Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona6/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26
, kiedy haftowała na ganku z begoniami, Pietro dotrzymywał jej towarzystwa. Amaranta, którą on zawsze traktował jak dziecko, nagle objawiła mu się jako kobieta. Brakowało jej wdzięku, ale miała wyjątkową subtelność i przenikliwość spojrzenia na sprawy tego świata i skrywała w sobie niewypowiedzianą tkliwość. W pewien wtorek, kiedy już nikt nie wątpił, że później lub wcześniej musi się to stać Pietro Crespi poprosił ją, by została jego żoną. Amaran­ta nie przerwała roboty. Poczekała, aż przejdzie gorący rumieniec sięgający po czubki uszu, a głos przybierze spokoj­ną dojrzałość.

- Oczywiście, Crespi - powiedziała - ale kiedy się lepiej poznamy. Niedobrze jest przyspieszać bieg rzeczy.

Urszula oburzyła się. Pomimo szacunku, jakim darzyła Pietra Crespiego, nie udawało jej się ustalić, czy jego decyzja jest dobra, czy zła z moralnego punktu widzenia po długim i głośnym narzeczeństwie z Rebeką. W końcu przyjęła to jako fakt moralnie obojętny, ponieważ nikt nie podzielał jej wątpliwości. Aureliano, który był głową rodziny, stropił ją do reszty swoją enigmatyczną i kategoryczną opinią:



- Nie czas teraz myśleć o małżeństwach.

Opinia ta, którą Urszula zrozumiała dopiero wiele miesię­cy później, była jedyną szczerą, jaką mógł wyrazić Aureliano w tamtej chwili nie tylko na temat małżeństwa, ale i każdej innej sprawy, oprócz wojny. On sam przed plutonem eg­zekucyjnym nie mógł dobrze zrozumieć, jaki łańcuch połączył serię drobnych, ale nieodwołalnych przypadków, które doprowadziły go do tego punktu. Śmierć Remedios nie wstrząsnęła nim tak, jak się obawiał. Było to raczej uczucie głuchej furii, które stopniowo słabło, aż przerodziło się w samotne i bierne poczucie klęski, zawód podobny do tego, i przeżywał w czasie, gdy pogodził się z myślą o życiu bez kobiety. Znowu pogrążył się w pracy, ale zachował zwyczaj grania w warcaby ze swoim teściem. W dotkniętym żałobą domu nocne rozmowy zacieśniały więź przyjaźni między dwoma mężczyznami. „Ożeń się drugi raz, Aurelito - po­wtarzał jego teść. - Mam jeszcze sześć córek do wydania". Pewnego dnia, przed wyborami, don Apolinar Moscote wrócił z jednej ze swych częstych podróży zaniepokojony sytuacją polityczną kraju. Liberałowie byli zdecydowani wszcząć wojnę. Ponieważ Aureliano w tym okresie miał nader niejasne wyobrażenie o różnicy między konserwaty­stami a liberałami, teść udzielał mu elementarnych lekcji. Liberałowie - tłumaczył mu - są masonami, ludźmi złych zasad, żądają wieszania księży, wprowadzenia ślubów cywil­nych i rozwodów, zrównania praw dla dzieci legalnie i niele­galnie urodzonych, podziału kraju według systemu federal­nego, który pozbawi najwyższą władzę siły. Konserwatyści natomiast, którzy otrzymali władzę bezpośrednio od Boga, głosili stałość porządku publicznego i moralność w życiu rodzinnym, bronili wiary w Chrystusa, zasad władzy i nie zamierzali dopuścić do rozbicia kraju na jednostki auto­nomiczne. Ze względów humanitarnych Aureliano sympaty­zował z postawą liberałów, popierając żądanie równości praw dla dzieci naturalnych, w żaden sposób jednak nie rozumiał, jak można dojść do takiej ostateczności jak wojna z powodu rzeczy, których nie można dotknąć ręką. Wydawa­ło mu się przesadą ze strony teścia to, że do miasteczka, które nie znało namiętności politycznych, kazał wysłać sześciu uzbrojonych w karabiny żołnierzy pod wodzą sierżanta. Q jednak nie tylko przybyli, lecz krążyli z domu do domu konfiskując broń myśliwską, maczety, a nawet noże kuchen­ne, zanim rozdali mężczyznom powyżej dwudziestu jeden lat niebieskie kartki z nazwiskami kandydatów konserwatystów i czerwone z nazwiskami kandydatów liberalnych. W przed­dzień wyborów don Apolinar Moscote publicznie odczytał obwieszczenie, które na przeciąg czterdziestu ośmiu godzin począwszy od północy w sobotę zabraniało sprzedaży napojów alkoholowych oraz zebrań gromadzących więcej niż trzy nie spokrewnione z sobą osoby. Wybory przebiegły bez incydentów. O ósmej rano w niedzielę zainstalowano na placu drewnianą urnę, której strzegło sześciu żołnierzy. Głosowano z całkowitą swobodą, jak to mógł sprawdzić sam Aureliano, który wraz ze swoim teściem prawie cały dzień pilnował, żeby nikt nie głosował więcej niż jeden raz. O czwartej po południu bicie dzwonów na placu oznajmiło koniec dnia wyborczego i don Apolinar Moscote zapieczęto­wał urnę dwoma skrzyżowanymi paskami papieru z własnym podpisem. Wieczorem grając w warcaby z Aurelianem kazał sierżantowi zerwać nalepki i przeliczyć głosy. Liczba kartek czerwonych i niebieskich była niemal równa, ale sierżant zostawił tylko dziesięć kartek czerwonych i uzupełnił różnicę niebieskimi. Później zapieczętowano urnę z powrotem nowy­mi nalepkami i następnego ranka zawieziono do stolicy prowincji.

- Liberałowie zaczną wojnę - powiedział Aureliano. Don Apolinar nie przerywał gry w warcaby.

- Jeżeli to mówisz z powodu zamiany kartek, to nie zaczną - odpowiedział. - Zostawia się parę kartek czerwo­nych, żeby nie było reklamacji.

Aureliano zrozumiał niekorzystną sytuację opozycji.

- Gdybym ja był liberałem - powiedział - wypowiedział­bym wojnę z powodu tych kartek. Teść spojrzał na niego ponad oprawką okularów.

- Słuchaj, Aurelito - powiedział - gdybyś ty był libera­łem, nie zobaczyłbyś zamiany kartek, chociaż jesteś moim zięciem.

Tym, co rzeczywiście wywołało oburzenie ludności, był nie rezultat wyborów, lecz fakt, że żołnierze nie zwrócili broni. Grupa kobiet zgłosiła się do Aureliana, żeby uzyskał u swego teścia nakaz zwrotu noży kuchennych. Don Apolinar Moscote wytłumaczył mu w ścisłym zaufaniu, że żołnierze zabrali skonfiskowaną broń jako dowód, że liberałowie szykują się do wojny. Cynizm tego wyznania przeraził Aureliana. Nic na to nie powiedział, ale pewnego wieczora, kiedy Gerineldo Marquez i Magnifico Visbal rozmawiając z innymi przyjaciółmi o incydencie z nożami, zapytali go, czy jest liberałem, czy też konserwatystą, Aureliano nie zawahał się:

- Jeżeli już trzeba czymś być, będę liberałem - powie­dział. - Bo konserwatyści to oszuści.



Nazajutrz, na żądanie przyjaciół, poszedł do doktora Alina Noguera z prośbą o poradę na rzekomy ból wątroby. Nie wiedział nawet, jaki był cel tej intrygi. Doktor Alirio Nogue­ra przybył do Macondo kilka lat temu z walizeczką pigułek bez smaku i maksymą medyczną, która nikomu nie przypadła do gustu: klin klinem. Rzeczywiście było to oszustwo. Pod niewinną maską nie docenianego lekarza ukrywał się terrory­sta, który butami sięgającymi do pół łydki zasłaniał blizny po kajdanach, noszonych przez pięć lat. Schwytany podczas pierwszej rebelii federalistów zdołał uciec na Curacao prze­brany w strój, którego najbardziej nienawidził na świecie: sutannę. Pod koniec długiego wygnania, zachęcony nowina­mi, które przywozili na Curacao wygnańcy z całego regionu karaibskiego, wsiadł na szkuner przemytników i pewnego dnia pojawił się w Riohacha z flakonami pigułek spreparo­wanych z rafinowanego cukru i dyplomem uniwersytetu w Lipsku, który sam sfałszował. Rozczarowanie było okru­tne. Ruch federalny, o którym zbiegowie mówili jak o loncie zapalnym gotowym do wybuchu, rozpłynął się w niejasnej nadziei na wybory. Rozgoryczony klęską, w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie mógłby spokojnie czekać staro­ści, fałszywy homeopata schronił się w Macondo. W ciasnej, wypełnionej pustymi buteleczkami izdebce wynajętej na rynku spędził kilka lat wśród nieuleczalnie chorych, którzy po wypróbowaniu wszystkiego szukali pociechy w pigułkach z cukru. Jego instynkty agitatora pozostawały uśpione, do­póki don Apolinar Moscote był władzą tylko formalną. Czas mijał mu na wspomnieniach i walce z własną astmą. Bliskość wyborów była tą nitką, która pozwoliła mu znowu dojść do wywrotowego kłębka. Nawiązał kontakt z młodymi ludźmi, którzy nie mieli wyrobienia politycznego, i pogrążył się w tajnej kampanii opozycyjnej. Liczne czerwone kartki, znajdujące się w urnie i przypisane przez don Apolinara Moscote właściwemu młodzieży duchowi przekory, były częścią jego planu: zmusił swoich uczniów do głosowania, zęby ich przekonać, że wybory to tylko farsa. „Jedynym środkiem skutecznym - mówił - jest przemoc". Większość przyjaciół Aureliana z zachwytem przyjmowała ideę zlik­widowania porządku konserwatystów, ale nikt nie odważył się wtajemniczyć go w te plany, nie tylko z powodu więzów łączących go z corregidorem, ale ze względu na jego charak­ter marzyciela i odludka. Wiedziano poza tym, że głosował na konserwatystów z polecenia teścia. Toteż tylko prosty przypadek ujawnił jego uczucia polityczne i tylko ciekawość skłoniła go do wizyty u lekarza i leczenia się z nie istniejącej choroby. W norze cuchnącej pajęczyną i kamforą zobaczył coś na kształt zakurzonej iguany, której płuca gwizdały przy oddechu. Nim zadał jakiekolwiek pytanie, doktor zaprowa­dził go do okna i obejrzał mu wewnętrzną stronę dolnej powieki. „To nie tam" - powiedział Aureliano, tak jak mu polecono. Namacał wątrobę końcami palców i dodał: „Stąd promieniuje ból, który nie pozwala mi spać". Wtedy doktor Noguera zamknął okno pod pretekstem zbyt mocnego słoń­ca i wytłumaczył mu w prostych słowach, dlaczego mor­dowanie konserwatystów jest obowiązkiem patriotycznym. Przez kilka dni Aureliano nosił przy sobie w kieszeni od koszuli buteleczkę. Wyciągał ją co dwie godziny, kładł trzy pastyleczki na dłoni i wrzucał do ust, żeby rozpuściły się powoli. Don Apolinar Moscote wyśmiał jego wiarę w ho-meopatię, ale spiskowcy rozpoznawali w nim jeszcze jednego ze swoich. W spisku uczestniczyli prawie wszyscy synowie założycieli miasta, chociaż żaden z nich nie wiedział, na czym polega akcja, którą sami przygotowują. Jednakże tego dnia kiedy lekarz wyjawił mu sekret, Aureliano odmówił przy­stąpienia do konspiracji. Jakkolwiek był wówczas przekona­ny o potrzebie zlikwidowania reżimu konserwatystów, plan wzbudził w nim zgrozę. Doktor Noguera w skrytości ducha był zwolennikiem porachunków osobistych. Jego system sprowadzał się do skoordynowania serii akcji indywidual­nych, które mistrzowskim ciosem o zasięgu ogólnokrajo­wym zlikwidowałyby wszystkich funkcjonariuszy reżimu ra­zem z rodzinami, a zwłaszcza dzieci, by zniszczyć konser­watyzm w zarodku. Don Apolinar Moscote, jego żona i sześć córek naturalnie znajdowali się na liście.

- Pan nie jest żadnym liberałem - spokojnie powiedział mu Aureliano. - Pan jest zwykłym rzeźnikiem.

- W takim razie - odpowiedział doktor z tym samym spokojem - oddaj mi buteleczkę. Już jej nie potrzebujesz.

Dopiero w sześć miesięcy później dowiedział się Aurelia­no, że doktor odsunął go od akcji jako człowieka sentymen­talnego, bez przyszłości, z charakterem biernym i skłonno­ściami do indywidualizmu. Próbowano go śledzić, w obawie, że wyda spisek. Aureliano uspokoił ich: nie piśnie ani słowa, ale tej nocy, kiedy pójdą mordować rodzinę Moscote, zastana go na straży przy drzwiach, których progu zabroni im przestąpić. Wydawał się tak zdecydowany i mówił tak prze­konująco, że plan przełożono na nieokreślony termin. W tych to dniach właśnie Urszula zapytała go, co myśli o małżeństwie Pietra Crespiego i Amaranty, a on odpowiedział, że nie czas teraz o tym myśleć. Od tygodnia nosił pod koszulą, staroświecki pistolet. Pilnował swoich przyjaciół. Po południu chodził na kawę do Josego Arcadia i Rebeki, którzy zaczynali urządzać swój dom, a od siódmej grywał w warcaby z teściem. Przy obiedzie rozmawiał z Arcadiem, który był już wspaniale rozwiniętym wyrostkiem i wydawał się coraz bardziej podniecony bliskością wojny. W szkole, gdzie chłopcy starsi od niego uczyli się razem z dziećmi, które dopiero zaczynały mówić, zaraził się gorączką liberal­ną. Mówiono, że trzeba rozstrzelać ojca Nicanora, przerobić kościół na szkołę, wprowadzić wolną miłość. Aureliano starał się hamować te młodzieńcze zapały. Zalecał mu dyskre­cję i ostrożność. Głuchy na jego spokojne rozumowanie, na jego poczucie rzeczywistości, Arcadio publicznie zarzucił mu słabość charakteru. Aureliano czekał cierpliwie. Wreszcie któregoś dnia, w początkach grudnia, Urszula wpadła wzbu­rzona do warsztatu. - Wybuchła wojna!

Stało się to już przed trzema miesiącami. Stan wyjątkowy panował w całym kraju. Jedynym, który o tym wiedział od początku, był don Apohnar Moscote, ale wiadomością Ą nie podzielił się nawet ze swoją żoną, póki nie przybył oddział wojska, żeby zająć miasteczko przez zaskoczenie. Weszli bez hałasu, przed świtem, z dwoma działami lekkiej artylerii ciągnionymi przez muły, i ustanowili kwaterę w szkole. Wprowadzono godzinę policyjną od szóstej po południu. Dokonano rewizji bardziej jeszcze drastycznej niż poprzednia, chodząc od domu do domu, i tym razem zabrano nawet narzędzia rolnicze. Doktor Noguera został siłą wywleczony z mieszkania, przywiązano go do drzewa na placu i rozstrzelano bez sądu. Ojciec Nicanor próbował wpłynąć na władzę wojskową cudem lewitacji, ale jeden z żołnierzy uderzeniem kolby ściągnął go z powrotem na ziemię. Egzaltacja liberalna zmieniła się w cichy terror. Aureliano, blady, zamknięty w sobie, nadal grał w warcaby z teściem. Rozumiał, że wbrew swemu obecnemu tytułowi szefa cywilnego i komendanta placu don Apolinar Moscote nadal sprawuje władzę tylko fikcyjną. Decyzję podejmował kapitan, który co rano ściągał dodatkowy haracz na obronę porządku publicznego. Któregoś dnia czterej żołnierze na jego rozkaz wywlekli z domu rodzinnego kobietę, ugryzioną przez wściekłego psa, i zatłukli ją ciosami kolby na środku ulicy. Pewnej niedzieli, w dwa tygodnie po zajęciu miasta, Aureliano poszedł do domu Gerinelda Marqucza i ze zwykłą sobie powściągliwością poprosił o kubek kawy bez cukru. Kiedy obaj zostali sami w kuchni, Aureliano przemówił z autorytetem, którego nigdy dotychczas nie słyszano w jego głosie:

- Przygotuj chłopców - powiedział. - Idziemy na wojnę. Gerineldo Marquez nie uwierzył mu.

- Skąd weźmiemy broń? - zapytał.

- Ich własną - odpowiedział Aureliano.

We wtorek o północy, w absurdalnej operacji, dwudziestu ludzi, którzy nie skończyli jeszcze trzydziestu lat, uzbrojo­nych w noże kuchenne i ostre narzędzia, pod dowództwem Aureliana Buendii, zaskoczyło oddział żołnierzy, zawładnęło bronią i rozstrzelało na dziedzińcu szkoły kapitana i swych czterech żołnierzy, którzy zamordowali kobietę.

Tej samej nocy, podczas gdy słychać było strzały plutonu egzekucyjnego, Arcadio został mianowany szefem cywilnym i wojskowym miasta. Ci spośród zbuntowanych, którzy byli żonaci, ledwie mieli czas pożegnać swoje żony, pozostawione własnemu losowi. Wyszli o świcie, żegnani przez ludność wyzwoloną spod terroru, by połączyć się z oddziałami gene­rała rewolucjonisty nazwiskiem Victorio Medina, który we­dług ostatnich wieści szedł w kierunku Manaure. Przed wyruszeniem w drogę Aureliano wyciągnął z szafy don Apolinara Moscote.

- Bądź pan spokojny, teściu - powiedział. - Nowy rząd gwarantuje pod słowem honoru osobiste bezpieczeństwo panu i pańskiej rodzinie.

W tym spiskowcu w wysokich butach i z przewieszoną przez ramię strzelbą don Apolinar Moscote z trudem rozpo­znał człowieka, z którym tego samego dnia jeszcze grał w warcaby aż do dziewiątej wieczór.

- Ależ to absurd, Aurelito - wykrzyknął.

- Żaden absurd - powiedział Aureliano. - To jest wojna. I proszę nie nazywać mnie Aurelito, bo jestem teraz pułkow­nikiem Aurelianem Buendią.



Pułkownik Aureliano Buendia zorganizował trzydzieści dwa zbrojne powstania i wszystkie przegrał. Miał siedemnas­tu synów z siedemnastoma kobietami i wszyscy, jeden po drugim, zginęli w ciągu jednej nocy, zanim najstarszy z nich skończył trzydzieści pięć lat. Wyszedł cało z czternastu zamachów, siedemdziesięciu trzech zasadzek i sprzed wycelo­wanych w niego karabinów plutonu egzekucyjnego. Wyżył po dawce podanej mu w kawie strychniny, wystarczającej do zabicia konia. Odmówił przyjęcia Orderu Zasługi, przyzna­nego mu przez prezydenta Republiki. Został głównodowo­dzącym sił rewolucyjnych, z władzą prawodawczą i wojs­kową sięgającą od granicy do granicy. Był człowiekiem, którego najbardziej ze wszystkich lękał się rząd, ale nigdy nie dał się sfotografować. Odrzucił dożywotnią rentę ofiarowaną mu po wojnie i do późnej starości utrzymywał się ze sprzedaży złotych rybek, które wyrabiał w swoim warsztacie w Macondo. Chociaż zawsze bił się w pierwszym szeregu, jedyną otrzymaną ranę zadał sobie sam po podpisaniu kapitu­lacji. -w Neerlandii, która zakończyła dwadzieścia bez mała lat wojen domowych. Strzelił sobie w pierś z pistoletu, a kula wyszła plecami nie naruszając żadnego z ważniejszych organów. Jedynym, co z tego wszystkiego pozostało, była ulica w Macondo nazwana jego imieniem. Niemniej, jak oświadczył na kilka lat przed śmiercią ze starości, nawet tego nie oczekiwał owego ranka, gdy o świcie wyruszał ze swym oddziałem w liczbie dwudziestu jeden ludzi, żeby połączyć się z siłami generała Victoria Mediny.

- Zostawiamy ci Macondo - tyle tylko powiedział Arcadiowi odchodząc - zostawiamy je w dobrym stanie, staraj się, żebyśmy je zastali w jeszcze lepszym.

Arcadio zinterpretował to polecenie w sposób nader oso­bisty. Kazał sobie zrobić mundur własnego pomysłu, z galo­nami i epoletami marszałka, wzorowany na ilustracjach z pewnej książki Melquiadesa, a do pasa przytroczył szablę z pozłacanymi chwastami, własność jednego z rozstrzelanych dowódców. Ustawił dwa działa u bram miasta, umunduro­wał swoich dawnych uczniów ze szkoły, porwanych jego płomiennymi proklamacjami, i pozwolił im wałęsać się z bro­nią po ulicach, żeby wśród tych, co przybywali z innych stron, wywołać wrażenie nietykalności Macondo. Była to broń obosieczna, bo rząd nie odważył się zaatakować miasta przez dziesięć miesięcy, ale gdy to zrobił, rzucił do ataku siły tak wielkie, że zlikwidowano opór w ciągu pól godziny. Od pierwszego dnia swojej władzy Arcadio wykazał upodobanie do wszelkiego rodzaju rozporządzeń. Wydawał ich po cztery dziennie, nakazując i dysponując, cokolwiek mu przyszło do głowy. Wprowadził obowiązkową służbę wojskową od osiemnastego roku życia, proklamował użyteczność publicz­ną wszystkich zwierząt domowych przechodzących ulicami po godzinie osiemnastej i wszystkim dorosłym mężczyznom kazał nosić czerwoną opaskę na ramieniu. Ojcu Nicanorowi zabronił opuszczać plebanię pod groźbą rozstrzelania i nie wolno mu było odprawiać mszy ani bić w dzwony, chyba że dla uczczenia zwycięstwa liberałów. Żeby nikt nie wątpił w jego surowość, zarządził ćwiczenia plutonu egzekucyjnego na rynku miejskim, każąc żołnierzom strzelać do strachów na wróble. Z początku nikt go nie brał na serio. Ostatecznie byli to uczniacy i tylko bawili się w dorosłych. Ale pewnej nocy, gdy Arcadio wszedł do sklepiku Catarina, trębacz powitał go fanfarą, co wzbudziło ogólny śmiech, i Arcadio kazał go rozstrzelać za nieposzanowanie władzy. Tych, którzy protes­towali, zamknął o chlebie i wodzie ze skutymi nogami w klasie szkolnej. „Jesteś mordercą - wołała Urszula, ilekroć dowiadywała się o jakimś nowym akcie przemocy. - Niech tylko Aureliano się dowie, rozstrzela cię, a ja pierwsza się z tego ucieszę!" Ale nic nie pomogły groźby ani prośby. Arcadio nadal przykręcał śruby niepotrzebnego rygoru, aż stał się najokrutniejszym z władców, jakich kiedykolwiek miało "Macondo. „Teraz się przekonają na własnej skórze - powiedział kiedyś don Apolinar Moscote. - To jest właśnie ten liberalny raf. Arcadio dowiedział się o tym. Na czele patrolu wtargnął do jego domu, porozbijał meble, wychłostał córki i wywlókł z sobą don Apolinara Moscote. Urszula przebiegła całe miasto z okrzykiem „hańba! hańba!" i wyma­chując z furią kańczugiem umazanym w smole, wpadła na dziedziniec koszar w chwili, gdy Arcadio miał wydać rozkaz plutonowi egzekucyjnemu.

- Ośmiel się tylko, łajdaku! - krzyknęła Urszula. Zanim Arcadio zdążył zareagować, Urszula wymierzyła mu pierwszy cios batem. „Odważ się, morderco - krzyczała.

- I zabij mnie także, psi synu. Nie będę przynajmniej płakać ze wstydu, że wychowałam potwora". Chłoszcząc go bez litości goniła za nim aż na koniec dziedzińca, gdzie schronił się Arcadio zwinięty jak ślimak. Don Apolinar Moscote, nieprzytomny, stał przywiązany do słupa, gdzie przedtem było straszydło na ptaki podziurawione strzałami ćwiczeb­nymi. Chłopcy z plutonu rozproszyli się w obawie że Urszula w końcu wyładuje się na nich. Ale ona nawet na nich nie spojrzała. Zostawiła Arcadia w poszarpanym mundurze, jęczącego z bólu i wściekłości, i odwiązała od słupa don Apolinara Moscote, żeby go zaprowadzić do domu. Zanim wyszła z koszar, uwolniła więźniów z dybów.

Od tej chwili to ona rządziła w miasteczku. Przywróciła niedzielną mszę, zniosła nakaz noszenia czerwonych opasek, wycofała niedorzeczne rozporządzenia. Ale pomimo całego męstwa nadal płakała nad swoim gorzkim losem. Czuła się tak samotna, że zaczęła szukać towarzystwa swego mało komunikatywnego męża, zapomnianego pod kasztanem. „Spójrz, co nam zostało - mówiła mu, kiedy czerwcowe deszcze groziły rozwaleniem daszka palmowego. - Patrz na ten pusty dom, nasi synowie wędrują po świecie, a my oboje znowu sami, tak jak na początku". Jose Arcadio Buendia, pogrążony w otchłani nieświadomości, głuchy był na jej lamenty. Na początku swego obłędu naglącymi okrzy­kami po łacinie oznajmiał swoje codzienne potrzeby. W prze­błyskach świadomości, kiedy Amaranta przynosiła mu je­dzenie, komunikował jej swoje najcięższe dolegliwości i po­tulnie poddawał się bańkom i synapizmom. Ale w tych czasach, gdy Urszula przychodziła się wypłakać przed nim, zatracił już wszelki kontakt z rzeczywistością. Ona myła go, każdą część ciała z osobna, gdy siedział na ławeczce, i komunikowała wiadomości rodzinne. „Aureliano poszedł na wojnę już przeszło cztery miesiące temu i od tej pory nic o nim nie wiadomo - mówiła szorując mu plecy namydloną ostrą szczotką. - Wrócił Jose Arcadio, ogromne chłopisko, wyższy od ciebie l cały 'hartowany 'krzyżykami, ale przyszedł tylko po to, żeby ściągnąć hańbę na nasz dom". Zauważyła jednak, że jej małżonka smucą złe wia­domości. Postanowiła więc kłamać. „Nie wierz w to wszyst­ko, co opowiadam - mówiła posypując ziemią jego eks­krementy, żeby zebrać je łopatą. - Bóg dał, że Jose Arcadio i Rebeka pobrali się i teraz są bardzo szczęśliwi". W tym oszukiwaniu męża doszła do takiej szczerości, że pocieszała się sama własnymi kłamstwami. „Arcadio to już poważny mężczyzna - mówiła - i bardzo dzielny, i bardzo ładnie wygląda w mundurze z szablą". Tak jakby rozmawiała ze zmarłym, bo Jose Arcadio Buendia był już poza zasięgiem jakichkolwiek zmartwień. Ona jednak nie dawała za wygra­ną. Wydawał się tak łagodny i tak obojętny na wszystko, że postanowiła go uwolnić z więzów. Nie ruszył się ze swojej ławeczki. Został tam, wystawiony na słonce j deszcz, jakby liny były niepotrzebne, bo siła mocniejsza od wszelkich więzów dostrzegalnych okiem trzymała go przywiązanego do pnia kasztana. W sierpniu, kiedy zima zaczynała prze­dłużać się w nieskończoność, Urszula mogła mu zakomuni­kować nowinę podobną do prawdy.



- Wyobraź sobie, że szczęście nadal nas prześladuje - po­wiedziała mu. — Amaranta i ten Włoch od pianoli żenią się.

Amaranta i Pietro Crespi istotnie zacieśnili więzy przy­jaźni, pod ochroną zaufania Urszuli, która tym razem nie uważała za potrzebne nadzorować odwiedzin Włocha. Było to narzeczeństwo spokojne jak wieczorna godzina. Włoch przychodził o zmierzchu z gardenią w butonierce i tłumaczył Amarancie sonety Petrarki. Przesiadywali na ganku dusznym od zapachów dzikiego majeranku i róż, gdzie on czytał, a ona robiła koronki klockowe, obojętni na gwałty i złe wieści z wojny, aż do chwili, gdy komary zmuszały ich do szukania schronienia w salonie. Wrażliwość Amaranty, jej dyskretna, lecz usidlająca czułość, snuły wokół narzeczonego niewidocz­ną pajęczynę, którą on musiał rozplątywać bladymi palcami bez pierścionków, by wyjść z domu jak zwykle o ósmej. Zrobili piękny album z widokówek, które Pietro Crespi otrzymywał z Włoch. Były to obrazki zakochanych w pu­stych parkach, z dekoracją serc przeszytych strzałą i gołąb­ków z dzióbkami połączonymi złocistą wstęgą. „Znam ten park we Florencji - mówił Pietro Crespi przeglądając pocztówki. - Wyciąga się dłoń, a ptaszki sfruwają z drzew i jedzą z ręki". Czasami na widok jakiejś akwareli z Wenecji tęsknota przeobrażała woń błota i gnijących w kanałach skorupiaków w kwietny aromat. Amaranta wdychała, śmiała się, śniła o drugiej ojczyźnie, kraju pięknych mężczyzn kobiet, którzy przemawiali melodyjnym językiem dzieci, o starożytnych miastach, z których minionej świetności pozostały tylko koty pośród ruin. Przebywszy ocean w jej poszukiwaniu, pomyliwszy ją z gwałtowną namiętnością Rebeki, Pietro Crespi wreszcie odnalazł miłość. Szczęście , niosło ze sobą dobrobyt. Jego sklep zajmował wtedy prawie całą przecznicę i przypominał fantastyczny ogród zimowy, gdzie były reprodukcje dzwonnicy florenckiej, wybijające godzinę koncertem dzwoneczków, i grające szkatułki z Sorrento, chińskie puderniczki, które przy otwarciu śpiewały w pięciu tonacjach, i wszelkie instrumenty muzyczne, jakie można sobie wyobrazić, i wszystkie nakręcane zabawki, jakie tylko można było sobie wymarzyć. Bruno Crespi, jego młodszy brat, prowadził sklep, Pietro zaś poświęcał cały czas szkole muzycznej. Dzięki niemu ulica Turków rozbłysła i przeobraziła się w melodyjną oazę pozwalającą zapomnieć o tyranii Arcadia i dalekim koszmarze wojny. Kiedy Urszula zadysponowała wznowienie niedzielnych nabożeństw, Pietro Crespi podarował kościołowi małe organy niemieckie i zor­ganizował chór dziecięcy z repertuarem gregoriańskich śpie­wów, który dodawał splendoru cichemu obrządkowi ojca Nicanora. Nikt nie miał wątpliwości, że Pietro da szczęście swojej małżonce. Nie egzaltując uczuć, pozwalając się kiero­wać naturalnym popędem serca, dotarli do punktu, kiedy pozostawało tylko wyznaczyć datę ślubu. Nie napotkaliby na przeszkody. Urszula gorzko sobie wyrzucała złamane życie Rebeki kilkakrotnym odraczaniem małżeństwa i nie chciała brać nowego ciężaru na swoje sumienie. Udręki wojny, nieobecność Aureliana, brutalność Arcadia i wygnanie Josego Arcadia i Rebeki przesunęły na dalszy plan żałobę obo­wiązującą po śmierci Remedios. Wobec bliskości ślubu sam Pietro Crespi wysunął myśl, żeby Aureliano Jose, dla które­go miał prawie ojcowskie uczucia, został uznany jego najstar­szym synem. Wszystko przemawiało za tym, że Amarantę Czeka w małżeństwie niczym nie zmącone szczęście. Ona jednak, w przeciwieństwie do Rebeki, nie okazywała naj­mniejszego niepokoju czy tęsknoty. z taką samą cierpliwo­ścią, z jaką haftowała różnobarwne serwety, robiła piękne koronki lub wyszywała krzyżykami pawie, czekała, aż Pietro Crespi nie wytrzyma dłużej udręk serca. Godzina nadeszła wraz ze złowrogimi deszczami października. Pietro Crespi zdjął z kolan Amaranty koszyczek z przyborami do haftu i zamknął \e\ dłoń w uścisku, swoich. „Nie mam sił czekać dłużej - powiedział. - Pobierzmy się w przyszłym miesiącu". Amaranta nie zadrżała pod dotykiem jego lodowatych dłoni. Wysunęła rękę niby płochliwe stworzonko i wróciła do haftowania.

- Nie bądź naiwny, Crespi - uśmiechnęła się - nie po­ślubię cię nawet na łożu śmierci.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna