Studia nad Metodą Chopina -„Nowe” w pracy nad techniką pianistyczną ergonomia



Pobieranie 122,13 Kb.
Strona1/3
Data30.03.2018
Rozmiar122,13 Kb.
  1   2   3

Stefan Kutrzeba

pianoart@interia.pl

___________________________________________________________________________

Studia nad Metodą Chopina -„Nowe” w pracy nad techniką pianistyczną - ergonomia...


Motto:„Każda pozycja nadana palcom z góry i na siłę powoduje sztywność i wykrzywienie ręki.”
(Th. Tellefsen)
I. Ergonomia to nauka bardzo młoda w porównaniu z matematyką, teologią czy medycyną. Tym niemniej, uzyskiwane na jej polu wyniki badań i eksperymentów powinny budzić zainteresowanie każdej i każdego z nas, bo ergonomia szuka odpowiedzi na pytania o warunki niezbędne do tego, by wszystko co człowiek czyni, było wykonywane w możliwie wygodny sposób. Co szczególnie ważne: a) wiele interesujących odpowiedzi na owe pytania już znaleziono [choć to dopiero początek drogi] – oraz b) rozwiązania ergonomicznie prawidłowe mają korzystny wpływ na bezpieczeństwo i higienę pracy oraz w znacznym stopniu eliminują zmęczenie. Jednym z pionierów ergonomii oraz kreatorem jej nazwy był nasz rodak, prof. Wojciech Bogumił Jastrzębowski (1799-1882), uczestnik Powstania Listopadowego, przyrodnik, pedagog i krajoznawca, w swoim czasie profesor botaniki, fizyki, zoologii i ogrodnictwa w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Marymoncie – wówczas – koło Warszawy (SGGW).
Dzięki jego staraniom powstała pierwsza w Polsce instytucja zawodowego doskonalenia leśników (Zakład Praktyki Leśnej); prof. Jastrzębowski założył w Warszawie plantację rzadkich gatunków drzew, propagował tzw. nasadzenia ochronne wzdłuż linii kolejowych, był twórcą zegara słonecznego w warszawskich Łazienkach oraz urządzenia „Do określania kompasów na jakiejkolwiek bądź przestrzeni i w każdym położeniu”; należał do warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, Kieleckiego Towarzystwa Rolniczego, Towarzystwa Rolniczego we Lwowie oraz był członkiem honorowym Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Wiadomości o nim znajdujemy nie tylko w polskim piśmiennictwie: angielskojęzyczne (np) witryny internetowe zgodnym chórem głoszą, że pojęcie ergonomia po raz pierwszy pojawiło się w naukowej literaturze w roku 1857 w artykule Wojciecha Jastrzębowskiego „Rys ergonomji czyli nauki o pracy, opartej na prawdach poczerpniętych z Nauki Przyrody.” Termin ergonomia został utworzony z połączenia dwu słów greckich: 'ergon' – czyn, dzieło lub praca oraz 'nomos' – prawo. Ergonomia, poszukując odpowiedzi na pytanie, jak pracować zgodnie z prawami natury, równocześnie zastanawia się, jak unikać działań sprzecznych z tymi prawami. Przedmiot zainteresowania tej nauki stawia ją blisko prakseologii, do której rozwoju przyczynił się m.in. prof. Tadeusz Kotarbiński (1886-1981), autor Traktatu o dobrej robocie (1955); jak się jednak wydaje, prawdziwie dobre wyniki osiągniemy dopiero dzięki łączeniu standardów promowanych przez obie te nauki. Mądra organizacja pracy plus fizyczna wygoda działania – to bardzo obiecujący układ.
II. Zainteresowanie problematyką wygody przy wykonywaniu różnych prac z biegiem czasu rosło, a obecnie ergonomiczność planowanych obiektów, procedur i technologii na ogół brana jest pod uwagę już na wstępnych etapach pracy nad nimi bez względu na to, mowa o komputerze, biurku, organizacji obozu harcerskiego, krześle czy okręcie. Nad coraz bardziej praktycznymi rozwiązaniami wielu problemów od lat trudzą się też pokolenia innowatorów bynajmniej nie związanych z ergonomią bezpośrednio, ale i tak służących jej pomocą i to niemałą; był wśród nich także genialny polski pianista Józef Hofmann, posiadacz kilkudziesięciu patentów w różnych dziedzinach techniki (m.in. mechanizm klawiatury fortepianów Steinway wykorzystuje jeden z patentów Hofmanna). Idea ergonomiczności jest prosta: chodzi o narzędzia (w tym: procedury), które pozwoliłyby ludziom wykonującym dowolnego typu pracę zaoszczędzić czas i energię, a tym samym zdrowie i pieniądze. Zapewne, o tych wartościach myśląc wynaleziono wszystko, co człowiekowi ułatwia życie, a więc m.in. żuraw studzienny, spawane szyny, mrożone frytki i skondensowane mleko, Metodę Chopina, radar, pineskę, mikroskop, szelki, agrafkę, etc. W Zurychu (Szwajcaria) ma siedzibę zarząd światowej federacji towarzystw naukowych zajmujących się ergonomią; od roku 1977 działa Polskie Towarzystwo Ergonomiczne (PTErg) z kilkunastoma oddziałami wojewódzkimi. W jego statucie czytamy: jest to interdyscyplinarne towarzystwo naukowe osób współdziałających w rozwoju i upowszechnianiu ergonomii w Polsce. PTErg zaprasza Każdą i Każdego do współpracy na rzecz tworzenia coraz bardziej przyjaznych naturze człowieka warunków pracy i odpoczynku. Warto pozytywnie odpowiedzieć na to zaproszenie, bo jak się okazuje – także w naszej dziedzinie jest wiele procedur, których wykonywanie powinniśmy zracjonalizować, uprościć i „uwygodnić”, po prostu – zergonomizować.
III.Przejdźmy bliżej sedna sprawy i zobaczmy, jak o konstrukcji klawiatury XIX-wiecznego fortepianu wypowiadał się Fryderyk Chopin: „Nie ma dość podziwu dla geniusza, który przyczynił się do budowy klawiatury w takiej zgodności z ukształtowaniem ręki. Cóż bardziej odkrywczego niż czarne klawisze przeznaczone dla długich palców i służące tak doskonale jako punkty oparcia. Wielekroć, bez zastanowienia, proponowano poważnie wyrównanie klawiatury: oznaczałoby to zniesienie całej pewności, jaką stwarzają dla ręki punkty oparcia, a w rezultacie uczyniłoby to nadzwyczaj trudnym podkładanie kciuka we wszystkich gamach krzyżykowych i bemolowych: tercje i seksty legato, ogólnie wszelką grę legato ogromnie trudną. Również dlatego, że intonacja została zapewniona przez nastrojenie, trudność mechanizmu fortepianowego – dzięki klawiaturze, która bardzo wspomaga rękę – jest o wiele mniejsza niż sobie wyobrażamy. Nie chodzi [tutaj], oczywiście ani o uczucie muzyczne, ani o styl, lecz o czysto techniczną stronę gry, którą nazywam mechanizmem.” [J-J.Eigeldinger, Fryderyk Chopin, Szkice do metody..., s. 55]
Z wypowiedzi Chopina emanuje zachwyt nad doskonałością mechaniki fortepianów – choć nie tak świetnych jak obecne, ale jemu współczesnych, którym przy całym ich brzmieniowym uroku daleko było do precyzji instrumentów dziś produkowanych przez Kawai, Yamaha, Bechstein, Steinway, Fazioli i kilka jeszcze innych znanych w świecie firm. Co ciekawe jednak: w całej zachowanej literaturze dotyczącej sposobu uczenia gry na fortepianie przez Chopina nie znajdujemy ani jednej wzmianki, która pozwoliłaby odnieść bodaj cień wrażenia, iż ów mistrz nad mistrze lub ktokolwiek z jego uczniów odczuwał nawet bardzo niewielki fizyczny dyskomfort podczas pracy nad muzyką przy fortepianie – nigdy i nigdzie! Podobnych informacji nie ma i w książkach o pedagogice innych wielkich Mistrzów: Liszta, Leszetyckiego, Neuhausa, Leimera, Whiteside, Lewina, Igumnowa, Matthay’a, Philippa, itd., itp. Nigdzie też w światowej literaturze metodycznej nie spotykamy uwag dotyczących ewentualnych fizycznych ułomności rąk czy palców najmłodszych adeptów fortepianu: nikt i nigdzie nie wspomina o tego rodzaju mankamentach jako o problemie, który mógłby dać asumpt do dalszych teoretycznych lub praktycznych działań lub choćby – zaniepokoić.
To, że nikt – poza pewnym, nazwijmy to społeczne zjawisko „Kręgiem”... – nie dostrzega tu żadnego problemu, uważam za wiele znaczący element sprawy i powrócę do niego za chwilę. Teraz jednak przyjrzyjmy się jeszcze raz owemu wyjątkowej wartości fragmentowi wypowiedzi Chopina: „...trudność mechanizmu fortepianowego – dzięki klawiaturze, która bardzo wspomaga rękę – jest o wiele mniejsza niż sobie wyobrażamy.” Skąd więc owo tak powszechne w pewnych kręgach przekonanie o konieczności „wzmacniania palców” skoro autorytet taki, jak Chopin powiada, że klawiatura jest łatwa do opanowania i w dodatku BARDZO wspomaga rekę? Neuhaus z kolei zauważa z właściwą mu nutką ironii, że na tych, co nie umieją używać klawiatury fortepianu w prawidłowy (czytaj: ergonomiczny) sposób, „szczerzy” ona swoje wszystkie 88 zębów. Przypomnijmy: ale za to jest wyjątkowo przyjazna dla tych, którzy umieją z niej korzystać (Chopin). Fakt: klawiatura bardzo wspomaga rękę pianisty, a raczej – może ją wspomagać – o ile sposób, w jaki pianista używa własnych rąk i klawiatury właśnie, definitywnie nie odmieni tej sytuacji.
Niekompetentnie traktowany mechanizm fortepianu staje się dla nieergonomicznie grającego pianisty przyczyną stałej udręki, a często nawet bólu. Na szczęście, dzięki stosowaniu kilku prostych zasad można uniknąć wszelkich kłopotów w relacjach aparatu gry pianisty i mechanizmu klawiatury fortepianu. Tym właśnie, zgodnym z postulatami ergonomii zasadom oraz paru jeszcze innym aspektom gry na fortepianie oraz jej nauczania jest poświęcony niniejszy tekst.
IV. W świetle przytoczonych przed chwilą opinii staje się chyba powoli jasne, że wiara w istnienie „oporu klawiatury”, który – jak niektórzy sądzą – może być zrównoważony tylko przez siłę odpowiednio wzmocnionej dodatkowymi ćwiczeniami muskulatury palców i rąk pianisty, najprawdopodobniej wywodzi się z tylko jednego źródła: jak się zdaje – jest nim wyłącznie niewiedza o tym, jak grać wygodnie korzystając z danych każdemu z nas w nadmiarze zasobów stale przecież ODNAWIALNEJ siły fizycznej. Co się zaś tyczy nauczania początków gry, to nie dysponujemy żadnymi wynikami faktycznie naukowych badań, które by uzasadniały słuszność przekonania o słabości palców i rąk dzieci rozpoczynających naukę gry na fortepianie.
Tylko jedna publikacja twierdzi, że – generalnie – ręce dzieci w wieku wczesnoszkolnym są niezdolne do wykonywania zadań, jakie stawiają im nauczyciele. Przyczynę tego stanu rzeczy Autorka dostrzega w rzekomo niedostatecznym ukształtowaniu układu kostno-stawowego u dzieci w tej grupie wiekowej [chodzi o mgr Marię Niemira; oto link do jedynej witryny oferującej bodaj słowo o Autorce książki, o której tu mowa]. Czy faktycznie układ kostno-stawowy tych dzieci jest niedostatecznie ukształtowany...? Spytajmy: względem czego, jakich kryteriów i wymagań nie spełnia? Wszystko przecież zależy od rodzaju zadań, jakie nauczyciel ma zamiar dać do wykonania palcom i rękom swoich uczniów. Gdy zadania te będą fizycznie zbyt wyczerpujące, może się okazać, że w ogóle nie da się ich zrealizować.
Należałoby w tym miejscu zapytać więc zarówno o trafność diagnozy dotyczącej ewentualnych niedostatków fizycznych naszych najmłodszych uczniów, jak o sens zajmowania się „czystym” treningiem muskulatury jako takiej, w oderwaniu od ćwiczenia innych elementów systemu, który ma w przyszłości realizować zadania o wybitnie twórczym, a nie fizycznym charakterze? Poza tym, na przykład, czy to nie dziwne, że w środowisku nauczycieli gry na instrumentach smyczkowych nikt nie zgłasza skarg na fizyczną niemoc dzieci rozpoczynających naukę i nikt tam nie mówi, że ręce uczniów są generalnie słabe, skłonne do wykrzywień itp. z powodu jakichś nagminnie występujących niedorozwojów? Podobnie, na żadne braki nie skarżą się nauczyciele gry na instrumentach dętych: szczęki ani zęby – byle nie zanadto szczerbate lub ośrubowane, krtanie, gardła i inne komponenty anatomofizjologiczne dzieci w wieku wczesnoszkolnym w opinii tego środowiska nie wymagają żadnych extra metod treningowych dla zapewnienia pomyślnego rozwoju uczącej się młodzieży.
Co na to wszystko nauka? Ano, nauka ma w kwestii psychosomatycznego rozwoju dzieci w wieku wczesnoszkolnym wręcz optymistyczne spostrzeżenia: w opinii dr Bogdana Koczanowskiego z krakowskiej Akademii Pedagogicznej motorykę dziecka w wieku 6 do 10 lat „...cechuje płynność, dokładność i zręczność ruchów...” [B. Koczanowski, Ph.D., Biomedyczne podstawy rozwoju, Kraków, 2010; prace Uniwersytetu Pedagogicznego]. Biuletyn „Zdrowie dzieci i młodzieży w Polsce” (red. naukowa prof. dr hab. Janusz Szymborski, dr Krzysztof Jakóbik, Warszawa 2008) informuje, że 94% polskich dzieci w wieku do 14 lat życia nie ma żadnych trwałych problemów zdrowotnych. Zaś Bartosz Ciechanowicz, mistrz aikido, uzupełnia te dane swoimi osobistymi, bardzo interesującymi spostrzeżeniami; opisuje on rozwój motoryki u dzieci w wieku 7 – 12/13 lat następująco, „Okres wczesnoszkolny obejmujący wiek od 7 do 12/13 roku życia u chłopców i do 10/11 roku życia u dziewcząt, charakteryzuje duża aktywność fizyczna i potrzeba ekspansji ruchowej. Okres ten określany jest też mianem złotego wieku motoryczności, w którym w miejsce nadpobudliwości i rozrzutności ruchowej pojawia się celowość i ekonomia ruchów. Prawie wszystkie zdolności motoryczne osiągają optymalny poziom rozwoju.” [publikacje Pomorskiej Akademii Aikido; 2012].
V. Równocześnie jednak mamy w szkolnictwie muzycznym mimo systemu egazminów wstępnych – często, o wręcz bardzo trudnych kryteriach – niekiedy do czynienia z dziećmi całkiem słabo zainteresowanymi muzyką ze względu na niewielkie uzdolnienia słuchowe, mało aktywną wyobraźnię i/lub swoisty indyferentyzm emocjonalny. Ich to aparat ruchowy posiada takie właśnie cechy, jakie słusznie mogą niepokoić pedagogów: ręce takich dzieci bywają faktycznie słabe i niezdarne, skłonne do wykrzywień itd., itp. Te wszystkie mankamenty aparatu gry jednak wychodzą na jaw wcale nie dlatego, że układ kostny niezbyt mocno utalentowanego muzycznie dziecka jest jeszcze niewystarczająco ukształtowany [najbardziej utalentowani też nie są przez naturę wyposażeni w lepszy], ale wyłącznie dlatego, że w – pierwszym rzędzie – właśnie ze względu na niski poziom uzdolnień nie są one w ogóle zainteresowane aktywnością muzyczną. Te, słabiej muzycznie aktywne dzieci funkcjonują przy swoich instrumentach dokładnie tak samo, jak niezainteresowane pracą osoby dorosłe przy swoim warsztacie, gdzie też wszystko im „leci z rąk” bo cierpią na brak wystarczająco silnej motywacji do bardziej sprawnego działania.
Warto wiedzieć, że rozwój układu kostnego (zgodnie z aktualną wiedzą medyczną) kończy się dopiero w trzeciej dekadzie życia człowieka, a to by mogło oznaczać, że taki np 16-letni G. Sokołow wygrywając Konkurs im. Czajkowskiego powinien był wówczas jeszcze mieć poważne problemy z niedorozwojem kośćca i – w związku z tym – z techniką gry. Rosjanie na szczęście nadal nic nie wiedzą o ewentualnie negatywnym wpływie niezakończonego rozwoju kośćca na rozwój techniki gry na fortepianie u swoich młodych obywateli, ani o pozaklawiaturowych sposobach wzmacniania muskulatury palców i rąk; rzecz to łatwa do sprawdzenia i sprawdzona ponad wszelką wątpliwość. Nie wspominamy już o amerykańskich sukcesach 11-letniego Józia Hofmanna i o takich dzieciach, jak Mozart czy Wieniawski. Także 11-letni Claudio Arrau grał wszystkie Etiudy transcendentalne Liszta oraz Wariacje nt Paganiniego Brahmsa; 16 lat miała też E. Novitskaya wygrywając w 1968 Konkurs im. Królowej Elżbiety, a 7-letnia Ida Haendel mimo zapewne poważnego niedorozwoju swego kośćca zdobyła w 1935 roku VII Nagrodę na I Konkursie im. Wieniawskiego. Mrs Haendel koncertuje nadal mimo skończonej 80-tki i zapewne teraz tak samo nie przeszkadzają jej pewne – ewentualnie – z wiekiem związane problemy z kośćmi i stawami, jak przed laty w niczym nie przeszkadzało Jej ich niedostateczne ukształtowanie.Zresztą, zupełnie nieprawdopodobnie wiele MUZYCZNIE UTALENTOWANYCH małych dzieci zupełnie fenomenalnie radzi sobie z grą na fortepianie, flecie, trąbce, oboju, skrzypcach czy wiolonczeli w Słowacji, Rumunii i na Węgrzech; także i w Polsce, na Ukrainie, w Korei, USA, Japonii, Chinach i w Rosji.
Praktyka zdecydowanie więc przeczy teorii głoszącej jakąś – generalnie – fizyczną „ułomność” dzieci w wieku szkolnym, także – wczesnoszkolnym. Oczywiście, różnice między rękami i dłońmi istnieją zarówno u dzieci w wieku 5, 6 i 7 lat, jak u młodzieży oraz osób dorosłych i starców. Nieporozumień związanych z rękami jest zresztą sporo i nawet wielki Ignacy Jan Paderewski wyrażał pogląd (zob.: aneksy do książki Malwiny Brée o Leszetyckim, s. 90-92), zgodnie z którym tylko pianiści o dobrze umięśnionych dłoniach mogą uzyskać piękny soczysty dźwięk na fortepianie. W konsekwencji oznaczałoby to, że chuda ręka Chopina nie miała szans na jakiekolwiek pełne cantabile, a skądinąd doskonale wiemy, że było zupełnie inaczej. Jakże więc naprawdę jest z tymi rękami i co faktycznie decyduje o bogactwie i pełni brzmienia? Inaczej mówiąc: jakim cudem także w muzyce mały sprytny Dawid zawsze wygrywa z mocno umięśnionym Goliatem?
Odpowiedź na to i kilka podobnych innych pytań będziemy formułować powoli; podzielimy ją na segmenty i tą drogą postępując będziemy szukali procedur, dzięki którym wyjście z kręgu zwątpienia w instrumentalne możliwości dziecięcych, młodzieżowych i całkiem dorosłych rąk powinno wreszcie być osiągalne. Posiadacze „nieudolnych rąk”, pod warunkiem równoczesnego posiadania bodaj przeciętnych uzdolnień muzycznych, dzięki zmianie psychicznego nastawienia do problemów techniki pianistycznej, odnowienia znajomości z pewną chyba jednak powszechnie niezbyt znaną cechą dźwięku fortepianowego oraz odkryciu kilku nowych możliwości swego aparatu gry, będą mogli poznać i przede wszystkim doznać, jak bardzo i w jaki sposób klawiatura potrafi wspomagać ręce pianisty, gdy podchodzimy do niej przyjaźnie, a nie jak do wroga, którego powinno się najpierw obezwładnić przez użycie „przymusu bezpośredniego” za sprawą odpowiednio wytrenowanych palców. Obezwładnić więc najpierw...? A co potem? Ano...Mała dygresja – nie powinniśmy nigdy nikogo oszukiwać! Równie źle jest dawać się zwodzić komukolwiek: tak zwane „szczyty” w każdej dziedzinie są nie tyle zarezerwowane, ile dostępne wyłącznie dla najbardziej utalentowanych jednostek. Ma to pewne konkretne konsekwencje dla każdej i każdego z nas; warto jednak pamiętać, że choć niewątpliwie ze szczytów mamy najpiękniejsze widoki, to także w dolinach życie bywa piękne. Poza tym, powszechność doskonałości byłaby równoznaczna z upadkiem jej prestiżu...
VI. Wracamy do tematu: w każdej dziedzinie spotykamy osoby radzące sobie z napotykanymi problemami w bardzo zróżnicowany sposób – w szkole, na studiach, w pracy zawodowej. Różnice między osiągnięciami poszczególnych jednostek na tym samym polu bywają ogromne (Mozart i Salieri, Newton i John Collins na przykład, Justyna Kowalczyk i moja, narciarsko wyjątkowo skromna osoba). Wiele, bardzo wiele zależy od ambicji, woli i pracowitości każdego człowieka, ale przecież nie wszystko. Nie sądzę w związku z tym, by w imię fałszywie pojętego optymizmu nadal warto było głosić wiarę w to, że Człowiek może w pełni osiągnąć Wszystko czego zapragnie; realistyczne podejście do własnych możliwości i niemożliwości oszczędziłoby doprawdy wiele negatywnego stresu i goryczy. Wcale nie chodzi o to, by rezygnować z jakichkolwiek marzeń, ale o to jedynie, by patrzeć na świat i siebie samego w nim z bodaj jakim/takim dystansem oraz niezbędnym w każdej sytuacji poczuciem humoru... Nie tak dawno (latem 2010) z ust pewnego reprezentanta nauki (dr Jolanta Kępińska-Welbel) usłyszałem następującą opinię: „w teorii już dawno zrezygnowaliśmy z pojęcia uczeń niezdolny”. Początkowo aż się „obruszyłem” na takie dictum, ale po jakimś czasie zrozumiałem intencję tej wypowiedzi: złożona jest sytuacja bycia kimś o średnich lub małych zdolnościach i chyba dlatego właśnie pedagogika nie chce stawiać żadnych barier w prognozowaniu rozwoju poszczególnych indywidualności; teoria najwidoczniej woli postrzegać nawet skrajnie trudne przypadki jako – mimo wszystko – rokujące pomyślnie.
I bardzo dobrze! Nie wolno, zwłaszcza na początku drogi, przekreślać czyichkolwiek szans na rozwój! Nie wolno w żadnej sytuacji i pod żadnym warunkiem załamywać rąk, bo nigdy nie wiemy, co i kiedy w ostatecznym rozrachunku zwycięży. Nie cuda, ale rzeczywiste przełomy, a z pewnością wielkie zmiany na lepsze zdarzają się nie tylko w powieściach. Aby się jednak w realnym życiu doprawdy dobrze działo, trzeba nie tylko „bardzo chcieć”, ale też bardzo dużo umieć i jeszcze więcej wiedzieć. W związku z tym, nie widzę lepszej opcji dla nas, pedagogów, którzy chcemy wzmocnienia życiowych szans naszych uczniów, ponad zachęcanie ich do uporczywego dochodzenia do możliwie pełnej prawdy o wszelkich aspektach naukowego, rzemieślniczego, sportowego, czy artystycznego warsztatu. Nie tylko przecież w grze na fortepianie mamy do czynienia z techniką, o której osiągnięciu na mistrzowskim poziomie marzą na świecie miliony; mamy z nią do czynienia zawsze i wszędzie tam, gdzie wykonywane są jakiekolwiek operacje tak mechaniczne, jak wirtualne, mentalne. Dlatego powinniśmy wyzbyć się wszelkich oporów przed pytaniem samych siebie: czy istotnie ten lub inny problem wygląda naprawdę tak, jak w świetle tradycji nam się go przedstawia? Pytajmy też śmiało naszych Bliźnich – zwłaszcza, gdy nam proponują, by taki-a-taki problem rozwiązywać TYLKO w jakiś jeden określony, a nie w żaden inny sposób: dlaczego właśnie tak...?! Pytania o uzasadnienie proponowanych rozwiązań powinny być bez żadnego skrępowania stawiane każdej osobie, która przekazuje nam dowolne informacje: zawodowe, handlowe, polityczne, każde.
Zawsze mamy prawo i wręcz obowiązek prosić o udowodnienie, że ta lub inna „oferta” faktycznie warta jest naszego zainteresowania, a później – kto wie – może nawet akceptacji? Niestety – ci, którzy mówią głośno i z ogromną wiarą w to co mówią, wcale nie zawsze, a raczej nawet dość rzadko głoszą rzeczy prawdziwie godne wysłuchania.
VII. Kilka danych: rzeczywisty mechaniczny opór klawiatury współczesnego fortepianu zgodnie ze światowymi standardami jest równy ok. 50 gramom, czyli ok. 5 dkg/klawisz. Dziecko 7-letnie ściska dynamometr z siłą ok 5 - 7 kg (500 - 700 dkg), a dodatkowo ma do dyspozycji ciężar własnej ręki – w zależności od budowy ciała może to wynieść ok. 1,5 - 3 kg; razem więc – ok. 10 kg (1000 dkg) plus energia rzutu i nacisk przynajmniej połowy korpusu. Wystarczy zresztą wziąć pod uwagę te dwie pierwsze wartości: 1000 dkg wobec 5 dkg – ta proporcja bardzo wyraźnie prezentuje stosunek siły grającego dziecka względem siły oporu klawiatury. Już u dzieci wygląda to więc jak 1000 : 5, czyli 200 : 1. W przypadku młodzieży i dorosłych te wartości wydatnie rosną, powiedzmy do ok. 1000 : 1, a nieraz i znacznie więcej. Ale, to wszystko będzie dobrze działać tylko pod warunkiem, że będziemy potrafili racjonalnie wykorzystać siłę całej, zintegrowanej ręki oraz jej mądrze używanego ciężaru. Jeśli nie wiemy, jak się do tego zabrać – do naszej dyspozycji pozostaje tylko siła palców odseparowanych od ręki, czyli konieczność walki z bezwładnością klawiszów odczuwaną jako (rzekomy) „opór klawiatury”, stres i ból, a potem – prędzej czy później – jakiś fizyczny uraz ręki, tendinopatia np.; ogólnie – kontuzja z powodu przeciążenia ręki nadmiernym wysiłkiem.
Nie znajduję innego wytłumaczenia dla przyczyn tak szerokiego rozpowszechnienia się owego niedobrego mitu o rzekomo fatalnym dla rąk „oporze klawiatury”, z którym pianista [znów: rzekomo] stale musi się zmagać – ponad fakt stałego od dziesiątków lat działania „szumu informacyjnego”, w którym dobre i liche stanowczo zbyt mało się od siebie odróżniają. Tak naprawdę, to ów słynny „opór” jest przecież tylko i wyłącznie subiektywnie odczuwaną dolegliwością generowaną wewnątrz muskulatury rąk instrumentalnie niekompetentnego pianisty podczas fizycznego „wysilania się” w trakcie gniecenia lub innego przesadnie ofensywnego używania klawiatury. Ta dolegliwość, powtórzmy raz jeszcze, pojawia się wyłącznie w aparacie gry osoby usiłującej wydobywać dźwięk fortepianu jedynie „palcami” [w dokładnie dosłownym rozumieniu tego słowa], czyli – kogoś, kto postępuje równocześnie wbrew aż dwu elementarnym zasadom ergonomii: zasadzie dążenia do redukcji siły używanej podczas wykonywania wszelkich czynności i zasadzie dążenia do redukcji stopnia komplikacji tych czynności. Wypada uzupełnić ten krótki katalog: dodatkowym czynnikiem wybitnie sprzyjającym przemęczaniu rąk, jest u pianistów wyjątkowo często występujący brak samokontroli słuchowej – niestety – czasem wręcz wymuszany przez „okoliczności zewnętrzne” w trosce o zdobycie przez ucznia odpowiednio wielkiego wolumenu brzmienia. To prosta droga do...
Sarah Silvermyn pisze: Ćwiczenie mimo bólu może być ekstremalnie groźne dla pianisty, aż do zniszczenia kariery włącznie, jak to miało miejsce w przypadku Leona Fleishera. „Było w tym coś z postawy ‘macho’, gdy ćwiczyłem nie zważając na ból” – napisał. „Nie przestawałem nawet, gdy ręce były wykończone. Wydawało mi się, że rozwijam mięśnie, choć faktycznie je niszczyłem.” Z ergonomicznego punktu widzenia, podczas wykonywania każdej pracy należy starać się o zmniejszenie związanego z nią wydatku energetycznego; w przypadku adepta pianistyki chodzi o zmniejszenie wydatku energii niezbędnej do wydobycia dźwięku fortepianowego za pośrednictwem klawiatury. Patrząc z tego punktu widzenia, pomysł uporczywego zwiększania „siły palców” przez stosowanie ćwiczeń fizycznych, także tzw. ćwiczeń bezklawiaturowych, jest w swej istocie antytezą wszelkiej ergonomiczności w grze. W naszym myśleniu przecież nie powinno chodzić o to, by „wydawało się”, że osławiony pseudo-opór klawiatury się zmniejsza, bo muskulatura dłoni staje się nadnaturalnie rozwinięta, ale o to – by w sytuacji, w której naturalne rezerwy mocy nawet ręki pozornie słabego dziecka kilkusetkrotnie przewyższają rzeczywiste zapotrzebowanie na siłę fizyczną niezbędną do gry, rzeczywisty wydatek energetyczny w jej trakcie był doprawdy minimalny. Czy to w ogóle możliwe w praktyce?

  1   2   3


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna