Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona8/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

12 września, późnym wieczorem uczestnicy zgrupowania spotkali się z przesem PZB Romanem Lisowskim. Nadszedł czas rozstrzygnięć. 11 olimpijskich nominacji i o wilele więcej kandydatur . Wzięto pod uwagę każde „za” i „przeciw”. Uważnie sprawdzano zapisy kontrolnych wag, na ostatnim zgrupowaniu pięściarze musieli obowiązkowo trzy razy osiągnąć limit swojej kategorii. Nie wszystkim sie to udało.

Rozstrzygała opinia Stamma: On decydował ostatecznie – kto i w jakiej kategorii wystartuje na olimpijskim ringu. A mieli na nim wystąpić Hubert Skrzypczak, debiutant na Igrzyskach, mistrz i wicemistrz Europy w wadze muszej, Artur Olech, srebrny medalist z Tokio., Jan Gałązka, pierwszy start olimpijski, wicemistrz Europy w wadze koguciej, Jan Wajdas – również debiutant. Następnie trzech rutyniarzy, bywalców na światowych ringach. Józef Grudień – mistrz olimpijski, mistrz i wicemistrz Europy; Jerzy Kulej (ogromna radość, kamień spadł mi wręcz z serca). W trójce weteranów znalazł się też najstarszy – olimpijczyk z Rzymu, z Tokio, a teraz i z Meksyku – Marian Kasprzyk. Brąz w 1960 roku (przegrałem z nim wówczas rywalizację o olimpijską nominację –, a jego tylko pech pozbawił możliwosci walki złoty medal), tytuł mistrza olimpijskiego w Tokio, świetna forma przed Meksykiem i ogromne apetyty na następny medal olimpijski.

Pozostałą czwórkę tworzyli debiutanci w startach olimpijskich. Witold Stachurski – wicemistrz Europy z Rzymu, Wiesław Rutkowski, który zupełnie niespodziewanie wytypowany został do wagi średniej. W tej kategorii spodziewano się raczej Stachurskiego, silniejszego fizycznie i cięższego – ale postawiono jednak na szybkość i technikę Wieśka. Indagowany przez dziennikarzy czy nie boi się konfrontacji z cięższymi i silnniejszymi przeciwnikami – odparł, że na treningach doskonale sobie radził ze wszystkimi do wagi ciężkiej włącznie. A jeszcze i to, że nie będzie sobie skąpił na jedzeniu – a to w turnieju bokserskim prawdziwy komfort.

Dwie najcięższe kategorie obsadzili moi przyjaciele: Staszek Dragan i Lucek Trela.

Do końca walczyli także o olimpijski awans tacy m.in. dobrzy pięściarze jak Rożek, Wichman, Więcaszek, Petek i Hebel. Przeżywali bardzo porażkę. Józek Grudzień, który przejął po mnie obowiązki starosty grupy olimpijskiej, powiedział w czasie spotkania kilka pięknych słów: „Nie wszyscy mogą pojechac do Meksyku. Dzisiaj wybor padł na nas. Jutro inni dostąpią tego zaszczytu.pamiętam, że sam w roku 1960 znalazłem się w podobnej sytuacji. Rywalizowałem z Kazimierzem Paździorem. Wybór padł na niego. Zdobył wówczas tytuł mistrza olimpijskiego, zaś w cztery lata później, w Tokio, to ja byłem dekorowany złotym medalem. Za cztery lata wielu z nas nie będzie miało szans na start w Igrzyskach. Kolej przyjdzie na was. Nie zmarnujcie tej okazji:. Wielu z uczestników zgrupowania wiedziało od początku, że nie ma szans na nominację. Nie zważając na to dawali z siebie wszystko na treningach i walkach sparingowych. Takimi świetnymi kolegami, pięściarzami wysoko postawionymi w krajowej hierarhii, byli m.in. Kuderski, Kokoszka, Wajgelt, Zakrzewski, Czapka, Kaczyński czy Radzikowski. Wiedzieli dobrze, że i od nich w znacznej mierze zależą efekty olimpijskiego startu ich kolegów. Do ostatniego treningu w kraju nie było taryfy ulgowej. Bili silnie uważając przy tym, by nieopatrznym uderzeniem nie spowodować kontuzji.

Do Meksyku dotarliśmy pod koniec września. Feliks Stamm miał gotowy plan, który powstał przed dwoma laty, podczas przedolimpijskiego rekonesansu. W pobliżu miasta Meksyk (MEXICO CIUDAD) wypatrzył przypominającą okolice Zakopanego wyżynę Desierta de Los Leones, położoną 3000 m n.p.m. Pośród pięknych świerkow biegaliśmy na przełaj, aklimatyzując się do wysokogórskich warunków.

Losowanie miało być dopiero 11 października, ale wiedzieliśmy już, że do turnieju zgłoszono 357 pięściarzy. W wagach Półciężkiej i ciężkiej wystarczy wygrać „tylko” pięć walk, by zostać mistrzem olimpijskim, w pozostałych kategoriach przyszłych mistrzów oczekiwało po sześć walk. Czekała nas trudna przeprawa, ajuż zwłaszcza w walkach eliminacyjnych, w których trafiają się bardzo wymagający przeciwnicy. Miałem się o tym przekonać zresztą na własnej skórze.

Tymcasem biegaliśmy po okolicach Desierta de Los Leones, w sali powtarzaliśmy treningi szybkościowe i sparowaliśmy z pięściarzami z Kuby i NRD. I tu miłe zaskoczenie – w konfrontacji z Kubańczykami, którzy dotąd przewyższali nas kondycją i wytrzymałością, a czasami nawet szybkością – okazaliśmy się znacznie wytrzymalsi. Poczytaliśmy to za dobry omen. Bokserzy z NRD walczyli z nami na luzie, traktując te sparingi ulgowo. I te sprawdziany pokazały, że jesteśmy na dobrej drodze do osiągnięcia szczytu formy w czasie turnieju.

Z podziwem obserwowałem trenera Stamma. Były to jego siódme Igrzyska. Zaczynał jeszcze w Berlinie w 1936 roku.Z tamytch lat wspominał dramatyczną walkę Henryka Chmielewskiego z amerykańskim Murzynem (CZARNOSKÓRYM) Clarkiem: „To było niezapomniane widowisko, pełne dramatycznego napięcia. Już w pierwszym starciu obaj przeciwnicy zapoznali się dwukrotnie z deskami. Ostatecznie zwyciężył Chmielewski, którego sukces został owacyjnie przyjęty przez publiczność”. To były wspomnienia sprzed 42 lat, z poczatkow trenerskiej kariery. Ileż takich opowieści mógłby jeszcze Papa Stamm przytoczyć?

Na Igrzyskach meksykańskich Papa Stamm obchodził jubileusz 45-lecia pracy trenerskiej. Cieszył się ogromnym autorytetem na całym świecie. Uważano go za niekwestionowanego profesora boksu. Kipiał energią i nikt nie uwierzyłby, że do Meksyku pojechał w wieku 67 lat. Nie przeszkadzało mu to w koordynowaniu przygotowań do olimpijskiego turnieju.

Dzięki Henrykowi Nowarze, trenującego pięściarzy meksykańskich, korzystaliśmy z luksusów ośrodka sportowego gospodarzy Igrzysk. Co prawda w Wiosce Olimpijskiej była wspaniała hala treningowa z ośmioma ringami oraz wszystkimi niezbędnymi przyrządami ale panował taki harmider, że trudno było o koncentrację, o zachowanie przysłowiowego „olimpijskiego spokoju”. A był on nam bardzo potrzebny. Godziny dzielily nas od losowania i pierwszych walk.Podobnie jak w Tokio zebraliśmy się wszyscy w największym pokoju w oczekiwaniu na powrót naszych wodzów z ceremonii losowania. Rozpoczęli informację od wagi papierowej. Pierwszym przeciwnikiem Huberta Skrzypczaka miał być reprezentant ZRA Selim. Według trenerów nasz najlżejszy miał szczęście – powinien pokonać rywala.W wadze muszej Artur Olech wylosował boksera Porto Rico – Girdona. Nikt wtedy nie wiedział, że Girdon nie skończył jeszcze 17 lat i zgodnie z regulaminem nie może występować w turnieju olimpijskim. W wadze koguciej Janek Gałązka miał spotkać się z pięściarzem gospodarzy – Cervantesem. Przewidywano tu niejakie kłopoty – jak wiadomo, gospodarzom nawet ściany pomagają. W wadze piórkowej Janek Wadas trafił na groźnego Bułgara Michajłowa.

21 10/89


Następnym przeciwnikiem miał być Meksykanin Lozano. Do kolejnej rundy turnieju przeszdł po problematycznym zwycięstwie na d reprezentantem Ghany Lawsonem. Zdaniem obserwatorów sędziowie skrzywdzili afrykańskiego boksera. Sędziowie zresztą często ferowali werdykty, których nie wydałby nawet laik. Również wielokrotnie zmieniano drabinki eliminacyjne. Komisja lekaska z powodu nadwagi wykluczył a z turnieju bokserskich łasuchów. Tylko w kategorii lekkopółśredniej zakończyli na wadze swą karierę Argentyńczyk Gonzales i Urugwajczyk Casal. Powodowało to ciągłe perturbacje: do końca nie było wiadomo kto będzie przeciwnikiem w następnej walce.

Po walce z kajdim miałem troche czasu na regenerację sił. Nastrój w zespole był dość minorowy. Ponieśliśmy straty. Najdotkliwsza z nich była porażka Marian Kasprzyka. Złoty medalist z Tokio długo czekał na swa pierwsza walkę z Amerykaninem Charlesem Munizem. Cóż, kiedy miał w tym pojedynku strasznego pecha: na początku pierwszej rundy Marianowi pękły spodenki. Tego nikt sie nie spodziewał. Ekipa nie miała zapasowych, organizatorzy byli rownie bezradni. A regulaminowy czas przerwy, 60 sekund upływał nieubłaganie. Sytuację uratował Stasio Zalewski. W sprinterskim tempie pobiegł do szatni, zdjął swoje, niezbyt co prawda wyjściowe , ale za to całe spodenki i czym prędzej dostarczył na ring. Incydent ten wytrącił Mariana z konceptu. Jego przeciwnik nie odegrał w turniej znaczącej roli. W normalnej formie Polak nie miałby z nim żadnych problemów. Pęknięte spodenki wyeliminowały zawodnika, na którego tak liczył Papa Stamm.

Przed marinanem pożegnali sie z olimpijskim ringiem Gałązka, Wadas, Stachurski i Lucek Trela. Ten ostatni nei ma się czego wstydzić. Przegrał, i to minimalnie , z młodym zaczynajżcym swą wielką bokserską karierę, przyszłym mistrzem świata zawodowców wszechwag Gergen Foremanem.

Pozostała nas szóstka. Skrzypczak miał walczyć w ćwierćfinale z Australijczykiem Donovanem. Olech, także o półfinał, z bokserem radzieckim Nowikowem. Ćwierćfinałowe pojedynki stoczyć mieli również Rudkowski z Kisielewskim i Dragan z Włochem Facchinettim. Józek Grudzień miał przeciwko sobie w 1/16 finału Irlandczyka Quinn’a, a ja również w 1/16 prawdopodobnie Meksykanina Lozano. Gospodarze Igrzysk oraz ekipa radziecka poniesli dotąd najmniejsze straty, odpadło po jednym tylko zawodniku.

Okazało się, że o ćwierćfinał walczyć będę z Włochem Caprettim. Lozano ostatecznie zmierzyć się ma z pięściarzem NRD Tiepoldtem. Tak więc los zgotował mi kolejną przykrą niespodziankę. W łoch był zdecydowanie silniejszym przeciwnikiem. W swojej karierze przegrał tylko dwie walki, wielu rywali znokautował, w tym jednego już podczas turnieju olimpijskiego. Jego trener Natale Rea wiązał z nim duże nadzieje.

Przez dwie rundy sytuacja układała się dla mnie pomyślnie. Z półdystansu, mimo dobrej obrony, trafiałem Włocha raz za razem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kilka kontr, na ktore nadziałem się zupełnie niepotrzebnie. Zaczynała już dawać znać o sobie meksykańska wysokość. Coraz trudniej regulować oddech, płuca rozrywa ból spowodowany niedostatecznym dotlenieniem. Trzecia runda była istną gehenną. Włoch zachował więcej sił. Dwa prawe proste poważnie nadszarpnęły mój dorobek punktowy. Zdecydowałem się na straceńczą akcję. Gwałtownie przeszedłem do półdystansu i blyskawiczna serię ciosów zakończyłem nagłym odskokiem. Wykorzystałem ułamek sekundy , w którym Capretti był odsłonięty. Lekko pochylony, walnąłem prawym sierpem. Cios powalił go na deski. Włocha wyliczono do ośmiu. O dziwo, po tym krótkim odpoczynku ruszył na mnie jak burza. Nie miałem już siły, by zadać mu drugi cios ani zresztą wogóle na atak czy obronę. Przez ostatnie sekundy walczyłem jak w malignie. Nogi nie chciały pracować. Gong przyjąłem jak wybawienie! Wygrałem 4:, ale absolutnie nie byłem z siebie zadowolony.

Nie narzekał natomiast na rozrzedzone powietrze czy brak kondycji Artur Olech. Po zwycięskiej walce z Nowikowem powiedział, żę może natychmiast, nawet bez kąpieli, wracać do wioski olimpijskiej. Awansował do półfinału, miał już więc zapewniony medalolimpijski. Powiodło się rtakże Hubertowi Skrzypczakowi. Mieliśmy już dwa medale ale nie chcieliśmy na tym poprzestać. Trzecim naszym półfinalistą został Stanisław Dragan. Wyraźnie wygrał z Włochem Facchinettim. Cztery oceny sędziowskie nie pozostawiały tu najmniejszej wątpliwosci. Zdumiał za to wszystkich werdykt arbitra bułgarskiego, Żeczewa, który jednym punktem ogłosił zwycięstwo Włocha. Kompromitacja!

W półfinale Skrzypczak walczyć bedzie z reprezentantem Korei Płd. Jang Jee, Olech z Leo Rwabogo z Ugandy a Dragan z Rumunem Moneą, doświadczonym, doskonale znanym naszym pięściarzom, przeciwnikiem. Monea już po raz trzeci startował w Igrzyskach Olimpijskich.

Z walki o medale odpadł natomiast Rudkowski, przegrywając jednogłośnie z Kisielewem. Do trójki półfinalistów, mieliśmy szansę dołączyć jeszcze my, tzn. Józek Grudzień i ja. Obaj mieliśmy jednak groźnych przeciwników. Józek boksował z Włochem Petriglią. W tej walce dał pokaz pięściarskiego kunsztu. Publiczność zamarła z podziwu nad elegancją walki w wykonaniu Polaka. Świetna praca nóg i ciosy proste trafiające precyzyjnie, zdecydowanie nie podlegające dyskusji. Zwycięstwo Grudnia – 5. W półfinale przeciwnikiem Józka miał być Jugosłowianin Vujin.

Mój ćwierćfinałowy przeciwnik, pięściarz NRD Tiepoldt, był ode mnie o 12 cm wyższy. Uznał więc, ze do przyjęcia jest tylko taktyka walki na dystans. Trzymać przeciwnika, jak najdalej od siebie. Założenia były dobre. Miałbym się z pyszna gdyby nie respekt i brak zdecydowania Tiepodta. Wykorzystałem to atakując z doskoku. Kilka lewych prostych dotarło do celu i pierwszą rundę wygrałem zdecydowanie. W drugim starciu przyspieszyłem tempo walki. Ataki były precyzyjne, przynosiły mi punkty. Niemiec był w defensywie, sprawiał wrażenie zagubionego. Ale boksersi pojedynek trwa trzy rundy. Ta ostatnia, szczególnie tam, w Meksyku, to była istna katorga. Tiepoldt dostrzegł swoją szansę. Jego ciosy stały się celniejsze, a akcje bardziej niebezpieczne. Nie pozwalał mi już na bezkarne skracanie dystansu. Moje ciosy pruły powietrze. Z sekundy na sekundę traciłem siły. Kapitał uciułany w dwóch rundach topniał jak śniegowy bałwan pod promieniami wiosennego słońca. Czy ta walka się nigdy nie skończy? Nareszcie!. Można się wreszcie oprzeć o liny i ostrożnie nabrać powietrza do płuc. Wszystko wewnątrz boli! I niepewność – który z nas był lepszy w oczach sędziów? Środek ringu. Tylko czyja ręka? Moja!!! Wygrałem 3:2. Jeszcze nigdy nie walczyłem z takim dryblasem. Ogromnie dużo sił kosztowało mnie nurkowanie pod jego ramionami i przyspieszanie tempa. Ale to już przeszłość. Jestem w półfinale, mam już medal. Przeciwnikiem półfinałowym będzie Fin Arto Nilsson.

Pólfinały. Pięć szans na finał – na walkę o olimpijskie złoto. Wykorzystaliśmy trzy, nieważne czy „tylko” czy „aż” trzy. Brązowy medal olimpijski zdobył Stanisław Dragan. W pojedynku z Moneą został skrzywdzony przez sędziów. Polak miał Rumuna na deskach. Oprócz pierwszej przegranej rundy, w dwóćh następnych był lepszy od swego przeciwnika. Trzecie miejsce w turnieju zajął także Hubert Skrzypczak. W trzeciej rundzie Polak zdobył się na wspaniały finisz, ale nie zdołał już odrobić strat. Do finału awansował bokser Korei Płd. Jang Jee.

Artur Olech zdecydowaniei bez kompleksów parł do olimpijskiego finału. Miał trudnego i wymagającego przeciwnika – Rwabogo z Ugandy. Afrykanin dał się poznać z jak najlepszej strony. Imponował siłą, mocnym ciosem, dobrą techniką. Tylko w trzecim starciu przeżyliśmy chwilę niepokoju – 60 sek. Przed końcem walki sędzia ringowy zwrócił uwagę na rozbity łuk brwiowy Olecha. Lekarz orzekł jednak, że pojedynek mozna kontynuować. Olech do końca atakował, nawet gdy ktoś miał wątpliwości, to te ostatnie sekundy rozwiały je ostatecznie. Artur Olech, podobnie jak w Tokio, awansował do olimpijskiego finału. Także Józef Grudzień, ktory cztery lata wcześniejzdobył tytuł mistrza olimpijskiego. Tym razem walczył o awans Z Jugosłowianinem Zwonimirem Vujinem. Obaj spotkali się w Rzymie w finale mistrzostw Europy. Józek w kapitalny sposób wygrał wówczas tę walkę.

Na meksykańskim ringu, mimo iż Vujin zrobił ogromne postępy, sytuacja była podobna. Vujin cały czas szukał okazji do zadania decydującego ciosu. Było to dla Józka sprzyjającą okolicznością. Polak punktował lewymi prostymi, a przeciwnik nie odpowiadał akcją zaczepną. W trzeciej rundzie Vujin ruszył do ataku już bardziej zdecydowanie. Grudzień jednak znakomicie neutralizował jego potężne ciosy zamachowe. Była to piąta walka Józka w turnieju, nic też dziwnego, że w tym trzecim starciu więcej było zwarć, niż boksu.Wszystko jednak w zgodzie z przepisami. Sędzia ringowy, pan Sampilla, doświadczony i spokojny arbiter, nie zwracał uwagi na rozpaczliwe miny Vujina, sugerującego klinczowanie, przetrzymywanie itp. Gong i pewne zwycięstwo Grudnia – 5:0. W finale czekał na Józka Ronnie Harris. Cztery lata wcześniej, w półfinale turnieju tokijskiego również walczył z Amerykaninem o takim samym nazwisku.

Arto Nilsson, mój rywal w półfinale, kilka lat wcześniejprzebywał wraz z reprezentacją Finlandii na obozie w Cetniewie. Jak przez mgłę przypomniałem sobie młodego chłopca, który stawiał wtedy pierwsze kroki na drodze międzynarodowej kariery. Dzisiaj walczył o awans do finału olimpijskiego.

22. 11/89

Byłem rozluźniony, spokojny, pełen chęci do walki. W pierwszej rundzie – zaskoczenie: Fin stara się walczyć w dystansie. Z poprzednich pojedynków znałem go jako odważnie atakującego bokksera. A tutaj jego temperament był jakby stonowany. Mozliwe, ze sprawił to respekt przed mistrzem, a może i stawka tej walki. Od czasu do czasu wyprowadzał ładne lewe proste. W miare upływu czasu coraż częściej udawało mi się przechodzić do półdystansu – runda jednym punktem dla mnie. W drugiej to samo – Fin skupiony, uważny a i ja nie odkrywam się, czekając na doskok i zadanie serii ciosów. Styl walki przeciwnika imponował mi. Pokazał, że nie przypadkiem zaszedł w turnieju aż tak wysoko. I znowu runda jednym punktem dla mnie. O ostatnie 180 sek wszyscy, łącznie ze mną, obawiali się najbardziej. Skończyło się tylko na strachu. Fin, myśląc, że i tym razem gonię resztkami sił, ruszył na mnie z impetem. Zadał kilka ciosów i na tym się skończyło. O dziwo – meksykańskie powietrze utraciło ostrość brzytwy.Spokojnie zakończyłem walkę kilkoma celnymi seriami i ciosami zamachowymi – 5!. Spokojnie już mogłem obserwować pojedynek Kubańczyka Requeiferosa z Amerykaninem Wallingtonem.

Z dwóch powodów życzyłem zwycięstwa Kubańczykowi: Amerykanin był jak na wagę lekkopółśrednią istnym olbrzymem. Po smutnych doświadczeniach z Tiepoldtem nie usmiechał mi sie pojedynek z długorękim pięsciarzem. Dość dobrze znałem styl walki Kubańczyka. Ich pięściarze mieli z nami kilka sparingów. Papa Stamm wymagał, by sparowali z nami przedstawiciele wag o jeden stopień niższych. Miałem wówczas satysfakcję obserwować, jak mój ewentualny przeciwnik brał srogą lekcję boksu od Mariana Kasprzyka.

W półfinałowym pojedynku Requeiferosa z Wellingtonem Kubańczyk przezentował się znacznie lepiej niż na początku turnieju. Był szybszy, bardziej zdecydowany, a także odporny na ciosy. Wygrał półfinał.

Przed finałem mielismy dzień przerwy. Wśród 22 finalistów tylko 12 było Europejczykami. Pięciu bokserów reprezentowało Związek Radziecki, po 3 Polskę i USA. Dwóch było z Meksyku i Kuby. Pojedynczych pięściarzy wprowadziły do finału ekipy Rumunii, Ugandy, NRD, Kamerunu, Korei Płd., W. Brytanii i Wenezueli. Dzień odpoczynku pozwolił jako tako zregenerować siły, ale psychicznie nie czułem się najlepiej. Dręczyły mnie męczące sny, w których za nic nie mogłem trafić przeciwnika, nie rozumiałem poleceń trenera. Był to objaw niepokojący. Do tej pory odprężęnie w czasie snu przychodziło łatwo, prawie na zawołanie. A teraz zasypiałem z trudem, męczyły mnie koszmary. Budziłem się zlany potem. Ze wszystkich sił starałem się jednak opanować.

W sobotę, 26 października 1968 roku byłem maksymalnie skoncentrowany. Finały rozpoczęły się o godzinie 20.00. W wadze papierowej, w której Hubert Skrzypczak zdobył brązowy medal, zwyciężył doskonały taktyk Wenezuelczyk Francisco Rodriguez. Następna walka to pojedynek favoryta gospodarzy Ricardo Delago i naszego – Artura Olecha. Polak jak przed czterema laty w Tokio, stanął przed wielką szansą, do ktorej wykorzystania był świetnie przygotowany. Obaj znalu sie doskonale, w styczniu boksowali razem w Warszawie. Wówczas wygrał Olech, ale teraz na ringu Arena Mexico, Delgado wspierany nieopisanym dopingiem kilkunastu tusięcy kibiców walczył jak w transie. Dwie pierwsze rundy, a szczególnie pierwszą wyraźnie wygrywa. W trzeciej Artur rusza do zdecydowanego ataku, stara się odrobić straty, jest lepszy, dokładniejszy, ma więcej sił. W końcówce walki już niepodzielnie panuje na ringu. Delgado jest rozbity i bezradny. Ale czy finisz nie był spóźniony? Złoto olimpijskie zdobył Delgado, a Artur Olech był po raz drugi dekorowany srebrnym medalem. Sukces Delgado był w połowie polski, bowiem Meksykanina przygotowywał do turnieju polski trener Henryk Nowara. Również w wadze piórkowej podopieczny naszego trenera, Antonio Roland zdobył złoty medal.

Następnym na ringu był Józef Grudzień. Jego przeciwnikiem był Amerykanion Ronnie Harris. Przez dwie rundy obaj wyczekiwali. Józek, świetny w defensywie wyłapywał wszystkie ciosy Harrisa. Niestety, nie potrafił celnie skontrować, by zrobić warażenie na rywalu, a przede wszystkim na sędziach. Na początku trzeciego starcie Grudzień zdecydowanie zaatakował. Kilka ciosów było bardzo precyzyjnych. Amerykanin, który toczył najlepszą walkę w turnieju zrewanżował się kilkoma soczystymi uderzeniami. Pod koniec rundy to on zachował siły. Końcówka należała do Harrisa, a to liczyło się najbardziej, gdy walka była wyrównana. 5 dla amerykańskiego Murzyna (CZARNOSKÓREGO) Drugi polski bokser bez złotego medalu.

Widziałem twarz Stamma. Była skupiona, ale w jego oczach nie mogłem dostrzec owego łobuzerskiego chochlika, który tyle razy towarzyszył nam na ringach świata. Był smutny i załamany. Liczył przecież przede wszystkim na Artura i Józka. Wiedział, że nie mam większych szans na złoto. Towarzyszył mi w narożniky podczas całej tej drogi przez mękę. Nie mogłem mieć żadnego zapasu energii na spotkanie finałowe. Ten spokojny, optymistycznie nastawiony do życia człowiek przygasł, jakby się postarzał. Zrozumiałem, że „Papa” przestał wierzyć wierzyć w złoty medal. W narożniku cicho zpaytał: „No, jak się czujesz?” „Dobrze , panie Feliksie”. Pamiętaj, po tobie, nie mam już nikogo. Jeżeli nie tobie zagrają, to na tej Olimpiadzie już nie usłyszę hymnu”.

Gdy to usłyszałem, momentalnie zapomniałem o zmęczeniu i bólu. Z całym impetem rzuciłem się do przodu, chcąc roznieść Kubańczyka. Nagle... ciemno przed oczami, dzwoni w uszach...Co się stalo? Po dobrej chwili wróciła mi „synchronizacja”. Przed sobą widzę rozmazany czarny kształt. To chyba Murzyn (CZARNOSKÓRY) – pomyśslałem inteligentnie i natychmiast przylgnąłem do niego. Nie wiedziałem: jestem licznoy, czy sędzia przerwał walkę?. Potworny cios na początkuwalki. To mógłby byc koniec. Do tej pory nie mogę rozwikłać zagadki – jakim cudem taka „bomba” wylądowała na mojej głowie.

Krótka chwila na oddech i energicznie zabrałem się za odrabianie zaległości. Kilka razy udało mi się trafić Requeiferosa i stan walki wyrówanł się. W drugim starciu dokładnie zrealizowałem wskazówkę Stamma. Zauważył on mianowicie, że Kubańczyk chronił się przed moimi ciosami sierpowymi niskimi unikami, które kończyły się uderzeniem głowy w pierś. Sędzia, bardzo uważnie, wręcz wzorowo prowadził tę walkę: dwukrotnie upomniał Kubańczyka za faule. Nie zwróciłem na to specjalnej uwagi. Papa Stamm, gdy tylko zjawiłem się w narożniku, miał już gotową receptę na drugą rundę. Miałem zaatakować lewym sierpowym i nadziać się na głowę Kubańczyka.Po gongu skoczyłem na Kubańczyka – kilka zwodów i atak lewym sierpowym. Requeiferos zrobił unik i trafił mnie znowu głową w pierś. Asekurowałem sie nieco i w znacznej mierze zamortyzowałem to uderzenie, ale nie odmówiłem sobie głośnego jęknięcia. Komenda „Stop” i ostrzeżenie dla Kubańczyka. Papa Stamm spokojnie kiwał głową: „A nie mówiłem?”

Trzecia runda – decydująca. Kubańczyk był imponującoprzygotowany do walki. Wiedział, że góruje nade mną fizycznie, mnie pozostawała technika i spryt. Sędziowie punktowi, oceniając wyrównaną walkę premiowali pięściarza, który zastosował nieszablonowe rozwiązanie. Nagradzali zawodnika, który wnosił do pojedynku coś nowego. Pamiętam tę sprinterską wymianę ciosów w półdystansie. Obaj bijemy, ręce mijają się w szalonym pędzie i nagle opuszczam jedno tempo, „psuję” tę całą robotę – Kubańczyk leci w liny. W innym momencie walę lewym na dół, markuję odskok. On myśli, że to koniec wymiany, a ja karcę go prawym prostym z dystansu. Były to niuanse sztuki pięściarskiej, niekiedy niezauważalne dla przeciętnego kibica boksu. Wiedziałem jednak, że nad kartami punktowymi siedzą fachowcy, którzy bezbłędnie orientują się w tej grze. Chciałem pójść z tym czarnoskórym Kubańczykiem na tzw. Wybitkę – ciso za cios, uderzenie za uderzenie, ale nie przyniosłoby mi to pewnego sukcesu. Kubańczyk był silniejszy. I tu zaprocentowała rutyna i technika. W końcówce, wiedząc, że już nie można się oszczędzać, ruszyłem na rywala z całym impetem. Walczyliśmy w półdystansie, biłem całe serie ciosów, czując jak Kubańczyk słabnie. Jego garda nie była już taka twarda, siła ciosów nie miażdżyła. Ostatni gong. W narożniku Papa Stamm rozwiązuje mi rękawice. Pytam: – Udało się, zagrają? – Poczekaj jeszcze. Papa był rozluźniony, patrzył w tłum sędziów. Był wśród nich przezes PZB, pan Roman Lisowski. Porozumieli sie wzrokiem. Papa nie zdążył odwiązać mi drugiej rekawicy i wypchnął mnie na ring. Wygrałem 3:2.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna