Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona6/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Los zetknął mnie z nim już w ćwierćfinale. Rywalizację o drugi tutuł mistrza Europy rozpocząłem jako jedyny z Polaków, pierwszego dnia imprezy, 22 maja 1965 roku. Moim przeciwnikiem był dwudziestoletni Anglik Ken Hawkins. Byłem spokojny. Nie takim przeciwników odprawiałem z kwitkiem. Trener Stamm bacznie obserwujący rozgrzewającego sie rywala, zwrócił mi jednak uwagę bym go nie lekceważył: Anglik to typ boksera prewferującego szaleńczy styl wymykający się zimnym kalkulacjom.

Tuż po gongu sprawdziło sie ostrzeżenie trenera. Anglik machał swoimi długimi ramionami: ruchy łatwe do przewidzenia. Nie przejmowałem się więc atakiem. I nagle jeden z ciosów Hawkinsa trafił mnie z dołu prosto w splot słoneczny. Paskudne uczucie! Rozlużźnione mięśnie brzucha nie zamortyzowały siły ciosu. Czułem jakby ręka Anglika weszła mi pod same żebra. Oddech zablokowany, szyja pęcznieje. Zupełnie straciłem orientację. Sytuacja stawała się rozpaczliwa. Nagle usłyszałem krzyk trenera: „Otwórz się raz jeszcze – niech powtórzy cios”! Bynajmnie papa nie drwił ze mnie. Zauważył, że gdy Anglik uderzał był całkowicie odkryty. Zadanie ciosu kontrującego rozwiązywało sprawę. To wła snie starał się podpowiedzieć trener Stamm.

W błazeńskim grymasie wyszczerzyłem zęby i jeszcze raz sprowokowałem rywala. Zareagował błyskawicznie, ale mój prawy sierpowy był szybszy. Trafiłem idealnie w punkt, rzucając przeciwnika na deski. Sędzia rozpoczął liczenie, a ja nie4 mogę złapać oddechu. Ciemno w oczach. Słyszę jak przez watę: „....9, 10”. Koniec walki. Anglika znosz.

Wracam do swego narożnika. Trener zastosował specjalny chwyt. Podniósł mnie do góry, rozciągając zablokowane mięśnie. Powrócił oddech...

Wielokrotnie podkreślałem trafność uwag trenera Stamma. Poźniej gdy przez krótki czas szkoliłem młodych adeptów boksu, szukałem chłopców, którzy potrafiliby bezbłędnie odczytywać moje intencje, kierowane do nich w postaci krótkiego, lapidarnego okrzyku.

. Zrozumialem wtedy satysfakcję jaką odczuwał Papa Stamm, gdy jego podopieczny bezbłędnie reagował w ringu. W czasie swej kilkudziesięcioletniej kariery trenerskiej miał w swoim zespole wielu asów, z którymi rozumiał się w mig: Zbyszek Pietrzykowski, Zenek Stefaniuk, Henio Kukier. Często o nich opowiadał, sięgał pamięcią w czasy przedwojenne. Pojawiała się w tych wspomnieniach barwna postać Andrzeja Kolczyńskiego, najlepszego polskiego pięściarza tamtych lat.

Drugim moim przeciwnikiem w Mistrzostwach był dobry znajomy z polskich ringów Węgier Toth. Walczył nie tak dawno w Łodzi w Turnieju Armii Zaprzyjaźnionych. Potykał się z nim Rybski. Bydgoszczanin był lepszy od Wegra, a i w Berlinie Toth musiał się zdrowo napracować, by stosunkiem głosów 3:2 wygrać z Hiszpanem Berrerą. Ten pojedynek kosztował go sporo sił. Nie potrafił już ich zregenerować. W walce o ćwierćfinał nie przysporzył mi wielu kłopotów.

Jewgienij Frołow był trzecim pięśćiarzem, który stanął na mojej drodze do finału. Dotąd rezultat naszych spotkań był remisowy – 1:1. Pragnąłem to trzecie rozstrzygnąć na swoją korzyść. Uważnie obserwowałem Rosjanina, nie czuł się najlepiej na berlińskim ringu. Był powolny, wdawał się w chaotyczne bijatyki. Niczym nie przypominał zdecydowanego, skupionego i bardzogroźnego pięściarza sprzed kilku miesięcy w Tokio. Miał podobno kłopoty z utrzymaniem wagi. Z chwilą rozpoczęcia pojedynku, odniosłem wrażenie, że Frołowa spraliżowała trema. Po kilku akcjach okazało się, że mój największy rywal poprostu oddał mi pole. Zwyciężyłem jednogłośnie, ale chyba to nie ja byłem aż tak mocny, tylko Frołow był cieniem owego pięściarza z Tokio. Sędziowie punktowali tę walkę 59:58, 58:58 (chyba dlatego, że obaj dostaliśmy ostrzeżenie za atak głową) 59:57, 60:57, 60:58.

Wszedłem do półfinału a wraz ze mną awansowała do strefy medalowej jeszcze piątka Polaków. Ponownie sprawdziła się taktyka Feliksa Stamma. Debiutanci szli jak burza. Skrzypczak pokonał Łarionowa, A Gałązka po wspaniałej walce wygrał z Jugosłowianinem Petricem. Stara gwardia też nie dał sobie w kaszę dmuchać. O medale walczyli: Bendig (po zwycięstwie nad Stanewem) i Grudzień eliminując Pitulainena.

Półfinał miałem ulgowy. Włocha Fasoli komisja lekarska nie dopuściła do walki. Do finału zakwalifikowałem się walkowerem. Pojedynek o złoto stoczyć miałem z Duńczykiem Prebenem Rasmussenem, moim dobrym kolegą. Sprawił w tym turnieju ogromną niespodziankę. O ile sie nie mylę, był pierwszym z Duńczykiem, który awansował do finałów mistrzostw Europy. Znałem go doskonale. Był twardym, odpornym pięściarzem, ale choć to moje nieskromne z mojej strony, wiedziałem, że w spotkaniu ze mną będzie bez szans.

Przed walką do akcji wkroczyły panie. Do Berlina pojechałem se swoją żoną, Haliną. Rasmussen był również z małżonką. Zwróciła się do mej połowicy z delikatną prośbą: otóż Prebenowi bardzo zależało na dobrej walce. Po Mistrzostwach miał podpisać kontrakt zawodowy, w związku z tym do Berlina przyjechali jego przyszli mocodawcy. Chciał, by spotkanie finałowe było twarde i ostre lecz bez rozstrygnięć ostatecznych, czyli knockoutu. Nie zwrócił się z tym bezpośrednio do mnie, nie pozwalała mu na to ambicja sportowa.

Zdecydowałem, że dam Duńczykowi poboksować. Zrobiłem krok do tyłu, sugerując Rasmussenowi, że wszystko w porządku. Może walczyć. Ruszył na mnie, zadał kilka ciosów. Skróciłem dystans i wpakowałem mu w korpus krótką serię. Wyczuł, że ciosy nie były tak silne jak podczas poprzednich spotkań, które przegrał przed czasem. Obaj doskonale wywiązywaliśmy się ze swoich ról. Chyba nawet Feliks Stamm, nie zorientował się, że ogląda dżentelmeńską mistyfikację. Po każdej rundzie robił uwagi, ale dotyczyły one zastosowania nowych wariantów walki w dalszym ciągu pojedynku.

Rasmussen nie był zlym pięsciarzem. W półdystansie potrafił wyprowadzić ładne, czyste ciosy sierpowe, które zapewniły mu miejsce w finale. Parokrotnie zrobił z nich użytek, zbierając gromkie brawa. Zastanawiam sie nieraz, czy ten mój układ z Rasmussenem był naganny, czy też, biorąc pod uwagę przebieg walki, znależliśmy satysfakcjonujące wszystkich wyjście: On zabłysnął kilkoma dobrymi akcjami, ja zaś zdobyłem tytuł mistrza Europy. A publiczność? Nie przesadzam miała przez całe trzy rundy pokaz dobrego boksu.

Sześciu podopiecznych trenera Stamma wróciło do kraju z medalami, chociaż tylko ja przywiozłem złoto. Pozostali koledzy: Hubert Skrzypczak po wyrówwnanym pojedynku z reprezentantem RFN – Freistadtem, przegranym stosunkiem głosów 2:3 – sięgnął po srebro. Jan Gałązka, Brunon Bendig i Józef Grudzień także zdobyli tytuły wicemistrzowskie. Lucjan Słowakiewicz wrócił z brązem, przegrywając w półfinale z królem knockoutu Mistrzostw Berlińskich, złotym medalista z Tokio Walerym Popienczenko. W nieoficjalnej klasyfikacji drużynowej zajęliśmy drugie miejsce, ustępując jedynie świetnie przygotowanej ekipie radzieckiej. W pojedynku z nami poniosła ona najdotkliwsze straty, że wymienię tylko przegraną Łarionowa ze Skrzypczakiem i Frołowa ze mną. Przywieźliśmy 6 medali, a mimo to wrocławskie „Słowo Polskie” napisało, że „występ naszych pięsciarzy w Berlinie równał się niemal klęsce”. Takie to były wówczas apetyty!.

16.

Tytuł mistrza Europy dał mi 200 punktówa w challange’u „O Złote Rękawice Przeglądu Sportowego”. Dziennikarze dorzucili jeszcze 10 za „doskonałą postawę” na ringu w Berlinie. Wyprzedzałem swego najgroźniejszego konkurenta, a zarazem przyjaciela Józka Grudnia 0 140pkt. Rywalizacja o ten tytuł zaczęła się w 1960roku. Pierwszy zdobył „Złote Rękawice” Zbigniew Pietrzykowski. W następnych latach triumfowali w challange’u Władek Jędrzejewski, Tadeusz Kubacki, ponownie Pietrzykowski, a w roku sukcesu tokijskiego zaszczytna nagroda przypadła Józkowi Grudniowi.



Po mistrzostwach Europy „odskoczyłem” rywalom jak nikt w historii plebiscytu. „Przegląd Sportowy” pisał: „Z jednej strony przewaga ta wynika ze wspaniałej postawy naszego najlepszego pięściarza w meczach ligowych, międzypaństwowych, z drugiej jednak strony świadczy on, że zawodników reprezentujących najwyższy poziom światowy mamy w tej chwili bardzo mało. Mógł wprawdzie z Kulejem rywalizować Kasprzyk, ale kontuzja i operacja wyeliminowała go z udziału w turnieju o mistrzostwo Europpy. Grudzień, po porażce w finale z Barannikowem, także stracił wiele ppunktów i kontakt z liderem”.

Na jesień zaplanowano kilka ciekawych spotkań międzypaństwowych. Przedsmak tych emocji mieli kibice tuż po Mistrzostwach Europy. Otóż władze PZB skorzystały z atrakcyjnej oferty złożonej przez ekipę kubańską, przebywającą w tym czasie na naszym kontynencie. Pierwszy mecz rozegrano w Warszawie. Egzotyczny, nieznany wówczas przeciwnik zwyciężył 12:8, prowadząc po pięciu walkach 10:0. Uczestnicy mistrzostw Europy nie brali udziału w tych spotkaniach. Z dużą uwagą przyglądałem się Betancourtowi, Kubańczykowi bijącemu się w wadze lekkopółśredniej. W hali Gwardii jego przeciwnikiem był wicemistrz Polski z Krakowa, Rajmund Bielecki. Rzeszowianin wytrzymał tylko dwie rundy. Trafiony parokrotnie w żołądek nie był w stanie kontynuować walki. Nie przeczuwałem, że w niedalekiej przyszłości stanę z Betancourtem twarzą w twarz. Drugi mecz w Bydgoszczy wygraliśmy z Kubańczykami 12:8. Pierwsza konfrontacja z boksem kubańskim zakonczyła się remisem. Nasza pięściarska potęga miała się już ku schyłkowi, zaś Kubańczycy zaczynali dopiero podbój światowych ringów.

Prawdziwy sezon rozpoczął się w październiku. Spotkanie z Anglią i RFN, a na dokładkę wizyta w Warszawie bokseró Belgradu.

10 października w Łodzi, po raz czwarty w historii polskiego boksu mieliśmy zmierzyć się z Anglią. Trzy poprzednie mecze (1956, 1957, 1964) wygraliśmy. Uczestniczyłem w ostatnim, kiedy to w Londynie wygrałem z Taylorem. Tym razem spotkałem się w swojej wadze z dobrym znajomym z Berlina – Hawkinsem. Zależało mi na zwycięstwie, bowiem to była moja 25 walka w reprezentacji narodowej. Anglik skoczył do przodu, ale na ringu w Łodzi nie mógł liczyć na zaskoczenie. W drugiej rundzie zadałem dwa celne ciosy, po których Hawkins był liczony. Nie dążyłem do zakończenia walki przed czasem. Anglik dotrwał do końca, a o mojej przewadze najlepiej świadczy punktacja rzadko spotykana w pięściarstwie: 60:56, 60:54, 60:53. W Łódzkim pałacu sportu wygraliśmy 16:4. W Warszawie w drugim meczu, nasze rezerwy miały trochę więcej pracy, ale i to spotkanie zakońćzyło sie naszym zwycięstwem 10:8.

Kilka dni odpoczynku i ponownie Łódź. Czekała nas ciężka przeprawa. Do Polski przyjechała reprezentacja RFN, po mistrzostwach w Berlinie nieoficjalnie sklasyfikowana na trzecim miejscu w Europie. Przeciwnik, trudny, niewygodny zwłaszcza dla mnie osobiście. Trzykrotnie walczyłem z RFN – w Monachium, Wrocławiu i Stuttgarcie – i trzy razy przegrywałem z tym samym pięśćiarzem – Dieterem. W pojedynkach z tym bokserem prześladowało mnie jakieś fatum. W Łodzi na szczęście już nie boksował. Zastąpił go Reinhold Flohr. Znałem go. Dwukrotnie z nim boksowałem. Raz wyraźnie wygrałem, by w rewanżu tylko zremisować. Pięściarz pojętny, korygujący szybko swoje błędy i umiejący wyciągać z nim właściwe wnioski.

Walczyłem uważnie, przez dwie rundy badałem Niemca, by zorientować się jaką klasę reprezentuje. Był odporny na ciosy i bardzo ambitny. Dopiero w trzeciej rundzie niepodzielnie panowałem na ringu. Wygrałem, a punktacja była następująca: 60:55, 59:58, 60:58.

Inne walki tego meczu, wygranego przez nas 14:6 były również bardzo dobre. Na szczególne uznanie zasłużył Artur Olech. Jego przeciwnikiem był mistrz Europy Johann Freistadt, ten sam który 3:2 wygrał w finale z Hubertem Skrzypczakiem o prymat na Starym Kontynencie. Wicemistrz olimpijski błysną ł w tym spotkaniu wielką formą. Zawsze zadziorny, preferujący styl ofensywny, w Łodzi wprost szalał po ringu, wywołując co chwila burzę oklasków. Była to jedna z najlepszych walk, jakie stoczył w swojej karierze.

Po dwudniowej przerwie odbył się w Poznaniu drugi mecz. Pierwotnie nie byłem przewidziany w składzie, walczyć miał Ryszard Rybski. Tak się złożyło, że 19 października, w dniu spotkania obchodziłem urodziny. Kończyłem 26 lat. Chciałem występem w narodowej reprezentacji uczcić swój jubileusz. Przywitało mnie huczne „sto lat” widowni. Ponownie stanąłem przeciwko Flohrowi. Zdaniem publiczności i dziennikarzy zamierzałem uświetnić 25-lecie nokautem przeciwnika. Czy tak było naprawdę? O ile pamiętam, tylko w tej swej debiutanckiej walce chciałem koniecznie powalić Vitica. W Poznaniu odniosłem wrażenie, że wysoka wygrana na punkty rozczarowała widownię. Czekano na potężne ciosy, które miały znieść Flohra z ringu. Ciosy były, dochodziły do celu. Sęk w tym, że reprezentant RFN był wyjątkowo odporny. To, że przyjął wymianę, że nie krył się zasługuje na szacunek. Nie, nie chciałem go znokautować.

Drugi skład reprezentacji Polski zremisował z RFN 10:10. W trzy dni później kolejny ostry bój. Do Warszawy zjechała reprezentacja Belgradu, czyli praktycznie drużyna narodowa Jugosławii. W tamtych czasach takie konfrontacje byłey bardzo modne. Warszawscy organizatorzy niepotrzebnie zlekceważyli przeciwnika, choć Jugosłowianie należeli do twardo walczących pięściarzy. W barwach stolicy wystąpiło aż trzech trzecioligowców z „Polonii”. Z różnych względów zabrakło w ekipie Gałązki, Grudni, Szymaniaka, Walaska, Branickiego. Nie miałem przekonania do tego meczu. Byłem zmęczony i porozbijany. Trzy spotkania międzynarodowe w ciągu kilkunastu dni i na dokładkę ten „pasztet”. Stanąłem jednak w ringu przeciwko Stanikovicovi. Nie był orłem, lecz wyczuwając szanse w walce ze zmęczonym mistrzem- zmusił mnie do maksymalnego wysiłku. Pojedynek nie był ładny. Wygrałem rutyną, lepszą taktyką i techniką. Jugosłowianie imponowali tylko siłą. Mecz roił się od fauli i nieczystych uderzeń. Goście wygrali 12:8 a nam pozostał niesmak po tak fatalnie przygotowanym międzynarodowym, bądź cobądź, spotkaniu.

W końcu października powrócił na ring Władek Komar. Przypomnę, że swego czasu walczyłem z nim o miano najlepszego technika w Lublinie. Rozsadzała go energia. Wziął rozbrat z lekką atletyką, grał w rugby, ale to mu nie wystarcało. Jego come back przypadł na mecz Wybrzeżą Gdańsk z Dynamem Lipsk, zorganizowanym z okazji 20-lecia gwardyjskiego klubu. Okazało się, że decyzja Władka była niefortunna. Życzliwi ludzie usilnie odradzali mu boks. Złe przeczucia potwierdziły się już w pierwszej walce z Melerem. Komar przegrał ją sromotnie poddany przez sekundanta. Syn marnotrawny miał wrócić na dwór królowej sportu, gdzie fortuna okazała się dla niego łaskawsza.

Po meczach międzynarodowych i ligowych moja przewaga w punktacji challange’u była ogromna. Na początku listopada wyprzedzałem o 195 punktow drugiego w klasyfikacji Jana Gałązkę, który z kolei tylko 5 pkt. prowadził przed swym klubowym kolegą Józkiem Grudniem. Obaj walczyli w „konkurencji”, czyli w warszawskiej Legii.

Konczył się rok 1965, a ja leczyłem kontuzję. Naderwane scięgno Achillesa prawej nogi umiemożliwiało mi wzięcie udziału w ostatnim ligowym meczu tego roku. Koledzy nie zawiedli, wygrywając w Łodzi z naszą siostrzaną Gwardią 11:9. Kto zostanie drużynowym mistrzem Polski? Ta sprawa musiał poczekać na rozstrzygnięcie. Czołówka tabeli wyglądała następująco: Gwardia Wrocław, Hutnik Nowa Huta i Gwardia Warszawa.

Na początku roku, po raz pierwszy od wielu lat, ogłoszono rezultaty prac komisji, ktora miała ustalic list ę pięściarzy legitymujących sie najwyższą klasą sportową – międzynarodową klasą mistrzowską. Obliczenia przy zastosowaniu skomplikowanych współczynników i testów sprawności ogólnej umożliwiły skonstruowanie specyficznej pięsciarskiej piramidy. Na jej szczycie (co było dużym zaskoczeniem) spośród 1412 testowanych bokserów znalazło sie tylko 15. Byli wśród nich: w wadze muszej –A.Olech, Zb.Olech i Skrzypczak, w wadze koguciej – Gałązka, w wadze piórkowej – Bending i Gutman, w wadze lekkiej – Grudzień i Dąsal, w lekkopółsredniej – Kulej, w wadze półśredniej – Kasprzyk, w lekkośreddniej Grzesiak, w średniej Walasek i Kucznierz. W wadze półciężkiejdo międzynarodowej klasy mistrzowskiej zakwalifikował sie Pietrzykowski i Fabich. W wadze ciężkiej nie sklasyfikowano żadnego pięściarza. Takie asy ringu tamtych lat jak Radzokowski i Drogosz, Rybski, Słowakiewicz, Dragan i Jędrzejeski musieli się więc zadowolić krajową klasa mistrzowską. Dla wielu obserwatorów wyniki klasyfikacji były sporym zaskoczeniem, dla innych – wskaźnikiem kondycji polskiego pięściarstwa, o ktorej coraz częściej zaczęto mówić z pewnym niepokojem.

Przez pierwsze tygodnie 1966 r. Pauzowałem lecząc kontuzjowaną nogę. Z pozyccji widza obserwowałem występy ligowe kolegów z druzyny. Zajmowalismy trzecia pozycje w tabelio z małymi szansami na doścignięcie prowadzącej wrocławskiej „Gwardii” i krakowskiego „Hutnika”, musielismy przy tym uważać na depczące nam po piętach inne rywalizujące sespoły. W Gdańsku przegraliśmy, oprócz mnie nie wystąpił drugi filar gwardyjskiego zespołu Tadek Walasek, pokutujący za jakieś przewiny. Definitywnie straciliśmy wtedy szansę na lepsze niż trzecie miejsce w lidze.

17 (05/89)

Początek roku przyniósł zwyczajowe ogłoszenie wynikós plebiscyty „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca kraju w 1965 r. Bezprecedensowy sukces odniosła Irena Kirszenstein, ktora uzyskała 97,5 proc głosów. Pani Irena mogła sie poszczycić dwoma rekordami świata: w biegu na 200 m z czasem 22, 7 sek. I na 100 m – 11,1 sek. Drugą na plebiscytowej liście była Ewa Kłobukowska. Również moje nazwisko widniało po raz trzeci wśród 10 najlepszych. Zająłem siódme miejsce.

Karnawał się skończył, po kontuzji pozostało tylko przykre wspomnienie, trzeba więc było wracać na ring. Powrót ten wspominam miło. Nie byłem jeszcze w pełni sił, brakowało przede wszystkim szybkości. Moim przeciwnikiem w meczu ze Stalą Stalowa Wola był silny i odporny na ciosy pięściarz, Stanisław Szado. Pokonalem go już uprzednio, miał więc przed mną duży respekt. Temu, sądzę, zawdzięczam, że pojedynek w końcu wygrałem. Przez dwie rundy korzystałem ze swojej rutyny, wykorzystując każdy błąd rywala. Raziłem jednak pasywnością, co przyzwyczajona do żywiołowego stylu walki publiczność od razu zauważyła głosnymi gwizdami dając wyraz swojej dezaprobacie. Musiało to dać do myślenia tak samemu Szado, jak i jego sekundantowi. Trzecia runda zaczęła się od huraganowych ataków przeciwnika. Kilka ciosów Szada sięgnęlo celu. Odczułem je boleśnei, zacząłem tracić siły. Doskwierał brak kondycji. Przetrwałem jednak trzy minuty i chociaz w tej rundzie Szado sprawiał lepsze wrażenie, to w przekroju całego spotkania byłem zdecydowanie lepszy. Potwierdziła to punktacja sędziowska. Zwyciężyłem różnicą dwóch, trzech punktów. Warszawscy kibice byli jednak wyraźnie zawiedzeni. Pożegnali mnie potężną porcją gwizdów. Rozgoryczony siedziałem w szatni, rozmyślając, na jakże pstrym koniu jeździ łaska kibiców. Otrząsnąłem sie jednak szybko.

W przerwie ligowych rozgrywek wyjechałem na krótko z drużyną gdańskiego Wybrzeża do Danii. Stoczyłem kilka zwycięskich walk, Spotkałem się z Rasmussenem, niedawnym przeciwnikiem z beerlińskich finałów. Była to dla mnie pozyteczna wycieczka. Schwytałem wreszcie właśćiwe tempo i rytm, na powrót stawałem się „fighterem”, godnym szacunku sympatyków boksu. Po powrocie, na warszawskim ringu, miałem okazję do rewanżeu. W prestiżowym meczu z wrocławską Gwardią walczyłem z Witkowskim. Bronił się dzielnie, ale pod koniec walki, po kilku moich ciosach, sekundant Witkowskiego zdecydował się na rzucenie ręcznika. Wygrałem bezdyskusyjnie. Z satysfakcją, choć nie bez dystansu, przysłuchiwałem sie owacji wczorajszych niezadowolonych. Mecz przegralismy jednak stosunkiem 8:10. Gwardia Wrocław prowadzona wówczas przez Michała Szczepana, zapewniła sobie w przedostatniej rundzie ligi, po raz pierwszy w historii rozgrywek ligowych, tytuł mistrza Polski> Na drugim miejscu znalazł sie zdetronizowany mistrz, Hutnik Kraków, mój macierzysty klub zajął trzecie miejsce. W zdobyciu brązowego medalu misłame swój skromny udział. Okazało się, że byłem najskuteczniejszym pięściarzem w zespole, zdobywając 29 pkt., w wygranych 14 (spośród 15) pojedynków. Walkę z Rybskim zremisowałem.

Przerwa w rozgrywkach była krótka. Po kilkunastodniowej przerwie znów ruszyła liga. Na pierwszy ogień poszło gdańskie Wybrzeżę. Z przeciwnikami rozprawiałem się szybko. Gdańszczanina Szymańskiego sekundant poddał w drugiim starciu. Wygrałem też w meczu z Carbo Gliwice, z Tkaczem. Zrezygnował z walki już w pierwszym starciu. W swojej wadze nie miałem wówczas poważniejszych konkurentów.

Zwyżka formy przydała się w międzynarodowym spotkaniu z Czechosłowacją. Wiosną 1966 r., juz po raz 17, spotkalismy się we Wrocławiu. Wygraliśmy, chociaż z wielkim trudem, 12:8. Zawiodła reprezentacja. T o 11 zwycięstwo nad Czechosłowacją nie zapisało się nazbyt chwalebnie w kronikach polskiego pięściarstwa. Najładniejszą walkę meczu stoczył jedynie senior zespołu, Zbyszek Pietrzykowski. Sprawozdawcy, jako godny uwagi, wymienili także mój pojedynek ze Stanem Brazdilą. Przeciwnik nie wytrzymał tempa i po kilku seriach celnych i silnych ciosów został poddany w drugiej rundzie. Nie wziąłem udziału w mistrzostwach Polski. Postanowiłem poważnie wziąć się za naukę, by nadrobić wieloletnie późnienia. Pod moja nieobecność tytuł przypadł Ryszardowi Rybskiemu, ktory w final pokonał kielczanina, Trzepiecińskiego.

Druga połowa 1966 r. Była bogata w wydarzenia sportowe. Wraz z lekkoatletami, kolarzami i szermierzami trójka bokserów, pod wodzą Papy Stamma, udała się do Mexico City na przedolimpijski rekonesans. W wadze koguciej trener Stamm postanowił sprawdzić gdańszczanina Ryszarda Andruszkiewicza.. Na krajowych ringach prezentował sie dobrze, ale brak poważnych prób międzynarodowych stawiał pod znakiem zapytania jego przydatność w reprezentacji. W Meksyku Andruszkiewicz walczył tylko raz i pojedyne przegrał. W jego kategorii zgłoszono jednak tylko trzech bokserów, więc mimo porażki zdobył brązowy medal. Szczątkowa obsada kategorii koguciej wzięła się stąd, że gospodarze, ignorując niuanse wielkiej polityki, nie przygotowali flagi i hymnu NRD. Naszym zachodnim sąsiadom zaproponowano hymn i flagę zza Łaby. Obrażona ekipa NRD spakowała manatki i wyjechał z Meksyku.

Oprócz Andruszkiewicza na meksykańskim ringu walczył Józek Grudzień oraz ja. Nie byliśmy, co prawda, najmłodszymi zawodnikami, ale Papa liczył, że dotrwamy do Igrzysk. Co umiemy, sam wiedział najlepiej. POXniejszy splot wypadków omal nie pokryżował tych planów, ale o tym opowiem we właściwym miejscu.

W Meksyku spędziliśmy cztery tygodnie. Pobiliśmu kilka rekordów, z ktorych co najmniej dwa warte są odnotowania. Obawialiśmy się bardzo wysokości, na której leżała stolica Meksyku. Jakież więc było zdumienie fizjologów, gdy po dwóch tygodniach treningów na wysokości 2,5 tys metrów nad poziomem morza, liczba czerwonych ciałek krwi skoczyła mi z 4,3 mln na 5,5 mln!. Czułem sie tam znakomicie, choc turniej był niezwykle trudny. Cztery walki w ciągu czterech dni. Przeciwnicy wymagający – kandydaci swych państw do drużym olimpijskich i to wszyscy z szansami na medal.

W pierwszej walce zmierzyłem się z reprezentantem Bułgarii, Stojanem Stojczewem. Znałem go z turniejów i spotkań międzypaństwowych. Nie był to bokser, ktorego można było lekceważyć. Wierząc w duże zapasy energii, od pierwszego gongu ruszyłem ostro na rywala.O dziwo, w miarę upływu minut czułem się coraz lepiej. Utarło sie powiedzenie, że aby wygrać, należy dać z siebie wszystko. Otóż może zabrzmi to paradoksalnie, ale w żadnej z tych czterech walk nie zblizyłem się nawet do dolnej granicy owych ostatecznych rezerw. Stojczew zepchniety do rozpaczliwejj defensywy, kilkakrotnie liczony, w trzecim starciu odwrócił się i odzedł do naro znika. Miał dosyć!. Zdarzyło sie tak po raz pierwszy i ostatni w mojej karierze sportowej.Publiczność meksykańska, widząc co działo się w ringu, nie posiadała się z radości. Była to jedynie zapowiedź emocji jakie czekały ją nazajutrz.

Następnym moim przeciwnikiem był król nokautu s poprzedniego turnieju przedolimpijskiego, Kubańczyk Betacourt. Już w swojej pierwszej walce Kubańczyk udowodnił, że jest nieprzeciętnym bokserem.Pojedynek z reprezentantem NRF trwał zaledwie kilkadziesiąt sekund. Niemiec padł skoszony potężnym ciosem – ciężki nokaut. Organizatorzy zaplanowali nasza walkę na koniec dnia. Komplet widzów, bookmacherzy przyjmują zakłady, piwo leje sie strumieniami, gwar narasta...Papa Stamm poprawił sznurowanie nietypowych, bo mniejszych i lżejszych 6-uncjowych, profesjonalnych rękawic (przygotowali je organizatorzy, co wszyscy zaakceptowali) i apelując o uwagę i umiar wysłał mnie na środek ringu. O mału włos początek walki nie stał się jej końcem. Betancourt ruszył żywiołowo do przodu, bijąc potężne ciosy. Jeden z nich, lewy sierpowy, doszedł do celu. Nie wziąłem poprawki na mniejszy rozmiar rękawic, stąd mój blok nie był dostatecznie szczelny. Poczułem w ustach smak krwi. Pomy slałem, że tylko rozciął mi wargę. Prawda okazała sie ponura, potężnym ciosem Kubańczyk złamał mi trzy zęby. Ból potworny, ale w ferworze walki nie zwaracałem nań uwagi. Skoczyłem do przodu chcąc sie odgryźć. Przez następnych kilkadziesią sekund trwała wymiana ciosów. Słychać było chóralne „o’le” kibiców. Taki boks bardzo się widzom meksykańskim podobał.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna