Stojąc w kolejce po poranną gazetę, zauważam, że wszystkie dzien



Pobieranie 178,64 Kb.
Strona1/2
Data11.04.2018
Rozmiar178,64 Kb.
  1   2

LWIE SZCZENIĘ







e

szczenie

Stojąc w kolejce po poranną gazetę, zauważam, że wszystkie dzienj niki wydrukowane są dziś z ukośną wstęgą w państwowym, błękit-! nym kolorze. W ten sposób zawsze obwieszczane są ważne uroczy­stości państwowo-kościelne oraz wiadomości szczególnie korzyst­ne dla reżimu Dziadka. Uroczystości żadnych na dziś nie przewie dywano, a więc... czyżby jednak? Pełen złych przeczuć proszę

0 „Kuriera". Rzucam okiem... No tak. Miałem rację. Złapali go.


Ogromny tytuł u samej góry oznajmia: BANDZIOR STULECIA
UJĘTY. Poniżej widnieje zdjęcie zmasakrowanej twarzy Augustina.
Jak donosi specjalny wysłannik, dziś w nocy w pobliżu Szombathely od­
dział conandosów „ Trupia Ręka " pod dowództwem majora von Rottber*
ga wytropił i po krwawej walce pojmał najgroźniejszego przestępcę ostat­
nich lat, wroga państwa i ludzkości, mordercę, podpalacza, gwałciciela

1 truciciela, osławionego „ Wilka " Varallo. Zbrodniarz został w trybie na
tychmiastowym sprawiedliwie osądzony i skazany na karę śmierci w pasz­
czy lwa. Wyrok zostanie wykonany dziś po południu na placu egzekucyj'
nym stołecznego Ogrodu Zoologicznego, dokąd skazany zostanie dostarczo*
ny śmigłowcem hańby. Zapraszamy mieszkańców stolicy do tłumnego
uczestnictwa w akcie sprawiedliwości...

Czuję lekki ucisk w gardle. Tak skończył się twój sen o wolno* ści, Augustinie... Wyrzucam gazetę do kosza, pomalowanego -



Jacek Sierpińsl



36



a jakże! - na błękitno; w naszym Ogólnoświatowym Państwie wszę­dzie panuje wzorowy, jednolity porządek. Kosze na śmieci stoją równo co sto metrów na każdej ulicy, a nawet na szosach, zastępu­jąc używane dawniej słupki odległościowe. Śmiecenie grozi konfi­skatą mienia i zesłaniem na przymusowe roboty w miejskim przed­siębiorstwie śmieciarskim. Drepczę do domu. W bramie zaczepia mnie dozorca.

- Słyszał pan, panie Biernacki, co podali w radiu? - pyta.


Zaprzeczam.

-Wie pan, dzisiaj o dwunastej ma być egzekucja jakiegoś szcze­gólnie ważnego zbója i ponoć sam Marszałek, oby żył wiecznie, wy­biera się na nią z całą rodziną. A potem ma przez godzinę nakładać ręce na wszystkich, co się zgłoszą! Nie chce pan przypadkiem skorzy­stać? Boja w lekarzy to już nie wierzę. Krzyże mnie bolą i bolą, może ręce Marszałka, oby żył wiecznie, coś pomogą?

- Nie, nie, czuję się dobrze - odpowiadam. Omijam go i idę do


siebie, na górę. Jacy to ludzie dzisiaj ciemni... Spodobało się Dziad­
kowi odgrzebać stary, królewski zwyczaj uzdrawiania dotknięciem
rąk pomazańca. Ponoć już tysiąc osób uleczył. W statystykach za ze­
szły rok wyprzedza Madonnę z Lourdes, świętego Ojca Pio i wszyst­
kich najsłynniejszych healerów, z samym Siergiejem Kaszpirowskim-
juniorem na czele, razem wziętych. Wiara czyni cuda. Dobrze to
Dziadek wie i umie wykorzystać, a niech to szlag trafi! I jak tu mówić
ludziom o wolności, gdy masy tak uwielbiają Marszałka, że rozszar­
pałyby na strzępy nieszczęsnego Augustina, gdyby nie pozwolono
zrobić tego lwu?

Robiąc śniadanie wciąż myślę o Augustinie. Gdyby moi przeło­żeni wiedzieli, że w latach studenckich utrzymywałem towarzyskie kontakty z późniejszym królem buntowników, pewnie nie objąłbym tak ważnej funkcji, jak dyrektora Instytutu. Augustin nie ukończył studiów; wyrzucono go na piątym roku za organizowanie opozycji politycznej na uniwersytecie. Groziło mu więzienie. Uciekł jednak, znikł w nieprzeniknionych ostępach puszczy amazońskiej, gdy ukry­wało się wielu takich jak on. A po jakimś czasie, mniej więcej wtedy, gdy robiłem doktorat, świat usłyszał o nim jako o dowódcy Złotej Gwardii, legendarnego oddziału partyzanckiego, przed którym drże-

37

Jacek Sierpiński

li gubernatorzy, starostowie i komendanci w obu Amerykach. Wkrót­ce zresztą również i w Europie.

Potem nastał czas conandosów. W morderczej, nieubłaganej wojnie Złota Gwardia została rozbita. Augustin umknął z niewielką garstką towarzyszy. Przez trzy lata wymykał się prześladowcom. Aż wreszcie dziś przyszło to, co moim zdaniem było od początku nie­uchronne. Zbyt wielka była różnica sił.

Wątpliwe, by nieliczne miejscowe bojówki międzynarodówki li-bertystycznej odważyły się na jego odbicie. Z innych miast nie zdążą ściągnąć. Zresztą teren będzie tak obstawiony tajniakami, policjan­tami i conandosami, że nawet mysz, gdyby nafaszerowano ją mate­riałem wybuchowym i chciano użyć do wysadzenia Dziadka, się nie: prześliźnie. Straszna to śmierć - w paszczy lwa. Neron rzucał na po-, żarcie chrześcijan, Dziadek - libertystów. Jedni i drudzy - marzący o nieziszczalnym...

Pójdę zobaczyć tę śmierć.

Jest za dwadzieścia dwunasta. Kurt, mój znajomy, czeka już na mnie przy wejściu do zoo. Poprosiłem go, żeby załatwił mi dobre miejsce przy egzekucji. Omijamy główną bramę, gdzie zgromadził się już tłum żądnych widowiska gapiów i wszelkiej maści ułomnych oczeku­jących cudu z rąk Marszałka. Wchodzimy boczną furtką; Kurt prowa­dzi mnie alejkami Ogrodu, wśród klatek z małpami i ptakami, do sa­mego placu egzekucyjnego. Siadamy na miejscach zarezerwowanych dla pracowników Ogrodu. Plac jest dużym amfiteatrem, połączonymi z wybiegiem dla lwów. Naokoło wznoszą się rzędy ławek, nad który-l mi góruje błękitna trybuna dla dostojników państwowych, zwana ofl-f cjalnie Trybuną Ludu. Większość ławek jest już zapełniona; obszar wokół Trybuny zajęli policjanci i conandosi w błękitnych, reprezen­tacyjnych mundurach z wyhaftowanym godłem państwowym - Lwem trzymającym w łapach Glob.


  • O której mają go przywieźć? - pytam Kurta.

  • Za pięć dwunasta. Helikopter zrzuci go tu na środek placu, po­
    tem Dziadek wygłosi okolicznościową mowę i wypuszczą lwa. - Kurt j
    jest trochę niespokojny, wierci się i zaciera ręce. - Zwykle jest to Saba, j


38

LWIE SZCZENIĘ



jest on specjalnie tresowany do wykonywania wyroków, ale dziś źle się czuje. Musieliśmy przygotować Sabrinę. Nigdy jeszcze nie uśmiercała skazańców, boję się, że Marszałek może być z niej niezadowolony.

Byłby to dla Kurta cios; spodziewa się w niedługim czasie awan­su na dyrektora zoo. Nic dziwnego, że chce, by lew, za którego jako zastępca dyrektora do spraw politycznych jest odpowiedzialny, spisał się bez zarzutu. Im sprawniej zagryzie on mojego dawnego przyjacie­la Augustina, tym pewniej mój aktualny kumpel Kurt osiągnie wyma­rzone stanowisko.

Ukryta orkiestra wybucha znienacka melodią hymnu państwo­wego. Boże chroń Wodza... Wstajemy. Wszyscy patrzą ku Trybunie Ludu. Tak. Wchodzi On, Marszałek, Dziadek Narodu, w otoczeniu rodziny, księży i zaufanych tajniaków. Nasz Wódz ma dużą rodzin­kę: oprócz żony - trzech synów, dwie córki i sześcioro wnuków. Sia­dają obok niego. Orkiestra kończy grać hymn, siadamy także i w tym momencie dochodzi nas warkot silników; na niebie poja­wia się ciemna plamka, szybko się powiększająca. Śmigłowiec hań­by; maszyną tą, koloru skóry skazańca z wypalonymi piętnami, transportuje się na miejsce straceń „szczególnie odrażających prze­stępców". Podlatuje i zawisa nad placem. Z kabiny wychyla się pilot w błękitnym hełmofonie. Salutuje Dziadkowi; ten łaskawie macha ręką, na znak, że dostrzega ów obowiązkowy dowód szacunku. Gło­wa pilota znika, po chwili otwierają się drzwi śmigłowca i ktoś zo­staje wypchnięty. Spada z wysokości pięciu metrów na murawę pla­cu - ten punkt ceremonii ma ponoć symbolizować duchowy upa­dek zbrodniarza, jak szepce mi do ucha Kurt. Nawet o tym nie wie­działem. No, ale Kurt w tym siedzi, od dawna bywa z racji swej funk­cji na każdej takiej imprezie.

Wyrzucony człowiek powoli się podnosi. Jest nagi; środki -jak sic to oficjalnie mówi - przymusu bezpośredniego conandosów von Rottberga zostawiły na jego ciele krwawofioletowe ślady. W zapuchłej °d razów twarzy z trudem rozpoznaję tego Augustina, jakiego pamię­tni z lat studiów. Ale nie ma wątpliwości, że to on. Groźny „Wilk" Varallo. Obraca się ku Trybunie Ludu. Nie może mówić; skazańcom Przed egzekucją wyrywa się język. Ale powoli wznosi w górę pięść. potrząsa nią.

39

Jacek Sierpiński



Reakcja jest taka, jakiej się spodziewałem. Tłum reaguje głu­chym, wrogim pomrukiem. Dziadek jakby tylko na to czekał. Wstaje i podchodzi do mikrofonu.

- Obywatele moi! - mówi. - Oto przed wami stoi człowiek, który


jak dziki zwierz zwrócił się przeciw ręce, co go karmiła; palił, mordo­
wał, gwałcił i zatruwał wody; słusznie mądrość ludu przydała mu mia­
no „Wilka"! Karzące ramię sprawiedliwości dosięgło go jednak i teraz
oto stoi on przed wami, czekając na los, jaki mu sami wybierzecie!

To tradycja: zgromadzony tłum teoretycznie ma prawo ułaska- \ wić skazańca. Policjanci i conandosi pilnują jednak właściwej reak-j cji. A zresztą któż z tych ludzi uwielbiających swego Wodza zechciał­by darować człowiekowi, co pragnął Jego śmierci?

- Pytam was więc: czy chcecie darować życie temu zbrodniarzowi?
Cisza. Nikt się nawet nie rusza. Jak zwykle zresztą po tym pytaniu.
'•

- A więc - mówi Dziadek - wolicie, by sprawiedliwie zginął. Za-j


tem niech spełni się wasza wola. Niech „Wilk" stanie naprzeciw lwa, j
który jest symbolem naszego państwa!

Rozlegają się oklaski. Nie są obowiązkowe; większość jednak klasz-| cze, by przypodobać się Dziadkowi. Gdy oklaski cichną, rozlega sięf melodyjny gong i wbiega lew. To znaczy, lwica. Nie ma grzywy.

Augustin nie rusza się. Lew powoli zbliża się w jego kierunku.! Widać, że nie rozszarpywał jeszcze człowieka. Patrzę na Dziadka. Usiadł wygodnie, uśmiecha się, na kolanach bawi mu się najmłodszy] wnuk. Obok siedzą i rozmawiają jego trzej synowie, córki i reszta! wnuków. Jeden z księży przechyla się przez barierkę i kropi lwicę] wodą święconą, uświęcając zgodnie z ceremoniałem jej paszczę na] ramię sprawiedliwości (tak formułuje to ustawa). Z tego, co wiem,] wodę w kropidle nasącza się silnym środkiem podrażniającym. Mimo] tego lew nie kwapi się do ataku. Zdaję sobie sprawę, że to tylko chwi­lowe wahanie. Co najwyżej może zaszkodzić, jeśli potrwa dłużej, w zdobyciu awansu mojemu przyjacielowi Kurtowi.

Orkiestra zaczyna grać hejnał. Nadeszło południe.



Jak było do przewidzenia, śmierć „Wilka" spowodowała próby od­wetu ze strony zdesperowanych resztek bojówek międzynarodówki!

40

LWIE SZCZENIĘ



libertystycznej. W ciągu ostatniego miesiąca w samej stolicy zorga­nizowały one dwa zamachy; w jednym z nich zginął dyrektor zoo. Kurt, oczywiście, został jego następcą. Conandoska machina zadzia­łała z całą bezwzględnością; po kilku dniach sprawcy zamachów zo­stali wykryci i ujęci. Rzecznik rządu oświadczył, że jest to już defini­tywny koniec libertystycznego terroru i że odtąd obywatele nasze­go Ogólnoświatowego Państwa będą mogli wreszcie żyć w porząd­ku i spokoju. Teraz telewizja transmituje egzekucję zamachowców i ich wspólników. Patrzę, jak lew Saba wykonuje z wielką sprawno­ścią sprawiedliwy - to słowo zawsze jest mocno podkreślane - wy­rok. Kamera na moment odrywa się od jego posiłku; widać, jak Główny Dowódca Conandosów, najmłodszy syn Dziadka, uśmiech­nięty ściska dłoń ojca-wodza. „Marszałek, oby żył wiecznie - mówi spiker - składa gratulacje Głównemu Dowódcy Conandosów za nie­ustającą czujność w obronie państwa i porządku. Oddziały Conan­dosów są gwarancją, że nigdy żaden wróg nie zagrozi dobru ludz­kości". Ciekawe, co powiedziałby na to oficjalny patron tej forma­cji? Conan Cymmerianin z opowiadań Howarda na ogół nie był darzony specjalną sympatią przez strażników porządku. No, ale nie to zafascynowało w młodości ulubionego potomka naszego Wodza. Sprawność fizyczna i umiejętność władania wszelką bronią, od kija do szybkostrzelnego pistoletu rakietowego - oto czym muszą wyka­zać się conandosi, aby okazać się godnymi swego patrona i otrzy­mać błękitną plakietkę z jego postacią.

Wyłączam telewizor i wychodzę. Idę do Instytutu; ostatnio mamy tam nawał pracy w związku z zamówieniem rządowym. W bramie domu mijam dozorcę. Dalej kwęka i narzeka na krzyże: Dziadek go nie uzdrowił. Ale pan Antoni widział na własne oczy, jak piętnastu nieuleczalnie chorych ozdrowiało pod dotykiem rąk Marszałka. Pój­dzie następnym razem; widocznie za mało ostatnio wierzył.

Przed domem widzę jakieś zgromadzenie, rzecz rzadka w obec­nych czasach, gdy policja drobiazgowo przestrzega ustawy antyspisko-wej. Podchodzę zaciekawiony. Jakiś pijak z gitarą wdarł się na kiosk gastronomiczny i śpiewa, nawet dość czystym głosem. „Nie frasujcie siC, bracia, gdyż po ojcu syn nastanie, miecz przyniesie wrogom, a nam zmiłowanie! Nie frasujcie się, bracia, gdyż po ojcu syn nastanie..." Jed-

41

Jacek SierpiKjski



no i to samo. Pewnie jakiś maniak religijny. Zdarzają się tacy. Niektó­rzy z tłumu podchwytują słowa i zaczynają śpiewać wraz z nim. Nie fra­sujcie się, bracia... Hm... Mglisto sobie przypominam cytat z Biblii, chy­ba tak on brzmi: „Nie przyszedłem dawać wam pokoju, ale miecz". No oczywiście. Dziś rozpoczyna się Adwent, oczekujmy wszyscy przyjścia Chrystusa, przyniesie miecz swym wrogom i zmiłowanie swemu ludo­wi. Bzdury. Nic nie zmieniło się na świecie od tych narodzin dwa tysią­ce lat temu. Dalej silni rządzą, słabi są wyzyskiwani. Kościół błogosławi silnych, skrapia święconą wodą conandoskie mundury i lwie paszcze, a słabym obiecuje raj, jeśli z pokorą przyjmą swój los. Tak zawsze było i tak będzie, a romantyczni szaleńcy w rodzaju Augustina będę koń­czyli w żołądku lwa lub może krokodyla, jak przyjdzie inny władca. Nie zmienimy tego.

Wokół mnie wszyscy już śpiewają i klaszczą w rytm pieśni. Łatwo chwyciło. Jak narkotyk; to jednak trafna nazwa - opium ludu... Od­chodzę. Z dala jeszcze widzę, jak pod kiosk podjeżdża błękitna suka policyjna. Zabierają fanatyka.

Korytarze Instytutu są już puste o tej godzinie. Idę do swej pra­cowni. Jako dyrektor naukowy, jestem odpowiedzialny za najważ­niejszą część rządowego projektu; muszę osobiście kontrolować przebieg kluczowych eksperymentów. W pracowni jak na razie wszystko w porządku. Wskaźniki inkubatora w normie. Spoglądam na wydruki komputera; wynika z nich, że obiekt utrzymuje się na­dal przy życiu bez żadnych zakłóceń. To już szósta próba. Jak na ra­zie, rząd musi obejść się smakiem. To nie takie proste - wyprodu­kować krzyżówkę człowieka i zwierzęcia. Poczeka sobie Dziadek na swoich superludzi. Albo i w ogóle ich nie dostanie. Na razie pró­bujemy, zgodnie z poleceniem, z genami lwa; coś mi się jednak wy­daje, że godło państwowe niezbyt chętnie krzyżuje się z Homo sa­piens. Jeśli i ta próba zakończy się fiaskiem, spróbujemy poprosić pana ministra, by pozwolił nam zmienić materiał. W ogóle dener­wują mnie te wszechobecne państwowe przesądy. Jednak miał ra­cję świętej pamięci Augustin, kiedy dawno temu mówił, że dzisiej­sze czasy są kuriozalną mieszanką rozsądku i państwa... Kompute­ry, roboty, inżynieria genetyczna - a z drugiej strony uzdrawianie ludu dotknięciem wodzowskich rąk, czy rozkaz, by pierwszym zwie-

42

LWIE SZCZENIĘ



rzęciem, z którym skrzyżuje się człowieka, był symbol naszego Ogólnoświatowego Państwa - lew. Albo rytualne egzaminy w szko­le conandosów, gdzie kandydaci muszą stoczyć pojedynek na śmierć i życie z reprezentującym Złe Moce człowiekiem-wężem; jego rolę odgrywa skazany na śmierć kryminalista. A wszystko dla­tego, że synek Dziadka w młodości czytał literaturę fantasy...

No, powiedzmy, że wszystko dobrze. Mogę iść. Za osiem go­dzin trzeba będzie znowu tu przyjść i skontrolować proces. Praw­dę mówiąc, nie wierzę, by eksperyment się powiódł. Im szybciej cały projekt trafi szlag, tym lepiej. Prędzej będzie można się wziąć Za jakąś sensowną robotę. Na przykład zbadać dokładnie, na co zachorowała ulubiona lwica Kurta, Sabrina. Stało się to wkrótce po jej występie w roli ramienia sprawiedliwości; zoowscy wetery­narze nie potrafili nic konkretnego ustalić. Ugiąłem się pod proś­bami Kurta i wziąłem jego pupilkę do Instytutu, ale dopóki mamy na głowie projekt „Lwoczłowiek", nie możemy marnować czasu na jej leczenie. Na razie leży w piwnicy, podłączona do systemu kom­puterowego.

Ciekawe, czy gdy uda się nam wreszcie skrzyżować człowieka z jakimś nadającym się do tego zwierzakiem, rozlegną się protesty obrońców moralności? Tak, jak rozległy się zaraz po otwarciu Insty­tutu; wtedy to fanatycy z Animal Liberation Frontu całymi dniami urządzali demonstracje przeciw wiwisekcji. Stało się to gwoździem do trumny ich ruchu: w końcu Dziadkowi znudziły się pikiety i wysłał conandosów z rozkazem, by pochwyconych przekazać Instytutowi do doświadczeń zamiast ich ukochanych zwierzątek. Posłużyli w bada­niach nad - o ile dobrze pamiętam - nową odmianą środka przeciw-rakowego. Nikt, oczywiście, nie ośmielił się w Instytucie sprzeciwić; sprzeciw groził znalezieniem się w tej mniej wygodnej roli podczas eksperymentów. Od tej pory nie słyszałem już o działalności ALF-u. Być może, część z jego aktywistów przystała do bojówek międzynaro­dówki libertystycznej.

Wracam do domu. Jutro czeka mnie kolejny dzień wypełniony po brzegi bezsensowną pracą. W telewizji pokazują defiladę: flagi, mundury, portrety Dziadka. Jedna z jego córek obchodzi urodziny. Za kilka miesięcy urodziny będzie obchodził sam wielki wódz. W pla-

43

Jacek Sierpiński

nie mamy zdążyć do tego dnia. Sądzę jednak, że będą z tym proble­my. Chyba że pozwolą nam odczepić się wreszcie od tych lwów.

Twarz ministra zdradza zdenerwowanie.

- Nie może być mowy o zmianie gatunku - mówi. - Lew jest
symbolem naszego państwa, przedstawia moc całej ludzkości. Mar­
szałek, oby żył wiecznie, wyraźnie życzy sobie, żeby właśnie z tym
królewskim zwierzęciem skrzyżować nowoczesnego człowieka. Nie
możemy go zawieść. Musimy pokazać światu potęgę nauki w służ­
bie państwa!

-Ale już dziesięć prób zakończyło się niepowodzeniem - tłuma­czę. - Lew i człowiek to zbyt różne organizmy. Gdybyśmy zaczęli od zwierząt bliższych ludziom, jak goryle czy szympansy, być może rezul­taty osiągnęlibyśmy wcześniej. A potem poszłoby łatwiej i z antropo-leonidami.



  • Czy pan oszalał? - minister zrywa się i zaczyna chodzić po ga­
    binecie. - Pan się zastanowi, co by to było, gdybyśmy na urodziny
    Marszałka, oby żył wiecznie, przedstawili mu niezdarnego, prymityw­
    nego małpoluda? Ośmieszyłoby to zarówno nas, jak i nie daj Boże
    cały resort, że wydaje miliony na takie pomysły. Kolego Biernacki, to
    musi być lwoczłowiek! Damy panu dodatkowo sto milionów.

  • A czy nie można by - wtrącam się - zrezygnować z uświetnia­
    nia urodzin Marszałka? Mielibyśmy więcej czasu, wynik...

  • Nie możemy do tego dopuścić. Jak się nie uda, jest niemal
    pewne, że i pan, i ja pożegnamy się z naszymi stanowiskami. Widzi
    pan, obiecałem to - minister ścisza głos - Marszałkowi, oby żył
    wiecznie, podczas przyjęcia z okazji pierwszej komunii jego naj­
    młodszego wnuka. Słyszeli to wszyscy najważniejsi dygnitarze i cała
    rodzina naszego Wodza. Byłem dobrze podpity... Ale słowo się rze­
    kło... Kolego Biernacki, pan jest moją ostatnią nadzieją. Ile pan po­
    trzebuje?

Milczę. Musiał, kurczę, wyskakiwać z takim idiotycznym zobo­wiązaniem? Też mi Minister Nauki i Postępu... Ale w sumie nie mam wyboru. Albo solidarnie zlecimy, albo przedstawimy Dziadko­wi na urodziny antropoleonida, choćby ten dzień później miał

r

LWIE SZCZENIĘ



zdechnąć i choćby nie miało to większej wartości z naukowego punktu widzenia.

  • Jak dostaniemy trzysta milionów, może zdążymy - odpowia­
    dam.

  • W porządku! - minister wraca za biurko, chwyta za długopis
    i zaczyna wypełniać formularze. - Otrzyma pan te pieniądze już dziś.
    Wpłacimy ekspresem na konto Instytutu. I niech pan, na miłość bo­
    ską, zdąży!

  • Zrobię, co w mojej mocy - obiecuję. A więc jeszcze raz pań­
    stwo zatriumfowało nad rozsądkiem. Trzeba będzie zadzwonić do
    Kurta, by załatwił kolejne partie lwów. Jak tak dalej pójdzie, może
    wreszcie zostaną wytępione i skończą się krwawe widowiska w zoo...
    Opuszczam gabinet i budynek szacownego Ministerstwa Nauki i Po­
    stępu. Na ulicy pada śnieg, to środek zimy, chodniki oblodzone, trze­
    ba uważać, by źle nie stąpnąć i nie skręcić nogi. Na parkingu jakieś
    zamieszanie. Grupa młodych ludzi obsiadła jeden z samochodów -
    no tak, to mój chevrolet, wyróżnia się pośród gromady volkswage-
    nów, fiatów i krabów. Proszę ich, żeby się odsunęli. Nie reagują. Śpie­
    wają jakąś znaną piosenkę - no jasne, przypominam sobie, gdzie sły­
    szałem ją po raz pierwszy. Na wysokości kiosku gastronomicznego
    koło mojego domu. „Nie frasujcie się, bracia...". Bardzo się rozpo­
    wszechnił ten religijny kicz. Adwent się skończył, Boże Narodzenie
    przyszło, a grupy obdartusów i wyrostków śpiewają to dalej po uli­
    cach. Z początku policja tępiła śpiewaków, teraz widać przestała to
    nawet robić. Lepiej, by młodzi śpiewali, a nie rzucali bomby. Kto wie,
    może wymyślił ją nawet w tym celu jakiś spryciarz w Ministerstwie
    Porządku i Bezpieczeństwa? Musi w sobie coś mieć jej melodia, że
    przyczepia się tak do człowieka. Na okrągło śpiewa się te cztery linij­
    ki-Jak dawniej Hare Kriszna.

  • Bracia - odzywam się - frasuję się, bo nie pozwalacie mi odje­
    chać. A w ogóle, ciekawi mnie, dlaczego śpiewacie? Boże Narodze­
    nie, o ile wiem, już minęło.

Przerywają śpiew. Jeden z nich, długowłosy i długobrody, wpa­truje się we mnie nieprzytomnym wzrokiem.

- Nasz adwent trwa nadal - odpowiada wreszcie. - Tamto Boże


Narodzenie to tylko urodziny Boga księży, Boga, który jest bajką.


44

45


Jacek Sierpiński

Księża wystawiają drewniane kukły i każą nam wierzyć, że gdzieś żyje wszechpotężny i wszechdobry duch, który stworzył ten świat. Sam powiedz, bracie, czy gdyby to była prawda, świat mógłby wyglądać tak, jak wygląda? Księża kłamią. Świat jest wieczny, a Boga nie ma. Jeszcze nie ma. Ale bliski już czas, gdy narodzi się Ten, co nie będzie potrzebował kropideł i kukieł, Biblii i Koranów, przykazań i ofiar. I powiadam ci, bracie, że będziesz należał do pierwszych, którzy Go ujrzą. Jeśli chcesz być zbawiony, śpiewaj. Przez śpiew bowiem prowa­dzi droga do wyzwolenia.

Daje znak i grupka fanatyków schodzi z mego chewoleta. Loku­ją się na pobliskim fiacie i znów rozpoczynają śpiew. Za kilka miesię­cy lub lat znikną z ulic, ot, jeszcze jedna z nietrwałych sekt. Może przetrwają wystarczająco długo, by któryś ze znanych zespołów pop zrobił z tego przebój. A na razie - cóż... Nie frasujmy się, bracia. Może uda się nam stworzyć antropoleonida w prezencie dla Dziad­ka. Zastosujemy pola wibracyjne i bioelektroniczne. Wysokie i niskie częstotliwości. Biogenitynę i neowitaminy. Mamy pięć miesięcy. Nie frasujmy się, bracia.

Rozstrzygnie się dzisiaj moje być albo nie być na stanowisku dyrek­tora Instytutu Biologii... Wszyscy od rana czuwamy w pracowni, przy­jechał nawet Minister Nauki i Postępu. Nie dziwię się mu: od nasze­go powodzenia zależy i jego kariera. Zdążyliśmy z przygotowaniem ulepszonego embrionu w ostatniej chwili. Zaszczepiliśmy go przysła­nej nam z Centralnego Więzienia ochotniczce i zdecydowaliśmy się na maksymalne przyśpieszenie; w tej chwili embrion jest już prawie całkowicie wykształconym antropoleonidem.



Ochotniczka leży gotowa do porodu na stole laboratoryjnym. Diagnostycy cały czas się przy niej uwijają, mierzą tętno, temperatu­rę i inne duperele, na których się za bardzo nie znam. Liczę na to, że poród odbędzie się dzisiaj i że utrzymamy antropoleonida do ju­tra, to jest do urodzin Dziadka. Jeśli o to chodzi... Od tygodnia już w stolicy prawdziwy cyrk, miasto udekorowane błękitnymi flagami, wizerunkami Lwa trzymającego w pazurach Glob, portretami Dziad­ka samego i z rodziną, chyba nie ma ani jednego nie udekorowa-

46

LWIE SZCZENIĘ



nego budynku, conandosi i policjanci się ćwiczą, by dobrze wypaść na defiladzie, w telewizji ciągle lecą filmy o życiu Dziadka i jego pracy dla ludzkości, prasa już od tygodnia wychodzi z błękit­nymi pasami, a jutro wszystkie gazety mają po raz pierwszy ukazać się całe w państwowym błękicie. Szaleństwo. Po defiladzie przewidziano zbiorowy seans leczenia dotykiem wodzowskich rąk, dla blisko pię­ciu milionów osób; wystarczy, by trzymały się za ręce. My, jak wszyst­ko dobrze pójdzie, dołożymy swoją skromną cegiełkę do jutrzejszej fali uniesienia. A jeśli jej nie dołożymy, to ktoś dołoży nam. Patrzę na wydruki komputera: nie ma raczej szans na naturalny - o ile to słowo tu cokolwiek znaczy - poród. Trzeba będzie chyba spróbować wyjąć szczenię operacyjnie; miejmy nadzieję, że przeżyje. Morris, mój asystent, sprowadził zapobiegliwie księdza, niech mu będzie. Jeśli w to wierzy, będzie spokojniejszy. Minister krąży nerwowo po pracow­ni. Podśpiewuje sobie pod nosem, no tak - oczywiście „Nie frasujcie się, bracia". Swoją drogą, ten, kto wymyślił tę piosenkę, musiał od­znaczać się dużym talentem.

  • Pan też należy do tej sekty? - pytam z głupia frant. Minister
    wybałusza oczy.

  • Co? Ee... no... co też pan mówi? Tak mi się to jakoś nasunęło

na język...

Nadal jednak słyszę skądś tę irytującą melodię. Uświadamiam sobie, że to z zewnątrz. Wychodzę na korytarz i wyglądam przez okno. Kilkudziesięciu obdartusów- „braci niefrasobliwych", jak ich w telewizji nazwał satyryk Capello - zgromadziło się przed Instytu­tem i śpiewa na cały głos. Waham się, czy nie zadzwonić po policję, ale w końcu rezygnuję. Ostatecznie to, że nie podoba się komuś ja­kaś melodia, to jeszcze nie powód, by wsadzać ludzi do aresztu. Wra­cam do pracowni. Nie możemy już dłużej czekać. Daję znak chirur­gom, by rozpoczęli przygotowania do operacji. Wytaczają stół wraz 1 ochotniczką do sąsiedniej, wysterylizowanej sali; reszta pracowni­ków ze mną na czele będzie śledzić przebieg operacji na monito­rach. Czuję ogarniające mnie zdenerwowanie.

Wraz z rozpoczęciem zabiegu zaczynam śledzić dane płynące z komputera. Wskazują one, jak przebiegają funkcje życiowe płodu. Ciśnienie, rytm serca, prądy układu nerwowego. Na razie wszystko

47








Jacek Sierpiński j


  1   2


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna