Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona2/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Teraz po latach patrzę już na ten mój debiut chłodniej, z dystansem. Wciąż byłem juniorem, wagę lekką miałem mocno naciąganą. Przeciwnikiem zaś był nie byle kto, bo zdobywca „złotych rękawic Jugosławii”, starszy ode mnie o kilka lat Vitić. Czy się go bałem? Nie!


Chciałem walczyć, ani przez chwilę nie myślałem o porażce. Jak mogło być inaczej, skoro podczas prezentacji stali obok mnie w ringu: Kukier, Zawadzki, Brychlik, Drogosz, Guzielski, Dampc II, Walasek, Pietrzykowski i Jędrzejewski?

Vitić, o głowę wyższy, zlekceważył mnie już przy ceremonii powitania. Wybiegłem na środek ringu do powitania, wyciągnąłem obie ręce – a on, jakby od niechcenia, podał mi tylko jedną. Powiedzieli mu przed meczem, że będzie walczył z debiutantem juniorem, mającym na koncie zaledwie 57 pojedynków. W jego wzroku wyczytać można było pobłażanie, „Nosem cię wciągnę w pierwszej rundzie” – zdawał się mówić. Na bydgoskich kortach po trzech zwycięstwach Polaków panowała euforia. Kukier rozniósł swego przeciwnika – „Sto lat” dla Kukiera. Zawadzki przy ogłuszającym dopingu (pochodził z Bydgoszczy) wygrywa 4:0 – „Sto lat” dla Zawadzkiego. Jasio Brychlik punktuje Jugosłowianina. Tłum zgromadzony w niecce bydgoskich kortów jest zachwycony – „Sto lat „ dla Brychlika.

A teraz moja kolej.Stałem w narożniku i pytająco patrzyłem w oczy trenera Stamma. A on: „Uważaj troszeczkę, lewa wysoko, zacznij lewym prostym”. Wyszedłem, ręce wysoko – a Vitić bez ceregieli – lewy buch, buch, prawy przez blok. Grzmotnął aż mnie odrzuciło. Myślę sobie: „o rany”, nim ochłonąłem następne ciosy – lewy, prawy, lewy, prawy – trach, trach. Sędzia Hertel z NRD, który prowadził spotkanie przerywa walkę. Patrzy mi w oczy: czy jestem w stanie walczyć dalej? Przyjmuję postawę, kiwam głową, że niby wszystko w porządku, chociaż przez te 15 sekund nie mogłem wyprostować ręki pod nawałą ciosów Jugosłowianina. Przez moment obawiałem się nawet, że sędzia odeśle mnie do narożnika. Przewaga Vitića była przygniatająca.

Na widowni zrobiła się cisza. Myślę, że żal się zrobiło ludziom poniewieranego młodziutkiego chłopca. Cała runda do jednej bramki: Vitić walił, nie wiedziałem jak sie obronić. Ciosy spadały na mnie bez ustanku. Złapałem go wpół. Sędzia przerwał – znów mi w oczy patrzy. Komenda „boks” i znów Vitić w natarciu. Gong na przerwę. Dochodzę do narożnika i nie wiem co się dzieje. W głowie mam szum. Trener: „Dlaczego nie boksujesz? Co się z tobą dzieje? Kto ci ręce związał?” „Przecież sam pan widzi – przez cały czas bije!!!” „To się schowaj. Zobacz jak on trzyma nisko ręce. Trzaśnij ładnie prawym sierpowym. Pamiętasz Chmielewskiego w Lublinie?” „O rany, no to tym prawym sierpowym ...”

Wychodzę w drugiej rundzie, a Vitić już na początku: lewy – doskok – prawy. Schyliłem się i na ślepo (aż mi się wstyd do tego dziś przyznać, że zamknąłem oczy ze strachu) walnąłem tym prawym krzyżowym. A potem słyszę: „one, two...”. Ktoś leży, ja biegam po ringu. Po knock downie miałem zgodnie z regulaminem stanąć w narożniku neutralnym, ale neutralnym dalszym. Ja akurat wybrałem ten bliższy. Sędzia przerwał liczenie a ja w dalszym ciągu biegałem po ringu. W końcu znalazłem swoje miejsce. Gdy tylko sędzia doliczył do ośmiu i dał komendę do dalszej walki –

Skoczyłem na przeciwnika. Trafiłem go idealnie po raz drugi. Ponownie dechy. Chciałem go potem jak najszybciej wykończyć i to był błąd. Brak doświadczenia. Przytrzymywał, klinczował. Skończyła się druga runda.

W trzeciej oddałem mu z nawiązką wszystko, co dostałem w pierwszym starciu. Tak szczelnie się blokował, że praktycznie nie zadał żadnego ciosu. Przyjmował wszystko „na obrony”.

Zgodnie z regulaminem po trzech liczeniach sędzia odsyła zawodnika do narożnika. Ten trzeci cios nie wyszedł mi niestety, choć i tak to moje debiutanckie zwycięstwo wyglądało bardzo efektownie. Schodziłem z ringu z podbitym okiem, za to uśmiechnięty jak krokodyl. Jednym z pierwszych, którzy pogratulowali mi zwycięstwa był Stanisław Cendrowski. Wierzył we mnie a ja go nie zawiodłem.

6

Wygraliśmy 18:2. Jedyne punkty oddał niedawny pogromca czarnoskórego Francuza Guziński. Jeszcze jedna walka zapisała się w pamięci obserwatorów tego meczu. Pojedynek Walaska z Jakovlevićem. Jugosłowianin był wówczas mistrzem Europy. Potężne ciosy leworęcznęgo Jakovlevića Walasek przyjmował bez zmrużenia powieki i rewanżował się przeciwnikowi kontrami z prawej ręki. Publiczność stała przez cały czas tej walki, a po ogłoszeniu Walaska zwycięzcą zgotowała obu pięściarzom długotrwałą owację.



Nazajutrz z Władkiem Jędrzejewskim wracaliśmy pociągiem – on do Zawiercia, ja do Częstochowy. Kupiliśmy poranne dzienniki. Wielkimi tytułami donosiły o naszym zwycięstwie. Podróżni przyglądali się nam z ciekawością: wyglądaliśmy dość malowniczo. Władzio otrzymał sporo ciosów, znać było na jego twarzy trudy przebytego pojedynku, a moje podbite oko przez noc nabrało pięknych odcieni żółci i fioletu. Od tego meczu rozpoczął się dla mnie boks przez dużą literę „B”.

Zostało niewiele czasu do przygotowania się do Mistrzostw Polski wyznaczonych na koniec lipca. Podminowany bydgoskim sukcesem natychmiast rozpocząłem treningi. Biegałem na przełaj pokonując jasnogórskie wzniesienia. Pływałem w tamtejszych gliniankach znanych mi doskonale od dziecka. Do tego doszły treningi pod okiem opiekuna.

Do mistrzostw zgłoszono mnie w wadze piórkowej jako reprezentanta Śląska. W Bydgoszczy walczyłem w lekkiej – musiałem więc zrzucić zbyteczne kilogramy. W tym czasie prasa dużo pisała o boksie. A śkotnicki, analizując ostatnie mecze międzypaństwowe, bez ogródek dowodził: „Śmiemy wątpić, aby na ringu w Paryżu czy Belgradzie nasz reprezentant (to o mnie) sprawić mógł taką sensację”. I dalej: „Lubelski turniej juniorów odkrył kilka talentów. Jednym z nich jest Kulej. Paździor pauzuje, a Walczak zawiódł w Warszawie i... sięgnięto z miejsca po Kuleja. Zdaniem trenerów i działaczy PZB, którzy oglądali Kuleja w Bydgoszczy, jest on „perełką” na ...Rzym dopiero. Koniecznie chciałem udowodnić, że skoro już jestem „perełką”, to bynajmniej nie sztuczną...

Bezpośrednio przed Mistrzostwami Polski zorganizowano w Warszawie na Bielanach obóz szkoleniowy dla najlepszych juniorów. W tej kategorii wiekowej boksowało wtedy w Polsce kilkuset chłopców. Na Bielanach spotkało się nas 160. Gdy dzisiaj patrzę na pamiątkową fotografię, łza mi się kręci w oku. Zajęcia prowadził z nami Feliks Stamm, a sekundowali mu trenerzy Nowara, Rademecker, Czajkowski, Czortek. Należałem do faworytów. W superlatywach pisano też o Władku Komarze, który jednak nie wystartował. Nie potrafił powściągnąć bujnego temperamentu i po kilku ekscesach niezbyt sportowej natury kierownictwo ukarało go surowo, skreślając z listy uczestników mistrzostw.

Początek mistrzowskiego turnieju, do którego zgłoszono ostatecznie 123 pięściarzy, rozegrano na Bielanach. Sportowa Polska żyła wówczas wydarzeniem pamiętnym w historii naszego sportu: meczem lekkoatletycznym Polska-USA. Amerykanie trenowali przed meczem właśnie na Bielanach. Z podziwem patrzyliśmy na świetnych czarnoskórych sportsmenów, śmigających między drzewami bielańskiego lasku.

Byliśmy już popierwszych walkach. Przeciwnicy w początkowej fazie turnieju nie byli dla mnie groźni. Pierwszego pokonałem bez problemu, z drugim (był nim Socha z Krakowa) też nie miałem kłopotu.. Przewaga była tak duża, że sędziowie przerwali walkę, odsyłając krakowianina do narożnika. W półfinale zmierzyłem się z Wasiem. Szczecinianibył już bardziej wymagającym rywalem. Stoczyliśmy dobrą, wyrównaną walkę. Waś popisywał się świetnym refleksem, stosował inteligentne zwody a od czasu do czasu celnie kontrował. Miałem z nim sporo kłopotu. Jak zwykle narzuciłem swój styl walki: atak non-stop. Dało to pozytywny wynik dopiero w trzecim starcie. Waś nie wytrzymał kondycyjnie. Awansowałem do finału.

O tytuł Mistrza Polski przyszło mi walczyć z reprezentantem Warszawy – Niedźwiedziem (później zmienił nazwisko na Niedziński i walczył razem ze mną w Gwardii). Silne chłopisko, półdystansowiec, faworyzowany przez stołeczną ppubliczność. Ciężka to była walka. Pokonałem w końcu Niedźwiedzia. Oprócz tytułu mistrzowskiego uhonorowano mnie dodatkową nagrodą ufundowaną przez „Sztandar Młodych” dla najlepszego technicznie pięściarza mistrzostw. Talerz z okolicznościowym napisem zajmuje w moim domu poczesne miejsce obok medali olimpijskich.

Trener Wincenty Szyiński przywiózł ogromny słój z kompotem śliwkowym. Była to najsympatyczniejsza i najsmakowitsza zarazem nagroda jaką kiedykolwiek otrzymałem. Byliśmy obaj szczęśliwi – ja ponieważ nie zmarnowałem szansy, on – że wychował pięściarza, który zrobił pierwszy krok ku wielkiej sportowej karierze.

Mój wychowawca Wincenty Szyiński był trenerem podobnej szkoły co Feliks Stamm. Rozumieliśmy sie doskonale – i to także w momentach, gdy nie było czasu na długie rozmowy i deliberacje. Trener Szyiński w przerwie między rundami mówił: „zobacz jak on podnosi łokieć, trzepnij go lewym z dołu”. Realizowałem zalecenia dokładnie. Cios i zawodnik siedzi.

Podobnie było z trenerem Stammem: doskonale wiedział na co mnie stać, wspaniale orientował się w mojej psychice. Posiadał rzadką umiejętność przekazania precyzyjnej informacji, czy polecenia w specyficznej sytuacji, w ekstremalnych warunkach, kiedy sekunda decyduje o twoim „być albo nie być”. „Chmielewski, Lublin, prawy krzyżowy – pamiętasz?. Zrób teraz to samo. Sytuacja jest identyczna”. Tak było w Bydgoszczy. Do końca życia będę pamiętał, jak po tym laniu w pierwszej rundzie wychodzę na środek ringu, gdzie Vitić szykuje się do zadania ostatniego ciosu. Zamknąłem oczy i uderzyłem na ślepo. Trafiłem! Był to może ten najważniejszy cios w życiu. Gdyby nie wskazówka „Papy”, wynik walki z Jugosłowianinem mógł byc dla mnie tragiczny.

Podczas Mistrzostw Europy w Moskwie w 1963 roku, miałem w pierwszej walce bardzo trudnego przeciwnika. Był nim silnie zbudowany Niemiec z NRD, walczący z odwrotnej pozycji, taki typowy pięściarski rzemieślnik. Solidny, akuratny, obdarzony bardzo mocnym ciosem. Już na początku walki gdy dwa-trzy jego ciosy doszły celu przestałem go lekceważyć. W przerwie w narożniku „Papa” spokojnie przedstawił mi plan walki: „Kiwnij sie lekko w bok, puść jego lewy, skubnij lewy na dół, potem popraw”. Wiedziałem o co chodzi. Dobrze znałem tę akcję: Zejście z linii ciosu i w odpowiedzi dwa lewe – dół, góra. Tysiące razy to ćwiczyłem, setki razy stosowałem na ringu, ale tu właśnie potrzebne było podpowiedzenie – jedynie trafne, jasne i proste.

Na początku drugiej rundy Niemiec, pewny siebie, wali lewym prostym, a ja wykonałem zejście i cyk pod prawy łokieć. I lewy na górę. K.O. Jak to sie stało – do tej pory nie wiem: tylko dwa ciosy. Akcja była idealnie zsynchronizowana: Drugi cios precyzyjnie trafił w wysunięty podbródek i efekt był piorunujący – K.O. „Papa” był niedościgłym mistrzem instruktażu. Bacznie nas obserwował nas na treningach i gdy tylko zauważył jakąś lukę czy niedociągnięcie – przemyśliwał nad wyeliminowaniem tych braków. Odbywam sparing z Jurkiem Adamskim. „Musisz go trafić lewym” – nakazuje Papa. Jurek oczywiście wiedział, gdzie będę go atakował, a że był bardzo szybski – zadanie było diabelnie trudne. „Co najmniej trzy razy w tej rundzie cisoem z lewej ręki w dół” trafiłem Jurka, choć ten kontrolował w ciemno moje akcje. Stamm z góry wiedział , co będę robił. To był wyjątkowy człowiek. Wychowawca umiejący zmobilizować ambicję, zaapelować do sumienia, wytknąć błędy, nawet zbesztać w odpowiedniej chwili. Wszystkich traktował jednakowo: czy to mistrz olimpijski, czy zawodnik rozpoczynający pięściarską karierę. Kiedyś w Cetniewie (było to już po Tokio) wypuściłem się do Gdyni do znajomych. Trochę zabałaganiłem i zamiast o jedenastej wróciłem do ośrodka nieco po drugiej w nocy. Byłem wówczas mistrzem Europy, zdobyłem Olimpijskie złoto – pozycja w drużynie niepodważalna. Na korytarzu cała moja pewność siebie uleciała w kilka sekund. Zwykle Papa nie zadawał sobie trudu wychowanków, od tego miał asystentów. Tej nocy jednak Stamm czuwał. Zrugał mnie jak smarkacza: „Byłeś mistrzem olimpijskim, byłeś mistrzem Europy” to już historia. Teraz będą następne mistrzostwa i jeżeli chcesz ponownie zostać mistrzem, musisz się podporządkować. Jeżeli się powtórzy dzisiejsza sytuacja, pakujesz manatki i wyjeżdżasz. Nie mogę pozwolić, by młodzi myśleli, że wybaczam faworytowi... Regulamin mam jeden dla wszystkich).

Byłem wściekły na siebie, że wyprowadziłem z równowagi człowieka, którego kochałem jak ojca. Zdobyć taki autorytet u młodych ludzi potrafił tylko Feliks Stamm. Nie byłem aniołkiem, lecz on był jednym znielicznych ludzi, którzy potrafili ze mną właściwie postępować. O, nie – on mnie nie pilnmował, niczego nie nakazywał. Wiedział, że jestem przekorny – nadmiernie skrępowany zrobię coś na złość. Na bankiecie po meczu zaproponował bym skosztował whiskey. Doskonale wiedział, że nawet nie sięgnę po szklankę. Gdyby m,i ją zabrał – prawdopodobnie bym spróbował. Prosty trick a jakże skuteczny...

Wiele razy próbowałem ucieczek z obwarowanego czujkami trenerów ośrodka w Cetniewie. Asekurował mnie Piotruś Gutman. Gdy zjeżdżałem na linie, misternie splecionej z kocy i prześcieradeł z drugiego piętra. Czasem pomocny był piorunochron. Sprawności fizycznej zawdzięczam, że huśtawka na stalowej linie skończyła się tragicznie. Uciekałem jednak tylko wtedy gdy nie było Papy. Kiedy rezydował w Cetniewie, drzwi ośrodka były otwarte. Nikt by sie i tak nie odważył prysnąć.

Wielokrotnie wracam do wspomnień związanych z początkami mojej kariery. Jedno nie podlega dyskusji: Atmosfera wokół sportu była w tym czasie inna niż dzisiaj. Byliśmy wówczas pięściarską potęgą. Popularność tej dyscypliny biła wszelkie rekordy. W Częstochowie podówczas miasteczku z jedną reprezentacyjną ulicą – Aleją Najświętszej Marii Panny, bez tramwajów, z zaczynającą dopiero produkcję Hutą im. Bolesława Bieruta działało kilkanaście klubów sportowych.

7

W sześciu z nich szkolono bokserów. Były to: Ogniwo, Start, Włókniarz, Garnizonowy Wojskowy Klub Sportowy, Stal Kraków i AZS. W całej Polsce nie mamy dzisiaj tylu juniorów ilu wówczas walczyło o mistrzostwo Częstochowy. Publiczność waliła drzwiami i oknami, nas potkaniach ligowych – a były to mecze A i B klasy – trudno było znaleść wolne miejsce. Modne były wówczas walki w plenerze. Najczęściej odbywały się one na ringu obok istniejącego do dziś basenu przy ulicy Sobieskiego. Wśród plażowiczówlotem błyskawicy roznosiła się wieść, że za moment rozpoczną się walki sparingowe. Publiczność zgromadzona tłumnie wokół oznakowanego kocami ringu, hucznie dopingowała faworytów. Niezapomniana atmosfer. Człowiek całym sobą czuł raodość z uprawiania sportu.



Mieliśmy wtedy wspaniałych sponsorów. Wyjazdy finansował właściciel zakładu zegarmistrzowskiego p.Bronisław Walanowski. Kupował bilety, fundował bułki z kiełbaseą i lemoniadę, wypłacał skromne kieszonkowe. Zanim zająłem stałe miejsce w zespole Startu, towarzyszyłem kolegom jeżdżąc na gapę. Nie były to jakieś superwyjazdy. Ot, takie niedalekie podróże do Zawiercia, Gliwic, czy Katowic. Każda jedna wiązała się ze sportowymi przeżyciami...

W tym czasie, już po zdobyciu mistrza Polski juniorów, zainteresowali się mną szkoleniowcy stołecznej Gwardii. Zaproponowali mi miejsce w internacie w Warszawie, naukę w szkole kuśnierskiej, a w przyszłości występy w barwach Gwardii. Częstochowianie nie stawiali przeszkód, zdawali sobie sprawę, że na prowincji nie mam już szans na podniesienie umiejętnośći. Zastrzegli jednak, że do końca sezonu walczył będę w barwach Startu. Skrupulatnie wypełniałem ten warunek, chociaż było to dla mnie bardzo uciążliwe. W sobotę, tuż po szkole, wsiadałem do pociągu i tłukłem się 4-5 godzin do Częstochowy. Wracałem do Warszawy w niedzielę, wczesnym pociągiem, i około szóstej rano lądowałem na starym, drewnianym dworcu Warszawa Główna. Towarzyszami podróży był nieodmiennie poranny wianuszek sobotnio-niedzielnych „wczasowiczów” dzielnie leczących kaca piwem, serwowanym w prosperujących wówczas budkach. Zmordowany docierałem wreszcie do internatu na Złotej. Myłem się, przebierałem i wskakiwałem do 13-tki, która wiozła mnie do szkoły przy ulicy Karola Wójcika. Mimo tych wszystkich niedogodności ani przez chwilę nie narzekałem. Jak tysiące rówiesników, garnąłem się do sportu wiedząc, że jest on życiową szansą dla nas wszystkich.

Po raz pierwszy wyjechałem za granicę do Jugosławii. Odwiedzieliśmy z reprezentacją Lublianę i Zagrzeb. Niezapomniane wrażenia. Starałem się w każdej walce udowodnić, że warto we mnie inwestować. Najbliższą wielką imprezą, międzynarodową miały być Mistrzostwa Europy w Lucernie w Szwajcarii, 24-30 maja 1959r. Nawet nie marzyłem o starcie w tych zawodach. Trener Stamm miał do dyspozycji wielu zawodników o ustalonej renomie, mistrzów Europy, mógł z nimi wystawić kilka reprezentacji najwyższej klasy.

Pod koniec listopada 1958 roku we Wrocławiu i w Poznaniu Polacy walczyli z zespołami narodowymi Węgier i Norwegii. Wyznaczono mnie do reprezentacji B. Na spotkanie ze Skandynawami wygraliśmy nadspodziewanie łatwo 18:2, ponownie otrzymałem nader pochlebne recenzje. Katowicki „Sport” pisa, że walczyłem jak stary rutyniarz. Imponowałem spokojem i opanowaniem. Podkreślano skuteczność moich ataków, w których cios nigdy nie mijał się z celem. Wyglądało na to, że zdobyłem kolejne punkty w konkurencji o mijsce w reprezentacji. W podobnym tonie prasa pisała jednak i o drugim pięściarzu wagi lekkiej – Kamińskim. Miałem więc poważnego konkurenta, zresztą nie tylko w nim... Pod koniec stycznia 1959 r. (a był to rok przedolimijski) we Wrocławiu odbył sie turniej „Trybuny Ludu” i PZB. Moim przeciwnikiem był sam mistrz Europy Kazimierz Paździor. Wiedziałem, że w walce z takim rutyniarzem na nic zda się taktyka defensywna. Od pierwszego gongu ruszyłem do natarcia. Więcej było w tym determinacji niż umiejętności, ale cel swój osiągnąłem: zaskoczyłem Paździora. Nie mógł się jakoś pozbierać. Na początku drugiej rundy skwapliwie to wykorzystałem. Moje sierppy kilka razy trafiły w szczękę przeciwnika. Pod mistrzem Europy ugięły się nogi, przykląkł: chyba tylko dzięki linom nie runął na deski. Przetrzymał jednak kryzys umiejętnie wchodząc w klincz. Publiczność, która zawsze sympatyzuje ze słabszym, głośno protestowała. Sędzia jednak nie dostrzegł w tym nic nieprawidłowego. W trzeciej rundzie Paździor był już zupełnie innym zawodnikiem. Z całą bezwzględnością wykorzystywał każdą okazję do zadania ciosu. Walczył cały czas na dystans, stopując mnie ciosami prostymi. Tą bronią rozstrzygnął walkę na swoją korzyść. Mimo przegranej miałem jednak satysfakcję: wiedziałem już, że można wygrać nawet z najlepszymi. We Wrocławiu, w spotkaniu o trzecie miejsce zwyciężyłem jednego z moich najgroźniejszych konkurentów – Kamińskiego. Do Mistrzostw Europy pozostało już niewiele czasu. Trener Stamm powołał szeroką kadrę, w której ku mojej ogromnej radośći znalazłem się również i ja. Stamm zabrał nas do Wisły. Zaczęła się ciężka praca – rywalizacja o miejsce w reprezentacji. Papa udzielał prasie skromnych informacji dotyczących składu. „Pewniaków” było pięciu. Krukier, Drogosz, Walasek, Pietrzykowski i Paździor. O pięć pozostałych miejść szła ostra walka...

Wszedłem w skład reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy w maju 1959 r. Nie miałem jeszcze 19 lat, a moje nazwisko znalazło się obok najlepszych pięściarzy, na których postawił Papa Stamm, wierząc, żę ugruntują sławę polskiej szkoły boksu.

Dopiero zaczynałem poznawać świat. W porównaniu z Zagrzebiem czy Lublaną Lucerna jawiła mi się prawdziwym rajem. A przy tym nastrój wielkiego sportowego święta. Losowanie przeciwników: od razu trafiłem na jednego z faworytów mojej wagi, Rumuna Dumitrescu – brązowego medalistę z Melbourne. Koledzy pocieszali mnie twierdząc, że Rumun ma już za sobą lata świetności, nie jest już tak groźny jak kilka lat temu na igrzyskach olimpijskich. Czułem jednak, ze mówili to bez przkonania, myśląć – „No cóż, mały trafił na twardego przeciwnika i jego los jest przesądzony”.

Nie zamierzałem kapitulować, choć przyznaję, duszę miałem na ramieniu. Byłem skoncentrowany, uważny. Rumun uznał moją ostrożność za lęk i walczył ze mną bardzo nonszalancko. Pod koniec pierwszej rundy opuściwszy nisko lewą rękę wzorem bokserów radzieckich prawą chciał zadąć cios decydujący o wyniku walki. Pochyliłem się w lewo skos i błyskawicznym prawym sierpem krzyżowym, wyprzedzając jego cios, trafiłem przeciwnika w szczękę. Wrażenie piorunujące! Lądował na macie kolejno: głwą, siedzeniem, a dopiero potem nogami. Zerwał się błyskawicznie. Widać, że nie w pełni zdaje sobie sprawę z tego co zaszło. Kolejny mój atak przerwał gong.

Usiadłem w narożniku. Hala w Lucernie huczała, ale prawdę mówiąc niewiele do mnie docierało. Przez następne dwie rundy Rumun klinczował, przetrzymywał, ale nie był zdolny do jakiejś akcji zaczepnej.

Sędziowie jednogłośnie wypunktowali moje zwycięstwo. Tuż po walce rzucili się na mnie dziennikarze, zasypując gradem i gratulując świetnej walki. W Lucernie udzieliłem pierwszego w życiu wywiadu dla radia. W zamieszaniu, nie wiedziałem „kto jest kto”, przez dłuższą chwilę odpowiadałem na pytania red. Trojanowskiego, pracującego dla radia „Wolna Europa”.

Popełniłem wówczas niewybaczalny błąd dając się ponieść eufori- zgubnemu przeświadczeniu, że nie ma dla mnie silnych. W myślach widziałem sie na podium, dekorowanego mistrzowskim pasem.

Nastęonym przeciwnikiem był wysoki, szczupły Włoch. Byłem faworytem w tym pojedynku, zauważyłem, że rywal czuje przede mną respekt. Rozpoczął walkę ostrożnie: dystans, ręce wysoko, od czasu do czasu ciosy proste – lewy, prawy. Taką tektykę zalecił jego sekundant, znakomity trener włoski, przyjaciel Feliksa Stamma. Pod koniec pierwszej rundy Włoch próbował zadać cios lewym prostym, wykonałem lekki balans ciałem i mój lewy sierpowy trafił go idealnie w brodę. Przeciwnik siedzi rozluźniony, przygotowuję się do rozstrzygnięcia walki już w pierwszym starciu. Nie udało się, ale sądziłem, że Włoch wytrzyma jeszcze najwyżej kilkadziesiąt sekund walki.

Papa chwalił mnie w narożniku sugerując jakieś rozwiązania, a ja wciąż uważałem siebie za najlepszego z najlepszych. Nie przewidziałem, że przeciwnicy bynajmniej nie zasypiają gruszek w popiele. Nie doceniłem też klasy włoskiego trenera , który bez pudła wybrał taktykę na następne starcia: „tylko dystans lewy prosty, krok w tył i kontra”. Taka była recepta, o której skuteczności przekonałem się już w pierwszych sekundach drugiej rundy. Lewy prosy zawieszał mnie w powietrzu. Gdy robiłem zwód, Włoch robił krok w tył i kontrował prawym prostym, najczęściej dochodzącym celu.

Niszczył mnie metodycznie. Miałem nadzieję, że w trzeciej rundzie uśmiechnie się do mnie szczęście. Niestety, w dalszym ciągu dostawałem lanie. Nic nie widziałem, w zacietrzewieniu zacząłem przeć na oślep. W ostatniej rundzie otrzymałem ostrzeżenie za atak głową. Skutek był opłakany. Do góry powędrowała ręka Włocha. Nie było nikogo kto by mnie pocieszył – fetowano nowego bohatera – mojego pogromcę. W milczeniu opuszczałem ring.

Papa Stamm był zaskoczony: po raz pierwszy (i ostatni) zignorowałem jego wszystkie uwagi. W czasie walki zdarł głos krzycząc, a do mnie nic nie dochodziło. Nierespektowanie poleceń trenera musiało się skończyć klęską. Otępiały siedziałem w szatni. Rozwiał się miraż triumfu, łzy same płynęły z oczu. Taka kompromitacja! W ponurych rozważaniach towarzyszył mi czarnoskóry bokser francuski, który również dostał cięgi. Rozumieliśmy się bez zbędnych słów.

Przegrałem, ale nasza drużyna święciła w Lucernie ogromny sukces. Zdobyliśmy przodownictwo w Europie trzykrotnie. (Dla Adamskiego, Drogosza i Pietrzykowskiego grano mazurka Dąbrowskiego). W finałach oprócz nich walczyli Henryk Dampc i Tadeusz Walasek. Wrócili do kraju ze srebrnymi medalami. Sukcesy kolegów sprawiły, że i o mnie pisano pochlebnie wspominając udany start i zwycięstwo nad Dumitrescu. Była to jednak słaba pociecha. Ogarnęło mnie zniechęcenie.

Regres trwał jednak tylko do momentu, gdy rozpoczęły się przygotowania do Igrzysk w Rzymie. Z nowym zapałem rozpocząłem trening na zgrupowaniach i obozach szkoleniowych. Za wszelką cenę chciałem ponownie zasłużyć na uznanie Feliksa Stamma. Z czasem coraz bardziej realna była olimpijska nominacja. Przymierzyłem nawet reprezentacyjny uniform: marynarka kolor wody i piaskowe spodnie.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna