Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona4/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Mój przeciwnik, Mirza, chłop wyższy i cięższy, starał się za wszelką cenę mnie unicestwić. Faulował ile wlezie. Na ringu miał sprzymierzeńca – w pojedynku sędziował jego rodak. Co ja się z nim naszarpałem!. W trakcie walki zostałem trafiony w tył głowy. Klasycznym szczupakiem przeleciałem przez cały ring i zatrzymałem sie na linach. Sędzia przeszedł do porządku dziennego nad tym faktem. Przez następne kilkanaście sekund nie mogłem gwałtownie ruszyć głową – kark miałem jak sparaliżowany. W końcu jednak ogarnąłem wydarzenia na ringu i narzuciłem warunki gry. Byłem przygotowany kondycyjnie, nawet walcząc na maksymalnych obrotach nie mogłem się zmęczyć.

Przegraliśmy mecz do 6 – konsternacja w Związku. Gorączkowe narady, zebrania zarządu. Rewanżowy mecz na dniach. Naszym szamanom zaczęły się trząść ręce. Jak trwoga to do...Papy Stamma. Trener miał satysfakcję, ponieważ w krótkim czasie okazało sie kto miał rację. Zebrał nas na zgrupowaniu. Postanowił przede wszystkim na szybkość: skakanka, krótkie 10-metrowe sprinty i przerwa około jedna minuta. Walka z cieniem, sprint i znowu minutowa przerwa. Ta minuta odpoczynku dłużyła się nam niebywale. Zastanawialiśmy się o co trenerowi chodzi. Ustalenie składu: i ja wracam do lekkopółśredniej, w średniej znów Tadek Walasek W wadze półciężkiej Zbigniew Pietrzykowski. Hala w Łodzi pękała w szwach. Wszyscy czekali na zwycięstwo biało-czerwonych, ale jednocześnie zdawali sobie sprawę, że odrobienie strat będzie niezmiernie trudne. Rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Triumf nasze drużyny, bezapelacyjnie wygraliśmy do 4 (16:4)!. Prowadzeni przez Feliksa Stamma święcie wierzyliśmy w wygraną. Mój przeciwnik, as ekipy rumuńskiej Dinu w pierwszej rundzie trafił mnie w półdystansie piekielnie silnym krótkim prawym prostym. Poczułem jakby skóra odkleiła mi się od lewej kości policzkowej, w przełyku słodko-mdława gula. Przez moment zrobiło mi się słabo. Sygnał, że trzeba się mięc na baczności. Dotrwałem do gongu. W przerwie trener zwrócił mi uwagę na ciosy Rumuna. Zasugerował, bym skorzystał z siły lewej ręki. Uderzając Rumuna pod prawy łokieć nie pozwalałem mu na rozpoczęcie akcji prawym prostym. Ciosy w korpus bardzo go osłabiały. Obrona czynna pozwalała na przejęcie inicjatywy. Konsekwentnie biłem lewo – dół. Dino zasłaniał się, ale jego łokieć coraz bardziej odsuwał się od bronionego boku. Zrozumiałem, że stara się łagodzić ból. Z sekundy na sekundę ręka opadała coraz niżej. Odczekałem chwilę i markując cios na korpus, w to bolące miejsce skosiłem Rumuna lewym sierpowym. Został wyliczony do 10.

Pokonałem przeciwnika sprytem, nie siłą. Oszukałem go, nie przekraczając norm sportowego fair play. Udało mi się zrobić z niego „balona” w tak fajny elegancki choć łobuzerski sposób. Na ringu trzeba być jednak trochę łobuzem, to nie miejsce dla grzecznych, dobrze ułożonych delikatnych chłopców. Trzeba czasem z pełną premedytacją w wątrobę by broniąca ręka opadła i odsłoniła podbródek. Na ringu pięściarz jest reżyserem i aktorem w jednej osobie. Wspaniale, gdy potrafi skorzystać z pomocy suflera, czyli podpowiedzi sekundanta, trenera. Są to jednak tylko wskazówki. Wykonanie należy do boksera.

Mecz w Łodzi potwierdził jedno – dyrektorem tego „teatru” mógł być tylko Feliks Stamm. Bez pudła poobsadzał role. Bukareszteński przeciwnik Zbyszka Pietrzykowskiego, Ion Monea, z którym na wyjeździe nasz mistrz stoczył morderczą walkę, w Łodzi trafił na Tadka Walaska. Polak był srebrnym medalistą wagi średniej z Rzymu – Monea zdobył tam brązowy medal. Pojedynek był popisem kunsztu pięściarskiego Tadka. Zdeklasował Rumuna. Tupnął nogą – zwód – lewa ręka – cios – dystans. Markowany atak i precyzyjny cios. Rumun próbował wyprzedzać lecz nadziewał się na potężne kontry Walaska.

Wygraliśmy mecz do 4. Trener Stamm miał twarz spokojną. Jego koncepcja zwyciężyła. Na lata miał spokój ze znawcami boksu. Po meczu czekała nas finałowa rozgrywka z przeciwnikiem o wiele bardziej wymagającym – ekipą Związku Radzieckiego. Boksowali w niej wspaniali pięściarze: Stiepaszkin, Poźniak, Popieczenko, Poliakow.

Pierwszy mecz odbył się w Polsce. Ponownie Łódź i 10:10 remis po walkach, ktore pamięta się latami. Mordercza wymiana ciosów Pietrzykowskiego z Poźniakiem. Przez 9 minut obaj zadali tyle potężnych ciosów, że obdzielić nimi można było kilka meczów ligowych. Kanonadę lepiej wytrzymał Pietrzykowski. Wygrał, ale po walce mało nie zemdlał w ramionach żony, która dopingowała go w łódzkiej hali. Był bardzo zmęczony; tak bardzo, że nie pojechał na rewanż do Moskwy.

Ten drugi mecz, na Łużnikach wspominam z niemałym, dreszczykiem. Przegraliśmy do 4. Walczyłem tam po raz pierwszy z moim przyszłym przeciwnikiem olimpijskim w finale w Tokio Jewgienijem Frolowem. Sędziowie uznali, że zostałem pokonany. Obaj walczyliśmy źle, co wytknął mi trener Stamm lecz nie czułem sie pokonany. Na rewanż czekałem 10 miesięcy, do Igrzysk w Tokio. W Moskwie wygrali dwaj Polacy, Józef Grudzień i – co było największą niespodzianką tego meczu – Piotr Gutman. Jego przeciwnikiem był sam Stanisław Stiepaszkin, mistrz Europy. W Łodzi w pierwszym meczu Rosjanin rozprawił się bez problemów z Jurkiem adamskim. Przed własną publicznością zakosztować musiał goryczy porażki. Gutman był wspaniale dysponowany. Narzucił własny styl walki, błyskawicznie bił w półdystansie. Robił to tak dobrze, żę rzuciła Stiepaszkina na deski. Józef Grudzień zwyciężył natomiast W.Barannikowa. Podobnie jak ja, również i on za 10 miesięcy stanie na tokijskim, ringu, by walczyć z Rosjaninem o olimpijskie złoto.

11. Trzykrotnie w swojej karierze sportowej rywalizowałem o miejsce w ekipie olimpijskiej. Dwukrotnie wyjazd rozstrzygała się niemal w ostatniej chwili. Do Rzymu wogole nie pojechałem, zastąpił mnie Marian kasprzyk, zaś przed Meksykiem moja kandydatura wcale nie była taka pewna. Z jakich względów, o tym jeszcze powiem.

Tylko na Tokio , na start w Igrzyskach XVIII Olimpiady mogłem liczyć w stu procentach. Forma w meczach rekonesansowych, późniejsze starty i zwycięstwa, zapewniły mi na długo przed oficjalnym ogłoszeniem składu, miejsce w drużynie Feliksa Stamma. Cieszyłem się, że garnitur olimpijski i słomkowy kapelusz nr 55 w ostatniej chwili nie zmienią właściciela.

Spokojny o nominację pasjonowałem się rywalizacją kolegów. O paszporty do Tokio walczył nie byle kto: na plan pierwszy wysunął się pojedynek Mariana Kasprzyka (tego właśnie, który wyeliminował mnie z ekipy do Rzymu) z Leszkiem Drogoszem. Obaj świetni pięściarze, brązowi medaliści z Rzymu walczyli o jedno jedyne miejsce w wadze półśredniej. Do decydyjącego spotkania doszło na Spartakiadzie XX-lecia PRL w Bydgoszczy. Pamiętne dla mnie miejsce debiutu. I tym razem wygrywając z Rybskim, potwierdziłem swoją supremację w wadze lekkopółśredniej.

Najważniejsza była jednak walka Kasprzyka z Drogoszem. Trener Stamm zapowiedział, że ma to być ostateczna kwalifikacja olimpijska. W ringu Roman Lisowski, podobnie jak przed czterema laty, kiedy sam walczyłem z Kasprzykie. Teraz „na luzie” obserwowałem spotkanie. Może dlatego tak plastycznie pamiętam, te kilkadziesiąt sekund. Leszek, skoncentrowany, tańczy wokół swego rywala, próbuje go trafić lewym prostym. Kasprzyk, spokojny, schowany za rękawicami, sprężony, wyczekujący odpowiedniego momentu.

Zdarzenia potoczyły się błyskawicznie. Chwila nieuwagi Drogosza, doskok Kasprzyka i potężny sierpowy trafia „czarodzieja ringu” ponad rękawicami, wyrzucając go w górę. „Śniło mi się, że mnie trafi” krzyknął Drogosz. Wstał, przyjął znowu pozycję...Dla Papy Stamma było jednak jasne, że do Tokio pojedzie Kasprzyk.

Myślę, że jesto odpowiednie miejsce, by kilka słó poświęcić naszym kolegom sparringpartnerom. Byli to chłoppcy odporni na ciosy, przyjmujący całe serie uderzeń bez zmrużenia oka. A sami potrafili moocno trafić. Pamiętam Ciukę z Wrocławia trenującego ze mna i z Marianem Kasprzykiem. Świetny w tym fachu był także Lucek Słowakiewicz, znakomity sparringpartner w czterech najcięższych kategoriach. Pięściarze ci, mimo, że wiedzieli, iż nigdy nie osiągną wyżyn, bardzo solidnie przykładali się do swych obowiązków.Pamiętam trzytygodniowy cykl przygotowawczy gdy po tygodniu odjeżdżało 10 sparringpartnerów, a 10 następnych meldowało się już w recepcji ośrodka w Cetniewie. Władze Polskiego Związku Bokserskiego nie zapominały o nich. Gratyfikowano ich drobnymi kwotami pieniężnymi, a co ważniejsze walczyli na ringach europejskich w meczach o lżejszym ciężarze gatunkowym. Byli potrzebni i wiedzieli o tym.

Jadąc do Tokio wiedzieliśmy, że czeka nas twarda walka. A oto skład reprezentacji olimpijskiej. W wadze muszej reprezentował nas gwardzista z Wrocławia, Artur Olech. W koguciej wystąpił Brunon Bendig, brązowy medalista z Rzymu. Waga piórkowa Piotr Gutman z ŁTS Łabędy (błysnął talentem podczas pamiętnego turnieju lubelskiego). W wadze lekkiej, w której cztery lata wcześniej na Igrzyskach w Rzymie złoty medal dla Polski zdobył Kazimierz Paździor, z równie dobrym skutkiem wystąpił Józef Grudzień. Lekkopółśrednia należała do mnie. W półśredniej walczył Marian Kasprzyk. W wadze lekkośredniej zaskoczeniem dla wszystkich był Józef Grzesiak z wrocławskiej „Gwardii”. Zadawano sobie pytanie: gdzie Stamm wypatrzył tego Grzesiaka?. Papa Stamm wiedział jednak, co robi. Grzesiak przywiózł z Tokio brązowy medal. Przegrał co prawda walkę o finał z brązowym medalistą z Rzymu i późniejszym dwukrotnym mistrzem olimpijskim, bokserem radzieckim Borysem Łagutinem. Przegrał, ale po jakiej walce. Ludzie oglądali Grzesiaka jak jakąś osobowość, nie mogli wprost uwierzyć, że taka chudzina stoczyła wyrównany pojedynek.

W wadze średniej po raz trzeci nominację otrzymał wspaniały technik, srebrny medalista z Rzymu Tadeusz Walasek. Również Zbigniew Pietrzykowski pojechał na swoje trzecie Igrzyska. Po brązie w Melbourne i srebrze w Rzymie pragną złotego medalu. W wadze ciężkiej reprezentował Polskę mój stary przyjaciel z lat młodzieńczych – Waldek Jędrzejewski. Paradowaliśmy wszyscy w słomkowych kapeluszach i bordowych marynarkach. Ze strojami olimpijskimi wiąże się mnóstwo anegdot i dykteryjek. Owe wspaniałe marynarki były przecinek, niestety, farbowane tandetnymi barwnikami. Już pierwszy deszcz sprawił nam niespodziankę – farba przeszła na śnieżnobiałe koszule. W grupie przypominaliśmy stado „łaciatek”.

Pożegnaie ekipy olimpijskiej było bardzo serdeczne. Najbliżsi odprowadzili nas aż do stopni samolotu. I znowu w powietrzu kierunek Alaska. Lądowanie w Anchorage i krótki postój. Korzystając z tego, że oblodzone pasy startowe wymagały nieco czasu na doprowadzenie do porządku, zaproponowano nam wycieczkę po najbliższej okolicy. Surowe piękno krajobrazu Alaski, krystalicznie czyste powietrze wpływały na nas kojąco. Chwila odpoczynku i druga częśc podróży. Z rozbawieniem obserwowałem zaniepokojonych kolegów, gdy tuż przed lądowaniem nie mogli dostrzec lotniska. Nieufnie przyjmowali zapewnienia, że za chwilę samolot bezpiecznie wyląduje.na japońskiej ziemi.

Oklaski, aplauz uśmiechnięte twarze: Tokio – miasto Igrzysk XVIII. Gospodarze powitali nas z wrodzoną, wschodnią gościnnością. Wioska olimpijska, w której mieliśmy spędzić najbliższe tygodnie była miejscem pobytu oficerów armii amerykańskiej. Stacjonujących w japonii. Pięściarzom przydzielono jeden z wielu domków, rozsianych na ogromnym terenie. Na dole, w dużym pokoju, zamieszkali pięściarze; na pięterku, w trzech dwuosobowych pokojach, rozgościł się Paweł Szydło z Feliksem Stammem, dr Moskwa i nasz masażysta Stasiu Zalewski oraz Zbyszek Pietrzykowski i Tadek Walasek.

Rospakowaliśmy się błyskawicznie, przebraliśmy się w lekkie koszulki – pogoda była znakomita. Pierwszy spacer alejkami wioski olimpijskiej i pierwsze niespodzianki. Wokół setki rowerów. Gospodarze w ten sposób postanowili rozwiązać problem komunikacyjny. Była to dla nas duża frajda, okazja do rozmaitych wariackich wyścigów, „cyklożużla” itp. Na szczęście zabawy obyły sie bez kontuzji. Przez te pierwsze dni wioska olimpijska jawiła się nam jako ogromny sklep samoobsługowy. Na każdym kroku owoce południowe, lody, czekolady i inne smakołyki. Trochę bez sensu gromadziłem zapasy, nie zdając sobie sprawy, że ta sama obfitość i jadła i wszelkich delikatesów spłynie na nas jutro, pojutze – i tak aż do końca Igrzysk. Dla człowieka, który od najmłodszych lat obcował z biedą to sie poprostu nie mieściło w głowie. W wilgotnym kllimacie japońskim zapasu psuły się błyskawicznie. Z żalem wyrzucałem je do kosza i biegłem do Klubu Olimpijczyka sprawdzić czy wszystko jest po staremu.

Gościnność Japończyków budziła podziw i uznanie wszystkich. Nawet po latach , weterani naszej ekipy twierdzili, że z równie wystawnym przyjęciem nie spotkali się nigdzie.

W wiosce było kilka kin i dwa teatry, z których jeden przezentował sztukę, w oryginalnym kształcie japońskim, drugi zaś bliższy był duchem scenie europejskiej. W zasięgu wzroku liczne kluby: chcesz zagrać na gitarze czy pianinie – proszę bardzo. A może jesteś nieodkrytą gwiazdą estrady? Włączasz wzmacniacz i bierzesz mikrofon do ręki – oto masz swój recital.

Gry i automaty – w kraju wtedy zupełnie nieznane – kusiły, nęciły, zapraszały. Do rozpoczęcia turnieju mieliśmy kilka dni, więc mogliśmy się z tymi wszystkimi cudeńkami wspaniałościami jakoś oswoić.

Najważniejsze były jednak treningi. O ściśle wyznaczonym czasie zjawialiśmy się w znakomicie wyposażonej sali treningowej. Feliks Stamm bez chwili wahania przydzielał robotę. Wiedział, czego jeszcze brakuje, by proces adaptacyjny toczył się prawidłowo, bez ubocznych skutków dla organizmu. Jestem pełen podziwu dla jego intuicji. Wspólnie z Pawłem Szydło tworzyli znakomicie rozumiejący się tandem. Do pomocy mieli takich fachowców jak dr Moskwa czy Stasio Zalewski. W tak specyficznych warunkach potrafili przygotować nasze organizmy nie na medal, ale na siedem medali!

Na wynik losowania czekaliśmy z ogromnym napięciem . Wiedziałem, że w mojej wadze walczy Frołow. Pytanie tylko, kiedy się z nim spotkam. Papa Stamm i Paweł Szydło tuż po zakończeniu losowania zjawili się w domku. Los był dla nas specjalnie łaskawy. Największego pecha miał Władek Jędrzejewski – już w pierwszej walce zmierzy się z faworytem wagi ciężkiej, Wadimem Jemielianowem ze Związku Radzieckiego.

Jak było do przewidzenia Władek odpadł z turnieju, ale – co było jedną z największych sensacji – Jemielianow również olimpijskiego złota nie zdobył. Na firmamencie sportu pięściarskiego zabłysła właśnie gwiazda przyszłego czampiona ringów zawodowych – Joe Fraziera. Czarnoskóry Amerykanin pokonał w półfinale Jemielianowa, sięgając po złoto. Rosjaninowi pozostała satysfakcja w postaci olimpijskiego brązu.

Mój pierwszy przeciwnik: Roberto Oskar Amaye, 20-letni żołnierz z Argentyny. Wiedziałem, że bokserzy południowoamerykanscy traktują pięściarstwo amatorskie jako poligon przed przejściem na zawodowstwo. Zależało im więc na jak najlepszym zaprezentowaniu się – szczytem marzeń było zakończenie walki nokautującym ciosem. Ale w tej walce przypadkowy cios Argentyńczykowi nie mógł się udać, choć samo spotkanie kosztowało mnie sporo sił.

W następnym pojedynku trafiłem na mistrza olimpijskiego z Melbourne, brązowego medalistę z Rzymu, Szkota Dicka McTaggarta. Cztery lata temu, w półfinale turnieju rzymskiego, McTagart przegrał z Kazimierzem Paździorem. Wszystko wskazywało na to, że w tej walce szukać będzie rewanżu. Co tu ukrywać, czułem respekt przed doświadczonym, utytułowanym przedstawicielem słynnej brytyjskiej szkoły boksu. Przez dwie rundy to właśnie on wykazywał inicjatywę. Pragnął rozstrzygnąć pojedynek, prowadząc go na dystans. Był w tym konsekwentny, parę razy mocno poczułem jego prawe proste. Ja także byłem konsekwentny, gdy tylko nadarzyła się okazja skracałem dystans i sierpami trafiałem Szkota w szczękę. Te udane akcje przeprowadzałem pod koniec każdej z rund. Przed trzecią – stan meczu był wyrównany.

W przerwie przed ostatnią rundą obserwowałem zachowanie Szkota w narożniku. Liczyłem na to, że nie wytrzyma kondycyjnie. Był ode mnie starszy, a ja nie odczuwałem zmęczenia. Czułem, że powoli się rozkręcam. W trzecim starciu dominowałem w ringu. McTagartowi brakowało sił, by utrzymać dystans. Coraz częściej przechodziłem do walki w półdystansie. Serie ciosów trafiały przeciwnika. Wiedziałem, że w oczach sędziów marka Szkota była wysoka, aby wygrać – do końca walczyłem „na całego”. Opłaciło się: zwyciężyłem 4:1.

W tej fazie turnieju straciliśmy drugiego pięściarza. Los Jędrzejewskiego podzielił Brunon Bendig, ktory niespodziewanie przegrał z Nigeryjczykiem Youngiem. Za to rewanż za porażkę Bendiga wziął na innym Nigeryjczyku Alimim – Marian Kasprzyk. Byłem wówczas w hali Korakuen. Nigeryjczyk o fantazyjnie nastroszonych włosach, buńczucznie, z nisko opuszczonymi rękawicami rozpoczął walkę z Marianem> Trwało to kilkadziesiąt sekund. Nagły doskok Kasprzyka, trzy, cztery mocne ciosy i Murzyn CZARNOSKÓRY trzymał już ręce odrobinę wyżej. W drugiej rundzie po silnych uderzeniach Polaka, asekuracja Alimiego była już bardzo widoczna. W trzeciej – zza wysoko uniesionych rękawic nie widać było nawet głowy Nigeryjczyka. Kasprzyk był wyrozumiały – wygrał jednogłośnie na punkty, nie robiąc krzywdy przeciwnikowi.

Mimo dwóch niepowodzeń, nastroje w ekipie były bojowe. Uważnie studiowaliśmy drabinki eliminacyjne i przygotowywaliśmy się do następnych walk. Za kilka dni miałem walczyć z Rumunem Mihalicem. Przed Igrzyskami, podcas Spartakiady „Gwardii” spotkałem się z nim na ringu w Łodzi. Wygrałem wtedy wysoko, posyłając Rumuna na deski. Papa Stamm nie lekceważył jednak przeciwnika. Przypominał, że w ŁodziRumun nie był w formie, walczył po długiej przerwie spowodowanej chorobą.

Coraz bardziej swojsko czułem się w wiosce olimpijskiej. Pasjami lubiłem podróżować specjalnym autobusem olimpijskim. Punktualnie o 11:30 autobus w asyście dwóch policjantów na potężnych hondach” ruszał z przystanku i przy wtórze syren i blasku migających świateł mknął przez zatłoczone ulice Tokio. Były to iście wariackie jazdy. Pojazdy oznaczone emblematami olimpijskimi miały absolutne pierwszeństwo. Ze zgrozą obserwowałem wskazania szybkościomierza: 120 km/godz. Korki kolumna olimpijska omijała w sposób niekonwencjonalny: po trawnikachh, alejkami itp. Zniszczenia powstające podczas tych brawurowych przejazdów były błyskawicznie naprawiane.

Miałem w stołówce drobną scysję z organizatorami. Każdy z olimpijczyków miał prawo do jednego wejścia na śniadanie, obiad lub kolację. Powrót do stołówki był niemożliwy. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Pewnego dnia zapakowałem do foliowej torby kilka owoców cytrusowych, buteleczkę soku i kiść winogron. Zabrałem się do skromnego, dietetycznego śniadanka – trzeba uważać na wagę. Po chwili wstałem i ruszyłem do jednego z dziesięciu wyjść. Sekundę po przekroczeniu drzwi zorientowałem się, że zapomniałem torby. Cofnąłem się, ale zaraz natknąłem się na uprzejmego, acz stanowczego Japończyka. Uniżenie mi się kłaniał, lecz do stołówki nie wpuszczał. Gestykulując, zasypując go lawiną znanych mi słów w rozmaitych językach, starałem się wytłumaczyć, że tu za Japończykiem stoi torba z moimi owocami. Nic nie pomagało!. Za nic nie chciałem zrezygnować z drugiego śniadania, zaś Japończyk ani drgnął zagradzając przejście. Dopiero jakaś dobra dusza podała mi nieszczęsną torbę ponad głową Japończyka.

Niemiły incydent szybko poszedł w niepamięć. Przed walką z Mihalicem obchodziłem 24 urodziny. Wczesnym rankiem zapukał do naszej kwatery odświętnie ubrany Japończyk, pytając o mnie. Pamiętali o dacie moich urodzin! Otrzymałem wspaniały tort z 24 świeczkami, ale że każdy musiał pilnować swojej wagi, tort nie został niestety nawet napoczęty.

Trzecia walka: na ringu wysoki, śniady Rumun Mihalic. Jego najgroźniejszą bronią była kontra prawym prostym. Od początku walki byłem bardzo skoncentrowany. Przewaga psychologiczna po wygranej w Łodzi była jednak niewielka. Po kilku skrzyżowaniach rękawic, błyskawiczny prawy prosty Mihalica trafił bezbłędnie. Do dziś nie wiem jakim cudem dosięgnął mnie tym ciosem. Nigdy nie krwawiłem – tym razem krew chlusnęła jak z kranu. Koszulka zrobiła się czerwieńsza od spodenek Sędzia zagląda mi w oczy, wyciera. Kicham. Staram się jakoś opanować krwawienie. W czasie przerwy Papa aplikuje mi tampony. Widzi, że choć walczę dobrze, zwycięstwo wymyka mi sie z rąk.

Druga runda. Ring we krwi, sędzia pochlapany, Rumun brudny. Nadal biłem się z determinacją. Byłem stroną atakującą. Wiedziałem, że jedynym ratunkiem jest zakończenie walki przed czasem. Rumun również zdawał sobie z tego sprawę, sprytnie unikał ciosów. Sędzia zachował się fair: mógł przecież przerwać walkę. Byłem jednak na ringu siłą dominującą, do mnie należała inicjatywa, zadawałem więcej ciosów. Sędzia ocierał mi zakrwawioną twarz, ale pozwalał walczyć dalej. Trzy pełne rundy! Nie udało mi się znokautować Rumuna.

Po walce, w szatni wykręcałem koszulkę. Sędzia podniósł moją rękę do góry. Wygrałem stosunkiem głosów 4:1. Sędziowie punktowali: 60:58, 58:59, 60:58, 59:58, 60:58.

Dwa dni przerwy. Powoli dochodziłem do siebie. Nos przestał krwawić. Do walki o finał olimpijski przystąpić musiałem w pełni sił, bowiem przeciwnikiem miał być krół nokautu reprezentant Ghany – Blay. Oglądałem wszystkie, poprzedzające nasze spotkania, krotkie pojedynki Blaya. Te trzy były deprymujące. W pierwszej walce skosił reprezentanta wspólnej ekipy NRF-NRD; potem przyszła kolej na przedstawiciela Kambodży, którego powalił w II rundzie. Jego trzecim przeciwnikiem był mój dobry znajomy z ringu, Duńczyk Rasmusen. On również padł po ciosie Blaya.

Wyszedłem na ring skoncentrowany: ręce uniesione wysoko. Papa tuż przed walką przypomniał mi o pikielnie silnym ciosie z prawej ręki. Preferowany miał być lewy sierp, krótkie wymiany ciosów w półdystansie. W pierwszej rundzie walczyłem uważnie i szybko. Nie zostawiłem przeciwnikowi ani sekundy czasu do namysłu. W drugiej rundzie byłem juz odważniejszy. Jedna krótka, mocna seria, odskok. Poprawiłem raz jeszcze, a na zakończenie – lewy sierpowy. Trafiłem przeciwnika w szczękę i ... liczenie. Potem był to już mecz do jednej bramki. Blay zapomniał, że ma cios. Klinczował, przytrzymywał, chciał jedynie przetrwać do końca. Wygrałem jednogłośnie! Pierwszy z naszej ekipy awansowałem do finału.

W ćwierćfinałach odpadł tylko Piotruś Gutman, który przegrał z Filipińczykiem Villanueva. Trzej z brązowymi medalami, to Józef Grzesiak, Tadek Walasek i Zbyszek Pietrzykowski. Wszyscy przegrali walki o finał z bokserami radzieckimi, którzy szli jak burza – w finałam obsadzili siedem kategorii. Była to historia bez precedensu w powojennych Igrzyskach Olimpijskich. Najlepsze wrażenie z polskiej trójki zrobił Grzesiak, którego kandydatura do ekipy olimpijskiej prawie do końca stała pod znakiem zapytania. Wygrał w dobrym stylu z Włochem Brussellinim, Finem Mattsonem i doskonale znanym z polskich ringów Rumunem Mirzą. W półfinale trafił na dwukrotnego mistrza Europy, Borysa Łagutina. Polak przegrał, ale porażka nie przyniosła mu ujmy. Stoczył wyrównany pojedynek ani na krok nie ustępując uznanemu mistrzowi.

Zbyszek Pietrzykowski miał ostatnią szansę, by po długiek karierze pięściarskiej stanąć wreszcie do walki o złoto. Był jednym z faworytów wagi półciężkiej. Przemawiały za tym: rutyna, ogromne doświadczenie, wspaniała technika. Zabrakło niestety szybkości i konsekwencji. O to miał pretensje do Zbyszka Feliks Stamm, chyba najbardziej życzący mu olimpijskiego wawrzynu; w pierwszej rundzie Pietrzykowski boksował z Aleksiejem Kisielewem, zgodnie z oczekiwaniami papy. W następnych rundach pięsciarz radziecki, o wiele młodszy od Pietrzykowskiego narzucił własny styl walki i wypunktował naszego asa. Kisielew zdobył awan s olimpijski, wygrywając rywalizację z niebyle kim, bo z samym Danem Poźniakiem. Nie on jednak został złotym medalistą wagi półcięzkiej. Przegrał w finale ze znakomitym Włochem, Cosino Pinto.

Znacznie mniejsze na awans do finału miał nasz drugi weteran, Tadek Walasek. Była to, podobnie jak w przypadku Pietrzykowskiego, trzecia próba olimpijska. Po nieudanym starcie Walaska w Melbourne i srebrze w Rzymie – w Tokio jako przeszkoda na drodze do finału stanął przed nim trzeci z rzędu pięściarz radziecki, Walery Popienczenko. Do historii przeszły potężne ciosy, ktorymi Rosjanin nokautował przeciwników. Walasek nie przestraszył się reputacji rywala i odkryty ruszył do przodu. Przetrwał wymianę ciosów w pierwszej rundzie, niestety – w drugiej dwa potężne uderzenia zakończyły walkę. Po pierwszym Tadek przyjął postawę i chciał jeszcze walczyć. Tylko nieliczni zorientowali się z wyrazu twarzy Walaska, że jest zamroczony. Paweł Szydło, ktory był wówczas sekundantem w polskim narożniku, wspomniał, że nie zdążył poddać Tadka. Wtedy właśnie po raz drugi, poprzez blok, otrzymał bardzo silny cios. Sędzia odesłał Walaska do narożnika.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna