Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona3/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Nie miałem jednak monopolu w swojej wadze. Na krajowych ringach pojawił się Marian Kasprzyk, okrzyknięty „polskiego Papp’a”. Trener Stamm wytrawny łowca pięściarskich talentów, po imponującym zwycięstwie Kasprzyka nad brązowym medalistą z Melbourne, Henrykiem Niedźwieckim podczas meczu ligowego Legii z BBTS Bielsko, powołał bielszczanina na obóz kadry. Tam się spotkaliśmy po raz pierwszy. Uważnie go obserwowałem. Był moim najgroźniejszym konkurentem. Mojego wzrostu, silnie zbudowany, dysponujący potężnym uderzeniem. Nasze walki sparringowe były bardzo widowiskowe, musiałem uważać by jakiś cios Mariiana przypadkiem nie doszedł celu.

Walczyliśmy w ćwierćfinałam Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Daliśmy kibicom pokaz pięściarstwa szybkiego, obfitującego w błyskawiczne wymiany ciosów w półdystansie. Marian chciał koniecznie udowodnić, że jest lepszy ode mnie. Miałem go raz na deskach. Cóż z tego skoro tyle razy mnie trafił, że po walce nie miałem nawet siły wejść pod prysznic. Wygrałem co prawda ten pojedynek, ale w rezultacie tych piekielnych ciosów Kasprzyka byłem dokładnie porozbijany. Nie mogłem wykonać najmniejszego podskoku, czaszkę miałem obolałą, guz przy guzie. Mój przeciwnik w półfinale Józef Piński nie miał najmniejszego kłopotu z wygraną, ale tak naprawdę walczył jedynie z cieniem pięściarza. Papa Stamm po tym pojedynku bez wahania postawił na Mariana, dostrzegł w nim przyszłego wielkiego mistrza. Powołał go na zgrupowanie i poświęcił mu wiele uwagi. Pojawił się nie byle jaki konkurent, zaś Papa miał twarz nieprzeniknioną. O tym kto pojedzie do Rzymu, zadecydować miała ostatnia walka kontrolna. Sędziował Owczesny przezes PZB Roman Lisowski. Kaski, duże dziesięciouncjowe rękawice – i rozpoczyna się jeden z niezapomnianych sparringów. Wszystko szło po mojej myśli w tej walce, (zupełnie obiektywnie) ja byłem górą. Miałem go nawet na deskach.

Spokojnie czekałem na ogłoszenie składu. I tu szok! Na reprezentanta w walce lekkopółśrednie na Igrzyska Olimpijskie w Rzymie jednogłośnie wybrano Mariana Kasprzyka. Nigdy nie przeżyłem takiego zawodu. Poczułem się skrzywdzony. Spakowałem się i obrażony na cały świat odjechałem w siną dal.

Na przełomie sierpnia i września 1960 r. Ślęczałem przy radio odbiorniku z zapartym tchem wsłuchując się w sprawozdania z Rzymu. Serce się ściskało, miałem tam przecieś być –

Ale z całego serca życzyłem naszym pięśćiarzom zwycięstwa. Marian miał w ćwierćfinale bardzo groźnego przeciwnika, złotego medalistę z Melbourne, radzieckiego pięściarza Władimira Jengibariana ORMIANINA?. Podczas festiwalu młodzieży w Wiedniu boksowałem z Wołodią. Był to naprawdę świetny pięściarz. Pokonał mnie wówczas, przezentując maestrię czempiona. Uniki, dzięki którym skracał dystans, celne ciosy, przed którymi trudno było się obronić sprawiały, że był faworytem numer 1 w kategorii lekkopółśredniej.

W Marianie znalazł jednak rywala godnego siebie. Kasprzyk był szybszy. Wyprzedzał akcje Rosjanina ORMINAINA. Jego ciosy były bardziej precyzyjne. Po jednym z nich Jengibarian był liczony. Z rundy na rundę rosła przewaga Mariana. Pod koniec walki zdając sobie sprawę, że przegrywa Jengibarian zachował się niesportow. Zaatakował Kasprzyka głową, trafił w łuk brwiowy. Było to tak silne uderzenie, że w kilkanaście minut później Marian spuchł i przestał widzieć na jedno oko. Wygrał na punkty, ale kontuzja pozbawiła możliwości walki o olimpijskie złoto. W półfinale jego przeciwnikiem miał być reprezentant Ghany William Quartey. Sędzia jednak nie dopuścił Mariana do pojedynku i w naszej wadze tytuł mistrzowski zdobył Czechosłowak Bohumił Nemecek.

Kto wie, jak potoczyłaby się walka finałowa z udziałem Kasprzyka?. Był we wspaniałem dyspozycji, miał ogromne szanse na złoto. Nie należało jednak lekceważyć Nemecka. Po Igrzyskach, w międzypaństwowym meczu Polska-Czechosłowacja Kasprzyk przegrał z mistrzem olimpijskim. Tak więc brąz dla Kasprzyka. Dodać jednak należy, że do Kraju wrócił niepokonany.

Finały rzymskich Igrzysk potwierdziły siłę polskiego boksu. Złoto w wadze lekkiej zdobył Kazimierz Paździor, wygrywając ku ogromnemu zaskoczeniu widowni z reprezentantem gospodarzy – Sandro Lopopolo. Kazik wspaniale wspaniale poprowadził tę walkę, tak elegancko, że na zawsze przylgnęło do niego określenie: „filozof ringu”. Wcześniej mielismy już srebrny medal. Zdobył go Jurek Adamski w wadze piórkowej, przegrywając w finale z Włochem Francesco Musso. Liczyliśmy na dwóch naszych asów: Tadeusza Walaska i Zbigniewa Pietrzykowskiego. Obaj w finale mieli za przeciwników Murzynów CZARNOSKÓRYCH amerykańskich: Walasek – Crooke’a a Pietrzykowski – Cassiusa Clay’a.

Gospodarze pragnęli za wszelką cenę, by Amerykanin staną na najwyższym stopniu podium. Poszukali tego złota w pojedynku Walaska z Crookiem. Chociaż Polak wygrał tę walkę bezapelacyjnie, sędziowie stosunkiem głosów 3:2 mistrzem olimpijskim okrzyknęli Amerykanina. Wywołało to ogromne wzburzenie na trybunach. Przez wiele minut Włosi wygwizdywali sędziów. ( - ta porażka Tadka Walaska, zdecydowana przy zielonym stoliku została mu wspaniale zrekompensowana przez kibiców w kraju). Sympatycy boksu zebrali ćwierć kilograma złota, zaś warszawscy rzemieślnicy odlali z tego kruszcu replikę medalu olimpijskiego. Jest to chyba najcenniejszy medal w kolekcji Tadka Walaska i to zarówno z powodu wartości bezwzględnej (0,25kg czystego złota), jak i wydźwięku moralnego.

Przegrana była również walka Pietrzykowskiego z Clayem. Wspaniała elastyczność, balans ciałem i niesamowita kondycja przyszłego zawodowego mistrza świata dawała mu przewagę nad naszym asem. Zbyszek był wówczas w znakomitej formie. Do finałów wszedł jak burza nokautują w półfinale swego przeciwnika. W pojedynku o złoto musiał jednak uznać wyższość Claya.

Była to dla nas bardzo udana olimpiada. Bokserzy zdobyli siedem medali: jeden złoty, trzy srebrne i trzy brązowe. Obok Kasprzyka brąz przywieźli także Brunon Bendig i Leszek Drogosz. Polska reprezentacja zdobyla w Rzymie łącznie 21 medali.

Upłynęło zaledwie 15 lat od zakończenia drugiej wojny światowej, a my weszliśmy do ścisłej czołówki światowego sportu. Wspaniali lekkoatleci, potęga światowa w boksie, ciężarowcy, szermierze – ich wyniki stawiały nas w nieoficjalnej klasyfikacji Igrzysk na szóstym miejscu.

Po nieszczęsnym zgrupowaniu przedolimpijskim wziąłem na jakiś czas rozbrat z kadrą narodową. Papa Stamm dał mi do zrozumienia, że porażki trzeba znosić z godnością. Czas spędzony z kadrą procentował znakomicie w występach w barwach warszawskiej Gwardii. W tym czasie ruch na międzynarodowych ringach był ogromny. Co jakiś czas odbywały sie mecze Warszawy z Belgradem, Budapesztem, Westfalią czy Hamburgiem. Walczyłem w tych spotkaniach i wygrywałem. Były to efektowne zwycięstwa. Traktowałem je jako rewanż za diznane niepowodzenia.

Mój największy rywal – brązowy olimpijski medalista Marian Kasprzyk zają moje miejsce w kadrze. Postawił na niego Papa Stamm. Marian pojechał na mistrzostwa Europy do Belgradu. Zdobył tam brązowy medal. Byl to znakomity bokser.

Podczas przygotowań do belgradzkich mistrzostw powróciłem do drużyny narodowej, ale numerem jeden u Papy Stamma wciąż był Kasprzyk. Trener trzymał nas od siebie z daleka. Obserwując nas uważnie pozwalała jedynie na jednorundowe pojedynki, ltóre były wydarzeniem zgrupowania. Obaj byliśmy fighterami – 180 sekund trwała nieustanna wymiana ciosów we wszystkich ich odmianach i kombinacjach.

Wciąż czekałem na swoje wielkie dni. Byłem najlepszy w swojej wadze w kraju. Zdobywałem bez trudu tytuły mistrzów Polski, ale w kadrze Papy Stamma byłem zawsze drugi. Postawił na Kasprzyka i był w tym konsekwentny. Nie wiem jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie dyscyplinarna wpadka Mariana. Otóż podczas zabawy sylwestrowej zbyt serio zareagował na zaczepki podchmielonego kibica –robiąc instynktowny unik przed ciosem natręta, wyprowadził klasyczną kontrę. Przeciwnik runął między stoliki, bez czucia, a Marian spokojnie udał się do domu. Pech chciał, że znokautował krewkiego oficera. Gdy wróciła mu świadomość, wezwał patrol WSW, który zneutralizował zaskoczonego Kasprzyka. Sprawa i wyrok – rok pozbawienia wolności. Po siedmiu miesiącach wyszedł za dobre zachowanie i wrócił do kadry. Jego kuratorem, by formalnościom stało się zadość, został Zbyszek Pietrzykowski.

Po tym incydencie mogłem jako nr.1 dyskontować również mistrzowskie tytuły w reprezentacji narodowej. Wspomniałem już, że niewielu miałem godnych siebie przeciwników. Był jednak pięściarz, który poprostu mi nie leżał. Był nim Józef Piński, mój pogromca z mistrzostw Polski, z którym zmierzyłem się po morderczej walce z Kasprzykiem. Wielokrotnie spotykałem się ze szczecinianinem i najczęściej przegrywałem. Był wyższy ode mnie i preferował styl boksowania, którego ani w ząb nie mogłem rozgryść. Wielka była moja radość gdy po ostatniej finałowej walce mistrzostw Polski w 1962 roku w Mielcu, w której pokonałem Pińskiego przez techniczny knockout, dowiedziałem się, że zamierza zakończyć karierę i najprawdopodobnie już się z nim nie spotkam. Ta pewność jednak była złudna.

Po Mistrzostwach Europy w Moskwie pojechaliśmy na towarzyskie spotkanie do jednego ze szczecińskich klubów. W tamtych latach takie kontakty były popularne, cieszyły się ogromnym zainteresowanie publicznośći. Przed wejściem do hali spotkałem Pińskiego. Był w długiej jesionce w jodełkę, siegającej kostek, skórzanej pilotce i spodniach o spiętych klamrami nogawkach, by nie wkręcały się w Lańcuch. Przyjechał na mecz na rowerze jako widz. Przywitaliśmy się serdecznie. Dowiedziałem się, że Józek już od dwóch miesięcy nie boksuje. Wszyscy czekali na mój występ, jednak przeciwnik w tej wadze – Karczewski, wycofał się w ostatniej chwili. Szczecińscy działacze namawiali Józka, by włożył strój sportowy i stanął w ringu w zastępstwie Karczewskiego. Wzbraniał się, zasłaniając się nieprzygotowaniem i zakończoną karierą. Kiedy jednak usłyszał z kim ma walczyć zgodził się bez wahania. I jak było do przewidzenia; wygrał ku ogromnemu aplauzowi widowni. Mój serdeczny przyjaciel, satyryk i znawca boksu Józef Prutkowski przy każdej okazji „mordował” mnie wcale nie o wspomnienie z Igrzysk Olimpijskich, lecz o moich walkach z Józefem Pińskim. W całej karierze był to jedyny przeciwnik, który bez oporów krzyżował ze mną bokserskie rękawice i to najczęściej z sukcesem.

9.

W 1963 roku pojechałem do Moskwy, by wziąć udział w rywalizacji o tytuły najlepszych w Europie. Mistrzostwa zaczęły się dla nas fatalnie. Polacy przegrywali jeden po drugim. Papa Stamm był skonsternowany: „Chłopcy, opanujcie się, pokażcie co umiecie”. Mój przeciwnik, Niemiec z NRD, wspaniale zbudowany mańkut, ponura twarz z wydatnym podbródkiem, już od pierwszych minut zaprezentował się jako twardy bokser. Wiedziałem, żę będzie ciężko. W przerwie trener udzielił mi, jak się później okazało, zbawczej wskazówki, bym zastosował wariant prawego krzyżowego, z tym, że w jego lustrzanym odbiciu. Miałem zaatakować lewym sierpem, gdy Niemiec tylko da po temu okazję.



Uważnie obserwowałem rywala i gdy znalazłem tę lukę – potężny, lewy sierp wylądował na szczęce Niemca. Był to jeden z bardziej prezcyzyjnych ciosó, jakie zadałem na ringach Europy, Ameryki i Azji. Sędzia doliczył tylko do dwóch – i „out”.

W następnie rundzie czekał na mnie Czechosłowak Heczej. On również awansował do ćwierćfinału, po walce, którą zakończył przed czasem. Zanosiło się na trudny pojedynek, bogatszy o doświadczenie z Lucerny, kiedy to zbyt szybko uwierzyłem w swoje mistrzostwo; chłodno rozważałem swoje szanse. Wykorzystałem je w pełni.

Obaj wybraliśmy walkę w półdystansie. Przez trzy ryndy trwała istan kanonada. Czechosłowak zginał się jak scyzoryk, otrzymał ogromną ilość ciosów, lecz nie zmogłem go. Z ulgą przyjąłem ostatni gong i werdykt sędziów – wygrałem. Heczej wyglądał po walce, jakby przejechał go pociąg, zdrowo oberwał. Należało mu się wielkie słowo uznania za ambicję. Awansowałem i zostałem zauważony przez dziennikarzy obsługujących Mistrzostwa.

Oczywiście, największe zainteresowanie wzbudzał zbliżający się pojedynek Zbyszka Pietrzykowskiego z Danem Poźniakiem, ale o mnie też zaczynało się mówić. Zbyszek miał stare porachunki z bokserem radzieckim. W Łodzi podczas Pucharu Europy wygrał Polak, ale do Moskwy na rewanż nie pojechał. Jego dublera, Laska – Poźniak znokautował, czekał na Pietrzykowskiego. Poźniak już wówczas świetny bokser, lata świetności miał jeszcze przed sobą. Za lat 5 zdobędzie w Meksyku złoty medal olimpijski. Znawcy obiecywali sobie po walce Poźniak-Pietrzykowski nie byle jakich wrażeń. Ostrzyli sobie również zęby na spotkanie ze mną swego asa Alojzego Tuminsza. Papa Stamm obserwując z boku grupę fotoreporterów, którzy z zapałem uwiecznili Pietrzykowskiego i Poźniaka, zwrócił im z głupia frant uwagę, by sfotografowali także Kuleja. „On będzie Mistrzem Europy” – powiedział z niezachwianą pewnością. Uznano to za doby żart. Dopiero później okazało się, że mieli za co dziękować Papie Stammowi. W półfinale rozprawiłem się z reprezentantem Włoch i stanąłem przed wielką szansą walki o tytuł najlepszego pięściarza w Europie.

Do finału awansowało 10 pięściarzy radzieckich i zapowiadał się prawdziwy mecz. Związek Radziecki kontra reszta Europy. Zaczęło sie od mocnego uderzenia gospodarzy. Trzykrotnie grano hymn radziecki po zwycięstwach Bystrowa, Grigoriewa i Stiepaszkina. Passę przerwał dopiero Janos Kajdi. Zepsuło to nieco humor publiczności, ale pocieszano się, że następna walka zrekompensuje zawód. Miał tego dokonać Tuminsz. Przed spotkaniem mój przeciwnik był pewny siebie. Pokonał przecież Kasprzyka a tuż przed finałami żona urodziła mu córeczkę Ilonkę, którą dziennikarze od razu ochrzcili „Ilonką-czempionką”. Tuminsz nie krył, że chciałby Ilonce sprawić złoty urodzinowy prezent. Te zapowiedzi, rozpowszechnianie przez prasę, radio i tv zmobilizowały mnie. Nie chciałem oddawać tytułu za darmo. Po raz pierwszy miałem walczyć, podglądany przez kamery telewizyjne. Zdawałem sobie sprawę, Ze pojedynek oglądać będą najbliżsi – krewni w Częstochowie, koledzy w internacie. Zobowiązywało to do największego wysiłku. Tuminsz idąc w stronę ringu w dekoracyjnym, czerwonym szlafroku promieniował pewnością. Gestami, które kierował do publiczności dawał do zrozumienia, że do załatwienia pozostała tylko formalność. Skoncentrowany czekałem w narożniku na sygnał rozpoczęcia walki. Trener Stamm wielokrotnie oglądał Tumisza w akcji. Wiedział, że wykorzystując przewagę wzrostu będzie starał się utrzymać mnie na dystans. Wysoko uniesione ramiona, szeroko rozstawione, miały blokować moje akcje, rozpoczynane zazwyczaj ciosami sierpowymi. Stamm nakazał mi więc zupełną zmianę stylu walki. Rezygnacja z sierpów i ciosy proste. Zwłaszcza lewy prosty. Była to dla mego przeciwnika taktyka zaskakująca. Sądził, że znalazł receptę na moje sierpy. Nie spodziewał się, że w tym pojedynku decydującą rolę odegrają proste, bardzo ważne w pierwszej rundzie.

Wypełniałem plan trenera z żelazną konsekwencją. Unik – i lewy prosty. W pierwszej odsłonie trafiłem Tuminsza siedem czy osiem razy. Był to szok! Do tej pory Tuminsz dawał surowe lekcje przeciwnikom, nie pozwalając się trafić ani razu. A tu – czyste lewe proste lądują na szczęce faworyta. Wiedział już, że traci punkty. Stracił panowanie nad sobą. Zaczął atakować chaotycznie. Zapomniał nawet o przewadze wzrostu i przeszedł do walki w półdystansie. Tylko na to czekałem. W dwóch rundach uzyskałem taką przewagę, że trener pozwolił mi na małą improwizację. Tuminsz był kompletnie zdezorientowany i załamany. Po gongu, gdy spodziewał się, że nadal będę punktować lewym prostym – runęła na niego lawina ciosów sierpowych. Po pierwszej serii przyklęknął i tylko interwencja sędziego uratowała go od knockoutu. Atakowałem do końca tej walki. Wygrałem zdecydowanie.

Po wszystkich perypetiach, kłopotach i załamaniach, znalazłem się na najwyższym podium. Byłem Mistrzem Europy. Od tego czasu do końca kariery pozostałem w narodowej reprezentacji. Walczyłem w niej przez 13 lat.

Następnym startem miały być Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Najpierw wyselekcjonowaną grupę pięściarzy skierowano do Japonii na rekonesans przedolimpijski z reprezentacją kraju Kwitnącej Wiśni. Stamma najbardziej frapowała różnica czasu między Europą i Azją. Postanowił przeprowadzić nowatorski jak na owe czasy eksperyment. Podczas trzytygodniowego zgrupowania w Cetniewie trenowaliśmy w środku nocy, spaliśmy w dzień przy szczelnie zasłoniętych oknach – słowem zmieniliśmy dobowy rytm z europejskiego na azjatycki. Do Japonii lecieliśmy samolotem Air France. Przelatywaliśmy nad Biegunem – pogoda była wspaniała. Z wysokości 10 tys m. Rozpościerał się bezkresny widok na zaśnieżone połacie. Niezapomnianym wrażeniem było lądowanie w Tokio. Do ostatniej chwili lecieliśmy nad morzem. W momencie, gdy wydawało się, że już będziemy wodować samolot precyzyjnie dotknął betonowego pasa lotniska.

Gospodarze przyjęli nas serdecznie. Zaproponowali bogaty program pobytu, którego główną atrakcją była wycieczka na Fujiamę. Jako pierwszy z naszej grupy sforsowałem świętą górę Japończyków. Nie odmówiłem sobie przyjemności, by zajrzeć do krateru i wrzucić tam symboliczną monetę. Traktowałem to jako dobrą wróżbę, że jeszcze wrócę do Japonii.

Zakwaterowano nas w luksusowym Datchi Hotel. Największą frajdę sprawiały nam treningi, które odbywały się na dachu hotelu. Było to hotelowe solarium, o tej porze roku wiosną – jeszcze nieczynne. Skakanki, walka z cieniem, szkoleniowe sparringi przeprowadzaliśmy regularnie pod bacznym okiem trenera Stamma i kierownika naszej wyprawy mec.Jacka Wasilewskiego, ówczesnego przezesa Warszawskiego Okręgowego Związku Bokserskiego. A treningi były mordercze. Trener położył nacisk na szybkość. Skakanka – 10 sekund i 10 sekund – szybka seria ciosów. Te interwały, dochodzące do 30 sekund, powtarzaliśmy nieskończoną ilośc razy. Wysiłek byl ogromny, nikt jednak nie zwalniał tempa. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to obycie z japońskimi warunkami może w najbliższej przyszłości procentować olimpijskimi nominacjami.

Oba mecze wygraliśmy, trzeba zaznaczyć, że Japończycy przygotowali sie do spotkań bardzo dobrze. Była to dla nich próba przedolimpijska, a że Igrzyska miały odbyć sie na ich własnym terenie – liczyli na medale także w boksie. Z przeciwnikami nie miałem specjalnych kłopotów. Byłem szybki, choć rywale parli wściekle przez trzy rundy, jednak to ja dyktowałem warunki walki. Klękali, padali po moich ciosach. Tylko dzięki japońskim sędziom, ktorzy podnosili ich i zachęcali do boksu, obyło się bez ostatecznego liczenia. Na każdym meczu komplet widzów. (zarówno w Tokio jak i w Takaoce, mieście słynącym z zakładów włókienniczych). W Japonii spotkaliśmy się z zupełnie dla nas nową formą reklamy. Wsadzono nas na platformę samochodu ciężarowego, udekorowanego girlandami kwiatów, flagami polskimi i japońskimi i obwożono ulicami Takaoki. Spiker, ktory siedział w kabinie kierowcy, reklamował zbliżający się mecz. Przekomicznie przekręcając nasze nazwiska krzyczał o naszych zwycięstwach i przewagach, podnoszono rangę spotkania.

Był to ze wszech miar udany rekonesans. Trener Stamm kilkanaście brulionów zapisał uwagami i obserwacjami. My również. Co rano mierzyliśmy sobie tętno, każdą anomalię zapisując w specjalnym dzienniczku. Posłużyły one do ułożenia harmonogramu przygotowań olimpijskich.

Wizyta w Japonii przypadła na najpiękniejszą porę roku. Byliśmy tam wiosną. Wszędzie kwitły drzewa wiśni. W tej scenerii zabytkowe pałace i świątynie jawiły się nam niczym budowle z baśni. Japonia nie tylko na mnie wywarła ogromne wrażenie. Był przecież w ekipie Zbyszek Pietrzykowski, uczestnik Olimpiad w Melbourne i Rzymie. Dla niego dalekie podróże i egzotyka nie były nowością. Ale i on był oczarowany Japonią. Robiliśmy wspólne wypady do Tokio.

10

Byliśmy dumni, gdy na wielkim domu towarowym ujrzeliśmy kolosalną reklamę polskiego filmu. Japoński i angielski napis informował, że w Tokio można obejrzeć „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza. Na zdjęciu widniał Zbyszek Cybulski...Poczuliśmy się bardziej swojsko w wielomilionowej metropolii.



W Japonii po raz pierwszy zetknąłem się z blichtrem otaczającym sport zawodowy. W Daitechi hotel mieszkał również mistrz świata w wadze koguciej. Argentyńczyk miał ciężkie zadanie obrony tytułu w walce z Japończykiem. Pewnego razu schodząc na obiad, ujrzelismy w hotelowym holu przedstawienie jakby żywcem wyjęte z karnawałowej maskarady. Champion był odziany niczym król, otoczony rojem pięknych dziewcząt, menadżerami i obstawą – a wszystko to rozświetlone błyskami fotograficznych fleszów. Inny świat; coś co się nam po prostu w głowach nie mieściło. Stały za tym wielkie pieniądze, niewyobrażalne dla nas, amatoró. Dużo czasu miało upłynąć, by wśród pięściarzy amatorów bez żenady zaczęto mówić o pieniądzach.

W drodze powrotnej do kraju samolotem Air France ponownie otrzymaliśmy dyplomy upamiętniające przelot nad Biegunem Północnym. Pozostawało tylko pytanie: Czy dostanę podobny dyplom w najbliższej przyszłości? Czy jeszcze raz polecę do Japonii?

Po powrocie do kraju czekały nas ciężkie boje z reprezentacją Rumunii. Byłem w znakomitej formie. Doskonale zniosłem pobyt w Japonii, więc bez chwili przerwy kontynuowałem treningi. Doszło do tego, że trener Stamm wyganiał mnie z sali, nakazując odpoczynek. Papa nauczył mnie nowej kombinacji uderzeń. Zauważył mianowicie, że mam kłopoty w pojedynkach z mańkutami: pierwszym sygnałem była walka w Poznaniu z Sobolewskim, który bez litości punktował mnie lewą ręką.

Przeciwnicy doskonale znali siłę ciosu mojej prawej, ale była ona skuteczna tylko w półdystansie. W dystansie byłem bezradny. Tak powstała idea lewego sierpowego. Wiadomo, że główną bronią mańkuta są ciosy zadawane lewą. Mój sierpowy wyprowadzony z lewej ręki miał być dwuwariantowy: albo trafiam sierpem pod ręką wyprowadzającą cios, albo mijam przeciwnika i lewym sierpem atakuję korpus.

Postanowiłem uczynić z tej akcji coś instynktownego, jak mrugnięcie powieki. I tak sie stało. W niejednej walce, z nie bylejakimi przeciwnikami, trzykrotnie w czasie jednej rundy trafiałem rywala takim właśnie ciosem. Ćwiczyłem ten wariant zapamiętale. W casie jednego treningu wykonywałem przed lustrem ponad 300 ruchów. Papa Stamm rzucał krótkie uwagi: łokieć niżej, jeszcze bez zamachu, wcześniej skręc nadgarstek, dłoń do wewnątrz. Ruchy powinny być wyszlifowane z dokładnością do milimetre. Wyszedł z tego cios-marzenie sierpowy przeprowadzony po najkrótszej drodze, kumulujący siłę uderzenia na końcu brody przeciwnika. Efekt był zawsze ten sam – dechy.

Bez chwili wytchnienia po 300, 400 razy wykonywałem to ćwiczenie. W nocy budzilem sie z bólu, ilekroć niebawem ruszyłem lewą ręką. Zbierałem potem na ringu owoce swego trudu. Wystarczy ułamek sekundy, by nastąpiła reakcja wyzwalająca całą siłę mechanizmu lewego sierpowego. Wtedy bezbłędnie trafiałem w punkt.

Pierwszy mecz z Rumunami mielismy w Bukareszcie. Działaczom związkowym tak zależało na zwycięstwie, że zaczęli nawet ingerować w kompetencje trenera Stamma. Poddali w wątpliwość skład naszej reprezentacji. Stamm ustąpił nie wdając się w karczemne awantury. „Znawcy” zaproponowali „rewolucyjne” zmiany. Postanowili, że Pietrzykowski musi zrzucić kilogramy do wagi średnie. Zrezygnowali z Walaska, ktory nie był wtedy w najlepszej formie, zaś na jego miejsce wyznaczyli srebrnego medalistę z Rzymu. W wadze półciężkiej zaufaniem obdarzono Józefowicza z Łodzi, w ciężkiej – łagodnie obeszli się z Jędrzejewskim, za to na mnie postanowiono przeprowadzić eksperyment, przesuwając do wagi półśredniej. Ponoć w swojej kategorii za dużo już wygrałem. Do lekko półśredniej „szamani” boksu wytypowali mańkuta z Łodzi, Józefiaka, w lekkiej bić się miał kielich, bokser , który był w drużynie trenera Stamma na rekonesansie w Tokio. Cały ten eksperyment zakończył sie fiaskiem. Przegraliśmy mecz do 6. Po tym co zaprezentowali na ringu bokserzy Rumunii tylko najwięksi optymiści mogli wierzyć w udany rewanż w Łodzi. Aby awansować do finału potrzeba było aż ośmiu zwycięstw. Trzy wygrane w Bukareszcie walki, to czyste przypadki. W nieczystoprowadzonym meczu więcej było bijatyki i chaosu niż prawdziwego boksu. Punkty zdobywaliśmy dzięki dyskwallifikacjom lub kosztem ogromnego wysiłku.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna