Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona8/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   26

- Jestem matką pułkownika Aureliana Buendii - oznaj­miła.

Wartownicy zagrodzili jej drogę. „Tak czy owak wejdę - uprzedziła ich Urszula. - Toteż jeżeli macie rozkaz strzelać, zaczynajcie od razu". Odepchnęła wartownika i weszła do dawnej klasy, gdzie grupa rozebranych żołnierzy czyściła broń. Oficer w mundurze polowym, z różową twarzą, i w okularach z bardzo grubym szkłem, wykwintnym gestem 'dał wartownikom znak, by się wycofali.

- Jestem matką pułkownika Aureliana Buendii - powtórzyła Urszula.

- Chce pani powiedzieć - poprawił oficer z uprzejmym uśmiechem - że jest pani czcigodną matką pana Aureliana Buendii.

W jego wyszukanym sposobie mówienia Urszula rozpo­znała rozwlekły akcent Cachacos, mieszkańców płaskowyżu.

- Jak pan sobie życzy, proszę p a n a - zgodziła się - byle tylko pozwolono mi go zobaczyć.

Istniały już odgórne rozkazy zabraniające odwiedzać ska­zanych na śmierć, ale oficer na własną odpowiedzialność udzielił jej pozwolenia na piętnastominutową rozmowę. Urszula pokazała mu, co niesie w zawiniątku: zmianę czystej bielizny, trzewiki, które jej syn włożył w dzień swego wesela, i słoik z leguminą przechowaną dla niego od dnia, kiedy ją zawiadomił o swoim powrocie. Pułkownik Aureliano Buendia leżał rozciągnięty na łóżku polowym w karcerze, z rozpostartymi rękami, gdyż miał owrzodzone pachy. Po­zwolono mu się ogolić. Gęsty wąs o zakręconych końcach podkreślał jego kanciaste kości policzkowe. Urszuli wydał się bledszy i mizerniejszy niż wtedy, gdy odszedł, trochę wyższy i bardziej samotny niż kiedykolwiek. Był poinformowany o wydarzeniach w rodzime: o samobójstwie Pietra Crespiego, o nadużyciach i rozstrzelaniu Arcadia, obłędzie Josego Arcadia Buendii zamieszkałego pod kasztanem. Wiedział, że Amaranta poświęciła swoje dziewicze wdowieństwo wy­chowaniu Aureliana Josego i że ten wykazuje wyjątkowe zdolności - uczył się czytać i pisać jednocześnie z nauka mówienia. Od chwili kiedy weszła do pokoju, Urszula czuła się onieśmielona surową dojrzałością syna, jego autorytatyw­nym sposobem bycia i blaskiem władzy promieniującej z jego postaci. Zdziwiła się, że jest tak dobrze zorientowany. „Wiesz przecież, że jestem jasnowidzem - zażartował i dodał poważnie: - Dziś rano, kiedy mnie prowadzili, miałem wrażenie, że już raz przez to wszystko przeszedłem". Na­prawdę idąc przez wzburzony tłum Aureliano pogrążony był we własnych myślach, zadziwiony, jak postarzało się miasto w ciągu jednego roku. Migdałowce miały poszarpane liście. Domy, pomalowane na niebiesko, później na czerwono i z powrotem na niebiesko, przybrały w końcu barwę nieokreśloną.

- Czegoś się spodziewał? - westchnęła Urszula. - Czas mija.

- To prawda - przyznał Aureliano - ale nie aż tak bardzo. Tym sposobem wizyta, tak długo wyczekiwana, do której oboje przygotowali pytania, a nawet przewidzieli odpowie­dzi, była znów zwykłą rozmową codzienną. Kiedy wartow­nik oznajmił koniec widzenia, Aureliano wyjął spod maty na łóżku polowym plik przepoconych papierów. Były to jego wiersze. Te pisane do Remedios, które zabrał z sobą odjeż­dżając, i te, które układał później, podczas przypadkowych przerw wojennych. „Przyrzeknij mi, że nikt ich nie przeczyta - powiedział. - Jeszcze dziś wieczorem wrzucisz je do pieca". Urszula przyrzekła i wstała, żeby pocałować go na pożegnanie.

- Przyniosłam ci rewolwer - szepnęła.

Pułkownik Aureliano Buendia sprawdził, że strażnika nie sil w polu widzenia. „Do niczego mi nie jest potrzebny -odpowiedział cicho. - Ale daj mi go, bo może będą cię rewidować przy wyjściu". Urszula wyjęła rewolwer zza stanika, a on wsunął go pod nakrycie łóżka. „A teraz nie żegnaj się - zakończył uroczyście i spokojnie. - Nie proś o nic nikogo ani nie poniżaj się przed nikim. Wyobraź sobie, ze rozstrzelano mnie już dawno". Urszula przygryzła wargi, żeby nie wybuchnąć płaczem.

- Przyłóż sobie gorących kamieni na wrzody - powie­działa.

Odwróciła się i wyszła z pokoju. Pułkownik Aureliano Buendia stał zamyślony aż do chwili, gdy zamknęły się drzwi. Wtedy znów się położył z rozpostartymi ramionami. Od pierwszych lat młodzieńczych, kiedy zdał sobie sprawę z własnych przeczuć, myślał, że śmierć musi zapowiedzieć swe nadejście jakimś określonym znakiem, nieomylnym i nie­odwołalnym, ale oto już za kilka godzin miał umrzeć, a sygnał nie nadchodził. Kiedyś pewna bardzo piękna kobie­ta weszła do jego obozu w Tucurinca i poprosiła strażników, żeby pozwolili jej się z nim zobaczyć. Przepuścili ją, gdyż znali fanatyzm pewnych matek, które posyłały swoje córki do sypialni najsławniejszych bojowników, aby, jak same to określały, poprawić rasę. Pułkownik Aureliano Buendia koń­czył tej nocy poemat o człowieku zagubionym w deszczu, kiedy dziewczyna weszła do pokoju. Odwrócił się od niej plecami, by schować kartę papieru do szuflady, gdzie zawsze składał swoje wiersze. I wtedy poczuł to. Nie odwracając głowy chwycił za pistolet w szufladzie.

- Nie strzelaj, proszę - powiedział. Kiedy zwrócił się do niej z nabitym pistoletem, dziewczy­na opuściła swój nie wiedząc, co robić. W ten sam sposób uniknął czterech z jedenastu zasadzek. Natomiast ktoś, kogo nigdy nie złapano, wszedł pewnej nocy do siedziby rewoluc­jonistów w Manaure i zamordował sztyletem jego bliskiego przyjaciela, pułkownika Magnifica Visbala, któremu Aureliano odstąpił swoje łóżko, żeby tamten mógł wypocić gorącz­kę. Śpiąc w hamaku w tym samym pokoju, nic nie słyszał. Na próżno próbował ująć swe przeczucia w jakiś system, Przychodziły nagle, w porywie jakiejś nadprzyrodzonej jas­ności widzenia, jako przekonanie absolutne, ale chwilowe i nieuchwytne. Czasem były tak naturalne, że nie rozpo­znawał ich wróżebnego znaczenia aż do chwili, gdy się sprawdzały. Kiedy indziej były wyraźnie określone, ale się nie spełniły. Często były to zwykłe przejawy zabobonu. Ale kiedy skazano go na śmierć i pozwolono wyrazić ostatnie życzenie, nie miał najmniejszej trudności z rozpoznaniem przeczucia, które mu podyktowało odpowiedź.

- Proszę, żeby wyrok wykonano w Macondo - po­wiedział.

Przewodniczący trybunału skrzywił się.

- Nie bądź pan taki sprytny, Buendia — powiedział. - To manewr, żeby zyskać na czasie.

- Jeśli się nie zgodzicie, to wasza rzecz - powiedział pułkownik - ale taka jest moja ostatnia wola.

Od tego czasu przestały go nawiedzać przeczucia. Tego dnia, kiedy Urszula odwiedziła go w więzieniu, po długich rozmyślaniach doszedł do wniosku, że tym razem śmierć przyjdzie bez zapowiedzi, bo nie zależy od przypadku, tylko od jego oprawców. Nie spał w nocy, dręczony bólem wrzodów pod pachami. Na krótko przed świtem usłyszał kroki na korytarzu. „Idą" - mruknął i pomyślał, nie wiado­mo dlaczego, o swoim ojcu, który w tej chwili myślał o nim, w posępnym świcie pod kasztanem. Nie czuł strachu ani tęsknoty, tylko wewnętrzną furię na myśl, że ta sztuczna nie pozwoli mu poznać końca tylu spraw, które wił nie rozwiązane. Otworzyły się drzwi i wszedł strażnik z kubkiem kawy. Nazajutrz o tej samej godzinie był "wciąż w tym samym stanie ducha, wściekły z powodu bólu pod pachami, i powtórzyło się dokładnie to samo. W czwar­tek poczęstował strażników leguminą od matki, włożył czy­stą bieliznę, za ciasną na niego, i lakierowane buty. Jeszcze w piątek go nie rozstrzelano.

W gruncie rzeczy nie mieli odwagi wykonać wyroku. Wzburzenie ludności przekonało władze wojskowe, że roz­strzelanie pułkownika Aureliana Buendię przyniesie poważne skutki polityczne nie tylko w Macondo, ale w całym okręgu moczarów, zasięgnięto więc rady dowództwa w stolicy pro­wincji. W sobotę wieczorem, podczas gdy czekano na od­powiedź, kapitan Roque Carnicero poszedł do sklepiku Catarina. Tylko jedna kobieta, niemal pod naciskiem groźby, odważyła się zabrać go do swego pokoju. „Nie chcą spać z kimś, o kim wiedzą, że umrze - wyznała mu. — Nikt nie wie, jak to będzie, ale wszyscy mówią, że oficer, który da rozkaz rozstrzelania pułkownika Aureliana Buendii, i wszys­cy żołnierze plutonu, jeden po drugim, zostaną wymordo­wani wcześniej czy później, choćby skryli się na koniec świata". Kapitan Roque Carnicero powiedział o tym innym oficerom, a ci z kolei swoim zwierzchnikom. W niedzielę, aczkolwiek nikt nie oznajmił tego otwarcie i żaden rozkaz nie zmącił napiętego spokoju tych dni, całe miasto wiedziało, że oficerowie pod pierwszym lepszym pretekstem zdecydowani są uniknąć odpowiedzialności za egzekucję. Poczta ponie­działkowa przyniosła rozkaz oficjalny: egzekucja ma zostać wykonana w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Tej nocy oficerowie włożyli do czapki siedem karteczek ze swoimi nazwiskami i nieubłagane przeznaczenie kapitana Roque'a Carnicera wskazało mu naznaczoną kartkę. „Od przekleństwa człowiek się nie uchroni - powiedział z głęboka goryczą. - Urodziłem się pod ciemną gwiazdą i tak samo umrę". O piątej rano wybrał sobie pluton drogą losowania, ustawił go na dziedzińcu i obudził skazańca złowieszczym zdaniem:

- Idziemy, Buendia - powiedział - wybiła twoja godzina.

- Ach, więc to było to - odpowiedział pułkownik - śniło mi się, że pękły mi wrzody.

Rebeka Buendia wstawała o trzeciej nad ranem, odkąd dowiedziała się, że Aureliano będzie rozstrzelany. W ciemnej sypialni, siedząc na łóżku wstrząsanym odgłosami chrapania Josego Arcadia, przez półotwarte okno patrzyła na mur cmentarny. Czekała cały tydzień z tym samym skrytym uporem, z jakim niegdyś wyczekiwała listów Pietra Crespiego. „Nie przyprowadzą go tutaj - mówił jej Jose Arcadio.

- Rozstrzelają go o północy w koszarach, żeby nikt się nie dowiedział, kto dowodził plutonem, i tam go od razu zakopią". Rebeka wciąż czekała. „Są tak głupi, że go tu rozstrzelają" - odpowiadała. Tak była pewna, że umyśliła sposób otworzenia drzwi, żeby przesłać mu pożegnanie ręką. „Nie będą go prowadzić ulicą - twierdził Jose Arcadio - z sześcioma przestraszonymi żołnierzami. Wiedzą, że ludzie są gotowi na wszystko". Nie zważając na logiczne dowodze­nia męża, Rebeka tkwiła przy oknie.

- Zobaczysz, że są aż tak głupi - powtarzała. We wtorek rano Jose Arcadio wypił już kawę i wypuścił psy, kiedy Rebeka zatrzasnęła okno i uchwyciła poręcz łóżka, żeby nie upaść. „Prowadzą go — jęknęła. - Jak pięknie wygląda!" Jose Arcadio wyjrzał przez okno i zobaczył brata drżącego z zimna w jasności poranka, w spodniach, które w młodości należały do niego. Stał już zwrócony plecami do muru, z rękoma na biodrach, bo palące guzy pod pachami nie pozwalały mu ich opuścić. „Tyle rozrabiania – mruczał pułkownik Aureliano Buendia. — Tyle pieprzenia po to, żeby człowieka zamordowało sześciu tchórzów i nic się nie dało zrobić". Powtarzał to z taką wściekłością, że sprawiało to wrażenie religijnego zapału i kapitan Roque Carnicero wzru­szył się, przypuszczając, że pułkownik się modli. Kiedy pluton wziął go na cel, furia zmaterializowała się w jakąś substancję kleistą i gorzką, która sparaliżowała mu język i zmusiła do zamknięcia oczu. Wtedy zniknął metaliczny blask świtu i Aureliano zobaczył siebie jako małego chłopca, w krótkich spodenkach, z kokardą przy kołnierzyku, i swego ojca prowadzącego go do wnętrza namiotu w pewne słonecz­ne popołudnie, i ujrzał przed sobą lód. Kiedy usłyszał krzyk, pomyślał, że to komenda dla plutonu. Otworzył oczy z mro­żącą krew w żyłach ciekawością, oczekując spotkania z ogni­sta trajektorią kuł, ale zobaczył tylko kapitana Roque'a Carnicera z rękami podniesionymi do góry i Josego Arcadia przechodzącego na drugą stronę ulicy ze swoją straszliwą dubeltówką złożoną do strzału.

- Nie strzelaj pan - powiedział kapitan do Josego Ar­cadia. - To Opatrzność pana przysyła.

Tak rozpoczęła się nowa wojna. Kapitan Roque Carnicero i jego sześciu ludzi ruszyli za pułkownikiem Aurelianem Buendia, żeby uwolnić generała rewolucji Victoria Medinę, skazanego na śmierć w Riohacha. Zamierzali zyskać na czasie przechodząc przez góry drogą, którą szedł Jose Arcadio Buendia, aby założyć Macondo, ale przed upływem tygodnia przekonali się, że jest to zamiar nie do wykonania. Musieli więc przebyć niebezpieczny szlak stromych skał, bez amuni­cji, oprócz tej, którą rozporządzał pluton egzekucyjny. Biwa­kowali w pobliżu miasteczek i jeden z żołnierzy ze złotą rybką w ręku szedł tam w biały dzień i nawiązywał kontakt z zakonspirowanymi liberałami, którzy następnego dnia ru­szali na polowanie, żeby już nie wrócić. Kiedy z dalekiej przełęczy dostrzegli Riohacha, generał Victorio Medina zo­stał już rozstrzelany. Powstańcy ogłosili pułkownika Aureliana Buendię przywódcą sił rewolucyjnych wybrzeża karaib­skiego w randze generała. Przyjął stanowisko, ale odrzucił awans i przyrzekł sobie, że nie przyjmie go, dopóki nie obali rządów konserwatystów. Po trzech miesiącach zdołał uzbroić ponad tysiąc ludzi, ale prawie wszyscy wyginęli. Ocaleni dotarli do granicy wschodniej. Następna wieść o nich głosiła, że wylądowali na przylądku Vela przybywając z archipelagu Antyli. Wkrótce potem telegraficzny komunikat rządowy, rozpowszechniony na cały kraj, podał wiadomość o śmierci pułkownika Aureliana Buendii. Niemniej w dwa dni później inny telegram z niemal równym rozgłosem jak poprzedni doniósł o wybuchu rebelii na równinach południowych. Tak zaczęła się legenda o wszechobecności pułkownika Aureliana Buendii. Równoczesne i sprzeczne z sobą informacje głosiły, że zwyciężył w Villanueva, że poniósł klęskę w Guacamayal, że zjedli go Indianie-tubylcy z Motiión, że zmarł w pewnej wsi na moczarach i stanął na czele nowego powstania w Urumita. Przywódcy liberałów, prowadzący wówczas ro­kowania w sprawie reprezentacji w parlamencie, ogłosili go awanturnikiem, który nie może reprezentować partii. Rząd narodowy obwołał go bandytą i wyznaczył za jego głowę cenę pięciu tysięcy pesos. Po szesnastu porażkach pułkownik Aureliano Buendia wyszedł z Guajiry z dwoma tysiącami dobrze uzbrojonych Indian i zaskoczywszy garnizon podczas snu opanował Riohacha. Tu ustanowił swoją kwaterę głów­ną i ogłosił wojnę totalną przeciwko rządowi. Pierwszą wiadomością, jaką otrzymał od rządu, była pogróżka roz­strzelania pułkownika Gerinelda Marqueza w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin, jeżeli pułkownik Buendia nie wycofa się ze swoimi siłami aż do granicy wschodniej. Pełen konsternacji pułkownik Roque Carnicero, ówczesny szef sztabu, wręczył mu telegram. Aureliano jednak przeczytał go z nieoczekiwaną radością.

- To świetnie - wykrzyknął. - Mamy więc już telegraf w Macondo.

Jego odpowiedź była jednoznaczna. W ciągu trzech mie­sięcy zamierza przenieść siedzibę sztabu generalnego do Macondo. Jeżeli nie zastanie przy życiu pułkownika Gerinelda Marqueza, rozstrzela bez sądu wszystkich oficerów, któ­rych w tym czasie będzie miał w niewoli, poczynając od generałów, i wyda swoim podwładnym rozkazy, aby po­stępowali w podobny sposób aż do zakończenia wojny. W trzy miesiące później, gdy wszedł jako zwycięzca do Macondo, pierwszym, który go witał na drodze, był pułkow­nik Gerineldo Marquez.

Dom był pełen dzieci. Na żądanie Urszuli zamieszkała tam Santa Sofia de la Piedad ze starszą córką i bliźniętami urodzonymi w pięć miesięcy po rozstrzelaniu Arcadia. Wbrew ostatniej woli rozstrzelanego Urszula ochrzciła dzie­wczynkę imieniem Remedios. „Jestem pewna, że to właśnie chciał Arcadio powiedzieć - oświadczyła. - Nie nazwiemy jej Urszula, bo to imię przynosi cierpienie". Bliźniakom nadała imiona Jose Arcadio Drugi i Aureliano Drugi. Amaranta zajęła się wszystkimi dziećmi. Umieściła drewniane stołeczki w salonie i założyła przedszkole dla dzieci z sąsiedztwa. Kiedy wrócił pułkownik Aureliano Buendia wśród trzasku fajerwerków i bicia dzwonów, w domu przywitał go chór dziecięcy. Aureliano Jose, wysoki jak jego dziadek, ubrany jak oficer rewolucji, oddał mu honory wojskowe.

Nie wszystkie wiadomości były pomyślne. W rok po ucieczce pułkownika Aureliana Buendii Jose Arcadio i Rebe­ka zamieszkali w domu zbudowanym przez Arcadia. Nikt nie dowiedział się o ich interwencji podczas egzekucji Aureliana. Nowy budynek położony w najlepszym punkcie rynku, w cieniu migdałowca uprzywilejowanego przez drozdy, któ­re założyły tam aż trzy gniazda, z wielkimi drzwiami wejścio­wymi i czterema oknami, stał się domem otwartym dla gości. Dawne przyjaciółki Rebeki, wśród nich cztery siostry Moscote, dotychczas niezamężne, wznowiły popołudniowe gawędy przy hafcie, przerwane przed laty na ganku z begoniami. Jose Arcadio nadal korzystał z zagarniętych bezprawnie ziem, których tytuły własności zostały uznane przez rząd konserwa­tystów. Co dzień pod wieczór widziano go powracającego konno ze sforą psów, dubeltówką i parą zajęcy przytroczoną do siodła. Pewnego wrześniowego popołudnia z powodu nadciągającej burzy powrócił do domu wcześniej niż zwykle, Przywitał się z Rebeką w jadalni, uwiązał psy, zawiesił zające w kuchni, żeby je później zasolić, i poszedł się przebrać do sypialni. Rebeka oświadczyła później, że kiedy jej mąż wszedł do sypialni, ona zamknęła się w łazience i nic nie słyszała. Wersja trudna do uwierzenia, ale nie było innej, bardziej prawdopodobnej, i nikt nie mógł sobie wyobrazić, dlaczego Rebeka miałaby zamordować mężczyznę, który ją uszczęśli­wił. Była to może jedyna tajemnica, której nigdy nie wyjaś­niono w Macondo. Ledwo Arcadio zamknął drzwi sypialni, wystrzał z pistoletu wstrząsnął domem. Strużka krwi wypły­nęła spod drzwi, przez cały salon, aż na ulicę, biegnąc prosto po nierównych chodnikach, w dół i pod górę, przepłynęła wzdłuż ulicę Turków, skręciła w prawo, a potem w lewo, załamała się pod "kątem prostym przed domem Buendiów wdarła się przez zamknięte drzwi do salonu, biegnąc tuż przy ścianie, by nie brudzić dywanu, potem przez następny pokój, okrążyła z daleka stół w jadalni, przecięła ganek z begoniami przepływając niepostrzeżenie pod krzesłem Amaranty, która w tej chwili miała lekcję arytmetyki z Aurelianem Josem, przebiegła przez spiżarnię i pojawiła się w kuchni, gdzie Urszula zamierzała wbić trzydzieści sześć jajek do ciasta.

- Matko Najświętsza! - krzyknęła Urszula. Pobiegła śladem krwi w przeciwnym kierunku, poszukując jej źródła, przez spiżarnię, przez ganek z begoniami, gdzie Aureliano Jose skandował, że trzy plus trzy to sześć, a sześć i trzy to dziewięć, biegła dalej przez jadalnię i salony, na ulicę, wciąż za strumyczkiem krwi, skręciła w prawo, potem w lewo, aż na ulicę Turków, nie pamiętając, że wciąż ma na sobie fartuch piekarski i bambosze. Potem znalazła się na rynku i po śladach czerwonej strużki weszła do domu, w którym nigdy nie była przedtem. Pchnęła drzwi do sypialni, krztusząc się dymem spalonego prochu, i znalazła Josego Arcadia leżącego twarzą do podłogi na sztylpach, które zdążył jeszcze ściągnąć, i zobaczyła źródło strugi krwi, która przestała już płynąć z jego prawego ucha. Na ciele nie znaleziono żadnej rany i nie zdołano odnaleźć broni. Nie można było także pozbyć się ostrego zapachu prochu, który wydzielały zwłoki. Najpierw wy­szorowano trupa trzykrotnie mydłem i szczotką, potem nacierano go solą i octem, potem popiołem i cytryną, a wreszcie wsadzono do beczki z ługiem i pozostawiono na sześć godzin. Tyle go szorowano, że zaczęły się odbarwiać arabeski tatuażu. Kiedy wpadli na rozpaczliwy pomysł przy­prawienia go pieprzem, kminkiem i liściem laurowym i pod­grzewania na małym ogniu, zaczął rozkładać się i trzeba go było czym prędzej pogrzebać. Zamknięto go herme­tycznie w specjalnej trumnie, dwa metry i trzydzieści centymetrów długości, jeden metr i dziesięć centymetrów sze­rokości, umocnionej wewnątrz sztabami żelaza i przykręcanej śrubami ze stali, ale nawet wtedy czuć było jeszcze odór na ulicach, którymi przeszedł pogrzeb. Ojciec Nicanor, ze spuchniętą wątrobą i brzuchem napiętym jak bęben, po­błogosławił trumnę ze swego łóżka. Chociaż po kilku mie­siącach wzmocniono grób nadbudową murów i wsypano między ściany sprasowany popiół, trociny i niegaszone wap­no, cmentarz cuchnął prochem jeszcze przez wiele lat, do czasu kiedy inżynierowie z Kompanii Bananowej przykryli grób pancerzem z betonu. Zaledwie wyniesiono jego trupa, Rebeka zamknęła drzwi swego domu i pogrzebała się żyw­cem pod grubą skorupą pogardy dla świata, której żadna pokusa ziemska nie zdołała przebić. Pewnego razu, bardzo już wiekowa, wyszła na ulicę w pantoflach koloru starego srebra i w kapeluszu zdobnym w maleńkie kwiatuszki w czasie gdy nawiedził miasto Żyd Wieczny Tułacz, i spro­wadziła upał tak straszliwy, że ptaki przebijały druciane siatki w oknach, żeby wyzionąć ducha w sypialniach. Ostatni raz widziano ją żywą, kiedy celnym strzałem uśmierciła złodzieja, który usiłował wyważyć drzwi jej domu. Oprócz Argenidy, służącej i powiernicy, nikt się z nią odtąd nie stykał. W swo­im czasie mówiono, że pisuje listy do biskupa, którego uważała za swego ciotecznego brata, ale nie dowiedziano się, czy otrzymała odpowiedź. Miasto zapomniało o niej.

Mimo swego triumfalnego powrotu pułkownik Aureliano Buendia nie dał się zwieść pozorom. Wojska rządowe ustę­powały bez oporu, co wywoływało wśród liberalnej ludności złudzenie zwycięstwa, którego nie należało rozpraszać, ale rewolucjoniści znali prawdę, a przede wszystkim znał ją pułkownik Aureliano Buendia. Chociaż w obecnej chwili miał pod swoją komendą przeszło pięć tysięcy ludzi i rządził w dwóch stanach nadmorskich, zdawał sobie sprawę, że jest przyparty do morza i uwikłany w sytuację polityczną tak niejasną, że gdy rozkazał odbudować wieżę kościelną zburzo­ną wystrzałem armatnim wojska, ojciec Nicanor na swoim łożu boleści oświadczył: „To nie do pojęcia, obrońcy wiary Chrystusa burzą świątynię, a masoni ją odbudowują". Szuka­jąc wyjścia z matni Aureliano spędzał całe godziny w biurze telegraficznym, rozmawiając z dowódcami innych placówek, i coraz bardziej ulegał wrażeniu, że wojna znalazła się w ślepym zaułku. Kiedy nadchodziły wieści o nowych trium­fach liberałów, ogłaszano je w radosnych komunikatach, ale on mierzył na mapie prawdziwy zasięg swej władzy i rozu­miał, że jego zwolennicy coraz dalej brną w puszczę, broniąc się przeciwko malarii i komarom, posuwając się w kierunku odwrotnym do rzeczywistości. „Tracimy czas - skarżył się swoim oficerom. - Tracimy czas, kiedy tamci tchórze z partii żebrzą o stołek w parlamencie". Podczas bezsennych nocy, leżąc na wznak w hamaku zawieszonym w tej samej izbie, gdzie kiedyś czekał na egzekucję, przywoływał przed oczy obraz ubranych na czarno adwokatów opuszczających w chłodny poranek pałac prezydencki, w paltach z koł­nierzami podniesionymi aż do uszu, rozcierających ręce, szepczących, szukających schronienia w ciemnych kawiaren­kach, żeby rozważyć, co chciał powiedzieć prezydent mówiąc tak" albo co rozumiał, kiedy powiedział „nie", albo nawet zastanawiać się, co prezydent myślał mówiąc o rzeczy zupeł­nie inne, podczas gdy on Auraliano Buendia odganiał komary w temperaturze trzydziestu pięciu stopni, czując, że zbliża się straszliwy ranek, kiedy będzie musiał wydać swoim ludziom rozkaz rzucenia się do morza.

Którejś niespokojnej nocy, kiedy Filar Ternera śpiewała na dziedzińcu z żołnierzami, poprosił ją o wróżbę z kart.

„Pilnuj swoich ust" - było wszystkim, co udało się jej odczytać po trzykrotnym złożeniu i rozłożeniu kart. Nie wiem, co to znaczy, ale sygnał jest bardzo jasny: „uważaj na usta".

W dwa dni później ktoś podał ordynansowi kubek z niesłodzoną kawą, a ten dał go drugiemu, a tamten jeszcze następnemu, aż z ręki do ręki kubek dotarł do biurka pułkownika Aureliana Buendii. Nie prosił przedtem o kawę, ale skoro ją przyniesiono, wypił. Zawierała dozę trucizny z orzecha wystarczającą do zabicia konia. Kiedy zaniesiono go do domu, był już sztywny, wygięty w łuk, z wywalonym na wierzch językiem. Urszula wyrwała go śmierci. Po wy­płukaniu żołądka środkami na wymioty owinęła go w gorące pledy i karmiła białkami przez dwa dni do czasu, gdy wyniszczone ciało odzyskało normalną temperaturę. Czwar­tego dnia niebezpieczeństwo minęło. Wbrew własnej woli, pod presją Urszuli i oficerów pozostał w łóżku jeszcze tydzień. Dopiero wtedy dowiedział się, że nie spalono jego wierszy. „Nie chciałam się spieszyć - wytłumaczyła mu Urszula. - Tamtej nocy, kiedy miałam zamiar rozpalić piec, pomyślałam sobie, że lepiej będzie poczekać, aż przyniosą zwłoki". W mgle rekonwalescencji, w otoczeniu zakurzo­nych lalek Remedios, pułkownik Aureliano Buendia czytając wiersze przypominał sobie decydujące momenty swego życia. Znów zaczął pisać. Przez wiele godzin, z dala od zmiennych losów wojny bez perspektywy, utrwalał w rymowanych wierszach swoje przeżycia na krawędzi śmierci. I wtedy jego myśli stały się tak jasne, że mógł widzieć na wskroś. Pew­nego wieczoru zapytał pułkownika Gerinelda Marqueza:



1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna