Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona9/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Za chwilę dekoracja. Ogarnęła mnie euforia. Chciało mi się wrzeszczeć, płakać – byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Gdyby nie podium, fikałbym ze szczęścia. Stałem na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Nie mogłem wprost uwierzyć – po tylu perypetiach – udalo się. Po raz drugi zostałem mistrzem olimpijskim.

23 01/90

To były wspaniałe, szalone dni. Ogromna radość, płynące ze wszystkich stron słowa uznania i podziwu. W Warszawie, na Okęciu witał nas ogromny tłum rodaków. Do dzisiaj nie wiem jakim cudem udało mi się uniknąć poważniejszych obrażeń i uchronić medal olimpijski. Nieopisany entuzjazm, każdy chciał bodaj dotknąć bohaterów Igrzysk.

W Urzędzie Rady Ministrów udekorowano mnie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Gomułka, Cyrankiewicz i inni oficjele z zaciekawieniem wypytywali o wrażenia olimpijskie. Gomułka widząc moją pociętą twarz, zapytał:

„- to w boksie tak was Kulej pokiereszowali? „ Zaskoczony pytaniem milczałem a pierwszy sekretarz ciągnął w zadumie: - „Tak, ten sport, ten sport. Wnuczka też przepada za sportem. Żona na basen codziennie ją prowadzi.”

Prym na spotkaniu wiódł premier Cyrankiewicz otoczony rojem pięknych pań –

Brązowych medalistek, siatkarek. Między jednym a drugim toastem premier wygłosił oczekiwaną przez wszystkich formułę: „- Moi drodzy olimpijczycy, ponieważ czas wizyty dobiega końca, chciałbym wam jeszcze raz pogratulować, a jeśli ktoś ma do mnie jakieś podanka czy prośby – to bardzo proszę”. Takich okazji nie zwykło się marnować, wręczyłem więc podanie o samochód. Podobne napisała Irena Szewińska. Po tygodniu odebrałem z Polmozbytu talon na Volksvagena 1200 standard. Kosztował 140 tys zł. Miałem 100 tys. za rozbitego Mercedesa, a 40 tys. dostałem za złoty medal i w ten sposób stałem się właścicielem ekskluzywnej jak na owe czasy limuzyny. Gwardia, mój klub macierzysty, również stanęła na wysokości zadania. Posypały się odznaczenia, nagrody i awanse. Mnie, podporucznika MO, awansowano o dwa stopnie do rangi kapitana. W „Przeglądzie Sportowym” można było obejrzeć zdjęcia ministra spraw wewnętrznych Świtały w otoczeniu olimpijskiej Gwardii.

Walka finałowa na Olimpiadzie była sygnałem, by poważnie zastanowić się nad zakończeniem kariery sportowej. Chlubiłem się, że nigdy nie leżałem na deskach. Tylko raz, jako dziewiętnastolatek, walcząc w Szkocji z Gibsonem, przegrałem pojedynek w wyniku kontuzji. Zderzyliśmy się głowami, pękła mi skora pod okiem i arbiter odesłał mnie do narożnika. A jednak, właśnie w Meksyku, po jednym z pierwszych ciosów Kubańczyka, tylkoułamki sekund dzieliły mnie od tego, bym jak długi runął na deski. Sygnał aż nadto wyraźny. Zwlekałem z decyzją, wtłoczony w kierat meczów międzypaństwowych i ligowej młocki. Jedno ze spotkań reprezentacji było bardzo prestiżowe – mecz z NRD. Niemcy, którzy mieli wtedy naprawdę dobrą drużynę, przegrali 4:16. Tiepoldt był cztery razy na deskach, co dobitnie dowiodło, że wynik walki na olimpijskim ringu był sprawiedliwy. Ta walka, choć zwycięska, była jednak dla mnie kolejnym poważnym sygnałem, że byż może już niebawem znajdzie się pięściarz, któremu uda się mnie powalić. Ostatni raz wystąiłem w reprezentacji Polski na Wyspach Brytyjskicj w grudniu 1970r. Dwumecz z Anglią w Cardiff i Londynie wygraliśmy, zagarnąłem wtedy nagrody dla najlepszego pięśćiarza. W pierwszym spotkaniu, w którym przeciwnikiem był czarnoskóry Anglik, potężnej postury, udał mi się cios życia. Przeciwnik padł jak rażony piorunem wprost w ramiona polskiego sędziego ringowego, pana Jana Brzeżańskiego. Byłem więc w znakomitej formie. Tym większe zaskoczenie kolegów i trenerea Stamma, gdy dowiedzieli się, że postanowiłem już nigdy nie zakładać bokserskich rękawic. W styczniu 1971roku oficjalnie zakomunikowałem swą decyzję. Dla większości sympatyków sportu była to duża niespodzianka. Spodziewano sie po mnie medalu na zbliżających się Mistrzostwach Europy w Madrycie, liczono, że wystartuję w Igrzyskach Olimpijskich w Monachium. Wytrzymałem tę presję. W garniturze stanąłem w ringu hali Gwardii, by pożegnać moją wierną publiczność. Zakończył się pewien znaczący, niepowtarzalny etap w moim wówczas trzydziestoletnim życiu. Dane mi było przeżyć uniesienia zarezerwowane wyłącznie dla olimpijskich mistrzów i gorzki smak przegranych. Wszystko to jednak związane było z walką prowadzoną zgodnie z regułami sportowej rywalizacji. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że po zejściu z ringu czeka na mnie przeciwnik o wiele bardziej bezwzględny, czasami tylko respektujący zasady fair play – życie.

Dominującym uczuciem, które towarzyszyło mi w pierwszych miesiącach „cywilnego” życia, była pustka. Nie wiedziałem co z sobą zrobić. Pakowałem czasem torbę i gnałem na trening, by na schodach uzmysłowić sobie, że już tam na mnie nie czekają. Z boksem nie chciałem się jednak rozstać. Przyjąłem propozycję pracy z juniorami Gwardii. Od razu mój entuzjazm został wystawiony na próbę. Powoli zacząłem orientować się w zawiłościach klubowej machiny: układy, układziki, małe sprawy małych ludzi. A ja chciałem pracować, uczyć młodych chłopców, tak jak i mnie kiedyś kształcono na progu sportowej kariery. Czułem się coraz mniej pewnie na tym ringu. Chwytałem się różnych sposobów na życie, chyba najfatalniejszym była kawiarnia na Starym Mieście. Wspólnie z żoną otrzymaliśmy zamknięty przez „Sanepid” bar mleczny. Lokal bez klimatyzacji, istny raj dla karaluchów. Ufni w zapewnienia, że interes opłaci się sowicie zainwestowaliśmy w remont niemal cały nasz majątek. Dwoiłem się, by lokal miał swój styl. Przytulnie urządzone wnętrza i stali bywalcy – sportowcy i aktorzy – wszystko to tworzyło nipowtarzalną atmosferę naszej kawiarenki. Nazwałem ją „Ring” nie przypuszczając, że dostanę na nim srogie lanie. Przeprowadzono dokładną kontrolę. Jej wynik był dla nas wstrząsem. Przepadły bezpowrotnie pieniądze włożone w remont, obciążono nas ogromnymi kwotami. Komornik opieczętował mieszkanie, samochód, lodówkę, pralkę itp. Był to cios na którego przyjęcie nie byłem przygotowany. Wystąpiłem z milicji. Pensja oficerska nie wystarczała na spłacanie rat. Zacząłem rozglądać się za pracą. Zaproponował mi ją RTS Widzew. Kontrakt trenerski opiewał na niebagatelną, jak na owe czasy, sumę 9 tys. zł. Pięć tysięcy miesiąc w miesiąc odprowadzałem do kasy komornika, za cztery – utrzymywałem rodzinę. W Łodzi trenowałem grupę sympatycznych chłopców, którzy harmonijnie godzili sport z nauką. Klub zafundował im tzw. dożywianie, każdy otrzymał bon wartości 100 zł, który mógł realizować w barze „Widzewiak”. Pewnego razu dwóch młodych pięściarzy zwróciło się do mnie przed południem z prośbą o przyspieszenie treningu. Tłumaczyli się, że niespodziewanie zmieniono im plan lekcji. Nie widziałem przeszkó, na treningu wycisnąłem z nich solidne poty. Po zajęciach poprosiłem prezesa RTS, pana Mirosława Stańczyka, o dwa bony na obiad. Niestety, dowiedziałem się, że niezaplanowane posiłki nie mogą być realizowane i że bonów nie ma. Z własnej kieszeni wypłaciłem chłopcom 200 zł życząc im smacznego. Po popołudniowym treningu jedliśmy całą grupą kolację w „Widzewiaku”. Jakież było moje zdumienie, kiedy zastałem tam prezesa. Hucznie biesiadował, suto zakrapiając. Puściły nerwy, gdy zobaczyłem, że bankiet finansowany był ponoć reglamentowanymi bonami żywnościowymi. Chwyciłem prezesa za klapy marynarki i przy wszystkich wygarnąłem, co o nim myślę. Na konsekwencje długo nie czekałem, a to za sprawą prężnie i nieszablonowo działającego prezesa Stańczyka.

Był pogodny wieczór kiedy opuszczałem restaurację „Savoy”. Nagle słyszę: „- Proszę o dokumenty”. Jak spod ziemi wyrósł przede mną słusznego wzrostu młodzieniec. Strząsnąłem jego ręce z moich ramion. Był to sygnał dla ekipy krytej w radiowozie. W oka mgnieniu dopadła mnie chmara milicjantów, bijąc pałkami i gazując. Wciągnęli mnie do samochodu i zawieźli do komisariatu. Zarzut, który mi postawiono był ciężki: pobicie funkcjonariusza na służbie. Dziś mogę się już przyznać, że gdyby akcja mundurowych była choć o sekundę spóźniona, to „cywila” czekałby ciężki nokaut. Nie doszło jednak do rękoczynów, nie było z mojej strony żadnej napaści, czułem się więc niewinny. Grubymi nićmi szyta prowokacja powiodła się prezesowi Widzewa w 100 proc. Nazajutrz ukazał się w miejscowej prasie artykuł opatrzony ogromnym tytułem: „Czyn huligański Jerzego Kuleja”. Dziennikarz opisywał w nim dantejskie sceny, jakie dziać się miały ponoć przed „Savoyem”. Sprawa trafiła do prokuratora, który miał nielada orzech do zgryzienia. Niby poszkodowany milicjant nie otrzymał świadectwa obdukcji, lekarz poprostu nie znalazł śladów pobicia. Delikwent twierdził, że dostał od Kuleja lewym sierpowym. Lekarz skonstatował jedynie: „- Gdyby to była prawda, to by cię tu, młody człowieku przywieźli na sygnale”. Prezes dopiął jednak swego. Jako awanturnika, człowieka niegodnego pracować z młodzieżą wywalił mnie z pracy. Sprawa, mimo iż nie było świadków, opierała sie więc jedynie na zeznaniach „poszkodowanego”, ciągnęła się dalej. Wsparcie znalazłem wreszcie u u wiceministra sprawiedliwości, pana Adama Zborowskiego. Prosiłem go jedynie o to, by zbadano wszelkie okoliczności sprawy. Nieszczęsny artykuł w „Ekspresie Ilustrowanym” postawił mnie w tragicznej sytuacji. Do wyjaśnienia zajścia nie mogłem znaleść pracy ani jako nauczyciel, ani jako trener. Minister Zborowski interweniował u Prokuratora Generalnego PRL Lucjana Czubińskiego. W końcu otrzymałaem orzeczenie, z którego wynikało, że interwencja milicyjna została przeprowadzona nieprawidłowo, nie zaistniały bowiem przesłanki do użycia tak drastycznych środkow jak pałki i gaz. Śledztwo umorzono, mogłem wreszcie wrócić do pracy.

Pomocną dłoń podał mi Wojciech Płóciennik, sekretarz generalny WOPR. Cenie sobie wielce ludzi, którzy w kryzysowych momentach nie zapierają się dawnych znajomości. Mijały lata. Wiedziałem, że moim przeznaczeniem jest boks. Byłem przecież trenerem I klasy. Miałem kwalifikacje, by szkolić następców, mistrzów ze szkoły Papy Stamma. Zgłosiłem się do PZB, odprawiono mnie z kwitkiem. Niezrażony udałem się do ówczesnego ministra sportu, Mariana Renke. W pełni poparł moje starania i z nominacją na trenera kadry młodzieżowej ponownie zapukałem do gabinetu prezesa PZB Witolda Sienkiewicza. Byliśmy kiedyś przyjaciółmi – a teraz spotkała mnie jawna niechęć, rzucanie kłód pod nogi. Nie wiem co spowodowało tę zmianę: może odejście z Gwardii, czy wystąpienie z milicji? Nie wiem.



Mam pretensje do ludzi, którzy sterowali wówczas polskim boksem: nie potrafili czy może nie chcieli wykorzystać moich możliwości. Wiedzieli przecież, że mam dużą wiedzę fachową , choć w pracy organizatorskiej byłem amatorem. Liczyli na to, że wcześniej czy później wyłożę się. Kontrakt ze mną skonstruowany był nadzwyczaj chytrze: zostałem trenerem kadry młodzieżowej odpowiedzialnym za współpracę z kadrą seniorów. Z perspektywy lat wiem już, że...tego szczęścia było za dużo na raz: ze zgrupowania na zgrupowanie, z pociągu do pociągu, z samolotu do samolotu. Twarze, nazwiska, miejscowości a dookoła ludzie, którzy tylko czyhali, by powinęła mi się noga. Miałem ambicje kroczyć drogą wytyczoną przez trenera Stamma.... Niestety moje usiłowania, by trenerzy klubowi w trakcie szkolenia podstawowego

1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna