Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona7/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   26

Pietro Crespi stracił panowanie nad sobą. Płakał bezwstyd­nie, wyłamując sobie palce z rozpaczy, ale nie zdołał jej wzruszyć. „Nie trać czasu - powiedziała Amaranta. - Jeżeli naprawdę tak bardzo mnie kochasz, nie pokazuj się tu już więcej". Urszula omal nie oszalała ze wstydu. Pietro Crespi wyczerpał ostatnie zasoby zdolności błagania. Doszedł do niewiarygodnych krańców poniżenia. Całe popołudnie prze­płakał na kolanach Urszuli, która sprzedałaby duszę, żeby go pocieszyć. W deszczowe noce krążył z jedwabnym parasolem wokół domu, wyglądając światła w sypialni Amaranty. Ni­gdy nie był piękniej ubrany niż w tym czasie. Jego boska głowa udręczonego Cezara przybrała blask dziwnej wspaniałości. Zadręczał przyjaciółki Amaranty, te, które przychodzi­ły haftować na ganku, prosząc, by ją próbowały przekonać. Zaniedbał interesy. Spędzał dnie w kantorku za sklepem pisząc obłąkane liściki, w których posyłał Amarancie zasu­szone motyle i płatki kwiatów, a które ona odsyłała nie otwarte. Zamykał się na całe godziny, by grać na lutni. Pewnej nocy zaczął śpiewać. Macondo rozbudziło się w jakiejś niebiańskiej egzaltacji, słuchając dźwięków lutni zbyt pięknych, by pochodziły z tego świata, i głosu tak przepełnionego miłością, że nie można było sobie nawet wyobrazić sobie istnienia na tej ziemi. Pietro Crespi widział wtedy światła we wszystkich oknach miasteczka oprócz okien Ama­ranty. Drugiego listopada, w Dzień Zaduszny, jego brat otworzył sklep i ujrzał wszystkie lampy zapalone, wszystkie pozytywki otwarte i wszystkie zegary wydzwaniające jakąś godzinę bez końca, a pośród tego oszalałego koncertu zna­lazł Pietra Crespiego przy biurku w kantorku za sklepem, z przeciętymi brzytwą żyłami i z rękami zanurzonymi w miednicy z benzoesem.

Urszula zażądała, by czuwano przy zwłokach w jej domu. Ojciec Nicanor sprzeciwił się uroczystościom żałobnym i po­grzebaniu zmarłego w poświęconej ziemi. Urszula stawiła mu czoło. „W pewnym sensie, którego ani ja, ani ksiądz nie możemy zrozumieć, ten człowiek był świętym - powiedziała. - Pochowam go więc wbrew woli księdza obok grobu Melquiadesa". Tak też zrobiła, z poparciem całego miasta wyprawiając wspaniały pogrzeb. Amaranta nie wyszła ze swej sypialni. Słyszała ze swego łóżka płacz Urszuli, kroki i szepty ciżby, która zawładnęła domem, zawodzenie płaczek, a potem głuchą ciszę nabrzmiałą wonią zdeptanych kwiatów. Długi jeszcze czas o zmierzchu czuła woń lawendy Pietra Crespiego, ale dość miała siły, by nie popaść w obłęd. Urszula nie chciała jej znać, nie podniosła nawet wzroku, by ulitować się nad nią pewnego popołudnia, kiedy Amaranta weszła do kuchni i wsunęła dłoń w rozpalony żar trzymającą tam, póki nie zabolało jej tak, że już nie czuła bólu tylko swąd spalonego ciała. Była to końska kuracja na wyrzuty sumienia. Przez wiele dni chodziła po domu z ręką w kubku z białkami, a gdy wygoiły się oparzenia, zdawało się, że lekarstwo zabliźniło także rany w jej sercu. Jedynym do­strzegalnym śladem przeżytej tragedii był czarny bandaż, którym owinęła poparzoną rękę i nosiła go do śmierci.

Arcadio dał wyraz niezwykłej wielkoduszności ogłaszając oficjalną żałobę po śmierci Pietra Crespiego. Urszula zro­zumiała to jako powrót zbłąkanej owcy do zagrody. Pomyliła się jednak. Straciła Arcadia nie z chwilą, gdy włożył mundur wojskowy, lecz od pierwszych chwil jego życia. Myślała, że wychowała go jak własnego syna, tak samo jak Rebekę, bez przywilejów i bez dyskryminacji. Arcadio był jednak dziec­kiem zalęknionym i osamotnionym, pośród plagi bezsenno­ści, gorączkowej krzątaniny Urszuli, szaleństw Josego Arcadia Buendii, hermetyzmu Aureliana i śmiertelnej rywaliza­cji między Amaranta i Rebeką. Aureliano nauczył go czytać i pisać myśląc o czym innym, tak jakby to zrobił ktoś obcy. Dawał mu swoje zniszczone ubrania, które przerabiała na niego Visitación. Arcadio cierpiał z powodu swoich za dużych butów, cerowanych spodni i kobiecych pośladków. Z nikim nie potrafił porozumieć się tak dobrze jak z Visita­ción i Cataure w ich języku. Tylko Melquiades zajmował się nim naprawdę, kazał mu słuchać swoich niezrozumiałych tekstów, uczył go sztuki dagerotypii. Nikt sobie nawet nie wyobrażał, jak bardzo opłakiwał Arcadio w duszy jego śmierć i z jaką skrytą rozpaczą usiłował przywrócić go do życia w daremnym wertowaniu jego pergaminów. Szkota, gdzie na niego zważano i gdzie go szanowano, a później władza, nieodwołalne proklamacje i olśniewający mundur zdjęły z niego brzemię dawnej goryczy. Pewnej nocy w skle­piku Catarina ktoś odważył się powiedzieć mu: „Nie za­sługujesz na nazwisko, które nosisz". Wbrew oczekiwaniu wszystkich Arcadio nie kazał go rozstrzelać.

- Nic dziwnego - powiedział - nie jestem Buendia. Ci, co znali tajemnicę jego pochodzenia, myśleli wobec tej repliki, że on także wie o tym, on jednak w rzeczywistości nigdy tego nie wiedział. Pilar Ternera, jego matka, której widok burzył mu krew, była dla niego taką samą nieodpartą obsesją jak niegdyś dla Josego Arcadia, a później dla Aureliana. Chociaż straciła już swe wdzięki i wspaniałość swego śmiechu, on .szukał jej i znajdował w smudze zapachu dymu, który wszędzie za sobą zostawiała. Na krótko przed wojną, pewnego popołudnia, kiedy przyszła do szkoły po swego młodszego syna później niż zwykle, Arcadio czekał na nią w tej samej klasie, gdzie od czasu objęcia władzy nad miastem zazwyczaj sypiał po obiedzie, a później zainstalował dyby. Podczas gdy dziecko bawiło się na podwórku, czekał w swoim hamaku, drżąc z niepewności, wiedząc, że Pilar Ternera będzie musiała przejść tamtędy. Przyszła. Arcadio chwycił ją za przegub dłoni i usiłował wciągnąć do hamaka. „Nie mogę, nie mogę - szeptała Pilar Ternera przerażona. - Nie wiesz, jakbym chciała cię zadowolić, ale Bóg mi świadkiem, że nie mogę". Arcadio schwytał ją wpół ze swoją olbrzymią siłą i uczuł, że świat znika sprzed jego oczu przy dotknięciu jej skóry.

- Nie rób z siebie świętej - powiedział. - Wszyscy wiedzą, że jesteś kurwą.

Pilar zapanowała nad obrzydzeniem, jakie w niej budził jej przeklęty los.

- Dzieci zobaczą - szepnęła. - Czekaj na mnie w nocy, nie zamykaj drzwi na zasuwkę.

Arcadio czekał na nią tej nocy, dygocąc jak w febrze na swoim hamaku. Nie spał słuchając świerszczy podnieconych bliskością świtu i rytmicznego brzęczenia bąków, coraz bardziej przekonany, że go oszukano. Nagle, kiedy niecierp­liwość rozpłynęła się w furii, skrzypnęły drzwi. Parę miesięcy później przed plutonem egzekucyjnym Arcadio miał wskrze­sić echo kroków w pustej klasie, potykanie się o ławki, a w końcu bliskość ciała w ciemnościach i ruch powietrza pulsującego biciem serca innego niż jego własne. Wyciągnął ramię i napotkał rękę z dwoma pierścionkami na jednym palcu, zagubioną w ciemności. Poczuł żyły tętniące pulsem swego przeznaczenia i wilgotną dłoń z linią życia przeciętą u nasady dużego palca ciosem śmierci. Wtedy zrozumiał, że to nie jest kobieta, na którą czekał, bo nie pachniała dymem, lecz wodą kwiatową, piersi miała małe i ślepe, z sutkami małymi jak mężczyzna, łono twarde i okrągłe jak orzech i egzaltowaną czułość niedoświadczenia. Była dziewicą o nie­wiarygodnym imieniu Santa Sofia de la Piedad. Pilar Ternera zapłaciła jej pięćdziesiąt pesos, połowę oszczędności całego życia, żeby zrobiła to, co teraz miała zrobić. Arcadio widywał ją wiele razy, jak obsługiwała mały sklepik spożywczy należą­cy do jej rodziców, i nigdy nie zwrócił na nią uwagi, gdyż posiadała niezwykle rzadką zaletę istnienia tylko w odpo­wiednich po temu momentach. Ale od tego dnia zwijała się w kłębek jak kot w cieple jego ramion. Przychodziła do szkoły podczas drzemki popołudniowej, za zgodą swych rodziców, którym Pilar Ternera wypłaciła za to drugą poło­wę oszczędności. Później, kiedy oddziały rządowe zarek­wirowały szkołę, kochali się pośród puszek smalcu i worków kukurydzy na zapleczu sklepiku. W tym czasie, gdy Arcadio mianowany został szefem cywilnym i wojskowym, urodziła się im córka.

Z rodziny wiedzieli o tym tylko Jose Arcadio i Rebeka, z którymi Arcadio utrzymywał wtedy bliskie stosunki, wyni­kające nie tyle z pokrewieństwa, co ze wspólnictwa w winie.

Jose Arcadio ugiął kark pod jarzmem małżeńskim. Stanow­czy charakter Rebeki, jej zachłanność seksualna i uparta ambicja zagarnęły i wchłonęły niepospolitą energię jej męża, który z włóczęgi i kobieciarza zmienił się w olbrzymie zwierzę pociągowe. Dom mieli czysty i utrzymany w porząd­ku. Rebeka otwierała go na oścież o świcie, a wiatr znad grobów wpadał przez okna i wychodził drzwiami na po-' dworko zostawiając fosfor rozsypujących się kości na pobie­lanych ścianach i meblach. Głód ziemi, grzechotanie kości rodziców i niecierpliwość krwi w obliczu bierności Pietra Crespiego zostały zepchnięte w dalekie zakamarki pamięci. Rebeka cały dzień haftowała przy oknie, głucha na odgłosy wojny, aż do chwili, kiedy gliniane dzbany zaczęły dźwięczeć w kredensie; wtedy podnosiła się, żeby odgrzać jedzenie, na długo zanim ukazały się uszargane w błocie psy myśliwskie, a za nimi kolos z dubeltówką i w sztylpach z ostrogami, czasem niosąc na ramieniu sarnę, a prawie zawsze kilka zajęcy albo dzikich kaczek. Pewnego popołudnia na począt­ku swoich rządów Arcadio przyszedł ich odwiedzić. Nie widywali go od czasu, gdy opuścili dom, ale okazał się tak czuły i pełen rodzinnych uczuć, że zaprosili go, by podzielił z nimi posiłek.

Dopiero przy kawie Arcadio ujawnił powód swojej wizy­ty: otrzymał donos na Josego Arcadia. Zarzucano mu, że po zaoraniu własnego podwórza orał dalej sąsiednie pola, obala­jąc płoty i równając z ziemią cudze gospodarstwa, póki nie przywłaszczył sobie siłą najlepszych włości w okolicy. Na chłopów, których nie ograbił, bo nie interesowały go ich ziemie, nałożył daninę, którą pobierał co sobotę uzbrojony w dubeltówkę i z psami myśliwskimi. Nie zaprzeczył temu. Swoje roszczenia opierał na tym, że zagrabione ziemie zo­stały rozdzielone przez Josego Arcadia Buendię w czasach zakładania Macondo i jego zdaniem można było dowieść, że jego ojciec już wtedy był szalony, ponieważ rozporządził się majątkiem, który w rzeczywistości należał do ich rodziny. Były to niepotrzebne tłumaczenia, bo Arcadio nie przyszedł tu, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Zaproponował po pros­tu utworzenie biura kastralnego, tak by J osę Arcadio zalega­lizował swój tytuł do zagrabionej ziemi pod warunkiem, że przekaże lokalnej władzy prawo do pobierania daniny. Do­szli do porozumienia. Po latach, kiedy pułkownik Aureliano Buendia przejrzał tytuły własności, odkrył, że na nazwisko jego brata były zarejestrowane wszystkie ziemie dostrzegalne ze wzgórza jego podwórka aż po horyzont, nie wyłączając cmentarza, i że podczas jedenastu miesięcy sprawowania władzy Arcadio nie tylko przywłaszczył sobie pieniądze z kontrybucji, ale również te, które pobierał od ludzi za prawo grzebania zmarłych na włościach Josego Arcadia.

Dopiero po wielu miesiącach Urszula dowiedziała się tego, o czym wiedzieli wszyscy, gdyż ukrywali przed nią prawdę, żeby nie zwiększać jej cierpienia. Zaczęła coś podejrzewać:

,,Arcadio buduje dom" — zwierzyła się z udaną dumą swoje­mu mężowi, próbując wsadzić mu do ust łyżkę syropu z tykwy. Jednakże westchnęła mimo woli: „Nie wiem dla­czego, ale to wszystko jakoś mi się nie podoba". Później, kiedy dowiedziała się, że Arcadio nie tylko ukończył budowę domu, ale zamówił wiedeńskie meble, utwierdziła się w po­dejrzeniu, że przywłaszczył sobie fundusze publiczne. „Przy­nosisz wstyd naszemu nazwisku" — krzyknęła pewnej nie­dzieli po mszy, kiedy zobaczyła go w jego nowym domu, grającego w karty ze swymi oficerami. Arcadio nie zwrócił na nią uwagi. Wtedy dopiero Urszula dowiedziała się, że ma sześciomiesięczną córkę i że Santa Sofia de la Piedad, z którą żył bez ślubu, znowu oczekuje dziecka. Postanowiła napisać do pułkownika Aureliana Buendii, gdziekolwiek by się znaj­dował, i powiadomić go o sytuacji. Wydarzenia najbliższych dni nie tylko przeszkodziły jej zamiarom, ale kazały jej żałować tego, że w ogóle je podjęła. Wojna, która dotychczas była tylko słowem na określenie czegoś niejasnego i dalekie­go, przybrała kształt konkretny w dramatycznej rzeczywisto­ści. Pod koniec lutego przybyła do Macondo stuletnia sta­ruszka na ośle obładowanym szczotkami. Robiła wrażenie osoby tak nieszkodliwej, że patrole wartownicze pozwoliły jej przejechać nie pytając o nic, jako jednej z licznych handlarek często przybywających tu z okolicy za moczarami. Skierowała się prosto do koszar. Arcadio przyjął ją w dawnej klasie, zamienionej obecnie w coś w rodzaju wartowni, gdzie obozowała straż, z hamakami zwiniętymi lub zawieszonymi na hakach, matami złożonymi na stertę w kącie, strzelbami, karabinami, a nawet bronią myśliwską porozrzucaną na podłodze. Staruszka stanęła na baczność w wojskowym ukłonie i przedstawiła się.

- Jestem pułkownik Gregorio Stevenson.

Emisariusz przynosił złe wieści. Ostatnie ogniska oporu liberałów były w trakcie likwidacji. Pułkownik Aureliano Buendia, którego pozostawił wycofującego się z okolicy Riohacha, wysłał go z misją przekazania poleceń Arcadiowi. Powinien bez oporu oddać miasto, stawiając jako warunek słowo honoru, że uszanuje się życie i majątek liberałów. Arcadio zmierzył wzrokiem pełnym politowania tego dziw­nego posłańca, którego można było wziąć za uciekającą "babcię.

- Ma pan oczywiście jakiś dokument pisany - powiedział

- Oczywiście - odpowiedział emisariusz - nie mam. Łat­wo chyba zrozumieć, że w tych okolicznościach nie miewa się przy sobie tajnych dokumentów.

To mówiąc wyjął zza pazuchy i położył na stole złotą rybkę. „To chyba wystarczy" - powiedział. Arcadio spraw­dził, że jest to istotnie jedna z rybek wykonanych przez pułkownika Aureliana Buendię. Ale ktoś mógł ją ku przed wojną albo ukraść i tym samym nie miała wartości jako znak rozpoznawczy. Posłaniec musiał posunąć się do ostate­czności, jaką była zdrada tajemnicy wojskowej, żeby uwie­rzono w jego tożsamość. Wyznał, że jedzie z misją do Curacao, gdzie miał nadzieję zebrać uchodźców z całego regionu karaibskiego, jak również zaopatrzyć się w broń i amunicję wystarczającą, by spróbować akcji odwetowej pod koniec roku. Licząc na ten plan pułkownik Aureliano Buendia przeciwny był ponoszeniu zbędnych ofiar. Ale Arcadio okazał się nieugięty. Kazał uwięzić posłańca, dopóki nie sprawdzi jego tożsamości, i postanowił bronić posterunku aż do śmierci.

Nie musiał długo czekać. Wieści o klęsce liberałów były coraz bardziej konkretne. Pod koniec marca, pewnego po­ranka przedwczesnej pory deszczowej, pełen napięcia spokój poprzednich tygodni przerwały nagle rozpaczliwe dźwięki kornetu i zaraz potem wystrzał armatni, który rozniósł wieżę kościoła. Opór, jaki zamierzał stawić Arcadio, był zaiste szaleństwem. Dysponował zaledwie pięćdziesięcioma źle uzbrojonymi ludźmi, z maksymalnym wyposażeniem dwu­dziestu naboi dla każdego. Ale byli wśród nich jego dawni uczniowie, porwani górnolotnymi hasłami, gotowi poświęcić skórę dla sprawy straconej. Pośród tupotu butów, sprzecz­nych rozkazów, wystrzałów armatnich, od których drżała ziemia, oszalałego terkotu karabinów i dźwięków kornetu, rzekomy pułkownik Stevenson zdołał rozmówić się z Arcadiem. „Oszczędź mi haniebnej śmierci więźnia w tych kobiecych łachach - powiedział mu. - Jeżeli muszę umrzeć chcę zginąć w walce". Arcadio zgodził się. Kazał mu dać karabin z dwudziestoma nabojami i zostawiono go z pięcio­ma ludźmi w koszarach, których miał bronić, podczas gdy on sam ze sztabem wyruszył na front oporu. Nie zdołał nawet dojść do drogi na moczary. Barykady na ulicach zostały .zmiecione i obrońcy walczyli na otwartym polu, póki starczyło amunicji - najpierw z karabinami w ręku, potem pistoletami przeciwko karabinom, a w końcu wręcz. W ob­liczu nieuchronnej klęski kilka kobiet uzbrojonych w kije i noże kuchenne rzuciło się na ulicę. W tym zamieszaniu Arcadio spotkał Amarantę, która poszukiwała go jak wariatka, w koszuli nocnej, z dwoma starymi pistoletami Josego Arcadia Buendii. Oddał swój karabin oficerowi, którego rozbrojono w walce, i zniknął razem z Amarantą w bocznej uliczce, żeby ją zaprowadzić do domu. Urszula czekała na nich w progu, obojętna na salwy, które otworzyły olbrzymią wyrwę w fasadzie sąsiedniego budynku. Deszcz ustępował, ale ulice były gładkie i śliskie, jakby pokropione rozpuszczonym mydłem, i trzeba było odgadywać odległość w ciemno­ściach. Arcadio zostawił Amarantę z Urszulą i próbował f przeciwstawić się dwóm żołnierzom, którzy na ślepo strzelali j zza rogu. Stare pistolety, przez długie lata przechowywane w szafach, nie działały. Osłaniając Arcadia własnym ciałem Urszula usiłowała wciągnąć go do domu.

- Chodź, na Boga - krzyczała - już dosyć szaleństw! Żołnierze wzięli ich na cel.

- Niech go pani puści, niech pani odejdzie - krzyknął jeden z nich - albo nie ręczymy za pani życie.

Arcadio pchnął Urszulę w kierunku domu i poddał się. Trochę później umilkły wystrzały i rozbrzmiały dzwony. Opór został zlikwidowany w niecałe pół godziny. Nie ocalał ani jeden z ludzi Arcadia, ale zanim zginęli, położyli trupem trzystu żołnierzy. Ostatnim bastionem były koszary. Zanim przypuszczono szturm, domniemany pułkownik Gregorio Stevenson uwolnił więźniów i rozkazał swoim ludziom, żeby wyszli bić się na ulicę. Niezwykła ruchliwość i nieomylna celność strzałów, jakie oddał z różnych okien zużywając swoje dwadzieścia nabojów, wywołały wrażenie, że koszary są dobrze bronione, i atakujący roznieśli je dopiero z pomocą artylerii. Kapitan kierujący akcją zdziwił się znajdując puste ruiny i jedynego martwego człowieka w kalesonach, z nie nabitym karabinem, który jeszcze kurczowo ściskał ramię oderwane od tułowia. Miał bujne kobiece włosy spięte na karku grzebieniem, a na szyi szkaplerz ze złotą rybką. Odwróciwszy go końcem buta, żeby obejrzeć jego twarz, kapitan zdumiał się. „Gówno!" - wykrzyknął. Inni oficero­wie podeszli bliżej.

- Patrzcie, gdzie spotykamy tego człowieka - powiedział kapitan. - To przecież Gregorio Stevenson!

O świcie po krótkim sądzie wojennym rozstrzelano Arcadia pod murem cmentarza. Przez dwie ostatnie godziny swego życia na próżno starał się zrozumieć, dlaczego zniknął strach dręczący go od dzieciństwa. Niewzruszony, nie troszcząc się nawet o wykazanie swojej nowej odwagi, słuchał nie kończących się oskarżeń. Myślał o Urszuli, która w tej godzinie na pewno popijała kawę pod kasztanem z Josem Arcadiem Buendią. Myślał o swojej ośmiomiesięcznej córce, która jeszcze nie miała imienia, i o dziecku, które miało się urodzić. Myślał o matce tych dzieci, którą ubiegłej nocy pozostawił peklującą kozła na sobotni obiad, i zatęsknił do jej spadających na ramiona włosów, do jej rzęs, które spra­wiały wrażenie sztucznych. Myślał o swojej rodzinie bez wzruszenia, w surowym obrachunku z życiem, zaczynając rozumieć, jak bardzo w rzeczywistości kochał te osoby, których najbardziej nienawidził. Przewodniczący sądu wo­jennego rozpoczął swoje końcowe przemówienie, nim Arcadio zdał sobie sprawę, że minęły dwie godziny. „Gdyby nawet dowiedzione zarzuty nie ważyły aż nadto - mówił przewodniczący - nieodpowiedzialna i zbrodnicza lekkomyś­lność, z jaką oskarżony pchnął swoich podwładnych na niepotrzebną śmierć, wystarczyłaby, żeby zasłużył na najwyż­szą karę". W zdemolowanej szkole, gdzie po raz pierwszy poznał smak władzy, o kilka metrów od sali, gdzie poznał niepokój miłości, Arcadio uznał za śmieszny ten formalizm śmierci. W rzeczywistości nie miała dla niego znaczenia śmierć, tylko życie, i dlatego wrażenie, jakiego doznał po ogłoszeniu wyroku, nie było strachem, lecz tęsknotą. Nie powiedział nic, dopóki nie zapytano go, jaka jest jego ostatnia wola.

- Powiedzcie mojej żonie - odpowiedział głosem opano­wanym - żeby dziewczynce nadała imię Urszula. - Przerwał i dodał po chwili: - Urszula, jak jej babka. I powiedzcie jej także, że jeżeli urodzi się chłopiec, niech nazwie go Jose Arcadio, ale nie na cześć stryja, tylko dziadka.

Zanim zaprowadzono go pod mur, ojciec Nicanor usiło­wał przygotować go na śmierć. „Niczego nie żałuję" - po­wiedział Arcadio i po wypiciu filiżanki czarnej kawy oświad­czył, że jest gotów stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Dowódca plutonu, specjalista od wykonywania wyroków zbiorowych, miał nazwisko, które było czymś znacznie wię­cej niż przypadkiem: kapitan Roque Carnicero. W drodze na cmentarz w nie ustającym deszczu Arcadio zauważył rysującą się na horyzoncie i promieniującą blaskiem środę. Tęsknota rozwijała się wraz z mgłą, a jej miejsce zajęła ogromna ciekawość. Dopiero gdy kazano mu stanąć tyłem do muru, Arcadio ujrzał Rebekę z mokrymi włosami, w suk­ni w różowe kwiaty, otwierającą dom na przestrzał. Machnął do niej ręką pragnąc, by go poznała. Rzeczywiście Rebeka spojrzała mimochodem w stronę muru i stanęła jak wryta, sparaliżowana grozą; z trudem przemogła się, żeby przesłać Arcadiowi ręką znak pożegnania. Arcadio odpowiedział jej w ten sam sposób. W tej samej chwili zwróciły się ku niemu czarne od dymu paszcze karabinów i usłyszał słowo po słowie śpiewane encykliki Melquiadesa, echo zagubionych kroków dziewicy imieniem Santa Sofia de la Piedad w klasie i uczuł w nosie tę samą zastygłą twardość lodu, którą zauważyli patrząc na nozdrza martwej Remedios. „Ach, do diabła - zdążył pomyśleć — zapomniałem powiedzieć, że jeśli urodzi się dziewczynka, żeby jej dano imię Remedios". I wtedy, w jednym rozdzierającym trzewia szarpnięciu, uczuł znowu cały skoncentrowany lęk, który go dręczył za życia. Kapitan dał rozkaz ognia. Arcadio ledwie zdążył wyprężyć pierś i podnieść głowę nie rozumiejąc, skąd płynie gorąca ciecz, która parzy mu uda. - Łajdaki - krzyknął - niech żyje partia liberalna!



W maju zakończyła się wojna. Na dwa tygodnie przed oficjalną deklaracją rządu, zapowiadającą bezlitosne kary dla organizatorów rebelii, pułkownik Aureliano Buendia dostał się do niewoli w chwili, kiedy już miał przekroczyć zachod­nią granicę w przebraniu indiańskiego czarownika. Z dwu­dziestu jeden ludzi, którzy poszli za nim na wojnę, czternastu zginęło w walce, sześciu było rannych i tylko jeden towarzy­szył mu w momencie ostatecznej klęski - pułkownik Gerineldo Marquez. Wiadomość o jego schwytaniu ogłoszono w Macondo w obwieszczeniu nadzwyczajnym. „Żyje - poin­formowała Urszula swego męża. - Prośmy Boga, żeby jego wrogowie okazali mu litość". Po trzech dniach płaczu, pewnego popołudnia, kiedy przygotowywała leguminę mleczną, usłyszała wyraźnie głos swego syna tuż przy uchu. „Aureliano - krzyknęła biegnąc pod kasztan, żeby podzielić się wiadomością z mężem. - Nie wiem, jak stał się ten cud, ale on żyje i wkrótce go zobaczymy". Przyjęła to za pewnik. Kazała umyć podłogi w domu i przestawić meble. W tydzień później pogłoska niewiadomego pochodzenia, nie poparta obwieszczeniem, potwierdziła tę dramatyczną przepowied­nię. Pułkownik Aureliano Buendia został skazany na śmierć i wyrok ku przestrodze ludności miał być wykonany w Ma­condo. W pewien poniedziałkowy ranek, o godzinie dziesią­tej dwadzieścia, Amaranta ubierała małego Aureliana Josego, gdy usłyszała daleki zgiełk i odgłos trąbki, a w sekunda później wpadła do pokoju Urszula z krzykiem: „Już go prowadzą". Żołnierze uderzeniami kolb próbowali ujarzmić wzburzony tłum. Urszula i Amaranta pobiegły na rozstaje, torując sobie drogę kuksańcami, i wtedy ujrzały go. Wy­glądał jak żebrak, ubranie miał poszarpane, zmierzwione włosy i brodę. Szedł boso nie czując dławiącego kurzu, z rękami związanymi na plecach liną przytroczoną do siodła oficerskiego konia. Przy nim szedł, także obdarty i wynędz­niały, pułkownik Gerineldo Marquez. Nie byli smutni. Wy­dawali się raczej oszołomieni przez tłum, który obrzucał wojsko stekiem wszelkiego rodzaju przekleństw.

- Synu mój - krzyknęła Urszula wśród zgiełku i uderzyła żołnierza, który ją usiłował powstrzymać. Koń oficera spło­szył się. Wtedy pułkownik Aureliano Buendia przystaną) drżąc, wysunął się z objęć swojej matki i utkwił w niej twarde spojrzenie.

- Wracaj do domu, mamo - powiedział - poproś władze o pozwolenie i przyjdź mnie odwiedzić w więzieniu.

Spojrzał na Amarantę, która stała niepewnie dwa kroki za Urszulą, i uśmiechnął się pytając: „Co ci się stało w rękę?". Amaranta uniosła dłoń z czarnym bandażem. „Oparzenie" - powiedziała i odsunęła Urszulę, żeby nie stratowały jej konie. Wojsko zaczęło strzelać. Specjalny oddział otoczył więźniów i truchtem zaprowadzono ich do koszar.

O zmierzchu Urszula odwiedziła w więzieniu pułkownika Aureliana Buendię. Starała się uzyskać pozwolenie za pośred­nictwem don Apolinara Moscote, ten jednak utracił wszelki autorytet wobec wszechwładzy wojska. Ojciec Nicanor leżał chory na atak wątroby. Rodzice pułkownika Gerinelda Marqueza, który nie był skazany na śmierć, próbowali się z nim zobaczyć i wypchnięto ich kolbami. Nie mogąc znaleźć posłańców, przekonana, że jej syna rozstrzelają o świcie, Urszula zapakowała rzeczy, które chciała mu zanieść, i sama poszła do koszar.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna