Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona5/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Przegrywaliśmy olimpijski mecz Polska, Związek Radziecki: 0:3. Pozostaliśmy w czwórkę: Artur Olech, Józef Grudzień, Marian Kasprzyk i ja. Tylko Olech trafił na Włocha. Nasza trójka miała natomiast walczyć z bokserami radzieckimi. Józek – z Barannikowem, Marian – z Tamulisem, zaś ja z Frołowem. Czekała nas ciężka przeprawa. Dzień przerwy przed finałami był dżdżysty. Koniec pażdziernika, robiło się coraz chłodniej. Byłem obolały. Dawały znać o sobie urazy odniesione w walkach z Mihalicem i Balyem. Psychicznie także czułem sie kiepsko. Nerwowo krążyłem po naszym „salonie”. Zauważył to trener Stamm i zaproponował przechadzkę. Wolnym krokiem szliśmy alejkami wioski olimpijskiej – Trudny przeciwnik ten Frołow – bąknąłem. Papa chwilę milczał, w końcu zappytał: - Pamiętasz jak rok temu w Moskwie, kiedy fotoreporterzy robili zdjęcie Pietrzykowskiemu, namówiłem ich, by pstryknęli również fotkę tobie? Powiedziałem im, że uwiecznią przyszłego mistrza Europy. Teraz twierdzę, że będziesz mistrzem olimpijskim!

Osłupiałem. Po dłuższy pauzie Papa kontynuował:


  • Zmieniamy program walki. Nie będziesz atakował.

  • Jak to? – wydusiłem.

  • Komenda – „boks” zaczyna się walka, a ty czekasz. To on ma zaatakować.

  • Pamiętasz Moskwę. Rwałeś do przodu i co? Wyszło? Nie wyszło!

13 (01/89)

Zamęt w głowie. Moją największą siłą jest atak, parcie do przodu nonstop.

A teraz mam czekać na przeciwnika?


  • Nie atakujesz. Jasne? Czekasz na niego. Musi przyjśc do ciebie. Pamiętaj to finał olimpijski!

W ringu sędzia bułgarski, rzecze. Gong i komenda „boks”. Jewgenih Frołow,

wyższy ode mnie, leworęczny, czeka na mnie. Ja również nie kwapię się do ataku.

Kilka balansów ciałem, trzy, cztery w rękawice... i nic. Konsternacja na sali. Żeczew przerywa walke i ponownie komenderuje boks. Patrzy na mnie. Spodziewa się, ze to ja, żywioł ringu rzucę sie na Frołowa. Może się go boję. Też możliwe. Przecież w Moskwie Polak przegrał z Rosjaninem. Jeszcze jedna zachęta do walki. Publiczność zaczyna się niecierpliwić. Przyszła oglądać wymianę mocnych uderzeń a na ringów dwóch kunktatorów...

Słyszę z narożnika głos trenera: - „Spokojnie. Czekaj” . Póltorej minuty wyczekiwania trwało dla mnie całą wieczność. Ryzykowałem ostrzeżenie za unikanie walki, strata równoznaczna z końcem marzeń o złotym medalu.

Po trzeciej zachęcie do walki, ruszył Frołow. Prawa, lewa. W odpowiedzi mijam go, błyskawiczną serią trafiam w korpus, spychając do narożnika. Trwało to kilka sekund i znów mnie nie ma. Kolejny szok dla Frołowa – nie on przerwał akcję, to ja uciekałem z półdystansu. Rosjanin chce trafić, szuka mnie, zadaje ciosy, które mijam. Znów jestem przy nim i następna seria. Każda taka akcja to punkt dla mnie. Frołow musi mnie gonić, skracać dystans. Ciosy nie są już tak przecyzyjne: Zadawane są chaotycznie, bez przygotowania. Miałem ten luksus, że mogłem kontrolować walkę.

Sytuacja na ringu w Tokio była odwrotnością tego, co działo się w Moskwie: byłem tam stopowany prostymi Frołowa, który spokojnie zbierał punkty. W Tokio zagubił się zupełnie.

W drugiej rundzie – szlaeństwo. Frołow macha swoimi długimi rękami, wpada w liny, okręca się. Kątem oka dostrzegam zamieszanie w pobliżu narożnika radzieckiego. Nie taką walkę spodziewali się oglądać szkoleniowcy ekipy ZSRR. W przerwie przed ostatnią rundą, Papa Stamm był już spokojny: - Gdyby teraz przerwali spotkanie, jesteś już mistrzem olimpijskim. Jeśli znajdziesz w sobie siłę, to ostatnie trzy minuty też są twoje.

Gong. Ruszyłem na Frołowa z ogromnym impetem. Byłem panem ringu. Tylko od czasu do czasu przeciwnik starał się odrobić straty. Był bardzo zmęczony, ja również z utęsknieniem spoglądałem na ogromny zegar „seiko”, zawieszony nad ringiem. Zostały sekundy do końca. Jeszcze jedna akcja. W klinczu wpadamy w liny. Odchyliłem twarz, w oddali ujrzałem ogromną postać Władka Komara, który krzyknął: - Zegnij go i ruć do mnie, ja go wyprostuję. Do dziś okrzyk ten brzmi mi w uszach. Gong, koniec walki. Frołow schodził z opuszczoną głową. Wiedział, że rewanż udał mi się w pełni. Zdobyłem złoty medal olimpijski.

Papa szczęśliwy –

To już drugi złoty medal dla Polski. Przede mną wspaniałą walkę stoczył Józef Grudzień z Barannikowem. Bokser radziecki zaprezentował sie na tokijskim ringu bardzo korzystnie. Błyskawiczne akcje, znakomity refleks a nade wszystko nokautujący cios, którym wyeliminował mistrza Europy Węgra Kajdiego. Józef dobrze znał siłę sierpów Rosjanina – po jednym z nich był nawet na deskach (zdarzyło się to podczas moskiewskiego meczu, chociaż pojedynek Grudzień wygrał). W Tokio Barannikow od razu przystąpił do ofensywy. Prowokował Polaka atakami z doskoku i doskonałymi zwodami. Józek nie tracił jednak zimnej krwi. Czeka na okazję do zadania ciosu prawym prostym. Cały czas uważnie blokuje i kłuje lewą. Losy pojedynku rozstrzygnęły się w drugiej rundzie. Błyskawiczna kontra Polaka odebrała radzieckiemu bokserowi chęć do zbyt ambitnych posunięć. W trzecim starciu Grudzień, rozluźniony, zdobywał ponowniwe punkty z udanych kontrataków. Sędziowie jednomyślnie przyznali Józkowi zwycięstwo.

Stałem na najwyższym stopniu olimpijskiego podium, czując na szyi ciężar złotego medalu. Orkiestra wykonała z werwą Mazurka Dąbrowskiego. Płakałem, były to najprawdziwsze łzy szczęścia. W szatni z wolna uspokajałem się. Spływało ze mnie ogromne napięcie, wewnętrzna presja, że muszę wygrać. I naraz, znowu Mazurek Dąbrowskiego! Ogromna radość – Maniek wygrał. Wybiegłem do hali – Marian Stoi na podium ze zlotym medalem, a orkiestra rżnie nasz hymn, nie patrząc w nuty. Był to piękny wieczór.

Dziesięcioosobowa ekipa wiozła do kraju siedem medali – trzy złote, jeden srebrny, zdobyty przez Artura Olecha i trzy brązowe. Nawet najwięksi optymiści nie liczyli na więcej niż pięć krążków. Wieczorem od Papy Stamma dowiedzieliśmy i się o perypetiach Mariana Kasprzyka. Po pierwszej rundzie, w której po jednym z uderzeń przeciwnik Mariana – Robert Tamulis aż przyklęknął, Kasprzyk zgłosił trenerowi złamanie kciuka prawej ręki. – Walcz lewą – nakazał Papa. Marian walczył tak wspaniale, że nwet jedną ręką był w stanie pokonać Tamulisa. Kasprzyk walczył dzielnie do końca. Po zakończeniu tego bezpardonowego pojedynku, ręka tak spuchła, że trzeba było rozcinać rękawice.

Marian Kasprzyk wracał do kraju z ręką w gipsie. Był to chyba najcenniejszy gips świata, szczególnie dla kolekcjonerów. Pokrywały go autografy naszych olimpijczyków. Wśród byl również mój, największy i najgłębiej wyryty.

Powrót ekipy olimpijskiej z Tokio do Warszawy przypominał perypetie Odysa. Prominenci polskiego sportu wytyczyli szlak powrotny przez Morze Japońskie, a potem koleją i samolotem via Moskwa do kraju. Na morzu szalał sztorm. Tyulko nielicznym udało sie pokonać chorobę morską. Podziw swą kondycją wzbudzali Władek Komar i Marian Kasprzyk. Ale nawet oni musieli mocno krępować się pasami w swoich kojach, cały czas mocno kołysało. Nie zakłócało to jednak wspaniałego nastroju. Po udanych Igrzyskach nie przejmowaliśmy się tajfunami i burzami.

W drodze czekały nas kolejne niespodzianki. Trzydniowa podróż radzieckimi kolejami przebiegała spokojnie. Za to lot zakończył się niespodziewanie w Irkucku. Syberia przywitała nas mroźną kontynentalną aurą. Nasze ortaliony, szczyt ówczesnej mody, zesztywniały na blachę. Irkucka kwarantanna przedłużała się. Moskwa ze względu na złą pogodę nie przyjmowała samolotów. Gospodarze mimo ogromnego kłopotu, jaki im sprawiliśmy naszym niespodziewanym pojawieniem się, potrafili zorganizować nam wcale przyzwoite „minimum socjalne”. Zadbali także o program turystyczny: zwiedziliśmy miejscowe muzeum, zawieżli nas również nad Bajkał.

W Moskwie spędziliśmy kilka dni oczekując na samolot. Wreszcie przylot do Warszawy i spotaniczne serdeczne przyjęcie na Okęciu. Tłum otoczył samolot. Nasza grupa oraz trener Stamm była fetowana szczególnie gorąco. Swoją postawą, siedmioma medalami. Przysporzyliśmy polskiemu pięściarstwu nowych kibiców.

Rozpoczęła się seria spotkań. Wszyscy byli spragnieni bezpośrednich kontaktów z Olimpijczykami. Byliśmy wprost rozrywani. Dotyczyło to w równej mierze najbliższych jak i przedstawicieli najwyższych władz państwowych. Posypały się odznaczenia, nagrody. Po raz pierwszy przekroczyłem wtedy progi Urzędu Rady Ministrów. Podejmowali nas Władysław Gomułka i Józef Cyrankiewic. Dwie różne postacie, dwa różne temperamenty – takie było moje pierwsze wrażenie. I sekretarz, pilotowany prze Włodzimierza Reczka, podchodził do coraz to innej grupy, w skupieniu wysłuchiwał kilku informacji o dyscyplinie i zawodniku, gratulował sukcesu, pytał o najbliższe plany. Premier natomiast, lepiej orientujący się w sporcie, czuł się wśród nas jak ryba w wodzie. Interesowały go detale, szczegóły. Co róz trącał się z kimś kieliszkiem szampana. Przed zakończeniem spotkania, tak, jak miał to w zwyczaju (dla mnie była to ogromna niespodzianka) przypomniał sportowcom, by z kłopotami zgłaszali się do dyrektora gabinetu. Przelałem na papier prośbę o samochód. Po dwóch, czy trzech tygodniach otrzymałem zawiadomienie, że wymarzone „cztery kółka” mogą stać się moją własnością.

Mieczysław Moczar, ówczesny minister spraw wewnętrznych, także pamiętał o olimpijczykach – gwardzistach. Miał powód do dumy: trójka bokserów przywiozła złoty, srebrny i brązowy medal. Oprócz mnie reprezentującego stołeczną Gwardię, w klubie walczyli dwaj wrocławianie: Artur Olech i Józef Grzesiak. Także w innych dyscyplinach olimpijskich wielu gwardzistów odniosło liczące się sukcesy. Przyjęcie było huczne, uśiwtnione awansami i nagrodami sypiącymi się jak z rogu obfitośći. Otrzymałem awans na stopień podporucznika milicji (przed Igrzyskami byłem sierżantem). Atmosfera spotkania była znakomita. Moczar rozumiał sport. Rozmawiał z nami jak wytrawny znawca, był dumny z naszych sukcesów.

Rok 1964 to nie tylko fetowanie olimpijskich sukcesów. Ostro ruszyły rozgrywki ligowe. Każdy przeciwnik stawiał sobie za cel wygranie z olimpijczykiem, tym bardziej – ze złotym medalistą. Czując swą przewagę starałem się oszczędzać zbyt zadziornych, na oślep atakujących rywali. Wiedziałem, że zbyt szybko eliminując przeciwnika pozbawię kibiców frajdy oglądania mistrza olimpijskiego w akcji. Starałem się nie robić chałtury. Ludzie znają się na boksie, wychchwycą każdy fałsz.

Jeden z dzienników dnosił po meczu „Gwardia” Łódź – „Gwardia” Warszawa, przegranym przez nas 9:11: „Spotkanie nie stało na zbyt wysokim poziomie, nie mniej Kulej nie zawiódł łódzkiej publicznośći. Po pierwszej wygranej przez niego rundzie, w drugiej warszawianin kilkakrotnie znokautował seriami Kielicha, za co zebrał moc oklasków od łódzkich sympatyków boksu. Jego serie w drugiej rundzie doprowadziły Kielicha do takiego stanu, że sekundant przed rozpoczęciem trzeciej rundy, poddał swego zawodnika”.

Koniec roku przyniósł rozmaite plebiscyty, klasyfikacje, i challange. Ogromną satysfakcję sprawiło mi pierwsze miejsce w wadze lekkopółśredniej w ankiecie na stu najlepszych pięściarzy 1964 roku. W swoich wagach zwyciężyli takżę Artur Olech przed swym bratem Zbigniewem, Brunon Bendig, Jerzy Adamski, Józef Grudzień, Marian Kaspryk, Józek Grzesia, Tadeusz Walasek, Zbigniew Pietrzykowski, a wśród najcięższych -Tadeusz Kubacki. Pleboscyt „Przeglądu Sportowego” na najlepszych sportowców Polski wygrał Jozef Schmidt przed Ireną Kirszensztein, Waldemarem Baszanowskim i Egonem Franke. Piąte miejsce 60 tys czytelników „P.S” przyznało mnie. Na następnych znależli się: Józef Grudzień, Teresa Ciepła, Ewa Kłobukowska, Andrzej Badeński. „Złotą dziesiątkę” zamykał Marian Kasprzyk.

14(02/89)

Był to wspaniały karnawał, ale Feliks Stamm nie zwalniał tempa. W początkach marca 1965 roku reprezentacja narodowa pocnownie spakowała walizki i dała się ba dwa prestiżowe spotkania na Wyspy Brytyjskie. Nie pojechał z nami Marian Kasprzyk. Czekała go długa rehabilitacja po operacji kontuzjowanej w Tokio ręki, więc w wadze półśredniej trener Stamm wystawił Jerzego Kuleja. Nie była to dla mnie niespodzianka. Miałem wówczas naturalną wagę 66.5 kg czyli mieściłem sie w limicie tej kategorii. W lekkopółśredniej zastąpił mnie wicemistrz Polski Ryszard Rybski. W składzie kadry był też drugi mistrz olimpijski, Józef Grudzień. Nasza dwójka miała stanowić główną atrakcję za kontraktowanych meczów.

Przez cały czas utrzymywałem się w znakomitej kondycji. Procentowało przygotowanie olimpijskie. Nie pozostało ono na szczęście zaprzepaszczone w tych niezliczonych przyjęciach i fetach, których mistrzom olimpijskim nie skąpiono. Przekonany jestem, że trener Stamm zdawał sobie doskonale sprawę z tego niebezpieczeństwa, montując naszą armadę , ktora miała podbić Wyspy. Papa patrzył na swój ukochany boks perspektywicznie. Myślami był już przy następnej wielkiej imprezie – Mistrzostwa Europy w Berlinie. Nie mógł pozwolić, żeby z takim trudem gromadzony kapitał roztrwoniono w poolimpijskiej euforii.

Wyspairze zawsze byli groźni, u siebie stać ich było na zwycięstwo ze swoimi. Pojechaliśmy do Wielkiej Brytanii w doskonałych nastrojach. Pierwszy mecz i pierwsze zwycięstwo. Wykorzystałem rutynę zdobytą w dotychczasowych walkach. Pomocna była również obserwacja kilkudziesięciu pojedynków w Tokio.

W Kelvin Sport Arena w Glasgow, w meczu ze Szkocją moim przeciwnikiem był Peace, bokser niezwykle odporny na ciosy. Nie reagował zupełnie na zadawane mu w półdystansie błyskawiczne serieuderzeń (ciosów?). Mógłbym przysiąc, że dochodziły do celu, a Peace trzymał się na nogach. W drugiej rundzie po kilku mocnych ciosach, które przyjął z podniesionycm czołem, ale już z wyraźnąym zmęczeniem i rezygnacją w oczach. Postanowiłem go oszczędzić. Podobała mi się ambicja przeciwnika, ktory nie chciał się ugiąć i uparcie szedł do przodu. Publiczność zrozumiała mój gest, zostałem nagrodzony gorącymi oklaskami. Trzej sędziowie punktujący pojedynek przyznali mi zwycięstwo pięcioma punktami. Dobrze walczyli też koledzy z drużyny. Po zwycięstwach Grajewskiego, Grudnia, siodły (znokautował w pierwszej rundzie Cuminghama), Kucznierza, Dragana, Walickiego – wygraliśmy mecz 14:6.

Trener Stamm był z nas zadowolony choć w wypowiedzi prasowej dał do zrozumienia, że końcowy wynik mógłby być jeszcze bardziej korzystny. Skończył optymistycznie: „Najważniejsze jest to, że wygraliśmy mecz i to w niezłym stylu”.

W drodze do Dublina na mecz z Iralndią, Papę śtamma ogarnęła nostalgia. Z salą w National Stadium w Dublinie wiązały się jego piękne wspomnienia. @6 lat wcześniej w 1939 roku Papa prowadził tam naszą drużynę, która zdobyła wtedy puchar Europy.

Święcził wówczas wielkie triumfy Antoni Kolczyński. Walczyli też sławni polscy pięściarze – Czortek, Kowalski, Pisarski i Szymura. W 1947 roku Papa był w Dublinie po raz drugi. Odbywały się tam pierwsze po wojnie Mistrzostwa Europy. Niestety dla nas niepomyślne. Kolczyński nasz as atutowy przegrał z Escudie. Okazało się, że znaleźliśmy się w sporcie pięściarskim daleko w tyle za Europą. Trener przyglądał się nam uważnie. „Jedziemy do Dublina znów jako faworyci. To miasto będzie miernikiem naszej pozycji w boksie amatorskim. Pamiętajcie o tym”.

Irlandczycy okazali się twardymi przeciwnikami. Dla mnie mecz zaczął się kilkanaście godzin wcześniej. Do pokoju hotelowego (mieszkalem wspólnie z Józkiem Grudniem) zawitał nieoczekiwany gość. Przedstawił się. Był to Polak od lat zamieszkały w Irlandii. Interesowało go, kto w naszej reprezentacji będzie walczył w wadze półsredniej Chciał nam przekazać informację o Irlandczyku występującym w tej kategorii, ostrzec przed nim. Robił to w dobrej wierze, wprowadził jednak niechcący element zagrożenia. Według słów naszego informatora moim przeciwnikiem miał być Billy Torkington. Stoczył on ponad 4o walk, najczęśćiej wygrywając przed czasem, nierzadko przez knockout. Brat – zawodowy bokser, przygotował go do występów na ringach profesjonalnych. Pojedynek w National Stadium miał być ostatnim bojem przed podpisaniem kontraktu zawodowego. Bookmacherzy przyjmowali zakłady, w której rundzie Torkington pośle mnie na dechy. Nie byłem strachliwy, ale poczułem, jak stróża potu płynie mi wzdłuż kręgosłupa. Józek Grudzień podtrzymywał mnie na duchu: „Jesli to rzeczywiście taki nokauciarz, to właśnie on przegra jutro przez k.o”. I Józkowi zresztą los przydzielił nielada przeciwnika. Miał walczyć z brązowym medalistą z Tokio – Courtem. Zdaniem Iralndczyków, ich pupil niezasłużenie przegrał z Barannikowem, którego w final zwyciężył właśnie Grudzień. Wynik walki w Dublinie miąl dać odpowiedź, który z tych dwóch świetnych pięściarzy jest najlepszy w swej kategorii. O zwycięstwie McCourta zadecydowała trzecia runda. Irlandczyk był lepiej przygotowany kondycyjnie, jego ciosy zrobiły większe wrażenie na sędziach. Nie wystarczyło dobre drugie starcie, które Polak wygrał. Ostateczny werdykt 2:1 dla McCourta przyjęto istnym huraganem braw. Wiwatom, okrzykom nie było końca.

W takiej atmosferze przygotowywałem sie do walki. Papa popchnął mnie na środek ringu i zaczął się ten pamiętny pojedynek. Billy Torkington istotnie imponował warunkami fizycznymi oraz bardzo silnymi ciosami sierpowymi. Zasypywał mnie nimi, spychając do narożnika usiłował rozstrzygnąć walkę już w pierwszych sekundach. Przywołałem na pomoc całą moją wiedzę: przetrzymać atak i wybrnąć z opresji. Kilka zwodów i również moje ciosy dochodzą celu. Stroną atakującą był jednak nadal Irlandczyk. Pierwsza runda upłynęła wśród gradu ciosów oraz ogłuszającego dopingu. W przerwie doszły mnie strzępy słó Stamma. Był niezadowolony z tego co działo sie na ringu.

Prawy sierpowy, pamiętaj o prawym sierpowym. Jest luka, wykorzystaj ją.

Znwowu gong i rozpoczęła się druga runda. Scenariusz podobny. Atak non stop. Przy pierwszej nadarzającej sie okazji dostrzegłem tę lukę, o której mówił trener. W błyskawicznej wymianie uderzeń nie było nawet ułamka sekundy na rozważania. W tej samej chwili prawy sierpowy doszedł celu. Widzę wysoko w górze nogi przeciwnika. Milknie harmider na widowni momentalnie, tak jakby ktoś wyłączył nagle radio. Torkington został wyliczony do ośmiu. Był oszołomiony ale wciąż rwał się do walki. Ruszył na mnie z impetem. Atak był jednak zupełnie nieprzygotowany. Lewy sierp precyzyjnie wylądował na podbródku Irlandczyka. Został wyliczony do dziesięciu, a póxniej zniesiony z ringu. Konsternacja na sali. Cisza, zdumienie! I zaraz – co muszę przyznać znającej się na boksie publiczności iralndzkiej – rozległy się przybierające na sile oklaski.

Wygraliśmy mecz 12:8. I tym razem nie był to rezultat oddający faktyczny przebieg wydarzeń w Dublinie. Niezasłużenie przegrał Stanisław Dragan. Po zasskakującej kontrze w pierwszym starciu, po której był liczony przez następne rundy utrzymał przewagę. Niestety sędziowie stosunkiem głosów 2:1 przyznali zwycięstwo jego przeciwnikowi. Feliks Stamm już spokojnie kilka dni po meczu stwierdził analizując walkę Dragana, że gdyby był sędzią dałby mu 5 punktów przewagi. Nieporozumieniem też był werdykt dyskwalifikujący Józka Grzesiaka. Zdaniem sędziów, precyzyjny cios, który trafił Mullena w żołądek zadany został poniżej pasa. Ciekawe, że sędziowie ani lekarz nie stwierdzili tego faulu.

Trener Stamm był zadowolony z tourn’ee. Obydwa mecze były ważnym testem przed ustaleniem składu reprezentacji na Mistrzostwa Europy w Berlinie. Dały mu one intereesujący materiał do analizy i stworzyły szanse do przeprowadzenia dalszych eksperymentów. Dla mnie ogromną satysfakcją były opinie, ze jestem najlepszym pięściarze amatorskim w Europie.

„Times” pisał, że chyba nie ma dla mnie godnego przeciwnika, nie tylko w Szkocji i w Irlandii, ale i w całej Europie. To zobowiązywało. Czułem ciążącą na mnie odpowiedzialność i to nie tylko w meczach reprezentacji, ale i wspotkaniach klubowych. Terminarz ligowy był napięty. Przed mistrzostwami Europy trener Stamm zaplanował prawie dwumiesięczne zgrupowanie kadry. Po dwumeczu z wyspiarzami jeszcze kilka razy przyszło mi bić sie o punkty dla „Gwardii” z krajowymi rywalami.

Zmęczenie boksem dawało się coraz bardziej we znaki. Wygrywałem, lecz w stylu dalekim od tego jaki prezentować powinien mistrz olimpijski. Najlepszym tego przykładem był mecz z bydgoskim „Zawiszą”, w barwach którego walczył mój najgroźniejszy przeciwnik w wadze lekkopółśrednie, Ryszard Rybski. Wyższy ode mnie, starał się utrzymywać mnie na dystans. Bardzo mi odpowiadała ta defensywna taktyka. Pozwalała na przeprowadzenie kilku akcji zakończonych celnymi ciosami w korpus.

Tempo walki było wolne lecz mimo to, po drugiej rundzie, oddech miałem już krótki. Rybski zorientował się, że nie mam kondycji i zaatakował bardziej agresywnie. Nie wiem co by sie stało, gdyby pojedynek toczył się od początku w tym tempie. Wygrałem wyraźnie, ale bez satysfakcji. Musiałme odpocząć. Przede mną były Mistrzostwa Europy, impreza na której miałem bronić zdobytego w Moskwie tytułu. Trener Stamm był zbyt poważnym fachowcem, by mół zlekceważyć tak ważne zawody i pozwolić na utratę wysokiej pozycji polskiego boksu zdobytego w Tokio.

Próbował nowych wiariantów, wprowadzał do kadry debiutantów. Poddawał ich ostrym próbom. Uważnie obserwował krakowskie Mistrzostwa Polski w kwietniu 1965 r. Pojawiło się na nich kilku młodych utalentowanych pięśćiarzy. Brylowali jednak uznani mistrzowie, co napawało niepokojem koneserów boksu. Do wielkich tej imprezy należał niewątpliwie Zbyszek Pietrzykowski. Dokonał on rzeczy nienotowanych, w kronikach, tak naszego jak i zagranicznego sportu. Do medali olimpijskich, czterech tytułów mistrza Europy dorzucił zdobyty po raz 11 mistrzowski pas najlepszego pięściarza wagi półciężkiej. Szczerze mu tego sukcesu gratulowałem. Oprócz niego nie zawiedli sympatyków boksu takświetni bokserzy, jak: Artur Olech, Brunon Bendig, Józek Grudzień i Władek Jędrzejeski. Swoje reprezentacyjne aspiracje potwierdził Jan Gałązka. Także Lucjan Słowakiewicz, zwyciężając w Krakowie w wadze średnie, poprawił trochę nastroje kibiców. Wszyscy byli już myslami w Berlinie – tam miała sie odbyć najważniejsza impreza sezonu – Mistrzostwa Europy.

14 (o2/89)

W kwietniu złapałem drugi oddech. Zniknęło zmęczenie. Wróciła kondycja. Byłem znów szybki, biłem celnie i mocno. Moja przewaga nad rywalami była tak duża, że pozwalałem sobie na wyrozumiałośc w stosunku do przeciwników. Oszczędzałem ich. W półfinale spotkałem się z Leszkiem Piątkiem z Lublina.

Po tej walce sprawozdawca „Przeglądu Sportowego” pisał między innymi: „Drugi nasz medalista olimpijski, Warszawianin Jerzy Kulej, wyraźnie oszczędzał rywala. Gdyż zamiast uderzać stosował cos w rodzaju pieszczotliwego głaskania. Sędzia, p. Kubiak szybko zoerientował sie, że Kulej stosuje taryfę ulgową i zaczął go nakłaniać do walki na serio. Ponaglenia arbitra sprawiły, że Piątek był dwukrotnie liczony i w trzeciej rundzie został odesłany do rogu”.

W finale czekał na mnie rzeszowianin Rajmund Bielecki. Młody, dobrze wyszkolony, wyższy ode mnie. Wyprzedzał moje ataki, a nawet przyparł mnie do lin i zadał serię silnych ciosów. Przez chwilę straciłem oddech. Wietrząca sensację publiczność gromkimi brawami zagrzewała Bieleckiego do ataku. Dobra passa rzeszowianina trwała dwie rundy. Ostatnia odśłona krakowskiego finału to lekcja, którą dałem przeciwnikowi. Potraktowałem go bez taryfy ulgowej. Przełamałem obronę i bijąc seriami z obu rą nie dałem mu szans. Był dwukrotnie liczony. Jego sekundant Józef Kruża rzucił ręcznik na ring. W mojej karierze sportowej była to 189 zwycięska walka. Po raz piąty stawałem na najwyższym stoppniu podium. W tym okresie trenowałem w warszawskiej Gwardii pod okiem Wiktora Nowaka.

Ostatnie dni dzielące nas od Mistrzost Europy spędziliśmy na zgrupowaniu w Cetniewie. Treber Stamm chodził z zafrasowaną miną: Marian Kasprzyk, na ktorego bardzo liczył miał nie w pełni sprawną prawą rękę. Jego kandydatura znalazła sie pod znakiem zapytania. Zrezygnowali z udziału w Mistrzostwach Zbyszek Pietrzykowski i Władek Jędrzejewski. Tylko nieliczne pozycje obsadzali „pewniacy”. Ostatecznie do Berlina (co było dużym zaskoczeniem) pojechali: w wadze muszej – Hubert Skrzypczak, w koguciej – Jan Gałązka, w piórkowej – Brunon Bendig. W lekkiej reprezentował Polskę Józef Grudzień, waga lekko półśrednia należała do mnie, w POLśrednie wystąpił Leszek Ciuka, w lekkośredniej trener Stamm obdarzył zaufaniem Józefa Grzesiak. W wadze średniej w Berlinie walczył Lucjan Słowakiewicz, w POLciężkiej Stanisław Dragan i w ciężkiej Ludwik Denderys. 24 federacje zgłosiły do Mistrzostw swoich pięściarzy. Ostatecznie na ringu w berlinskiej Seechenbinderhalle stanęło 172 zawodników. W wadze lekkopółśredniej wystąpiło 20 bokserów wśród nich mój tokijski przeciwnik z walki o złoto – Jewgenij Frołow.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna