Stoczył 356 morderczych walk



Pobieranie 297,85 Kb.
Strona1/9
Data24.10.2017
Rozmiar297,85 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9

Stoczył 356 morderczych walk,

Był dwukrotnym Mistrzem

Olimpijskim

I dwukrotnym Mistrzem

Europy.

Ukończył studia wyższe.



Droga do tych sukcesów nie była usłana różami.
Urodziłem się w ponurych czasach. Rozpoczął się właśnie drugi rok wojny – 19 października 1940 roku. Moim rodzinnym miastem jest Częstochowa. Zbombardowana podczas wrześniowej agresji straszyła ruinami, wypalonymi szkieletami domów. KTOŚ MI MÓWIŁ ŻE NIE BYŁA ZBOMBARDOWANA

Rodzice mieszkali w jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta – na Ostatnim Groszu. Nazwa dzielnicy odpowiadała sytuacji w jakiej znaleźliśmy się z matką i siostrą o osiem lat starszą. W domu panowała bieda z nędzą. Ojca nie było – walczył z hitlerowcami w oddziałach partyzanckich, których sporo było w okolicznych lasach.

Trud utrzymania rodziny spadł na barki matki – pracowała od świtu do nocy w „Częstochowiance”. Wychowywałem się sam. Wielu było na Ostatnim Groszu chłopców w podobnej sytuacji. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z koszmaru, w jakim przyszło nam żyć. To co się działo wokół nas stawało się wielką przygodą. Przybierała ona czasem wymiary tragiczne, kiedy z przerażeniem pocąc się ze strachu, przykryty kołdrą, słuchałem opowieści ojca, który krańcowo wyczerpany przywlókł się do domu z rannym partyzantem na plecach. Wojna odsłaniała swoje najstraszniejsze oblicze – krew, przemoc, ofiar wśród których w każdej chwili mogli znaleść się najbliźsi.

Rankiem znowu wychodziliśmy na podwórko. Bawiliśmy się: oczywiście w wojnę. „Polowaliśmy na niewypały”. Leżały wszędzie. Nęciły nas swą zawartością. Z odzyskanego materiału wybuchowego można było urządzać niezłe fajerwerki. Byłem jednym z najdrobniejszych chłopców w naszej paczce, dlatego za wszelką cenę starałem się zaimponować odwagą i brawurą. Byłem najlepszym specjalistą od nurkowania po zatopione pociski. Z zegarmistrzowską precyzją stukałem w skorupy rozmaitych bomb i min. Mozolnie skompletowałem cały zestaw przecinaków, śrubokrętów i specjalnie wyprofilowanych drutów, którymi mogłem rozbroić każdy niewypał. Cechował nas całkowity brak wyobraźni. Nagminnie przecież zdarzały się tragiczne wypadki, coraz to któryś chłopak nie wracał do domu; ale do nas to nijak nie przemawiało. Dalej zawzięcie stukaliśmy w zardzewiałe skorupy zawierające śmierć. Kiedy o tym wspominam – włosy stają mi dęba.

Wojna, ojciec w partyzance, matka i siostra zaharowane w codziennej walce o przeżycie; i ja; kilkuletni brzdąc pozostawiony samemu sobie. Chudy, mały, niedożywiony – marzyłem, by rówieśnicy liczyli się ze mną. Wiedząc, że siłą tego nie osiągnę, decydowałem się na szalone przedsięwzięcia.

Tuż po zakończeniu wojny, ojcie wyjechał wraz ze mną na Dolny Śląsk. Przez kilka miesięcy podróżowaliśmy po ziemi wałbrzyskiej i jeleniogórskiej. Ojciec chciał rozpocząć wszystko od nowa. Marzyło mu się opuszczenie Ostatniego Grosza. Poszukiwania zakończyły się fiaskiem – wróciłem do Częstochowy, ojca pognało gdzieś dalej. Bardzo mi go brakowało. Trudno się było samemu przebijać przez życie. Matka zapracowana do granic wytrzymałości nie mogła użyczyć mi wiele czasu. Zaczęła się szkoła, musiałem sobie sam radzić. Trudne to były czasy, w cenie były jednostki silne, brutalne, potrafiące podporządkować sobie słabszych. Słabsi byli wdzięcznym audytorium, przed którym supermani mogli popisywać się brutalnością. Byłem wciąż ofiarą – zawsze najmniejszy, zabiedzony. Czego nie próbowałem , aby odbić się od „szkolnego dna”! Wygrywałem zakłady. Przeróżne: a to, kto zje bułkę nafaszerowaną papierosami, czy pobije rekord w ślizganiu się na bosaka po lodzie. Byłem w tym najlepszy. Nie przyznawałem się w domu, gdzie się potwornie zatrułem czy też jakim cudem odmroziłem nogi. Nie udało mi się jednak zdobyć ani grama autorytetu. Moja pozycja w klasie była paskudna. Wszystkie grzechy i przewiny zwalano na mnie. Wiedziano, że nie zaprotestuję. W milczeniu znosiłem niezasłużone szykany.

Podczas klasówek po klasie krążyły ściągi. Wszyscy dostawali piątki, tylko ja jeden miałem pecha – moja ściąga dziwnym trafem była z błędem. Dwója! Któraż to już z rzędu? Nie zliczę szczerb w mojej psychice. Niedość, że nie miałem prawdziwego domu, że byłem chudy i mikry, jeszcze na każdym kroku spotykały mnie upokorzenia.

Czara goryczy dopełniła się w siódmej klasie. Dołączył do nas drugoroczniak Henio. Łobuz jakich mało. Od razu sterroryzował klasę, a mnie wybrał sobie za ofiarę. Chyba nawet dzisiaj z setki fotografii bezbłędnie wybrałbym kontrefekt Henia. Postanowiłem za wszelką cenę odbić się na moim tyranie. Zdawałem sobie sprawę, że tylko całkowite zaskoczenie, jakaś arcyniespodzianka da mi szansę urzeczywistnienia tego zamiaru.

Od najmłodszych lat ciągnęła mnie woda – uwielbiałem nurkowanie. Chciałem wykorzystać tę umiejętność i nawet wystartowałem w zawodach zorganizowanych przez częstochowski klub Budowlani. Impreza rozgrywana była na 25 metrowym basenie. Dystans do przepłynięcia żabką wynosił sto metrów. Po starcie bardzo długo płynąłem pod wodą. Dało mi to przewagę nad konkurentami. Ale tylko do czasu. Po pierwszym nawrocie już byłem za nimi po drugim zanurkowałem i tak dopłynąłem do brzegu basenu, wyszedłem, ubrałem się i już nigdy na pływalnię nie wróciłem. Wstyd mi było, że tak sromotnie przegrałem. Próbowałem również sprawdzić się jako panczenista – gdzieś znalazłem szwedzkie łyżwy do jazdy szybkiej, przybiłem je gwoździami do butów, ale też nic z tego nie wyszło. Byli lepsi ode mnie, mieli lepsze łyżwy. Roślejsi i silniejsi, byli poprostu szybsi.

Nieudane próby bardzo mnie bolały, ale nad tym wszystkim górowała chęć wzięcia rewanżu na Heniu. W latach pięćdziesiątych bardzo popularny był podręcznik boksu, napisany przez radzieckiego autora,bodajże Gradopolowa: „ABC boksu”. Do tej pory mam przed oczami tytułową stronę tej książki. Bokser w typowej dla ówczesnej szkoły radzieckiej postawie, z lekko wysuniętym lewym barkiem, opuszczoną lewą ręką i podniesioną prawą. Było coś takiego w tej postaci, co dawało poczucie siły, pewności siebie. W tajemnicy przed wszystkimi zacząłem trenować, przerabiałem rozdział za rozdziałem. Moim sparring prtnerem było lustro. Matka nadal całymi dniami pracowała, siostra uczyła się w Łodzi w szkole pielęgniarskiej.

Było to we wrześniu lub październiku 1955 roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało wszedłem do prawdziwego klubu. Wrażenie było olśniewające: wszystko o czym czytałem w podręczniku – cały sprzęt – worki treningowe, gruszki, skakanki, ring, na którym sparrowali prawdziwi bokserzy i ten rytm pracy treningowej, spoceni i zmęczeni zdrowym wysiłkiem ludzie – to była dla mnie prawdziwa poezja. Stałem wtulony w kąt, z obawy, by ktoś mnie nie wyrzucił. Miałem wówczas 15 lat, 45 kilogramów wagi, ogromne kompleksy ale i wielką chęć ich zwalczenia. Stałem pod ścianą marząc, by włączyć się do tej katorżniczej pracy.

Właśnie wtedy podszedł do mnie człowiek, któremu bardzo wiele zawdzięczam w życiu – trener częstochowskiego Startu, pan Szyiński. Nie odrzucił mnie, nie wygonił. Skierował do magazyniera. Do dzisiaj człowiek ten pracuje w Częstochowie, gdzie bacznym okiem patrzy na nowicjuszy, którzy zgłaszają się do niego po swój pierwszy w życiu strój i sprzęt sportowy. Widząc mnie, nie mógł powstrzymać uśmiechu. „I co ja ci dobiorę?” – zastanawiał się przez chwilę i wyciągnął najmniejszą z możliwych koszulkę i takież spodenki. Wyglądałem w tym rynsztunku jak clown cyrkowy.

Dla mnie było bez różnicy. Ważne było jedno – złapałem szansę. Już ją trzymam i nie puszczę. „Uderz” – powiedział trener, wskazując na worek. Przyjąłem postawę i zgodnie z wyuczoną teorią zadałem kilka ciosów. Ogromne zdziwienie trenera – nowicjusz, a nie okłada worka jak cepami, bije w miarę prawidłowo. Myślę, że właśnie w tym momencie trener Szyiński postanowił zrobić ze mnie prawdziwego pięściarza.

Trenowaliśmy trzy razy w tygodniu: w poniedziałki, środy i piątki. Wiedząć, że nie mogę zawieść trenera pracowałem jeszcze więcej. Codziennie biegałem za Klasztor Jasnogórski. Pływałem i nurkowałem w gliniankach, starałem się organizm przyzwyczajać do jak największych obciążeń. Miałem dwa postanowienia: nie sprawić zawodu trenerowi, który zastępował mi nieobecnego ojca oraz raz na zawsze wyrównać rachunki z prześladowcą Heniem.

W szkole nikt nie wiedział, że trenuję boks. Jak dotąd pozostawałem popychadłem i kozłem ofiarnym.

Była późna jesień, jeszcze dość ciepło, by grać w piłkę nożną. Ostatni w sezonie mecz dwóch siódmych klas – „święta wojna”. Do tej pory posyłano mnie do podawania piłek. Tak miało być i teraz. Byłem po dwóch miesiącach treningów, 25 razy okładałem pięściami worek, sparrowałem z kolegami z klubu. Czułem się pewny i mocny. Zgłosiłem się do występu w tym meczu. Henio niecierpliwie machnął ręką, jakby oganiał się od natrętnej muchy. Chciał mnie przy tym boleśnie uderzyć. I tu nastąpiło pierwsze zaskoczenie.

2.

Szybki unik i ręka łobuza trafiła w próżnię. Zdumiony spojrzał na mnie. Zrozumiałem, że nadeszła wreszcie chwila, na którą tak długo czekałem. Henio nie orientował się w sytuacji. Nadal był przekonany o swojej miażdżącej przewadze. Nie zareagował na obronną postawę, przyjętą przeze mnie. Taka niesuborynacja i to ze strony pomiatanego popychadła! Ruszył na mnie z wściekłością. Wiedziałem, że najsilniejszą bronią w walce z o wiele wyższym chłopakiem będzie spokój i konsekwentne wykorzystanie jego zaślepienia. Unik i lewy prosty trafił prosto w nos Henia. Nie wiedział co się dzieje. Nadal parł na mnie. Odsunąłem się i po raz drugi walę lewą w nos. Ten wariant walki miałem opracowany najlepiej. Prawa ręka jeszcze nie pracowała, ale w tym wypadku prawa była zupełnie niepotrzebna. Heniek nie zważając na ciosy, sunął do przodu. Karcony był jednak regularnie. Za każdy krok w moją stronę otrzymywał precyzyjne uderzenie lewym prostym w nos. Tych kroków w moją stronę zrobił siedem. Wstyd przyznać – waliłem go za wszystkie moje krzywdy, za poniżenia doznane w ciągu całego życia. Po siódmym kroku Henio miał już nos kompletnie rozbity.



Walkę przerwał dzwonek na lekcję. Przez 45 minut klasa siedziała jak zaczarowana. To był szok dla wszystkich.

Siedziałem w ostatniej ławce i miałem ich wszystkich przed sobą. Od czasu do czasu łowiłem spojrzenia: niedowierzanie, podziw, strach, uznanie. A Heniowi coraz bardziej nikły oczy – puchł jakby pokąsało go stado szerszeni.

Następnego dnia nastąpiła druga odsłona spektaklu. W klasie zjawił się dyrektor szkoły, niemiłosierny spuchnięty Henio i jego matka. – „Kto to zrobił?!” Jeszcze wczoraj klasa jak jeden mąż wrzasnęłaby – „Kulej!” Tym razem panowała grobowa cisza. Nikt nie chciał narazić się zwycięzcy. Cisza przedłużała się, dyrektor purpurowiał – za moment trafiłaby go chyba apopleksja. Wstałem i przyznałem się. Henio stał ze wzrokiem wbitym w podłogę, powoli jakby zapadał się pod ziemię. Niedowierzanie malowało się na twarzach matki i dyrektora. Matka wykrztusiła – „To ty, chłopczyku?!”

Zostałem skazany na miesiąc aresztu domowego. Każdego dnia dyżurny przynosił mi do domu zadany materiał, który musiałem sam przerobić. Najdotkliwsze było to, że nie mogłem nigdzie wychodzić. Nawet do kina, które znajdowało się tuż pod domem. Filmy zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ja musiałem siedzieć w pokoju.

Powrót do szkoły był nagrodą za miesiąc odosobnienia. Świat wywrócił się do góry nogami. Teraz na dole byl Henio, a ja dyktowałem warunki. Chyba najokrutniejszy, najmniej litościwy świat potrafią stworzyć dzieci. Bez pardonu szykanowano niedawnego władcę, zrzucając na niego odpowiedzialność za wszystkie przewinienia klasy. Długo tego nie wytrzymał. Zniknął z naszej klasy. Nie wiem co się z nim potem działo.

Zawsze pamiętam o tym trudnym, bolesnym okresie w życiu. Podczas swojej pracy pedagogicznej z uwagą obserwowałem tych najgorszych, najsłabszych. Utożsamiałem się z nimi. Starałem się im pomóc, by uwierzyli w siebie, nie ginęli w tłumie bardziej przedsiębiorczych, lepiej ubranych, suto odżywionych rówieśników. Wiem, że na każdego czeka szansa. To moim zadaniem jest podpowiedzieć, wskazać właściwą drogę.

W lutym 1956 roku działało w Częstochowie 5 lub 6 sekcji pięściarskich. Mój macierzysty klub Start ściśle współpracował z Ogniwem. W posiadaniu tego klubu była przedwojenna stajnia przerobiona na halę sportową – długa i wąska. Tam właśnie odbył się turniej „Pierwszego kroku”. Miałem ogromną tremę. Pierwszy przeciwnik (a walczyłem w wadze muszej, choć do górnego limitu brakowało mi sporo kilogramów) był ode mnie wyższy. Powszechnie typowano go na zwycięzcę w tej kategorii.

W tamtej walce po raz pierwszy zrozumiałem jak wiele zależy od trenera – od jego podpowiedzi, wytknięcia błędów i podania sposobu ich unikania. Trenerowi

Szyińskiemu bardzo na tym zależało bym wygrał. Była to również jego osobista sprawa. Traktował mnie jak rodzonego syna. W czasie wojny człowieka tego spotkała straszna tragedia. Hitlerowcy wywieźli do obozu koncentracyjnego jego brzemienną żonę i poddali ją barbarzyńskim eksperymentom medycznym. Przeżyła tę gehennę, ale nie powrociła już do równowagi psychicznej. Oboje tych ludzi darzyło mnie ogromną sympatią. W ich domu, a bywałem tam często, mogłem zasmakować prawdziwie rodzinnej atmosfery, za którą przez wszystkie te lata tak tęskniłem.

To Szyiński, podczas tego „Pierwszego kroku”, prowadził mnie zwycięsko aż do finału. W finałowym pojedynku moim przeciwnikiem był kolega klubowy Marian Kozak. Chłopak na dużym luzie, naturalna „mucha” – 50kg wagi. Treningi rozpoczął miesiąc później. Nigdy nie sparowaliśmy razem, choć nieraz obserwowałem go uważnie. Do walki przystąpiłem bardzo spięty. Był to mój pierwszy finał, bardzo chciałem wygrać. Może aż za bardzo? Nic mi nie wychodziło, a Marianek tańczył przede mną swój „luzacki” taniec i wszystko mu się udawało. Za wszelką cenę starałem się pokazać na co mnie stać, ale tę walkę, niestey przegrałem. Werdykt 2:1 dla Kozaka.

Bardzo przeżywałem porażkę. Chciałem nawet zrezygnować z boksu. Przerwałem treningi; ponownie dały znać o sobie zadawnione kompleksy. „Chyba nie jestem taki dobry, jak o sobie myślałem” powtarzałem do znudzenia.

O tym turnieju ukazała się po raz pierwszy wzmianka w „Gazecie Częstochowskiej”. Było tam również moje nazwisko, wymieniono szkołę do której chodziłem. Mimo przegranej i tak byłem bohaterem. Ale na treningi nie chodziłem. Dopiero interwencja trenera, który osobiście zjawił się w moim domu, spowodowała, że postanowiłem dalej walczyć.

Na pierwszym po przerwie treningu, niby zupełnie przypadkowo, koledzy zaimprowizowali ring, a na sparringpartnera trener wyznaczył Marianka. Zrewanżowałem się z nawiązką temu sympatycznemu, wesołemu chłopcu. Po walce podaliśmy sobie ręce i do tej pory żyjemy w wielkiej przyjaźni.

Złapałem wiatr w żagle, trenowałem z ogromnym zapałem. W 1956 r. Wystartowałem w mistrzostwach Częstochowy, w latach 1957-1958 zostałem mistrzem Śląska juniorów. W 1957 r. Startowałem w mistrzostwach Polski. Odpadłem w turnieju strefowym w Krakowie, po porażce z Andrzejem Kamińskim. Z każdej porażki wyciągałem już jednak wnioski. Starałem się nie popełniać takich samych błędów. Wsparcie miałem w trenerze; jak każdy dobry wychowawca potrafił dopasować klucz do mojej psychiki.

Sporo było w tamtych latach kontaktów pięściarskich. Przyjeżdżały do nas silne ekipy zagraniczne. Na zaproszenie „Startu” przyjechał do Polski na kilka spotkań zespół rumuński. Pierwszy mecz odbył się w Bydgoszczy. Mnie interesował wynik walki w wadze piórkowej, w której wówczas występowałem. Nad Brdą z Rumunem Bogoyem walczył mój pogromca z Krakowa – Kamiński i ...przegrał.

Miałem być kolejnym przeciwnikiem Rumuna. Mecz odbył się na stadionie w Częstochowie przy nadkomplecie publiczności, wspaniale reagującej na każdą akcję, każdy cios. Rumun wyszedł „na pewniaka”. Miał przed sobą nowicjusza, któremu postanowił sprawić lanie. Nie udało mu się to w pierwszej rundzie – kontrolowałem przebieg wydarzeń w półdystansie, nie pozwalając przeciwnikowi praktycznie na nic. Trochę go to zdeprymowało. Po przerwie wsparty kilkoma radami trenera, już w pierwszych sekundach sprowokowałem Rumuna do ataku i gdy ten odsłonił się na mgnienie oka, z całej siły uderzyłem lewym sierpowym.

Efekt piorunujący. Widziałem jak Rumun leci z nogami do góry, pada. Liczenie i koniec walki. Tłum nie milknie ani przez chwilę. Gratulacje od trenera, od nieznajomych ludzi. Po tym meczu otrzymałem od kapitana sportowego Polskiego Związku Bokserskiego Stanisława Cendrowskiego zaproszenie do Warszawy, gdzie kadra narodowa przygotowywała się do dwóch spotkań z Francją i Jugosławią. Nie mogę uwierzyć, to chyba sen? Być blisko takich asów jak Pietrzykowski, Walasek, Paździor, Drogosz?

Na dobre zadomowiłem się w Starcie, stworzyliśmy zgrany zespół. „Życie Częstochowy” pisało, że nasza drużyna, którą stworzył kierownik sekcji pan Walarowski, wyróżnia się wyraźnie swoim poziomem wśród A- klasowych zespołów. „Start gromi Stal Bobrek 16:4”. „Start rozniósł chorzowski Ruch”. „Wysokie zwycięstwo częstochowskiego rzemiosła nad Stalą Dąbrowa Górnicza 14:4”. Tytułów takich było wiele.

Zespół, w którym walczyli m.in. Kozak, Adamczyk, Suliga, Gomoluch zwany częstochowskim Pietrzykowskim, Gromadzki, Gaborski, Szałaj, Surowiec i ja faktycznie nie miał sobie równych w tej klasie. Do bardziej jeszcze intensywnych wysiłków pod kierunkiem Wincentego Szyińskiego dopingowały mnie pochlebne wzmianki prasowe. Po meczu w Gliwicach z Granicą, „Życie Częstochowy” donosiło, że „...najlepszą formą wśród zawodników Startu błysnął Kulej, odnosząc efektowne zwycięstwo przez poddanie się przeciwnika w pierwszym starciu” i dalej: „... w lekkiej, już w pierwszych sekundach walki Kulej posyła Szmigla na deski do 8. Zawodnik wojskowych wstaje i przyjmuje walkę. Kulej przypuszcza huraganowy atak i Szmigla ponownie zapoznaje się z deskami. Ratując swego wychowanka przed niechybnym ko. sekundant gości poddaje go pięściarzowi Startu”.

4.


Po tym pamiętnym dla mnie turnieju pojechałem do Elbląga na obóz przygotowawczy przed strefowymi mistrzostwami Polski. Sukcesy, wzmianki prasowe, w których wychwalano mnie ponad miarę, spowodowały zrozumiałe, choć niestety naganne rozkojarzenie. Pierwszy prawdziwy obóz!. W perspektywie, kto wie, może nawet reprezentacja narodowa, gloria i sława... Marzyłem o tym, pęczniejąc jak nadymany sprężarką balon. Trenowałem solidnie, to fakt, ale czas wolny spędzałem, jak na młodego siedemnastoletniego chłopca przystało, niefrasobliwie: Razem z kolegą ze Śląska Szwajcogiem (waga kogucia) – dobrym technikiem, zapowiadającym się na niezłego boksera – poznaliśmy na basenie sympatyczne dziewczyny. Fantazji nam nie brakowało. Cóż z tego, że byłiśmy zakwaterowani w obiekcie wojskowym? Przemyślnie sforsowalismy ogrodzenie, przed tem zapewniwszy sobie bezpieczny powrót, zostawiając niedomknięte okno w łazience i ruszyliśmy na tańce. Było grubo po godzinie 22, gdy przekradaliśmy się z powrotem do naszej kwatery. Siatka nie stanowiła problemu. Na wejście do łazienki mieliśmy swój sposób: silniejszy od Szwajcoga, stawałem mu na ramionach, podciągałem się i już z pomieszczenia wciągałem go do środka. Tym razem jednak patent zawiódł. W oknie łazienki ujrzeliśmy kierownika obozu. Pomógł nam wgramolić się do środka, a rano wręczył bilety powrotne do domu. Tak skończył się mój pierwszy obóz. Powrót na salę traningową stanął pod znakiem zapytania.

Elbląg był dla mnie pechowym miastem. Niedość wpadki na obozie, to wynikały jeszcze kłopoty ze strefowymi mistrzostwami Polski oraz z egzaminami wstępnymi do Szkoły Rybołóstwa Morskiego w Gdyni. Miałem zamiar zostać marynarzem lub rybakiem morskim. Byłem wówczas mistrzem Śląska juniorów co dawało mi prawo startu w turnieju w Elblągu, po którym miały się odbyć półfinały i finały Mistrzostw Polski w Krakowie. Terminy egzaminów i zawodów były zbliżone, ale że z Elbląga do Gdyni nie tak daleko, miałem nadzieję połączyć przyjemne z pożytecznym. Warunkiem dopuszczenia do egzaminów były badania lekarskie. Już na początku; straszny odsiew. Przebrnąłem szczęśliwie przez komisję lekarską i wspólnie z innymi kandydatami zostałem skoszarowany. Umundurowano nas w drelichy chłopców okrętowych: szerokie, zapinane na klapę spodnie, kurteczka pod szyję i czapeczka; toczek marynarski – iście więzienny szpan. Do tego – szorowanie korytarza grubą solą.

Egzaminy szły opornie, szwankowała organizacja. Mieliśmy już dwudniowy poślizg, a ja siedziałem jak na rozżarzonych węglach. Obliczyłem, że jeśli wszystko będzie się tak ślimaczyć, do Elbląga nie dojadę. Musiałem podjąć decyzję – zrezygnuję ze szkoły. Lecz w dalszym ciągu tkwiłem w koszarach. Zgodę na ich opuszczenie mógł wydać jedynie dowódca szkoły, a mnie ziemia paliła się pod stopami. Znów musiałem uciec się do sposobu. Nie mówiąc nikomu spakowałem rzeczy do walizy i przerzuciłem ją przez ogrodzenie w krzaki. Podszedłem do wartownika z miną grzecznego, strapionego chłopczyka i wyjaśniłem mu, że w związku z przedłużającymi się egzaminami muszę zawiadomić niepokojącą się o mnie matkę. Kupię tylko widokówkę w najbliższym kiosku i wraca. Wartownik nie robił przeszkód. Czym prędzej udałem się do Elbląga. Zmęczony, niewyspany, bez kondycji stanąłem do pierwszej walki i ...przegrałem. Załamany wracałem do Częstochowy. Zawaliłem egzaminy, przegrałem zawody. Smutek i rozpacz!

Przyjechałem do domu jak niepyszny. Długo tłumaczyłem się trenerowi ze swoich niepowodzeń. Wincenty Szyiński wysłuchał mnie cierpliwie. Nie stracił wiary we mnie. Najważniejsza była Szkoła. Nie bez pomocy trenera dostałem sie do wieczorowego liceum im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie. Umożliwiało to pogodzenie nauki z treningiem. Potrzebne były rozmaite papierki, zaświadczenia itp. Częstochowski Start jako klub rzemieślniczy uzyskał dla mnie rekomendację ze Spółdzielni „Udziałowa” specjalizującej się w wytwarzaniu tekturowych pudełek. Oczywiście nie za darmo. Musiałem odbyć staż w „patronackim” zakładzie. Pracowałem na sztancy, przycinając kartoniki do odpowiedniej wielkości. Otrząsnąłem się wreszcie z gdyńsko-elbląskich niepowodzeń i z nową energią zabrałem się do nauki i treningów.

Zbliżały się mistrzostwa Częstochowy – żeby startować później w mistrzostwach Śląska, musiałem zabłysnąć w rodzinnym mieście. Udział w mistrzostwach Śląska promował do Mistrzostw Polski. Była to dla mnie ostatnia szansa, by rywalizować o tytuł mistrza Polski juniorów. Po nieudanym starcie w Elblągu chciałem za wszelką cenę zrehabilitować się.

W tym czasie – a było to już po meczu z Vointą i po lubelskim triumfie – nadeszło do klubu zawiadomienie, że bokser Jerzy Kulej został powołany na zgrupowanie kadry narodowej seniorów przed meczami z Francją i Jugosławią. Dokument podpisał Stanisław Cendrowski, kapitan sportowy PZB. Nie spodziewałem się prawdę mówiąc, że działacze w Warszawie będą jeszcze o mnie pamiętać. Po ostatnich porażkach było to ogromne zaskoczenie, ale i wielka radość. Otwierały się przede mną perspektywy, o których dotąd tylko nieśmiało marzyłem.

Spakowałem się szybko i pojechałem do stolicy. Wówczas to po raz pierwszy zobaczyłem Pałac Kultury...Gościny kadrze pięściarzy udzieliła warszawska Skra. Dojechałem tramwajem do Placu Zawiszy, potem już pieszo Raszyńską doszedłem na stadion Skry na spotkanie największej przygody mojego życia. I stało się! Byli na zgrupowaniu w s z y s c y! Był Zbyszek Pietrzykowski, był „czarodziej ringu” Leszek Drogosz. Ten jego przydomek usłyszałem po raz pierwszy podczas relacji radiowej z Mistrzostw Polski odbywających się w Szczecinie. Teraz mogłem oglądać go z bliska, obserwować podczas treningów. Imponowali mi stylem, dojrzałością. Podpatrywałem walczącego w wadze muszej mistrza Europy z 1953 roku z Warszawy – Henryka Kukiera. Był niższy ode mnie, chciałem więc dokładnie zapoznać się z jego sposobem walki. W tych latach Kukier zajmował żelazną pozycję w reprezentacji narodowej. Z powodu żywiołowości, impetu, z jakim przez trzy rundy atakował przeciwników w półdystansie, nazwany został maszynką do bicia. Do prawdy nic pejoratywnego w tym określeniu nie było. Podziwiałem błyskawiczne ciosy, zadawane w takim tempie, że jego rąk nie było widać.

Zetknąłem się tu również z Jurkiem Adamskim; po raz pierwszy zobaczyłem Jasia Brychlika (mańkut, waga piórkowa) z którym miałem niebawem reywalizować o miejsce w reprezentacji. Byli tam również znakomici szkoleniowcy. Feliksowi Stammowi, twórcy „polskiej szkoły boksu”, pomagał Michał Szczepan. Do tej pory pamiętam pracę na tarczy z Michałem Szczepanem, młodym wówczas trenerem, zdobywającym doświadczenie pod okiem wybitnego fachowca. Opiekowali się nami również szkoleniowcy tej klasy, co Paweł Szydło czy Henryk Nowara.

Był początek czerwca, wszystkie treningi odbywały się na świeżym powietrzu. Miało to związek z czekającymi nas spotkaniami: mecz z Francją odbędzie się na Torwarze, wówczas jeszcze nie zadaszonym, drugi mecz – po dwudniowej przerwie – z Jugosławią, na kortach tenisowych w Bydgoszczy i trzeci – rewanż z Jugosłowianami w Bielsku-Białej. Napięty terminarz powstał z winy Francuzów, którzy początkowo zrezygnowali z przyjazdu do Polski. Aby wypełnić lukę, PZB zakontraktował mecz z Jugosławią. Później jednak „trójkolorowi”, potwierdzili jednak swoje przybycie, a nie można już było wycofać się z jugosłowiańskiego kontraktu. Tak więc Polacy mieli walczyć na czterech frontach. (doszedł jeszcze wyjazdowy mecz w Jugosławii, dokąd wybierała się tzw. trzecia drużyna, zdaniem Feliksa Stamma, wcale nie taka słaba). Dowodzi to siły naszego pięściarstwa w tamtych latach. Wielu było uzdolnionych bokserów, a mnie najbardziej imponowało to, że zostałem zaliczony do grona najlepszych.

Oczywiście powołanie do kadry nie oznaczało automatycznie rprezentacji na ringu barw narodowych. W wadze piórkowej byli lepsi ode mnie. W dwoch pierwszych oficjalnych meczach – z Francją i z Jugosławią – w wadze piórkowej walczyć miał Jasio Brychlik. Na Skrze byłem jego sparingpartnerem. Trener Stamm powiedział, że prawdopodobnie wystąpię w trzecim meczu, w Bielsku-Białej. Tej szansy nie mogłem zmarnować. W każdą walkę kontrolną wkładałem cały swój entuzjazm i determinację. Jasio był sprytnym bokserem, ale zmuszałem go do maksymalnej koncentracji. Jego styl walki, technika, znakomita praca nóg w tych sparingach procentowały. Brychlik był mańkutem, walczył z odwrotnej pozycji. Doskonale pamiętam jeden z jego ciosów, taki prawy odczepny, którym oganiał się ode mnie, schodził z linii ciosu. Były to bardzo trudne sparingi, ale dla młodego pięściarza na dorobku bardzo pouczające. Dziennikarze, którzy odwiedzili nas przed meczem z Francją, jednogłośnie orzekli, że walka Brychlika z Kulejem była najładniejsza.

Wreszcie Torwar – mecz Polska -Francja. Otrzymaliśmy karty wstępu, ale dresu z napisem „Polska” jeszcze wówczas nie miałem. Siedziałem wśród kolegów w „cywilnym” sweterku. Było to moje pierwsze międzypaństwowe spotkanie oglądane na żywo z trybun. Mazurek Dąbrowskiego i Marsylianka, dostojna atmosfera. Byłem równie przejęty jak ci stojący w ringu. Rozpoczęły się walki. Dwie z nich szczególnie utkwiły mi w pamięci. Stuprocentowym faworytem był dla mnie Leszek Drogosz. Doskonale pamiętałem go ze Skry, gdy z nisko opuszczonymi rękami tańczył na ringu, ośmieszając sparingpartnerów, a przy okazji aplikując im czyste ciosy.

5

Jego przeciwnikiem na Torwarze był as ekipy francuskiej, Saluden. Występ w Warszawie był jednym z ostatnich w szeregach pięściarzy amatorów. Jeszcze przed pojedynkiem zaznaczał w wypowiedziach prasowych, że jego ewentualne zwycięstwo nad Drogoszem będzie miało duży asppekt reklamowy przed podpisaniem kontraktu zawodowego. Trener ekipy francuskiej, Fernand Vianey bardzo liczył na Saludena. Podkreślał, że w meczach międzypaństwowych nie przegrał on ani jednej walki. Francuzi przed przyjazdem do Polski wygrali w Glasgow ze Szkocją 14:6, a u siebie, w Le Mans, pokonali wyraźnie Rumunów 16:4. Do 1958 roku Polacy dwukrotnie zmierzyli się z ekipą znad Sekwany: w 1938 na własnym terenie wygraliśmy 14:2, a w 1954 – w Paryżu pokonaliśmy ich 12:8. Na Torwarze też byliśmy faworytami a prawie pewne punkty miał Leszek Drogosz.



Niestety sprawdziły się przepowiednie naszego masażysty, Stasia Zielińskiego. Mój faworyt nie bardzo umiał sobie poradzić z walczącym z odwrotnej pozycji przeciwnikeim. Chwila nieuwagi i prawy sierp Francuza ląduje na szczęce Drogosza. „Czarodziej ringu” leży na deskach. Szok...! Była to waga lekkopółśrednia, następna kategoria: półśrednia. Naszych barw bronił w tej wadze Guziński z Pabianic. Polak, wysoki, szczupły miał za przeciwnika francuskiego murzyna CZARNOSKÓREGO. Kolorowe tatuaże na smołowato czarnej skórze znamionowały byłego marynarza, dysponującego iście kulturystyczną muskulaturą. Lśniąca bielą guma chroniła jego zęby i wywinięte, krwistoczerwone wargi. Znałem potencjalne możliwości Guzińskiego, boksera odznaczającego się znakomitą pracą nóg, walczące luźno i z fantazją. Dowodem, że nie jest to byle kto była finalowa walka z łeszkiem Drogoszem w mistrzostwach Polski. „Czarodziej ringu” był liczony. Co prawda tytuł zdobył ostatecznie Drogosz, ale zdaniem wielu obserwatorów Guzińskiego skrzywdzono. Potężne ciosy Murzyna CZARNOSKÓREGO FRANCUZA o milimetry mijały głowę Polaka. Każdy z nich miał siłę młota parowego. Gdyby sięgnął celu, nie obyłoby się bez interwencji lekarza. A Guziński był spokojny, luźny. Znakomicie wyczuwał dystans, robiąc doskonały użytek ze swoich umiejętności poruszania się po ringu. Przetrwał pierwsze trzy minuty. Na początku drugiej rundy machnął potężnym prawym, a Guziński dosłownie musnął go lewym sierpowym w brodę. Murzyn CZARNOSKÓRY już nie wyprostował się, w pochyleniu pozostał przez chwilę po czym runął na twarz. Nie podniósł się do 10. Był to ciężki, klasyczny knock-out. Było to w roku 1958, a ja wciąż to widzę! Murzyn CZARNOSKÓRY leży, szczęka mu wypadła. Chce się poodnieść. Nogami podchodzi, a głowa – przy macie. Potem go podnieśli. Wyrywał się, szukał narożnika... Długo, długo po ogłoszeniu werdyktu, Murzyn nie wiedział co się właściwie z nim stało.

Te dwie walki – Drogosza i Guzińskiego otworzyły mi oczy na stara prawdę: W boksie nie ma silnych. Faworyt Drogosz ze swą wspaniałą techniką za moment nieuwagi zapłacił przegraną. Guziński nie dał się zastraszyć potężnej muskulaturze i udowodnił, że w boksie nie ma z góry skazanych na porażkę. Bardzo przeżyłem ten mecz. Po powrocie do hotelu miałem chyba podwyższoną temperaturę.

Nie był to jednak koniec wrażeń. Trenerzy Nowara i Szczepan polecili mi zgłosić się do Feliksa Stamma. „Jak ci się podobał mecz?” – powitał mnie Papa. „Bardzo mi się podobał” – opowiadam o Guzińskim, że pokonał takiego groźnego przeciwnika. „Jak on go znokautował?” – pytam. „No wiesz trafił go lewym sierpowym” – odpowiada Stamm z takim spokojem jakby o wyniku pojedynku wiedział jeszcze przed rozpoczęciem walki.

Następne pytanie trenera było już bardzo konkretne: „Ile ważysz?” „Jakieś 58 kg, mam jeden kilogram nadwagi do piórkowej. Ten kilogram mam po kolacji, jutro będzie wszystko w porządku”. „Masz więc tu dwa kwitki i zjedz sobie porządną podwójną kolację”. Zupełnie zaniemówiłem. Na widok mojej niezbyt mądrej miny, trener spokojnie ciągnął dalej: „Widziałeś walkę Walczaka w lekkiej?”

Oczywiście. Walczak, pięściarz z Bydgoszczy wygrał swój pojedynek, ale w trakcie jednego ze zwarć pękł mu łuk brwiowy, został więc wyeliminowany ze składu na mecz z Jugosławią. Mecz miał się odbyć za dwa dni, właśnie w Bydgoszczy. Trener Stamm postanowił, że w wadze lekkiej zastąpię Walczaka.

Z dwiema kartkami na kolację opuściłem pokój trenera. Nie wiem jak doszedłem do stołówki mieszczącej sie po drugiej stronie ulicy Wawelskiej. Nie mogłem zebrać myśli. Potem do wieczora krążyłem po Polach Mokotowskich. Wówczas były tam tylko pola – dużo świeżego powietrza. Po bezsennej nocy stawiłem się na ringu. Musialem wyglądać dość marnie gdyż sam Papa Stamm zaaplikował mi mniej intensywny zestaw ćwiczeń. Największe kłopoty miałem z wagą. Jadłem dużo ale spalałem jeszcze więcej. Nerwy, nerwy...

Wszystkie ćwiczenia, walki kontrolne podczas ktorych przerabialiśmy pod okiem trenera rozmaite warianty walki, przydatne właśnie w tym konkretnym meczu, wykonywałem z ogromnym zapałem. Tuż przed odjazdem do Bydgoszczy wziął mnie na tarczę po raz pierwszy sam Feliks Stamm. Starałem się zadawać ciosy jak najdokładniej. Trener trzymał tarczę bardzo blisko głowy, pozorując sytuację, jaka może powstać w ringu. Błąd narażał trzymającego tarczę na nokautujące trafienie. Papa Stamm nie pozwalał sobie jednak na asekurację. Trzeba było bić mocno, precyzyjnie i szybko – tylko tacy pięściarze zyskiwali uznanie w oczach trenera. Tak więc starałem się jak mogłem. Ten pierwszy egzamin zaliczyłem pomyślnie. Papa był zadowolony!

W Bydgoszczy zaopiekowali się nami przedstawiciele Przedsiębiorstwa Imprez Sportowych. Zawodnicy dostali czerwone dresy z białymi lampasami oraz czerwone spodenki i białe koszulki. Na dresie najważniejszy dla mnie napis: POLSKA. Chuchałem i dmuchałem na swój ekwipunek. Po kolacji, gdy nikogo nie było w łazience, zabarykadowałem drzwi podstawiając szczotkę pod klamkę. Założyłem dres, wszedłem na taboret, by obejrzeć się w lustrze.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna