaskie, morze mgły. Nawet najlżejszy powiew wiatru nie marszczył jego powierzchni, gładkiej i mleczno srebrnej, niemal tak samo, jak ten księżyc, wciąż na nowo przyciągający moje spojrzenia. Stałem tam dłuższy czas. Żaden dźwięk, nawet najmniejszy szelest nie mącił ciszy. Synonim spuścił głowę, lecz nie próbował nic skubać, tylko stał równo na wszystkich nogach, w postawie przypominającej stanie na baczność. Tak samo znieruchomiały i zamyślony jak ja, zastygły w pomnik zmęczonego konia. Wstrzymywałem oddech, bojąc się głębiej odetchnąć, by przez przypadek nie zniszczyć czaru tej chwili i tylko patrzyłem, na to całe nieziemskie, wręcz nierealne piękno, chłonąc je nie tylko oczyma. Całym sobą oddałem się nastrojowi ulotnej nierealności, w którą wniknąłem, wyjeżdżając z lasu.. W milczeniu zastanawiałem się nad tym, czy kiedykolwiek jeszcze, zobaczę taki widok i nad tym, jaki to, dziwny splot, nie planowanych okoliczności sprawił, że spotkało mnie takie szczęście. Chłód wdzierający się pod ubranie wyrwał mnie w końcu z zadumy. Wyciągnąłem mapę i bez pomocy latarki, tak było jasno, że nawet najmniejsze literki były widoczne, przyjrzałem się jej. Miałem przed sobą blisko trzy kilometry drogi przez tą, zalaną księżycowym światłem równinę.
Schowałem mapę, lekko poprawiłem dosiad, poklepałem po szyi Synonima, i delikatnym napięciem krzyża, dałem mu sygnał do ruszenia. Początkowo niezbyt chętnie, ale jednak ruszył. Z pobocza, gdzie staliśmy, skierowałem się nieco bardziej w prawo, na łąkę po prawej stronie szosy. Coraz bardziej przemarznięty, ze zgrabiałymi rękoma, rzuciłem wodze na przedni łęk siodła, a dłonie ukryłem pod pachami, żeby się choć trochę rozgrzały. Nie jestem tego do dziś pewien, czy przypadkiem, nie dałem nieświadomie sygnału do przejścia w kłus. Czy też może on sam miał już dość tego ciągnącego się w nieskończoność stępa, dość że niemal od razu, po kilku zaledwie krokach zakłusował. Przez moment przemknęła mi przez głowę, nieprzyjemna myśl, że łamię obietnicę, daną Wojtkowi, ale szybko rozgrzeszyłem się. Przecież to nie ja, to koń sam zakłusował, a umowa dotyczyła tego, co ja robię, a nie tego, na co mam nie pozwolić Synonimowi. Przez jakieś dwieście metrów jechaliśmy kłusem. Odstawiłem łydki od boków, żeby nie ingerować w tempo, niech sobie sam pobiegnie jak chce, pomyślałem. Przestałem anglezować i z odstawionymi łydkami, w półsiadzie, pochylając się lekko do przodu znalazłem szybko punkt równowagi. Zwyczajnie, chciałem mieć pewność, że nie sprawiam mu najmniejszego problemu i to co się dzieje, dzieje się z jego woli. Spojrzałem w dół. Powierzchnia mgły sięgała już do połowy końskich nóg. I nagle przyszło mi na myśl, że może tam gdzieś, w przedzie, są schowane i niewidoczne we mgle płoty podobne do tych po lewej stronie szosy. Wyobraźnia błyskawicznie zbudowała obraz: Synonim wpada na stojący w poprzek płot, drut kolczasty orze jego nogi i rozrywa mięśnie piersi. Podcięty i zatrzymany w biegu przewraca się i lecimy obaj na tą twardą, wysuszoną bezdeszczowymi tygodniami ziemię. Moje serce zadrżało, ściśnięte nagłym strachem, gdy zobaczyłem siebie, połamanego, leżącego tam w tych mgłach, ukrytego przed czyimkolwiek wzrokiem i poranionego, krwawiącego Synonima, samotnie błąkającego się wśród mgieł. Ale to była tylko chwila. Niemal równo z tą myślą, dwutakt kłusa przeszedł w skaczący trójtakt galopu i wszystkie te, niezbyt miłe wyobrażenia odpłynęły w dal wraz rosnącym tempem jazdy. Tym razem już. byłem absolutnie pewien, że to nie ja, że to jest własna inicjatywa mojego konia. Tempo galopu zwiększało się z każdą chwilą. Synonim konsekwentnie przyspieszał i robił to, bo najwyraźniej sam tego chciał, a mi przyszło na myśl, że to co obserwowałem cały dzień i teraz przez te ostatnie godziny jazdy to wcale nie było zmęczenie, tylko znużenie monotonią stępa. I gnaliśmy tak, przez tą zalaną księżycowym światłem równinę, prując zalegające na ziemi mgły. Jeszcze raz spojrzałem w dół. Moje stopy, wparte w strzemiona, sięgnęły już mgły i wyglądały tak, jakby ślizgały się po powierzchni znieruchomiałego jeziora, srebrno błękitnych mgieł, momentami zanurzając się w nich . Nie wiem co mnie pokusiło, że spojrzałem do tyłu. A z tyłu, jak woda w kilwaterze szybkiej łodzi, kłębiła się mgła, poruszona kopytami, i tak jak za łodzią na jej powierzchni tworzył się wyraźny kształt V, z ostrzem, którego czubek stanowił Synonim.
W tym właśnie momencie, gdy tak spoglądałem do tyłu, coś zburzyło równowagę. Chwilę potrwało, nim zorientowałem się, o co chodzi. Początkowe doznanie, że pojawiło się coś nowego i nieznanego, coś tajemniczego, coś czego nigdy wcześniej w życiu nie spotkałem, w miarę trwania, utrwalało się. Do dziś, ten moment tkwi we mnie i wciąż mnie zdumiewa, że tak długo trwało, nim zorientowałem się, o co chodzi. To było tak nagłe, jak olśnienie. Przez zmęczenie i otępienie, ponad dwunastu godzin spędzonych w siodle, w końcu przedarło się do świadomości, że już od jakiegoś czasu zamiast słyszeć znane doskonale trzy takty, słyszę dodatkowy czwarty. I nawet wtedy, gdy już zidentyfikowałem przyczynę, która wywołała moje zaniepokojenie, to jeszcze wtedy chwilę potrwało, nim pojawiła się nazwa. A wraz z nazwą przyszło zrozumienie. Już od jakiegoś czasu nie jechałem galopem, tylko cwałem . . .
Gdy w końcu dotarło, do mojej świadomości, że to jest prawda, że jadę najprawdziwszym w świecie cwałem, wtedy zamknąłem oczy i całkowicie skupiłem się na wyczuciu jak pracują mięśnie Synonima. Jego ciało ustabilizowało się względem ziemi, znikły skoki galopu, po prostu płynęliśmy, rozcinając jezioro mgieł i srebrny kryształ zlodowaciałego księżycowego światła. Pęd powietrza i tętent kopyt w czterotaktowym rytmie nie pozostawiały miejsca na wątpliwości. Pierwszy raz w życiu jechałem najprawdziwszym cwałem, o którym do tej pory tylko czytałem w książkach o jeździe konnej. Uniosłem się w strzemionach, i z najczystszej, nieokiełznanej radości, zacząłem wrzeszczeć, na całe gardło. Nieartykułowane, pełne rozpierających mnie emocji dźwięki, wypełniły przestrzeń. Byłem tam, na tej drodze, pomiędzy Zalesiem a Gołkowem, gdzieś między jednym dniem, a drugim, całkiem sam. I pędziłem, nie, nie pędziłem, raczej gnałem, jak wariat, na złamanie karku, przez nierealny w swoim pięknie świat, na dodatek, nie zwykłym, tak dobrze znanym galopem, tylko cwałem. Nic, w tej chwili, naprawdę nic na całym świecie, nie miało dla mnie znaczenia. Nie istniało nic, poza tym miejscem i tym czasem. Nic, poza mgłami, srebrem światła i czterotaktowym werblem kopyt.
Tak odległa, że niemal nieistniejąca ściana sadów pod Gołkowem, rysująca się do tej pory, czarną piłą na odległym horyzoncie, nagle wyrosła tuż przede mną. Dwie najpiękniejsze w życiu minuty, jakie spędziłem w siodle, skończyły się. Tak jak skończyły się mgły na skraju Gołkowa. Było po wszystkim. Pomiędzy nogami czułem ciężko pracujące końskie boki. Byłem pewien, że Synonim jest całkiem mokry od własnego potu. Sięgnąłem ręką do jego szyi, zdumiałem się, była tylko lekko wilgotna. Niżej. Łopatka była ciepła, ale pod palcami nie wyczułem nawet śladu potu, tylko same końcówki włosów, zebrały na sobie kropelki rosy z tej mgły, którą rozcięliśmy, jak nóż masło. Rzut oka do tyłu zasmucił mnie. Gładkie i dziewicze piękno, spokojnego, mgielno księżycowego jeziora, piękno które tak mnie urzekło przed chwilą, już nie istniało. Wzburzone i kłębiące się mgły, podnoszące się i opadające, przelewające się we wszystkich kierunkach, spowodowały, że poczułem się jak wandal. Po chwili jednak, radość z przeżycia jakie dał mi Synonim, szybko wyparła ten mimowolny smutek.
O niczym innym, jak tylko, o tych dwóch minutach, nie byłem w stanie myśleć. Wciąż od nowa przeżywałem w wyobraźni, każdy ułamek sekundy. Każde pojedyncze uderzenie serca i każde uderzenie kopyta o ziemię, każdy oddech i wszystkie zlewające się migawki obrazów, jakie utrwaliły się pod powiekami. Bez problemów minąłem Gołków. A za nim, zwyczajnie pobłądziłem. Gdzieś między północą, a świtaniem, we mgłach unoszących się znad rozsianych w okolicy glinianek, zgubiłem drogę. Nie było nikogo, żeby zapytać się jak mam jechać, więc parłem ślepo przed siebie poboczem szosy, w nadziei, że w końcu napotkam coś, co pozwoli mi zorientować się, gdzie jestem .
W końcu, gdzieś z przodu dojrzałem poruszające się, pojedyncze światło, a potem dotarł do mnie warkot silnika motocykla, wolno przebijającego się przez mgły zalegające drogę. Wyciągnąłem z kieszeni latarkę i zacząłem nią machać nad głową i przed sobą. Z początku, przestraszony starszy mężczyzna, najwyraźniej nie rozumiał, o czym mówię. W końcu jednak, dotarło do niego, że pytam się o to, czy mógłby pozwolić mi i mojemu koniowi przenocować w swojej stodole. A ja po chwili, znalazłem się, w dokładnie takiej samej sytuacji, nie od razu rozumiejąc, gdy mówił, że on nie ma stodoły, ale, że może wpuścić mojego konia do kurnika, a mnie przenocować w swoim domu. Było sporo po trzeciej rano, gdy zgasiłem światło i zwyczajnie zwaliłem się na wersalkę, a oczy zamknęły mi się w locie, jeszcze zanim przyłożyłem głowę do poduszki. Rano dostałem jajecznicę i kawę, nawet wódki napiłem się z gospodarzem, który przed wojną służył w strzelcach konnych. I wiedziałem, że już o nic nie musze się pytać. Bez gadania zrozumiałem dlaczego, tak bez jakichkolwiek problemów przyjął nas i nakarmił. Bo i Synonim był już po śniadaniu.
Bez żadnych, dalszych problemów dotarłem do Podkowy. Spokojny spacer, przez wyzłocony w jesiennym słońcu las, z szelestem zeschłych liści pod kopytami, po niecałych dwóch godzinach skończył się. Tak blisko dotarłem nocą, nie mając o tym pojęcia. Trzy godziny po mnie, dobił z całym zastępem Wojtek, a ja milczałem o przeżyciach tej nocy. Tylko o noclegu opowiedziałem. A, o tym, co dostałem w prezencie od Synonima milczałem.
Minęło kilka lat, nim zacząłem opowiadać o tej nocy i o tym, jak koń o imieniu Synonim, stał się dla mnie synonimem, jednego z najwspanialszych przeżyć mojego jeździeckiego życia. Od tej październikowej nocy, w 1983 roku, w ciągu prawie dwudziestu lat jeżdżenia konno, miałem wiele wspaniałych i emocjonujących jazd, ale nigdy więcej nie zdarzyło mi się jechać cwałem. Więc tym bardziej cenię sobie, to co doznałem i przeżyłem tej nocy. A Synonima, zwyczajnie nie zapomnę do końca życia, mimo, że tylko wtedy, przez te kilka rajdowych dni jeździłem na nim. No i tej jednej, jedynej nocy, też nigdy nie zdołam zapomnieć, bo tej właśnie nocy, nie tyle jechałem na nim, co my razem jechaliśmy, połączeni tym niby odrzuceniem. Starając się dotrzeć nocą do stajni, dlatego, że nie mogliśmy zostać z wszystkimi.

Piotr Kiełbasiński





©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna