Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona7/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Przerwa. Podszedlem do narożnika, zorientowałem się, że pękły mi zęby. Nie wyjmując ochraniacz poprosiłem o wodę, by przepłukać usta. Gdy woda zetknęła się z raną, poczułem tysiące igieł wbijających sie w podniebienie. Opanowałem sie jakos i ruszyłem do drugiego starcia. Była to ładna walka; taka, ktora pamięta sie całe życie – 180 sekund wymiany ciosów w półdystansie. Na widowni istny wulkan! Końcowe minuty tej rundy to była prawdziwa walka na wyniszczenie. Kto wytrzyma narzucony rytm walki? Gong! Do narożnika szedłem na sztywnych nogach, ale Betancourt padł na krzesło jak ścięty. Dawał już o sobie znać brak tlenu. Ta wysokość nad poziomem morza. Trener Stamm widział, że ledwo stoję, a jednak zaryzykował: nie podał mi krzesła – „Odwróć sie do niego i podskocz parę razy. Uśmiechnij się”. Na miękkich, jak z waty nogach wykonałem kilka ewolucji, balansów ciałem.Kubańczyk osłupiał. Po takiej bitwie stać jeszcze kogoś na niefrasobliwe podskoki! Dług tlenowy spłaciłem w czasie przerwy i z nowym zapasem sił zacząłem trzecią rundę. Dwie poprzednie musiały i Betancourta sporo kosztować Po gongu nie zrobił już kroku do przodu. Dopadłem go na srodku ringu. Atakując non stop, zepchnąłem przeciwnika naliny. Caly czas biłem. Czułem że wszystkie ciosy dochodzą celu. Nie wiem ile czasu to trwało – minutę, półtorej. Wiedziałem jedno: jeżeli przestanę – przwrócę się. Ciemne płaty latały mi przed oczyma. Kubańczyk stał sie juz tylko manekinem do bicia. Nie wiem czym by sie to wszystko skończyło, gdyby sędzia nie przerwał maratonu ciosów i nie zaczął liczyć. Gdy Kubańczyk stracił we mnie oparcie, odwrócił się i jak ręcznik zawisł na linach.. Został wyliczony do 10. Z ringu sprowadził go sędzia w asyście kubańskiego trenera.

18. (06/89)

Byłot to zwycięstwo w wielkim stylu. Publiczność szalała z zachwytu. Szedłem do szatni przeciskając sie przez wiwatujący tłum. W szatni dopiero okazało sie, że trzy zęby trzonowe ledwo wisiały w pokiereszowanych dziąsłach, a przecież za kilka godzin miałem ponownie stanąć przed lekarzem, który zdecyduje czy mogę dalej walczyć. Zabieg na tej wysokości groził krwotokiem, który definitywnie wyeliminowałby mnie z turnieju. Rywal Walery Frółow ze Związku Radzieckiego (BRAT JEWGENIJA) a stawka – miejsce w finale. Nie zważając na ból postanowiłem obejść się bez interwencji stomatologa. Nie mogłem pić, każda zmiana temperatury wywoływała eksplozję bólu. O jedzeniu też nie było mowy. Aby utrzymać jaką taką formę karmiono mnie witaminizowaną kaszką. Papa Stamm i kierownik naszej ekipy, wówczas docent, a obecny profesor Ulatowski odwiedzali mnie często. Podczas porannego badania lekarz uznał mój stan za zadowalający. Problemy zaczęły sie w szatni. Na godzinę przed pojedynkiem musiałem włożyć ochraniacz na szczękę. Koszmarne uczucie, podobnego nie życzę największemu wrogowi...

Pojedyne z Walerym Frołowem trwał pełne trzy minuty. Walery również preferował walke w półdystansie i swoje serie ciosów kierował na korpus. Odpowiadałem tym samym, bacząc by przypadkiem nie przyszlo mu na myśl zaatakowanie głowy i bolącej szczęki. Sędziowie jednogłosnie przyznali mi zwycięstwo.

Pozostała mi ostatnia, finałowa walka. Przeciwnikiem, po Bułgarze, Kubańczyku i reprezentancie Związku Radzieckiego, był Rumun – Antonin Vasile. Cztery dni i czterech rywali, z ktorych każdy zaliczany byl do czołówki pięściarskiej swego kraju. Przed finałem ponowne męczarnie związane z włożeniem ochraniacza. Rumun, z którym poprzednio juz walczyłem, czuł przede mną wyraźny respekt. Bacznie chroniąc szczękę, by jakis zabłąkany cios nie trafił w bolące miejsce – wypunktowałem Vasile i zwyciężyłem w swojej kategorii. Otrzymałem ponadto nagrodę jako najlepszy pięsciarz turnieju.

Nasza trójka zdobyła łącznie trzy medale. Co prawda Rysiek Andruszkiewicz wszedł do półfinału wolnym losem i tam przegrał, ale brąz otrzymał. Złoto zdobył także Józek Grudziń.

W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na Kubie, dopiero tam poddałem sie zabiegowi stmatologicznemu. Próba przedolimpijska natchnęła nas optymizmem. Miał on być zweryfikowany podczas Mistrzostw Europy w roku 1967 w Rzymie. Reprezentacja kraju stawiana była w gronie faworytów i tylko nieliczni znawcy boksu zorientowali się, że i w takiej sytuacji Papa Stamm musiał zastosować unikalny wariant. Dityczył on Ryszarda Petka, drugoligowca Avii swidnik. Rysiek ważył niewiele ponad 60 kg i Papa zaproponował mu udział w eksperymencie. Nie mielismy wówwczas liczącego się na europejskich ringach pięsciarza w wadze piórkowej. Pete ze względu na wagę nie mógł liczyć na start reprezentacyjny kategorii lekkiej (tam fenomenem był Józek Grudzień) zaś w lekkopółśredniej musiałby rywalizować ze mną. Propozycja Papy wymagająca zrzucenia kilogramów wagi dawała Ryśkowi szanśę na medal w Mistrzostwach Europy. Ci, którzy znali Petka, nie wierzyli w powodzenie akcji. Papa jednak był konsekwentny. Sam opracował dietę zawodnika i posadził go przy wspólnym stoliku. Obserwowaliśmy bacznie tych dwóch ludzi – mistrza i jego ucznia. Ile tam było kłopotów – dowiedziałem się dopiero później. Petek z determinacją, trenował, stosował dietę, ważył się i tak w kółko. Nikt nie wie ile przy tym było załamań i zwątpień. Dwa tygodnie przed końcem zgrupowania nastąpił kryzys. Petek był słaby. Na sparingach słaniał sie w ringu, ciosy były anemiczne. Pogodziliśmy sie z fiaskiem eksperymentu: w takiej słabej formie Petek nie mógł walczyć nawet w A-klasie – był załamany. Parokrotnie z nim rozmawiałem: obrzydło mu dokładnie wszystko. Na potrawy przy stoliku Papy nie mógł już patrzeć. Szczerze mu współczułem. Zabrałem go nawet na dworzec we Władysławowie, gdzie zafundowałem szklankę soku z czarnej porzeczki – dieta tego nie przewidywała. Personel Ośrodka w Cetniewie Sciśle jednak współpracował ze Stammem, który otrzymywał dokładne informacje o każdym zjedzonym pączku. Bylismy pod stałą obserwacją, a już zwłaszcza Pete.

Tydzień przed zakończeniem zgrupowania Stamm ogłosił skład kadry. Był w niej Rysiek. Konsekwencja trenera była godna podziwu. Podczas pokazowego sparingu, kadrowiczów przedstawiono dziennikarzom i fachowcom od boksu. Żaden Z NICH NIE POSTAWIŁBY NA Petka bodaj guzika. XVII Mistrzostwa Europy dowiodły, że Papa nie mylił się. Petek szedł przez turniej jak burza. W finale Rysiek walczył z Turkiem – Tatarem. Spotkałem go przed pojedynkiem – wiedział, że wygra. Sukces wcześnie przepowiedział mu trener, a on przecież nie może zawieść Papy.

Zdobył złoty medal – trofeum, ktorego nikt sie po nim nie spodziewał. Radości w Rzymie było jednak o wiele więcej. W finałach do walki o złoto przystąpiło oprocz Petka czterech pięsciarzy: Hubert Skrzypczak, Józef Grudzień, Witold Stachurski i Jerzy Kulej. Klasą dla siebie był Józef Grudień. Finałowa walka w jego wykonaniu podobała się najbardziej. Potężny Jugosłowianin Vujin, czatujący na okazję zadania nokautującego ciosu – był bezradny. Józef karcił przeciwnika raz za razem, dając publicznośći pretekst do gromkich braw. Okazało się, ze technika, prawdziwy kunszt pięściarki zawsze będą górą nad prymitywną, nieokiełzaną siłą fizyczną.

Hubert Skrzypczak po zwycięstwach nad bardzo silnymi przeciwnikami (wygrał m.in. z Jugosłowianinem Anizicem, uważanym przez fachowców za „czarnego konia” mistrzostw, Irlandczykiem McCartliym oraz bokserem radzieckim Garbatowem) pokonał w finale Rumuna Cunca. Trzy złote medale , a dodac trzeba, że selekcja była bardzo surowa. Do pojedynków o złoto zakwalifikowało sie tylko dwóch mistrzów z Berlina. Jednym z nichbyl bokser radziecki Akgiejew, a drugim – ja. Agiejew zdobył tytu ł mistrzowski, wygrywając w finale z kontuzjowanym (rozbity Luk brwiowy) Witoldem Stachurskim.

Ze mną rzecz miała się nieco inaczej. Po łatwiej przeprawie w eliminacjach ze Szkotem Joycem, spotkałem się z reprezentantem Czechosłowacji – Kutcherą. Kutchera rzucił na szalę całą swą ambicję. Walczył uważnie, wydawało się, że wie o mnie wszystko. Stopował ataki lewym prostym. Przez dwie rundy nie mogłem sobie z nim poradzić. Ostanie trzy minuty zdecydowały o sukcesie. Wstąpiły we mnie nowe siły. Wzmogłem tempo walki. Przeciwnik tego już nie wytrzymał. Dla jednych był to sygnał ostrzegawczy, że nie jest ze mną najlepiej, dla drugich – że łapię drugi oddech.

Potwierdzeniem drugiej tezy była walka z przeciwnikiem w wiele groźniejszym. – Węgrem Janosem Kajdim. Cztery lata wcześniej w Moskwie, gdzie pięściarze radzieccy odnieśli bezprecedensowy sukces w Mistrzostwach Europy, tylko Kajdi i ja byliśmy od nich lepski. Potem Węgier miał ciężką kontuzję ręki. Rekonwalenscencja trwała długo, lecz zakończyła się pomyślnie. Kajdi znowu imponował techniką, szybkością i siłą ciosu. Nie pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi.Wiedziałem, że wytrawny przeciwnik taki moment wykorzysta. Kajdi także czuł przede mną respekt. Przez pierwsze dwie minuty badaliśmy się, zadając raczej mało ciosów. Końcówka pierwszej i cała druga runda – to moja ofensywa. Starałem się zadać jak najwięcej ciosów w półdustansie. Często wyprowadzałem sierpowe, które kończyły całe serie bite na korpus. Węgier był zdezorientowany. Nie potrafił zastosować skutecznej kontrakcji. Po doch rundach prowadziłem, ale za jaką cenę!. Przed walką zatrułem się czymś i z kondycją było nie najlepiej. Trzecia runda była koszmarna. Kajdi zaczął rozpaczliwie odrabiać straty, a mnie brakowało sił na zastopowanie ataków. Sekundy wlokły sie niemiłosiernie. Zalewały nie fale potu. Jeszcze jedna akcja i jeszcze jedna...Czy wytrzymam? Wreszczie koniec walki! Ogromna ulga, ale i chwila niepewnośći – jak ocenią walkę sędziowie? Ale to moja ręka wędruje do góry. Wygrałem, przechodzę do finału. A tam czekał na mnie „meksykański znajomy” Walery Frołow. Początek starcia był udany. Tuż po gondu zrobiłem zwód w lewą stronę i z tego balansu lewym sierpowym trafiłem Rosjanina w brodę. Frołow na deskach! Przyklęknął lecz podniósł się bardzo szybko. Nie udało się zakończyć walki w pierwszej rundzie. Goniłem go po ringu. Uciekał. Krył się za podwójną gardą, nie pozwalał się trafić. Przetrwał. Zacietrzewiony – prułem powietrze, wkładając w ciosy maksimum siły. Zachowywałem się jakbym nigdy nie był mistrzem olimpijskim, mistrzem Europy. Uwierzyłem, że jestem wspaniały, że nic juz nie przeszkodzi w zniszczeniu Frołowa. Druga runda – to samo. Jak szalony parlem na rywala, kt óry jednak ochłoną w przerwie i kontrolował przebieg walki. Tylko raz zachowałem się równie beznadziejnie. Było to przed laty w Lucernie, kiey też uwierzyłe, że jestem najlepszy. Przegrałem wtedy, powtórzyło się to w Rzymie. Ni docierały do mnie wskazówki trnera Stamma. Mózg rozsadzała mi tylko jedna myśl – dopaść przeciwnika i powalić go. Trzecia runda – wyrówanianie, ale z przewagą Frołowa. Trafił mnie kilka razy. Zarobił w ten sposób kilka cennych punktów, ktore na kartach sędziowskich zapewniły mu zwycięstwo. Był to dla nie zimny prysznic.. Nie pocieszyły mnie opinie, ze zostałem skrzywdzony, ponieważ w przekroju całego pojedynku byłem lepszy. Wystarczyło spojrzeć na Papę Stamma, by zrozumieć, ze za glupotę, zaślepienie i zbytnią dufność trzeba płacić.Trener dlugo nie mógł mi wybaczyć tej porażki. Zawiodłem jego zaufanie.

Brakiem subordynacji rozbiłem jego misternie budowany plan. Srebrny medal pozostanie na zawsze zadrą w mojej pięściarskiej karierze. Przypominam sobie, że w momencie, kiedy Walery klęczał po moim ciosie, podniosła się ogromna wrzawa. To do Palazzo dello Sport wkroczył nowo kreowany mistrz świata wagi średniej, Nino Benvenutti. Wszystkie głowy nie wyłączając sędziów, zwróciły sie w jego kierunku. Być może to właśnie zadecydowało, że Frołow, a nie ja, wygrał stosunkiem głosów 3:2.

Fakt pozostaje jednak faktem: „ złota seria” trwająca od 1963 r została przerwana. Przegrałem, ale nasza drużyna wracająca do kraju z trzema złotymi i dwoma srebrnymi medalami, zrobiła w Rzymie prawdziwą furorę. Powróciliśmy na pierwsze miejsce w Europie, w nieoficjalnej punktacji zespołowej. Był to triumf koncepcji i metod szkoleniowych Papy Stamma.

19 (07+08, 1989)

Tylko rok dzielił nas od Igrzysk Olimpijskich w Meksyku. Srebrny medal, jakkolwiek wartościowy, nie dawał mi spokoju. Czyżbym się wypalił, czy skończyła się „złota seria” trwająca nieprzerwanie od mistrzostw Europy w Moskwie? Czułem się rozbity, a nade wszystko zmęczony. Lata spędzone na ringu wycisnęły jednak swoje piętno. Już bez werwy i młodzieńczej fantazji stawałem do walki. Przyjemność sportowej rywalizacji zamieniła się w obowiązek. Bałem się, że sport stanie się dla mnie odrabianiem pańszczyzny. Tego bym nie zniósł. Najwięcej radości sprawiała mi wygrana z przeciwnikiem, który dawał się nabrać na którąś z moich bokserskich sztuczek. Nie satysfakcjonowała mnie bezmyślna wymiana ciosów, zawsze miałem w zanadrzu coś specjalnego. Czułem, że jestem górą. Satysfakcja płynąca z poczucia przewagi trzymala mnie przy sporcie, ale bałem się, że może to mieć fatalny wpływ na kwalifikacje olimpijskie.

A w dodatku nie sprzyjał mi fatalny zbieg rozmaitych okoliczności. Przed prestiżowym meczem ligowym – derbami stolicy – Legia – Gwardia poczułem ból w prawym boku. Podejrzewałem zatrucie, nie dopuszczałem myśli, że mogłoby to być coś groźniejszego. W meczach ligowych walczyłem wówczas w wadze półśredniej. Przeciwnikiem miał być mój dobry kolega, doświadczony pięściarz, Sylwester Kaczyński. Wiedziałem, że z jego strony nie grozi mi specjalne niebezpieczeństwo. Udałem się do lekarza i przeżyłem szok. Stwierdził u mnie ropne zapalenie wyrostka robaczkowego. Był piątek – dwa dni po meczu. Dr Zwoliński, nasz lekarz był przeciwny mojemu udziałowi w spotkaniu, dokładnie poinformował mnie o ewentualanych konsekwencjach. Widząc moją determinację, prosil o specjalną ochronę przed uderzeniem okolic wątroby. Nawet przypadkowy cios mógł się skończyć tragicznie. Doktor miał czuwać przy ringu, by w razie czego jak najszybciej przewieźć mnie na stół operacyjny. Przed walką musiałem zachować ścisłą dietę. Byłem tym wszystkim wielce zdeprymowany. Ani przez chwilę jednak nie myślałem, by rezygnować z walki. Ludek pięściarski jest odporny na ciosy, byle czym sie nie załamuje.

Spotkania Legii z Gwardią gromadziły niewyobrażalne dziś tłumy kibicow. Dla rozmiłowanych w boksie warszawiaków rywalizacja stołecznych drużyn była prawdziwym świętem. Nie darowano by mi gdybym nie wystapił, nie liczyło się żadne usprawiedliwienie. Stary spryciarz Sylwek Kaczyński zaproponował mi tuż przed walką, by oszczędzać się wzajemnie. Miał na względzie własne dobro, co wielokrotnie podkreślał. Nie dając poznać po sobie, jak bardzo mi odpowiada ta propozycja, wyraziłem zgodę. Liczyłem, że dotrzyma umowy i jakoś przetrwam te dziwięć minut. Pierwsze starcie upłynęło na koleżeńskiej wymianie ciosów. Od czasu do czasu zupełnie odruchowo, chroniłem łokciem zagrożone miejsce. Sylwek chyba wyczuł, że coś jest nie tak. W połowie drugiej rundy 2 czy 3 razy mocno uderzył. Prawe proste bite w korpus przeciwnika, to była jego silna broń. Z trudem przetrwałem do przerwy.

Minuta odpoczynku minęła jak mgnienie oka. Nie zdążyłem zaczerpnąć głębiej oddechu gdy Kaczński ruszył na mnie jak burza. Ogromna rutyna oraz ambicja podpowiadały mu, że jest szansa na zwycięstwo nad mistrzem olimpijskim. W łeb wzięły wszystkie umowy. Chwilami tylko byłem dla niego równorzędnym partnerem. Całą uwagę skupiłem na obronie. Kilka akcji zaczepnych – to wszystko na co było mnie stać. Przydała się w tej walce rutyna: podpatrywane na ringach świata bokserskie sztuczki. Pozwoliły mi one dotrwać do końca. Z niepokojem czekałem na werdykt. Remis. Zdawałem sobie sprawę, że Sylwek był w tej walce lepszy.

Po meczu –

Czym prędzej do szpitala. W poniedzialek operacja. Za kilka miesięcy miały rozpocząć się Igrzyska Olimpijskie – a ja byłem wyłączony z treningu. Gdy tylko poczułem sie jako tako, rozpocząłem pogoń za utraconym czasem Lekki rozruch w Parku Saskim. Mieszkalem wówczas na Krolewskiej, był to mój najbliższy poligon treningowy. Spacery, truchty, przebieżki.

Po trzech tygodniach rekonwalescencji, pierwsza poważna próba – czy zdążę jeszcze wsiąść do pociągu z napisem „Meksyk”?. Mecz ligowy ze Stalą Stalowa Wola. Moim przeciwnikiem był Stanisław Szado. Niewielu było pięściarzy tak nieprawdopodobnie odpornych na ciosy. Walczyłem z nim dwa razy. Po raz pierwszy w Stalowej Woli. Otrzymał wówczas tyle ciosów, że wystarczyłoby na cały turniej mistrzowski. A on stał jak niewzruszona skała. Szado również miał cios nie od parady, umiał posługiwać sie pięściami. Taki oto przeciwnik czekał na mnie tuż po rekonwalescencji. Walka była iście mordercza. Przez całe trzy rundy miał miejsce festiwal ciosów. Miałem okazje uderzać z kontry. Ciosy trafiały, a Szado trwał niewzruszenie. Podobnie z prawym krzyżowym. Po takim uderzeniu wielu pięsciarzy nakrywało się nogami, tylko nie Stasio Szado. Wygrałem tę walkę. Mój przeciwnik nie miał o to pretensji i wówczas, i po latach kiedy gościłem u niego w Stalowej Woli. Z ogromnym zadowoleniem wspominał wszystkie walki, zarówno te, które stoczyliśmy w lidze, jak i sparingowe, na obozach kadry. Cieszył się ze spotkań z przeciwnikiem, który przyjął jego styl walki.

Po rozgrywkach ligowych kadra wyjechała na obóz leczniczy do Ciechocinka. Moczyliśmy się w solankach i borowinach, zyskując tak potrzebne odprężęnie. Tylko dwa miesiące pozostały do olimpiady. W swojej wadze nie miałem groźnych konkurentó. O operacji zapomniałem, czułem się świetnie.

W Ciechocinku byłem z synem. Wczesnym świtem 18 czerwca 1968 roku wyruszyłem do Aleksandrowa Kujawskiego, by zwulkanizować bezdętkową oponę mego mercedesa. Operacja ta trwała zaledwie kwadrans. Zadowolony, że nie obarczyłem opieką nad Waldkiem Ireny – żony Józka Grudnia, chciałem pobić rekord trasy z Aleksandrowa do Ciechocinka. Tuż przed wjazdem do miasta wyjechała z bocznej ścieżki na drogę dziewczynka na rowerze. Przy prędkości 120 km na godzinę, nie miałem do wyboru zbyt wielu wariantó: w lewo – w pole, albo w prawo – w stację benzynową. Wybrałem to pierwsze. Samochód na zblokowanych kołach sunął po asfalcie niczym po lodowisku. Uderzyłem w samotne drzewo. Listwa ozdobna wepchnięta do środka straszliwie pocięła mi twarz. Odłamki szyby głęboko utkwiły w czole i policzkach. Dosłownie ułamki milimetra dzieliły mnie od utraty oka. Uratowały mnie przeciwsłoneczne okulary. Przecięta powieka, nos, warga, rozszarpana broda, wybite dwa zęby, odsłonięta szczęka – twarz Frankensteina.

Karetka pogotowia, szpital – i pryskają marzenia o Meksyku. Specjalna komisja PKOl. przyjechała do Ciechocinka. Stwierdzili, że z tak ciężkimi urazami dalsze przygotowania olimpijskie nie mają sensu. Zostałem skreślony. Po 10 dniach wyjęto mi połowę szwów. Napisałem do ówczesnego przezesa PKOL Włodzimierza Reczka o umożliwienie mi, na własną odpowiedzialność i koszt, uczestniczenia w zgrupowaniach kadry narodowej. Dopisano mnie jako zawodnika rezerwowego, koszta pokrył PKOl.

Kolejnym etapem przygotowań olimpijskich były kajakowe wyprawy po Mazurach. Wziąłem na nie syna i żonę. Opiekowali się mną jak umieli najlepiej. Zapuściłem brodę, ponieważ nie mogłem się golić. Po wycieczkach mazurskich przenieśliśmy się w góry. Papa Stamm twierdził, że chociaż naszym Tatrom daleko do meksykańskich wysokości, to i tak trening na tatrzańskim obozie, na Hali Gąsienicowej powiniem procentować. Wsród 28 pięściarzy, oprócz mnie piastującego odpowiedzialną funkcję starosty grupy, w Murowańcu byli między innymi Grudzień, Kasprzyk, Gałązka, A. Olech, Skrzypczak, Dragan i Trela. Opiekowali się nami trenerzy – Nawrocki i Wasilewski – ale główny ciężar spoczywał na barkach dwóch wspaniałych ludzi – twardych górali, przewodników tatrzańskich, wspinaczach i ratownikach GOPR –Wojciechu Wawrytko oraz Ryszardzie Berbece. Codziennie aplikowano nam marszobiegi. Po takim treningu byliśmy chyba w stanie wbiec i zbiec z Mont Everestu. Wysokość zaliczanych szczytów wynosiła przeciętnie 2,5 do 3 tys metrów. Wojciech Wawrytko nieskory do pochwał, przyznał, że zespół jest wybornie przygotowany kondycyjnie.

Przy tym wszystkim znajdowaliśmy czas na nieplanowane i niekonwencjonalne działania. Kiedy dowiedziałem się, że do Zakopanego przybyła ekipa aktorów scen warszawskich, nie mogłem stracić okazji. Skrzyknąłem jeszcze trzech kolegów – Wieśka Rutkowskiego, Lucka Trelę i Stasia Dragana i przez Kalatówki udaliśmy się do Zakopanego. Przedstawienie było świetne. W świetnym nastroju wylądowaliśmy pod „Wierchami”. Szampański nastrój wieczoru zakłóciło trzech podchmielonych jegomościów robiących nieeleganckie aluzje do włosów Staszka Dragana. Był on na tym punkcie bardzo czuły, nikomu nie pozwolał drwić bezkarnie z przerzedzonej czupryny. W ostatniej chwili wpadłem w sam środek zamieszania, by zapobiec nokautowi. Dzięki refleksowi uniknąłem podstępnego ciosu z tyłu i delikatnie skontrowałem. Buńczuczni nieznajomi uciekli w popołochu, kierując się do siedziby miejscowego posterunku MO. Widząc, że zanosi się na poważniejszą aferę, a miałem przecież w kieszeni legitymację porucznika MO śmiało ruszyłem w tamtym kierunku. Nie zdążyłem nawet wymówić pół słowa, a tym bardziej wyciągnąć dokumentów, gdy rzuciło się na mnie kilku funkcjonariuszy wspieranych przez rzekomo poszkodowanych obywateli. Dzielnie przyjąłem pierwszą serię ciosów.

Druga groziła poważniejszymi obrażeniami więc zacząłem się bronić. Sytuacja została częściowo opanowana, gdy kilku napastników upadło bez czucia na ziemię. Dopiero wtedy przedstawiłem się i wylegitymowałem. Był to jednak dopiero początek całej afery. Chcąc załagodzić, nie z mojej winy powstałą sytuację, osobiście odwiedziłem poszkodowanych w domach. Na wiele się to jednak nie zdało. Bojąc się o swoją skórę sporządzili raporty, które błyskawicznie trafiły na odpowiednie biurko. Pobity, cały w guzach i siniakach, musiałem przeżyć degradację. Napiętnowano mnie i zwolniono ze stanowiska starosty grupy. Jakieś fatum wisiało nade mną w tym olimpijskim 1968 roku. Spodziewałem się najgorszego i w swych przewidywaniach pomyliłem się tylko odrobinę. Zaraz po powrocie do Warszawy zostałem w trybie pilnym wezwany przed oblicze ministra spraw wewnętrznych.

20. ((09/89)

Minister Świtała, zapalony kibic, znawca boksu, był zbulwersowany raportami nadesłanymi z Zakopanego. Nie mógł uwierzyć, że mistrz olimpiijski, wielokrotny mistrz Polski dopuścił się karygodnego wykroczenia. Ja rownież osłupiałem zapoznając się z treścią góralskich elaboratów. Wynikało z nich, że napadłem Bogu ducha winnych funkcjonariuszy i straszliwie ich skatowałem. Broniłem się pokazując ministrowi obrażenia. Jedno z uderzeń milicyjnej pałki naderwało mi ucho, drugie rozbiło świeżą powypadkową bliznę na brodzie. Brzuch przypominał arbuz, (ARBUZA?) cały w fioletach i żółciach. Na głowie nabrzmiałe wałki, ślady po uderzeniach pałek.

Nie przekonałem jednak ministra o swojej niewinności. Byłoby całkiem kiepsko, gdyby nie raport wysłanego do Zakopanego przedstawiciela MSW, ktory na miejscu miał wyjaśnić okoliczności zajścia.

Przypadek zrządził, że porucznik zasięgnął języka u stróża nocnego, pilnującego owej feralne nocy pawilonów handlowych naprzeciwko komisariatu. Staruszek barwnie opowiedział o rozgrywających się na jego oczach wydarzeniach. Z relacji wynikało, że stroną atakującą byli milicjanci, a napastowanym – niepozorny obywatel, który cały czas starał się coś wyjaśnić. Stróż nie mógł wyjść z podziwu, „taki mały a nie dał się całej ciżbie umundurowanych”.

Raport porucznika z centrali dawał świadectwo mojej niewinności, chociaż kilku pobitych groziło mi procesami sądowymi. Działacze sportowi zaczęli zastanawiać się, czy wiedząc o czekających na mnie w kraju kłopotach zdecydyję się na powrót z Igrzysk.. O ile oczywiście do Meksyku pojadę. Te wątpliwosci rozwiało kilku mądrych ludzi, działających wówczas w polskim sporcie. Sam Papa Stamm, jakkolwiek wielce niezadowolony z incydentu, poręczyl za mnie.

Odezwały sie też głosy, że niby po co mam jechac do Meksyku, przecież jestem zupełnie bez formy. Papa Stamm odparł krótko: „Jeśli będzie bez formy to nie pojedzie”. „Ale jest przecież Petek w znakomitej dyspozycji, o wiele lepszy od Kuleja”! „Wolę Kuleja nieprzygotowanego, niż Petka w najlepszej formie” _ ripostował trener. Wiele razy Papa Stamm inwestował we mnie swój autorytet oraz prestiż i nigdy go nie zawiodlem. Latem 1968 jego popracie było było dla mnie najcenniejsze...

Drugą część zgrupowania w Zakopanem poświęcono treningowi specjalistycznemu. Podesty i ringi, ustawione na hali Gąsienicowej, ściągały licznych turystów, ktorzy naocznie mogli przekonać się, jak ciężko muszą pracować pięściarze. Dla mnie okres ten był wyjątkowo trudny. Każda walka sparingowa była istną torturą. Nikt się przecież nie oszczędzał. Pojedynki treningowe były zacięte. Każdy chciał zabłysnąć, zasłużyć na olimpijski awans. Po kolejnych porcjach ciosów, zasłon i kontr czułem sie kompletnie rozbity, tylko zarzucony na twarz mokry ręcznik przynosił chwilową ulgę. Bałam się, że poobijane, pocięte ciało odmówi w końcu posłuszeństwa. Kilka razy nawet pakowałem sie ukradkiem. Zwyciężyła ambicja; musze wytrwac do końca, niezależnie od tego czy pojade na Igrzyska, czy też nie.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna