Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona5/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26

Czas odwiódł go od tego oszałamiającego zamiaru, ale pogłębił uczucie frustracji. Postanowił szukać schronienia w pracy. Zrezygnował na całe życie z poznania kobiety, by ukryć hańbę swej bezsilności. Tymczasem Melquiades utrwa­lił już na swych płytkach wszystko, co było do utrwalenia w Macondo, i porzucił dagerotypię wydając ją na pastwę obłędu Josego Arcadia Buendii, który postanowił wykorzys­tać tę sztukę, by otrzymać naukowy dowód istnienia Boga. Był pewien, że- za pomocą skomplikowanego procesu na­kładających się jedna na drugą ekspozycji, dokonanych w różnych miejscach domu, prędzej czy później uzyska dagerotyp Boga, jeżeli Bóg istnieje, albo obali raz na zawsze wszystkie hipotezy co do jego istnienia. Melquiades nato­miast zagłębił się w interpretacjach Nostradamusa. Przesiady­wał do późna, dusząc się z gorąca w swojej wypłowiałe) aksamitnej kamizelce, bazgrząc po papierach swoimi drob­nymi jak łapki wróbla rękami, na których lśniące niegdyś pierścienie straciły połysk z dawnych czasów. Pewnej nocy wydawało mu się, że znalazł przepowiednię o przyszłości Macondo. Miała to być olśniewająca metropolia z wysokie11 domami ze szkła, gdzie nie pozostanie już śladu z wielkiego rodu Buendiów. „Pomyłka! - ryknął Jose Arcadio Buendia - Domy nie będą ze szkła, tylko z lodu, tak jak mnie się śniło, i zawsze będzie istniał jakiś Buendia, po wieki wie­ków". W tym domu pomyleńców Urszula walczyła o za­chowanie zdrowego rozsądku i rozszerzyła swoją produkcję zwierzątek z karmelu dzięki olbrzymiemu piecowi, który całą noc wypiekał chleb kosz za koszem, jak również najróżniej­szego rodzaju budynie, bezy i babeczki, które w ciągu kilku godzin rozchodziły się po całej okolicy moczarów. Osiągnęła już wiek, w którym miała prawo odpocząć, mimo to była coraz bardziej pomysłowa i ruchliwa. Tak ją pochłaniały jej dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, że pewnego popołu­dnia, gdy wyrabiała z Indianką ciasto, spojrzawszy z roztarg­nieniem na podwórko zobaczyła tam dwie nieznajome i pięk­ne dziewczyny haftujące na tamborkach w świetle ostatnich promieni słonecznych. Były to Rebeka i Amaranta. Od niedawna dopiero zdjęły żałobę po babce, noszoną z nieugię­tym rygorem przez trzy lata, a ich kolorowe sukienki jak gdyby wyznaczyły im nowe miejsce w świecie. Rebeka, wbrew temu, czego można było oczekiwać, była ładniejsza. Miała przezroczystą cerę, ogromne, spokojne oczy i ręce czarodziejki, które jakby niewidzialnymi nićmi wypracowy­wały osnowę haftu. Młodszej Amarancie brakowało trochę wdzięku, miała za to dużo wrodzonej dystynkcji i jakąś wewnętrzną powściągliwość odziedziczoną po zmarłej babce. Przy nich Arcadio, choć już ujawniało się jego podobieństwo fizyczne do ojca, był jeszcze dzieckiem. Uczył się sztuki złotniczej od Aureliana, który prócz tego nauczył go czytać i pisać. Urszula nagle uświadomiła sobie, że dom zapełnił się ludźmi, że jej dzieci dorosły do małżeństwa i wkrótce będą miały własne dzieci, a wtedy rodzina może rozproszyć się z braku miejsca. Wydobyła więc ze skrzynki pieniądze zgromadzone podczas długich lat ciężkiej pracy, przyjęła jeszcze więcej zamówień od klientów i przystąpiła do rozbudowy domu. Kazała urządzić paradny salon do przyjmowania gości, drugi, wygodny i przewiewny, na użyte!: codzienny, jadalnię ze stołem na dwanaście miejsc, tak by mogła zasiąść cała rodzina wraz z gośćmi, dziewięć izb sypialnych z oknami wychodzącymi na podwórze i długą galerię z parapetem na doniczki paproci i begonii, którą ogród różany chronił od żaru południa. Chcąc zbudować dwa nowe piece poleciła poszerzyć kuchnię, zburzyć stodołę, w której niegdyś Pilar Ternera przepowiadała przyszłość Josemu Arcadiowi, i po­większyć ją dwukrotnie, żeby w domu nigdy nie zabrakło pożywienia. Na podwórzu w cieniu kasztana miała być zbudowana jedna łazienka dla mężczyzn, druga dla kobiet, a w głębi duża stajnia, ogrodzony kurnik, obora i wielka ptaszarnia, otwarta na cztery strony świata, żeby bezdomne ptaki mogły z niej dowolnie korzystać. Z eskortą tuzina murarzy i stolarzy, jakby zarażona twórczą pasją swego męża, Urszula decydowała, jak rozmieścić źr5dia światła i ciepła, dzieląc przestrzeń bez najmniejszego poczucia jej granic. Pierwotny dom, zbudowany własnoręcznie przez jego założycieli, zapełniły narzędzia, materiały, zmęczeni i ociekający potem robotnicy, którzy prosili wszystkich, żeby im się nie plątać pod nogami, nie podejrzewając, że to właśnie oni wszystkim plączą się pod nogami doprowadzeni do rozpaczy workiem z ludzkimi kośćmi, prześladującym ich wszędzie swoim grzechotem. W tym bałaganie, wdychając opary niegaszonego wapna i smoły, nikt dobrze nie rozu­miał, w jaki sposób zaczął wyłaniać się z wnętrzności ziemi dom nie tylko największy, jaki kiedykolwiek widziano w Macondo, ale też najbardziej gościnny i chłodny ze wszystkich istniejących na obszarze moczarów, [osę Arcadio Buendia, usiłując zaskoczyć Boską Opatrzność pośród tego kataklizmu, nie dostrzegł w ogóle, co się wokół niego dzieje. Nowy dom był już prawie skończony, kiedy Urszula wyciąg­nęła męża z jego świata chimer wiadomością, ze otrzymała nakaz pomalowania fasady na kolor niebieski, a nie na biały, jak postanowili. Pokazała mu oficjalne rozporządzenie na papierze. Jose Arcadio Buendia nie rozumiejąc nic z tego, co mówi żona, odcyfrował podpis

- Kto to jest? - zapytał.

- Corregidor - odpowiedzią zatroskana Urszula. - Mó­wią, że został tu przysłany prze rząd.

Corregidor, don Apolinar Mscote, przybył do Macondo po cichutku. Zatrzymał się w hotelu Jacoba - założonym przez jednego z pierwszych Aroów, którzy przyjeżdżali tu uprawiać swój handel zamienny- i następnego dnia wynajął pokój z drzwiami wychodzącym na ulicę, w odległości dwóch przecznic od domu Jose Arcadia Buendii. Postawił stół i krzesło kupione od Jacob, zawiesił na ścianie godło republiki, które przywiózł ze sobą, i wymalował na drzwiach napis „Corregidor". Zaczął urzędowanie od nakazu pomalo­wania domów na kolor niebieski, dla uczczenia rocznicy wyzwolenia narodowego. jose( Arcadio Buendia z kopią rozkazu w ręku zastał go w porze sjesty śpiącego w hamaku zawieszonym w pustym biurze „Pan napisał ten papier?" - zapytał. Don Apolinar Mosote, człowiek w sile wieku, nieśmiały, z kompleksją sangwinika, przytaknął. „Jakim pra­wem?" - znów zapytał Jose Artdio Buendia. Don Apolinar Moscote poszukał w szufladzie stołu jakiegoś dokumentu i pokazawszy go powiedział: .Zostałem mianowany corregidorem tej okolicy". Jose Arcadio Buendia nawet nie spojrzał na nominację. „Tutaj nie rządzi się za pomocą papierków - powiedział nie tracąc spokoju. - I niech pan zapamięta raz na zawsze, że nie potrzebujemy żadnego corregidora, bo nie ma tu nic o naprawiania".

Wobec nieugiętej postawy don Apolinara Moscote, przema­wiając wciąż tym samym spokojnym tonem, wygłosił szczegó­łowy wykład, w jaki sposób założono osad?, jak rozdzielono ziemię, wytyczono drogi i wprowadzono udogodnienia, któ­rych wymagała potrzeba chwili, nie zwracając się do żadnego rządu i nie korzystając z niczyjej pomocy. „Żyjemy tak spokojnie, że nikt tu jeszcze nie umarł, nawet śmiercią naturalną - powiedział. - Sam pan widzi, że dotychczas nie mamy cmentarza". Stwierdził, że bynajmniej nie ubolewa nad brakiem pomocy ze strony rządu, przeciwnie, cieszy się, że pozwolono im dotychczas żyć i rozwijać się w spokoju, i wyraża nadzieję, że w dalszym ciągu tak będzie, gdyż nie po to założyli miasto, żeby pierwszy lepszy przybysz mówił im, co mają czynić. Don Apolinar Moscote włożył na siebie drelichowa kurtkę, białą jak jego spodnie, nie tracąc ani na chwilę uroczystej powagi.

- Toteż jeżeli chce pan tutaj zostać jako zwyczajny oby­watel, będzie pan mile widziany - zakończył J osę Arcadio Buendia. - Ale jeżeli przybył pan wprowadzać tu zamieszanie zmuszając ludzi do malowania domów na niebiesko, może pan zabrać swoje rzeczy i wynosić się tam, skąd pan przy­szedł, ponieważ mój dom ma być biały jak gołąb.

Don Apolinar Moscote zbladł, cofnął się o krok i zacis­nąwszy szczęki powiedział nie bez pewnej abawy w głosie:

- Uprzedzam pana, że jestem uzbrojony

Jose Arcadio Buendia nie wiedział, w jakim momencie powróciła jego młodzieńcza siła pozwalająca mu niegdyś przewracać konia. Chwycił don Apolinara Moscote za klapy marynarki i podniósł go na wysokość swoich oczu.

- Wolę teraz dźwignąć pana żywego - powiedział - niż później do końca życia dźwigać pańskiego trupa na moim sumieniu.

I tak niósł go środkiem ulicy, zawieszonego za klapy marynarki, aż postawił go na drodze do moczarów. W ty­dzień później don Apolinar Moscote wrócił z oddziałem sześciu bosych i obszarpanych żołnierzy uzbrojonych w strzelby i z wozem zaprzężonym w woły, którym po­dróżowała jego żona i siedem córek. Później przybyły jeszcze dwa wozy z meblami, kuframi i sprzętem domowym. Za­instalował rodzinę tymczasowo w hotelu Jacoba, poszukując jednocześnie odpowiedniego domu, i na nowo otworzył swoje biuro, tym razem pod ochroną żołnierzy. Założyciele Macondo, zdecydowani wyrzucić najeźdźców, przyszli ze starszymi synami i oddali się do dyspozycji Josego Arcadia Buendii. Ten jednak się sprzeciwił, bo - jak tłumaczył - don Apolinar Moscote powrócił ze swoją żoną i córkami i nie po męsku byłoby obrażać człowieka na oczach jego rodziny. Tak więc postanowił załatwić sprawę pokojowo.

Towarzyszył mu Aureliano. W tym czasie zapuścił sobie czarne wąsy, usztywnione gumą arabską na końcach, i miał już ów stentorowy głos, tak charakterystyczny dla niego później, podczas wojny. Bez broni, nie zważając na straż, weszli do biura corregidora. Don Apolinar Moscote nie stracił spokoju, przedstawił im dwie swoje córki, które przypadkowo tam się znalazły, szesnastoletnią Amparo, ciemną jak matka, i dziewię­cioletnią Remedios, śliczną dziewczynkę o zielonych oczach i cerze jak lilia. Były wdzięczne i dobrze ułożone. Skoro tylko weszli, zanim jeszcze ich przedstawiono, podały im krzesła, by usiedli. Obaj jednak pozostali na stojąco.

- Bardzo dobrze, drogi panie - powiedział Jose Arcadio Buendia - zostanie pan tutaj, ale nie dlatego, że ma pan u drzwi tych zbójów z katapultami, lecz przez wzgląd na pańską żonę i córki.

Don Apolinar Moscote stropił się, ale Jose Arcadio Bu­endia nie pozostawił mu czasu na odpowiedź.

- Stawiam panu tylko dwa warunki - dodał. - Pierwszy: każdy pomaluje dom na kolor, na jaki będzie miał ochotę. Drugi: niech żołnierze natychmiast odejdą. My zapewnimy porządek.

Corregidor podniósł prawą rękę z wyciągniętymi wszyst­kimi palcami.

- Słowo honoru?

- Słowo wroga - powiedział Jose Arcadio Buendia i do­dał z goryczą: - Powiem panu jeszcze jedno, pan i ja zawsze będziemy wrogami.

Tego popołudnia żołnierze opuścili miasteczko; w kilka dni potem Jose Arcadio Buendia wyszukał dom dla rodziny corregidora. Wszyscy się uspokoili oprócz Aureliana. Obraz Remedios, najmłodszej córki corregidora, która, zważywszy jej wiek, mogłaby być jego córką, boleśnie utkwił w jakimś punkcie jego ciała. Było to uczucie fizyczne, które niemal przeszkadzało mu chodzić, niby kamyczek w bucie.



Otwarcie nowego domu - białego jak gołąb - uświetnione zostało balem. Urszula powzięła tę myśl od tego popołudnia, kiedy dostrzegła przemianę Rebeki i Amaranty z dzieci w podlotki i nieomal można powiedzieć, że głównym celem rozbudowy było stworzenie dla dziewcząt odpowiedniego otoczenia i salonu, gdzie mogłyby przyjmować gości. Żeby nic nie przyćmiło splendoru tej imprezy, pracowała jak galernik, podczas gdy dokonywano ostatnich robót murars­kich. Jeszcze zanim je zakończono, sprowadziła .kosztowne sprzęty dla dekoracji i wyposażenia wnętrz, a także wspaniały wynalazek, który miał wzbudzić podziw całego miasteczka i radość młodzieży - pianolę. Przywieziono ją w częściach, załadowaną w kilku skrzyniach, razem z meblami wiedeńs­kimi, czeskimi kryształami, serwisem Kompanii Indyjskiej, holenderskimi obrusami i obfitością lamp i świeczników, wazonów, draperii i gobelinów. Dom handlowy na własny koszt wysłał włoskiego fachowca nazwiskiem Piętro Crepsi, aby zmontował i nastroił pianolę, zaznajomił nabywców instrumentu, jak należy się z nim obchodzić, i nauczył ich tańczyć w takt modnych melodii spisanych na sześciu rol­kach papieru.

Piętro Crepsi był młodym blondynem, najpiękniejszym i najlepiej wychowanym mężczyzną, jakiego dotychczas wi­dziano w Macondo, tak dbałym o formy, że pomimo duszącego upału pracował w brokatowej kamizelce i w gru­bym ciemnym żakiecie. Ociekający potem, zachowując należ­ny dystans w stosunku do właścicieli domu, przez wiele tygodni pracował zamknięty w salonie z poświęceniem nie mniejszym niż Aureliano w swojej pracowni złotniczej. Pew­nego ranka, nie otwierając drzwi, nie wzywając żadnego świadka cudu, zamieścił pierwszy zwój w pianoli i nieznośne uderzenia młoteczków, jak również nieustanny klekot drew­nianych deseczek ucichły, gdy popłynęły pierwsze dźwięki czystej i składnej muzyki. Wszyscy pospieszyli do salonu. Jose Arcadio Buendia oniemiał z wrażenia, urzeczony nie tyle pięknością melodii, co samoistnym ruchem klawiatury, i zainstalował w salonie aparat Melquiadesa, w nadziei uzys­kania dagerotypu niewidzialnego wykonawcy. Tego dnia Włoch został zaproszony na obiad. Rebeka i Amaranta, usługujące przy stole, były oszołomione zręcznością, z jaką posługiwał się sztućcami ten anielski młodzieniec o bladych rękach bez pierścionków. W saloniku przyległym do dużego salonu Piętro Crespi udzielał im lekcji tańca. Pokazywał taneczne kroki, nie dotykając dziewcząt, wybijając takt metronomem, .pod życzliwym spojrzeniem Urszuli, która nie opuściła pokoju ani na chwilę przez czas trwania nauki. Piętro Crespi przywdziewał na tę okazję specjalne elastyczne spodnie i obcisłe i lekkie pantofle do tańca. „Nie masz się czego obawiać - mówił do żony Jose Arcadio Buendia. - Ten człowiek nie jest mężczyzną". Ale ona nie zaniechała czujności, dopóki nie skończyła się nauka i Włoch nie wyjechał z Macondo. Wtedy zaczęły się przygotowania do balu. Urszula sporządziła listę zaproszonych, składającą się wyłącznie z potomków założycieli miasta, z wyjątkiem rodzi­ny Pilar Ternery, która tymczasem urodziła już dwoje no­wych dzieci z nieznanych ojców. Była to więc istotnie selekcja klasowa, tyle że kierowana uczuciami przyjaźni, ponieważ wybrańcy należeli do najdawniejszych przyjaciół domu Buendiów, jeszcze sprzed wędrówki zakończonej zało­żeniem Macondo, ich synowie i wnuki zaś byli stałymi towarzyszami Aureliana i Arcadia od dzieciństwa, a córki jedynymi dziewczętami, które przychodziły tu haftować ra­zem z Rebeką i Amaranta. Don Apolinar Moscote, dobrot­liwy przedstawiciel rządu, którego działalność ograniczała się do utrzymywania, z własnych skromnych środków, dwóch policjantów uzbrojonych w pałki, był właściwie władzą nominalną. Aby ulżyć wydatkom domowym, jego córki otworzyły rodzaj pracowni, gdzie wyrabiały zarówno kwiaty z filcu, jak i słodycze z gujawy, a prócz tego pisały na zamówienie liściki miłosne. Ale chociaż skromne i usłużne, najładniejsze w miasteczku i najzręczniejsze w nowych tań­cach, nie dostąpiły zaszczytu zaproszenia na zabawę.



Podczas gdy Urszula i dziewczęta rozpakowywały meble, czyściły porcelanę i zawieszały obrazy dziewic w łodziach pełnych róż, ozdabiając nagie ściany zbudowane przez mura­rzy, Jose Arcadio Buendia zrezygnował z uchwycenia obrazu Boga, przekonany o jego nieistnieniu, i wypatroszył pianolę, żeby przeniknąć jej tajemną magię. Na dwa dni przed balem, grzęznąc w potopie kołeczków i młoteczków, których stale było za dużo, szamocąc się w plątaninie strun, które rozwijał z jednego końca, a one same zwijały się na nowo z drugiego, zdołał jakoś sklecić całość z powrotem. Nigdy nie było w tym domu tyle nerwowego podniecenia i bieganiny, co przez ten czas, ale mimo wszystko nowe lampy naftowe zapaliły się w przewidywanym dniu i o oznaczonej godzinie. Otwarto dom, jeszcze pachnący żywicą i wilgotnym wapnem; synowie i wnuki założycieli obejrzeli galerię z pap­rociami i begoniami, zaciszne pokoje i ogród przesycony zapachem róż, po czym zgromadzili się w salonie pod nieznaną machiną nakrytą białym prześcieradłem. Ci, co znali fortepian, popularny w innych osiedlach na moczarach, czuli się trochę rozczarowani, lecz o ileż boleśniejszą było roz­czarowanie Urszuli, gdy założyła pierwszy zwój papieru - żeby Amaranta i Rebeka mogły otworzyć bal i okazało się, że mechanizm nie działa. Melquiades, już prawie niewi­domy, rozsypujący się ze starości, odwołał s; do swej najdawniejszej wiedzy, próbując go naprawić. W końcu Jose Arcadio Buendia poruszył niechcący jakiś zacięty tryb i po­płynęła muzyka, najpierw jakby bulgocący strumyczek, po­tem jak bijące źródło nieskoordynowanych dźwięków. Nie trafiając w bezładnie założone i źle dostrojone struny, mło­teczki oszalały. Mimo to nieulękli potomkowie dwudziestu jeden bohaterów, którzy przeszli sierrę w poszukiwaniu morza na zachodzie, drwili sobie z zasadzek mitycznego pandemonium i tańce trwały aż do świtu.

Pietro Crespi przyjechał znowu, żeby złożyć pianolę. Re­beka i Amaranta pomogły mu uporządkować struny i śmiały się z nim razem z przemieszanych nut walców. Nastrój był tak przyjacielski i naturalny, że Urszula zrezygnowała z pil­nowania młodych. W przeddzień wyjazdu Pietra zaimprowizowano na jego pożegnanie zabawę, z naprawioną już pianolą. Piętro i Rebeka dali mistrzowski pokaz nowoczesnych tańców. Arcadio i Amaranta dorównywali im wdziękiem i zwinnością. Ale widowisko zostało przerwań, gdy Filar Ternera, stojąca w gromadzie gapiów przy drzwiach, pobiła się z kobietą, która pozwoliła sobie na uwagi, że młody Arcadio ma damskie pośladki. Koło północy Pietro Crespi pożegnał się sentymentalnym króciutkim przemówieniem i przyrzekł niedługo powrócić. Rebeka odprowadziła go do drzwi, a po zamknięciu domu i zgaszeniu lamp poszła płakać do swego pokoju. Był to niepocieszony, rozpaczliwy szloch, trwający kilka dni, a jego przyczyny nie dowiedziała się nawet Amaranta. Ta skrytość nie miała w sobie nic niezwykłego. Na zewnątrz ekspansywna i serdeczna, Rebeka miała charakter samotnika i serce nieprzeniknione. Była pięknie zbudowaną dziewczyną, wysoką i o mocnych kościach, lecz dotychczas nie chciała się rozstać ze swoim fotelikiem na biegunach, z którym przybyła do domu, wielokroć już naprawianym i z połamanymi poręczami. Nikt nigdy nie odkrył, że jeszcze w tym wieku zachowała zwyczaj ssania palca. Dlatego to przy każdej okazji zamykała się w łazience i nauczyła się spać z twarzą odwróconą do ściany. Podczas deszczowych popołudni, haftując w towarzystwie przyjació­łek na ganku z begoniami, często gubiła się w rozmowie i łza tęsknoty kręciła się w jej oku na widok podkopów wilgotnej ziemi i wzgórków zbudowanych przez dżdżownice w ogro­dzie. Te skryte upodobania, zwyciężone ongiś przez poma­rańcze z rabarbarem, powróciły z niepohamowaną siłą w okresie rozpaczy. Znowu zaczęła jeść ziemię. Pierwszy raz zrobiła to raczej przez ciekawość, przekonana, że obrzydliwy smak będzie najlepszym lekarstwem na pokusę. Istotnie nie mogła znieść smaku ziemi w ustach. Ale próbowała znowu pod wpływem wzrastającego niepokoju i z wolna odzyskała apetyty przodków, umiłowanie pierwotnych minerałów i nie­skrępowaną satysfakcję -pożywienia z przedhistorycznej epo­ki. Wrzucała garście ziemi do kieszeni, żeby potem żuć ją ziarnko po ziarnku, tak by nikt nie zauważył, z mieszanym uczuciem błogości i furii, w tym samym czasie, gdy uczyła swoje przyjaciółki najtrudniejszych ściegów lub rozmawiała z innymi mężczyznami, którzy nie zasługiwali na to, by dla nich jeść wapno ze ścian. Garście ziemi przybliżały ją w pe­wien sposób do tego jedynego mężczyzny zasługującego na takie poniżenie, tak jakby ziemia, po której on stąpał w swo­ich wykwintnych lakierkach w innym miejscu świata, przeka­zywała jej jego ciężar i ciepło w tym smaku minerałów, który zostawiał gorycz w ustach i zapewniał spokój w sercu, Pewnego popołudnia, ni stąd, ni zowąd, przyszła Amparo Moscote pytając, czy może obejrzeć nowy dom. Amaranta i Rebeka zaskoczone nieprzewidzianą wizytą przyjęły ją nader oficjalnie. Pokazywały jej przebudowane wnętrza, po­zwoliły posłuchać muzyki z pianoli i poczęstowały oranżadą z ciasteczkami. Amparo dała im prawdziwą lekcję godności, uroku osobistego i dobrych manier, które zachwyciły Urszu­lę w ciągu tych kilku chwil, kiedy asystowała przy wizycie. Po dwóch godzinach, gdy rozmowa zaczynała się już rwać, Amaparo skorzystała z nieuwagi Amaranty i wręczyła Rebe­ce list. Ta zdążyła odczytać nazwisko wielce szanownej panny Rebeki Buendii, skreślone tym samym starannym pismem, tym samym zielonym atramentem i z takim samym wyszukanym rozmieszczeniem słów, z jakim pisane były instrukcje dotyczące użytkowania pianoli, prędziutko złożyła list w kilkoro i schowała go za stanik, patrząc na Amparo Moscote z wyrazem bezgranicznej wdzięczności i milczącej przysięgi wspólnictwa aż do śmierci.

Nagła przyjaźń Amparo Moscote i Rebeki Buendii roz­budziła nadzieje Aureliana. Wspomnienie małej Remedios nie przestawało go dręczyć, ale nie miał okazji jej widywać. Spacerując po ulicach w towarzystwie swych najlepszych przyjaciół - Magnifica Visbala i Gerinelda Marqueza, synów założycieli miasta o tych samych nazwiskach - szukał jej tęsknym wzrokiem w pracowni krawieckiej, ale widział tylko jej starsze siostry. Obecność Amparo Moscote w jego domu była jakby wróżbą. „Musi kiedyś przyjść z nią razem - mówił sobie Aureliano po cichu. - Musi przyjść". Tyle razy to powtarzał i z takim przekonaniem, że pewnego popołudnia, kiedy wyrabiał w swoim warsztacie złotą rybkę, uczuł nagle pewność, że Remedios odpowiedziała na jego wezwanie-Trochę później rzeczywiście usłyszał dziecięcy głosik i pod­niósłszy wzrok, ze zlodowaciałym ze strachu sercem, zobaczył w drzwiach dziewczynkę w różowej organdynowej sukience i białych pantofelkach.

- Nie wchodź tam, Remedios - powiedziała Amparo Moscote z ganku. - Tam się pracuje.

Ale Aureliano nie dał jej czasu usłuchać. Podniósł po­złacaną rybkę na łańcuszku wychodzącym z jej pyszczka i powiedział:

- Wejdź.

Remedios zbliżyła się i zaczęła pytać, co to za rybka, lecz Aureliano nie mógł odpowiedzieć, bo głos uwiązł mu w gar­dle. Chciał patrzeć do końca życia na tę białą jak lilia skórę i szmaragdowe oczy, słyszeć ten głos, który po każdym pytaniu mówił „proszę pana" z takim samym szacunkiem, z jakim on mówił do swego ojca. Melquiades siedząc w kącie przy biurku gryzmolił swoje tajemnicze znaki. Aureliano znienawidził go nagle. Nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko powiedzieć dziewczynce, że podaruje jej rybkę, ale mała tak się przestraszyła tej obietnicy, że czym prędzej uciekła. Tego popołudnia Aureliano stracił całą skrytą cierpliwość, z jaką dotychczas czekał na okazję zobaczenia jej. Zaniedbał się w pracy. Wzywał ją wiele razy w desperackim wysiłku skupienia myśli, ale Remedios nie odpowiedziała. Szukał jej w pracowni sióstr, zaglądał przez szpary żaluzji do jej domu, do biura jej ojca, ale znajdował ją tylko w tym obrazie, który wytworzyła jego własna straszliwa samotność. Spędzał całe godziny z Rebeką w salonie słuchając walców pianoli. Ona ich słuchała, bo przy tej muzyce Piętro Crespi kiedyś uczył ją tańczyć. Aureliano słuchał po prostu dlatego, że wszystko, nawet muzyka, przypominało mu Remedios.

Dom wypełniła miłość. Aureliano wyrażał ją w wierszach, które nigdy nie miały ani początku, ani końca. Pisał je na chropowatych pergaminach podarowanych mu przez Melquiadesa, na ścianach łazienki, na skórze swoich rąk i wszędzie ukazywała się przeistoczona Remedios: Remedios w sennym powietrzu godzin sjesty, Remedios w milczącym oddechu róż, Remedios w tajemnym korowodzie nocnych motyli, Remedios w zapachu chleba o świcie, Remedios wszędzie i Remedios na zawsze. Rebeka oczekiwała na miłość o czwartej po południu haftując przy oknie. Wiedzia­ła, że muł pocztowy przybywa co dwa tygodnie, ale ona oczekiwała go przez cały czas, przekonana, że zjawi się przez pomyłkę jakiegokolwiek innego dnia. Stało się coś wręcz przeciwnego - kiedyś muł nie przybył przewidzianego dnia, Oszalała z rozpaczy Rebeka wstała o północy i jadła garście ziemi z ogrodu z samobójczą żarłocznością, płacząc z bólu i wściekłości, żując młode dżdżownice i raniąc sobie dziąsła skorupkami ślimaków. Wymiotowała aż do wschodu słońca, Pogrążona w stanie gorączkowej prostacji, straciła przytom­ność, a serce jej otworzyło się w bezwstydnym szale. Zgor­szona Urszula podważyła zamek w skrzyni i na jej dnie znalazła szesnaście pachnących listów przewiązanych różową wstążeczką, zeschłe liście i płatki kwiatów przechowywane w starych książkach, i zasuszone motyle, które przy do­tknięciu rozsypywały się na proszek.

Tylko Aureliano zdolny był zrozumieć tak ogromną roz­pacz. Tego popołudnia podczas gdy Urszula usiłowała wy­wieść Rebekę z mroków obłędu, wybrał się do sklepiku Catarina. Razem z nim poszli do Magnifica Visbala i Gerinelda Marqueza. Zakład rozszerzono i dobudowano amfiladę drewnianych izdebek, w których mieszkały samotne kobiety pachnące zwiędłymi liśćmi. Zespół złożony z gitary i perkusi­stów wykonywał piosenki Francisca el Hombre, który już od paru lat nie pokazał się w Macondo. Trzej przyjaciele popijali guarapo. Magnifico i Gerineldo, rówieśnicy Aureliana, ale bardziej doświadczeni w sprawach tego świata, pili z kobieta­mi, które siedziały im na kolanach. Jedna z nich, przywiędła i ze złotymi zębami, pogładziła Aureliana pieszczotliwie. Odtrącił ją. Zauważył, że im więcej pije, tym wyraźniej przypomina sobie Remedios, lecz tym lepiej znosi torturę tych wspomnień. Sam nie wiedział, w którym momencie zaczął jakby szybować w powietrzu. Zobaczył swoich przyja­ciół i kobiety żeglujące w smudze światła, bez ważkości i objętości, wymieniające słowa, które nie wychodziły z ich ust, dające tajemnicze znaki, których sens nie odpowiadał ich gestom. Catarino położył mu rękę na plecach i powiedział:

„Zaraz wybije jedenasta", Aureliano odwrócił głowę i zoba­czył olbrzymią zniekształconą twarz, tak jak w tamtych czasach zapomnienia, i odzyskał ją jakiegoś innego ranka w pokoju, który był mu zupełnie obcy i gdzie znajdowała się Pilar Ternera w halce, bosa, rozczochrana, oświetlająca po­kój latarnią, osłupiała i nie dowierzająca własnym oczom. - Aureliano!

Aureliano stanął pewniej na nogach i podniósł głowę. Nie wiedział, jak dotarł do tego miejsca, wiedział jednak, w jakim celu, gdyż od dzieciństwa cel ten tkwił ukryty w nienaruszal­nym zakamarku jego serca. - Przyszedłem się z panią przespać - powiedział. Ubranie miał oblepione błotem i wymiotami. Pilar Ter­nera, która w owym czasie mieszkała tylko z dwojgiem najmłodszych dzieci, nie zadała mu ani jednego pytania. Zaprowadziła go do łóżka. Obmyła mu twarz mokrą szmatą, zdjęła z niego ubranie, a potem sama się rozebrała do naga i zasunęła moskitierę, żeby nie widziały ich dzieci, gdy się przebudzą. Znużyło ją już oczekiwanie na mężczyznę, który pozostał, na mężczyzn, którzy odeszli, na niezliczonych mężczyzn, którzy zgubili drogę do jej domu, zmyleni niepe­wnością kart. W oczekiwaniu pomarszczyła się jej skóra, zwiędły piersi i wygasł żar serca. Poszukała Aureliana w cię­tości, położyła mu rękę na brzuchu i pocałowała go w szyję z macierzyńską czułością. „Moje biedne dzieciątko" - szepnęła. Aureliano wzdrygnął się. Ze spokojem, bez najmniejszego potknięcia, zostawił za sobą ostre skały bólu i odnalazł Remedios zamienioną w bezkresne trzęsawisko, pachnącą dymem i świeżo uprasowaną bielizną. Kiedy oprzy­tomniał, zapłakał. Początkowo był to szloch mimowolny i urywany, potem popłynął niepohamowanym strumieniem, jak gdyby jakieś bolesne nabrzmienie rozdarło się w jego wnętrzu. Ona czekała, gładząc go po głowie, aż do chwili, gdy jego ciało uwolniło się od ciemnej zmory, która nie pozwalała mu żyć. Wówczas Pilar Ternera zapytała: „Kto to jest?" Aureliano powiedział jej. Ona zaśmiała się tym śmie­chem, który niegdyś płoszył gołębie, a teraz nawet nie budził jej dzieci. „Będziesz ją musiał prowadzić za rączkę" — zażar­towała. Ale pod tym żartem Aureliano wyczuł spokojną przystań zrozumienia. Zanim wyszedł z jej domu, pozo­stawiając tam nie tylko zwątpienie w swą męskość, lecz także gorzki ciężar, który przez tyle miesięcy nosił w sercu, Pilar pożegnała go spontaniczną obietnicą:

- Porozmawiam z dziewczynką - powiedziała - i zoba­czysz, że podam ci ją na półmisku.

Spełniła przyrzeczenie. Tyle że w bardzo złym momencie, gdyż dom utracił spokój dawnych dni. Odkrywszy namiętny afekt Rebeki, którego nie sposób było utrzymać w sekrecie z powodu jej krzyków, Amaranta dostała gorączki. Także i ona cierpiała na zadrę samotnej miłości. Zamknięta w ła­zience, dawała upust swoich uczuć bez nadziei, pisząc roz­gorączkowane listy, których jedynym przeznaczeniem było spocząć na dnie skrzyni. Urszula ledwie mogła nadążyć z obsłużeniem obu chorych. Nie udało jej się podczas długich i podstępnych przesłuchań odkryć przyczyny rozpaczy Amaranty. W końcu w jeszcze jednym momencie olśnienia pod­ważyła zamek w skrzyni i znalazła listy związane różową wstążeczką, zawierające świeże płatki lilii, jeszcze wilgotne od łez, zaadresowane i nigdy nie wysłane do Pietra Crespiego. Płacząc z wściekłości przeklinała godzinę, w której przyszło jej na myśl kupić pianolę, zabroniła lekcji haftu i zarządziła swego rodzaju żałobę bez nieboszczyka, która miała trwać do czasu, kiedy jej córki wyrzekną się swoich nadziei. Nie odniosła skutku interwencja Josego Arcadia Buendii, który zmienił swoje pierwotne zdanie o Piętro Crespim i podziwiał jego talenty mechanika w dziedzinie maszyn muzycznych. Tak więc, kiedy Pilar Ternera powiedziała Aurelianowi, że Remedios zdecydowana jest wyjść za niego, biedak zrozu­miał, że nowina ta dobije jego rodziców. Niemniej stawił czoło sytuacji. Wezwani do salonu na oficjalną rozmowę Jose Arcadio Buendia i Urszula nie drgnąwszy wysłuchali oświad­czenia syna. Dowiedziawszy się, kto jest wybranką jego serca, Jose Arcadio Buendia poczerwieniał jednak z oburzenia. „Miłość to przekleństwo! - zagrzmiał. - Masz naokoło tyle ładnych i uczciwych dziewcząt, a zachciało ci się właśnie córki wroga". Urszula natomiast zgadzała się z tym wybo­rem. Lubiła wszystkie siedem sióstr za ich urodę, pracowi­tość, skromność i dobre wychowanie i ucieszyła się decyzją swego syna. Zwyciężony entuzjazmem swojej małżonki Jose Arcadio Buendia postawił wtedy jeden warunek: Rebeka, której miłość była odwzajemniona, wyjdzie za mąż za Pietra Crespiego. Urszula, gdy tylko pozwoli na to czas, wyjedzie z Amaranta w podróż do stolicy prowincji, aby kontakt z innymi ludźmi ukoił jej zawód. Rebeka na wieść o tym natychmiast odzyskała zdrowie, napisała do narzeczonego entuzjastyczny list, który dała do aprobaty rodzicom i wysłała tym razem pocztą, nie korzystając z niczyjego pośrednictwa. Amaranta udała, że zgadza się z tym postanowieniem, i po­woli wyleczyła się z gorączki, ale przyrzekła sobie, iż Rebeka wyjdzie za mąż tylko po jej trupie.



Następnej soboty Jose Arcadio Buendia ubrał się w ciemny garnitur, kołnierzyk z celuloidu i zamszowe buty, które po raz pierwszy miał na sobie w dniu balu, i poszedł prosić o rękę Remedios Moscote. Corregidor i jego żona powitali go radośnie lecz także z zakłopotaniem, gdyż nie znali celu niespodziewanej wizyty, a poznawszy go myśleli, że pomylił imię wybranki. Żeby wyjaśnić pomyłkę, matka obudziła Remedios i przyniosła ją na rękach do salonu, jeszcze otumanioną snem. Spytano dziewczyn­kę, czy naprawdę chce wyjść za mąż, a ona pochlipując odpowiedziała, że chce tylko, żeby jej dali spać. Jose Arcadio Buendia, pojmując zmieszanie państwa Moscote, poszedł wyjaśnić tę sprawę z Aurelianem. Małżonkowie Moscote tymczasem przebrali się w uroczysty strój, poprzestawiali meble, umieścili świeże kwiaty w wazonach i oczekiwali go w towarzy­stwie starszych córek. Zmęczony niezręczną sytuacją i niewy­godnym twardym kołnierzykiem Jose Arcadio Buendia potwier­dził, że wybranką jego syna istotnie jest Remedios. „To nie ma sensu - oświadczył skonsternowany don Apolinar Moscote. - Mamy jeszcze sześć córek, wszystkie niezamężne i w wieku odpowiednim do małżeństwa. Byłyby zachwycone wychodząc za młodych ludzi poważnych i pracowitych, takich, jakim jest pański syn, a jemu wpadła w oko właśnie ta jedna, która jeszcze siusia do łóżka". Jego żona, dobrze zakonserwowana kobieta o zmęczonych powiekach i zrezygnowanych gestach, skarciła go za grubiaństwo. Po zjedzeniu kremu owocowego zaakceptowa­no wybór Aureliana, z tym że pani Moscote prosiła tylko o rozmowę sam na sam z Urszulą. Zaintrygowana, protestując przeciwko mieszaniu jej w męskie sprawy, ale w rzeczywistości onieśmielona emocją, Urszula poszła odwiedzić ją nazajutrz. P01 godziny później wróciła z wiadomością, że Remedios jeszcze nic jest dojrzała. Aureliano nie uważał tego za poważną przeszkodę. Czekał tak długo, że mógł jeszcze zaczekać, aż narzeczona osiągnie dojrzałość.

Odzyskaną harmonię zmąciła śmierć Melquiadesa. Chociaż było to wydarzenie do przewidzenia, nie spodziewano się go w tych okolicznościach. Kilka miesięcy po powrocie Melquiades zaczął się starzeć w tak zastraszającym tempie, że uważano go za jednego z tych bezużytecznych pra­dziadków, którzy jak cienie krążą po sypialniach powłócząc nogami i wspominają dawne dobre czasy, staruszków, o któ­rych nikt się już nie troszczy i nawet o nich nie pamięta, aż do dnia, gdy rankiem znajdzie ich w łóżkach nieżywych. Z początku Jose Arcadio Buendia towarzyszył mu w jego zajęciach, rozentuzjazmowany nowością, jaką była dagerotypia i przepowiednie Nostradamusa. Z- wolna jednak zaczął go pozostawiać jego własnej samotności, bo coraz trudniej było się z nim porozumieć. Tracił wzrok i słuch, tych, z którymi rozmawiał, mylił z ludźmi znanymi mu z odległych epok ludzkości i odpowiadał na pytania urywaną mieszaniną języków. Chodził macając rękami powietrze, choć pomiędzy sprzętami poruszał się z niewytłumaczalną zręcznością, jakby był obdarzony instynktem orientacji opa­rtym na doznaniach bezpośrednich. Pewnego dnia zapomniał założyć sztuczną szczękę, którą zostawiał na noc w szklance wody obok łóżka, i odtąd już jej nie zakładał. Kiedy poszerzono dom, Urszula kazała dla niego zbudować spe­cjalny pokój obok warsztatu Aureliana, daleko od hałasów i krzątaniny domowej, z ogromnym jednym oknem i pół­kami, na których sama ułożyła mu książki, niemal doszczętnie zjedzone przez mole, i papiery kruszące się w ręku i pokryte nieczytelnymi znakami; postawiła tam także szklankę ze sztuczną szczęką, w której zakiełkowały wodne roślinki z maleńkimi żółtymi kwiatkami. Nowe miejsce spodobało się najwidoczniej Melquiadesowi, bo przestano go widywać nawet w jadalni. Chodził tylko do warsztatu Aureliana, gdzie spędzał długie godziny, gryzmoląc swoją enigmatyczną literaturę na pergaminach, które zabierał z sobą, a które wydawały się zrobione z zeschłej materii, kruchej jak ciasto francuskie. Tam zjadał posiłki, które Visitación przynosiła mu dwa razy dziennie, ale w ostatnich czasach stracił apetyt i żywił się tylko jarzynami. Wkrótce przybrał ten mizerny, słabowity wygląd właściwy wegetarianom. Jego skóra po­kryła się meszkiem podobnym do tego, który prosperował na staroświeckiej, nigdy nie zdejmowanej kamizelce, a od­dech stał się smrodliwy jak u śpiącego zwierzęcia. Aureliano w końcu zapomniał o nim pochłonięty układaniem swych wierszy, ale kiedyś wydało mu się, że coś rozumie z bełkot­liwych monologów starca, i zaczął przysłuchiwać się uważ­niej. Jedynym, co mógł wyłowić z tej przemowy, podobnej dźwiękiem do toczących się kamieni, było trzykrotnie po­wtórzone słowo equinox i nazwisko Alexandra von Humboldta. Arcadio zdołał nawiązać z nim trochę bliższy kontakt, kiedy zaczął pomagać Aurelianowi w złotnictwie. Na wysiłek podjęty, aby się z nim porozumieć, Melquiades odpowiadał rzucając od czasu do czasu zdania po hiszpańsku, nader luźno związane z rzeczywistością. Któregoś popołudnia jednakże jakby olśniło go nagłe wzruszenie. Wiele lat później, stojąc przed plutonem egzekucyjnym, Arcadio miał sobie przypo­mnieć to drżenie, z jakim Melquiades odczytał mu kilka stronic nieprzeniknionych zapisków, których oczywiście nie zrozumiał, ale które, gdy je czytał głośno, brzmiały jak encykliki papieskie. Uśmiechnął się potem, po raz pierwszy od dłuższego czasu, i powiedział po hiszpańsku: „Gdy umrę, gotujcie rtęć w moim pokoju przez trzy dni". Arcadio powtórzył to Josemu Arcadiowi Buendii, a ten usiłował otrzymać od niego jakąś obszerniejszą informację, lecz wszy­stkim, co uzyskał, była odpowiedź: „Osiągnąłem nieśmiertelność". Kiedy oddech Melquiadesa zaczął cuchnąć, Arcadio prowadził go do kąpieli co czwartek rano. Zdrowie Melquiadesa jakby się polepszyło. Rozbierał się i wchodził do wody razem z chłopcami, a jego tajemniczy zmysł orientacji pozwalał mu omijać głębokie i niebezpieczne miejsca.

"Wszyscy wyszliśmy z wody" - powiedział kiedyś. Tak minęło wiele czasu i nikt go nie widywał w domu, z wyjąt­kiem tego wieczora, gdy dokonał wstrząsającego wysiłku, żeby naprawić pianolę, albo w te ranki, gdy szedł do rzeki razem z Aurelianem, niosąc pod pachą tykwę i kulę mydła pachnącego zawiniętą w ręcznik. Pewnego czwartku, zanim zawołano go, by pójść nad rzekę, Aureliano usłyszał jego słowa: „Umarłem na febrę w rozlewiskach Singapuru". Tego dnia wszedł do wody w niebezpiecznym miejscu; odnalezio­no go dopiero następnego dnia, parę kilometrów dalej w dół rzeki, wyrzuconego na świetlistą łachę, z jednym samotnym sępem na brzuchu. Wbrew protestom wzburzonej Urszuli, która opłakiwała go z żalem większym niż własnego ojca, Jose Arcadio Buendia sprzeciwił się pochowaniu go w ziemi. „Jest nieśmiertelny — oświadczył — i sam nam podał formułkę wskrzeszenia". Odnalazł zapomniany tygiel i napełnił go rtęcią, aby parowała obok trupa, który z wolna zaczynał pokrywać się niebieskimi pęcherzykami. Don Apolinar Moscote odważył się wspomnieć, że nie pogrzebany topielec jest niebezpieczny dla zdrowia publicznego. „Nic podobnego, skoro on żyje" brzmiała odpowiedź Josego Arcadia Buendii, który zakończył siedemdziesięciodwugodzinne okadzanie rtęcią, dopiero gdy już trup zaczynał się rozkładać wypeł­niając dom wonią zgnilizny; wtedy też dopiero pozwolił go pogrzebać, i to nie byle jak, lecz z honorami należnymi największemu dobroczyńcy Macondo. Był to pierwszy pogrzeb, jaki widziano w miasteczku, z największą liczbą uczestników, i dopiero w sto lat później splendor jego miał zostać przyćmiony przez karnawał pogrzebowy Mamy Grande. Pochowano Cygana w grobowcu wzniesionym pośrodku terytorium przeznaczonego na cmentarz, a na płycie grobo­wej wypisane zostało to wszystko, co o nim wiedziano:

MELQUIADES. Poświęcono mu dziewięć nocy żałobnego czuwania. W tłumie, który gromadził się na dziedzińcu popijając kawę, opowiadając anegdotki albo grając w karty, Amaranta znalazła okazję, by wyznać swą miłość Piętrowi Crespiemu, od paru tygodni oficjalnie zaręczonemu z Rebe­ką. Pietro zakładał teraz w Macondo sklep z instrumentami muzycznymi i nakręcanymi zabawkami, w tej samej dzielnicy, gdzie wegetowali jeszcze Arabowie, którzy niegdyś wymie­niali świecidełka na papugi, znanej powszechnie pod nazwą ulicy Turków. Włoch, którego głowa okryta wypomadowa­nymi lokami wzbudzała w kobietach nieodpartą potrzebę westchnień, potraktował Amarantę jak rozkapryszoną dziew­czynkę, na którą nie trzeba zwracać zbyt wielkiej uwagi.

- Mam młodszego brata — powiedział jej. — Wkrótce przyjedzie pomóc mi w sklepie.

Amaranta poczuła się upokorzona i z zapiekłą urazą powiedziała mu, że zdecydowana jest przeszkodzić zaślubi­nom siostry, choćby próg kościoła mieli przestąpić po jej własnym trupie. Ta dramatyczna groźba wywarła na Włochu tak wielkie wrażenie, że nie oparł się pokusie powtórzenia jej Rebece. Tak więc wyjazd Amaranty, ciągle odkładany ze względu na zajęcia Urszuli, został zorganizowany w przecią­gu niecałego tygodnia. Amaranta nie sprzeciwiała się, lecz całując Rebekę na pożegnanie, szepnęła jej do ucha:

- Nie rób sobie złudzeń. Mogą mnie wywieźć na koniec świata, a ja i tak znajdę sposób, żeby przeszkodzić twojemu małżeństwu, choćbym musiała cię zabić.

Nieobecność Urszuli, niewidzialna obecność Melquiadesa, który nadal krążył cicho po wszystkich pokojach, sprawiły, że dom nagle stał się ogromny i pusty, a Rebece powierzono obowiązki gospodarskie, podczas gdy Indianka przejęła przemysł cukierniczy Urszuli. Wieczorami, gdy przychodził Pięt­ro Crespi, anonsowany z daleka orzeźwiającym zapachem lawendy i zawsze jakąś zabawką w prezencie, narzeczona przyjmowała go w dużym salonie, przy drzwiach i oknach otwartych, żeby nie narażać się na plotki. Była to zbędna ostrożność, gdyż Włoch okazywał tyle szacunku, że nawet nie dotknął ręki kobiety, która za parę miesięcy miała zostać jego żoną. Dom był pełen przemyślnych zabawek. Tancerki na linie, pozytywki, małpki-akrobatki, galopujące konie, dobosze z bębnami, bogata i zadziwiająca fauna mechanicz­na, którą przynosił Piętro Crespi, rozproszyły smutek Josego Arcadia Buendii po śmierci Melquiadesa i przeniosły go znów w dawne czasy alchemii. Żył w raju rozbebeszonych zwierzątek i rozmontowanych mechanizmów, usiłując udos­konalić je nowym systemem ruchu ciągłego, opartego na zasadach wahadła. Aureliano także zaniedbał warsztat, żeby nauczyć czytać i pisać małą Remedios. Z początku dziew­czynka wolała swoje lalki od mężczyzny, który przychodził co dzień po południu i winien był temu, że odrywano ją od zabawy, żeby wykąpaną i starannie przebraną posadzić w sa­lonie, gdzie miała przyjmować gości. Ale cierpliwość i odda­nie Aureliana spodobały jej się w końcu i spędzała z nim wiele godzin ucząc się liter i rysując w zeszycie kolorowymi ołówkami domy, pełne krów zagrody i okrągłe słońca z żół­tymi promieniami, chowające się za góry.

Tylko Rebeka była nieszczęśliwa rozmyślając nad pogróż­kami Amaranty. Znała charakter swojej siostry, jej dumę, upór i zaciętość, i przerażała ją gwałtowność jej urazy. Całe godziny spędzała w łazience ssąc palec, dokonując nadludz­kich wysiłków woli, żeby nie jeść ziemi. Szukając jakiejś ulgi w swej rozterce wezwała Pilar Ternerę, żeby poznać wróżby kart. Po kilku wstępnych i nic nie znaczących frazesach Pilar Ternera oświadczyła: - Nie będziesz tak długo szczęśliwa, dopóki twoi rodzice nie zostaną pogrzebani.

Rebeka wzdrygnęła się. Jakby przypominając sobie dawny sen, zobaczyła siebie, małą dziewczynkę wchodzącą do tego domu z kuferkiem, fotelikiem na biegunach i workiem, którego zawartości nie znała. Przypomniała sobie łysego pana w lnianym garniturze, z kołnierzykiem u koszuli zapię­tym na złoty guzik, który nie miał nic wspólnego z królem karowym z kart. Przypomniała sobie młodą i piękną kobietę o ciepłych, pachnących dłoniach, w niczym nie podobnych do artretycznych rąk treflowej damy. Pamiętała, że ta pani wpinała jej kwiaty we włosy, zabierając ją po południu na spacer po zielonych drogach wiejskich.

- Nie rozumiem - powiedziała. Pilar Ternera wydawała się stropiona.

- Ja także nie rozumiem, ale to właśnie mówią karty. Rebeka, zaniepokojona tą enigmatyczną wróżbą, zwierzyła się ojcu. Jose Arcadio Buendia zbeształ ją za to, że wierzy przepowiedniom z kart, ale podjął żmudny trud przetrząsania szaf i skrzyń, przesuwania mebli, przewracania do góry nogami łóżek w poszukiwaniu worka z kośćmi. Przypomniał sobie, że nie widział go od czasu rozbudowy domu. W tajem­nicy wezwał murarzy i jeden z nich wyznał, że w ścianie którejś z sypialni zamurował worek, żeby wreszcie przestał mu przeszkadzać w robocie. Po wielu dniach ostukiwania murów z uchem przyklejonym do ściany uchwycono znajo­my głuchy grzechot. Przebito mury i znaleziono kości w nie­naruszonym worku. Tego samego dnia pogrzebano je w gro­bie bez napisu, naprędce wykopanym obok grobowca Melquiadesa, i Jose Arcadio Buendia powrócił do domu wolny od ciężaru, który przez pewien czas ważył na jego sumieniu niemal tak jak wspomnienie Prudencia Aguilara. Przecho­dząc przez kuchnię pocałował w czoło Rebekę.


- Wybij sobie złe myśli z głowy - powiedział jej. - Bę­dziesz szczęśliwa.

Przyjaźń Rebeki otworzyła Pilar drzwi domu, zamknięte dla niej przez Urszulę od urodzenia Arcadia. Przychodziła teraz o różnych porach dnia, hałaśliwa jak stado kóz, wyłado­wując swoją gorączkową energię w najcięższych robotach. Czasami wchodziła do warsztatu i pomagała Arcadiowi utrwalać płytki dagerotypu ze zręcznością i delikatnością ruchów, które budziły zdumienie chłopca. Zadziwiała go ta kobieta. Blaski jej skóry, zapach dymu, jej niepohamowany śmiech w ciemnym pokoju rozpraszały jego uwagę tak, że mylił się w pracy.

Pewnego razu zamiast Arcadia był tam Aureliano, zajęty jakąś złotniczą robotą, i Pilar Ternera oparła się o stół, by podziwiać jego cierpliwą pracowitość. Nagle stało się. Aure­liano sprawdził, że Arcadio znajduje się w ciemnym pokoju, zanim podniósł wzrok i napotkał oczy kobiety, której myśl była doskonale widzialna, jak w słońcu południa.

- No dobrze - powiedział Aureliano. - Powiedz, o co chodzi.

Pilar Ternera przygryzła usta i uśmiechnęła się smutnie.

- Dobry jesteś do wojny - powiedziała. - Gdzie rzucisz okiem, tam pada strzał.



Aureliano odetchnął z ulgą. Z powrotem skupił całą uwagę na swojej pracy, jakby się nic nie stało, i głos jego zabrzmiał spokojnie i stanowczo:

- Uznam go - powiedział - będzie nosił moje nazwisko. Jose Arcadio Buendia osiągnął wreszcie to, czego szukał: podłączył do nakręcanej tancerki mechanizm zegarka i za­bawka tańczyła w takt własnej muzyki przez trzy dni bez przerwy. Ten wynalazek podniecił go o wiele bardziej niż którakolwiek z poprzednich niedorzecznych prób. Nie mógł jeść ani spać. Bez czujnej opieki i starań Urszuli dał się ponieść szaleństwom wyobraźni aż do stanu permanentnego obłędu, z którego nigdy już się nie wyleczył. Spędzał noce każąc po pokoju, myśląc głośno, szukając sposobu zastoso­wania zasady wahadła do wozu zaprzężonego w woły, do pługu, do wszystkich wprawianych w ruch narzędzi. Tak bardzo go zmęczyła gorączka bezsenności, że pewnego po­ranka nie mógł rozpoznać starca o białej głowie i niepewnych ruchach, który wszedł do jego pokoju. Był to Prudencio Aguilar. Kiedy w końcu go poznał, zdziwiony, że umarli także się starzeją, Jose Arcadio Buendia odczuł ból tęsknoty. „Prudencio - wykrzyknął - jak mogłeś przebyć tak daleką drogę!" Po wielu latach śmierci tęsknota za żywymi jest tak intensywna, potrzeba towarzystwa tak paląca, tak przerażają­ca bliskość drugiej śmierci, istniejącej wewnątrz śmierci, że Prudencio Aguilar w końcu zaczął kochać najzacieklejszego ze swych wrogów. Od dawna już zapewne go szukał. Wypytywał o niego zmarłych z Riohacha, zmarłych, co przybywali z Valle de Upar i od strony bagnisk, ale nikt mu nie odpowiadał, bo Macondo było osadą nie znaną zmarłym aż do chwili, gdy przybył Melquiades i naznaczył je czarnym punkcikiem na zagmatwanych mapach śmierci. Jose Arcadio Buendia rozmawiał z Prudenciem aż do świtu. Parę godzin później, wyczerpany czuwaniem, wszedł do warsztatu Aure-liana i zapytał: „Jaki mamy dzisiaj dzień?" Aureliano od­powiedział mu, że wtorek. „Tak i mnie się wydawało — powiedział Jose Arcadio Buendia. — Ale nagle zorien­towałem się, że to wciąż poniedziałek, jak wczoraj; popatrz na niebo, spójrz na ściany, na begonie. Dziś też jest poniedziałek". Przyzwyczajony do jego dziwactw Aureliano nie zwrócił na to uwagi. Następnego dnia, w środę, Jose Ar­cadio Buendia znowu wszedł do warsztatu. „To przerażające - powiedział - spójrz na powietrze, posłuchaj, jak dźwięczy słońce, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Dziś też jest poniedziałek". Tego wieczoru Piętro Crespi zastał go na ganku płaczącego niewdzięcznym płaczem starców; opłaki­wał Prudencia Aguilara, Melquiadesa, rodziców Rebeki, własnego ojca i matkę, wszystkich, których mógł sobie przypomnieć i którzy byli wtedy osamotnieni w śmierci. Piętro podarował mu nakręcanego niedźwiadka, chodzącego na dwóch łapach po drucie, nie zdołał jednak uspokoić jego obsesji. Zapytał, co się stało z projektem, o którym mówił mu kilka dni temu, dotyczącym skonstruowania maszyny wahadłowej umożliwiającej człowiekowi latanie w powiet­rzu, a on odpowiedział, że to niemożliwe, gdyż wahadło może unieść w powietrze wszystko oprócz samego siebie. W czwartek Jose Arcadio Buendia znowu zjawił się w warsz­tacie ze zbolałą twarzą. ,,Maszyna czasu zepsuła się — oświad­czył łkając - a Urszula i Amaranta są tak daleko!" Aureliano skarcił go łagodnie jak dziecko, a on słuchał potulnie. Spędził sześć godzin oglądając dokładnie różne przedmioty, próbując znaleźć jakąś różnicę między ich wyglądem dzisiejszym i wczorajszym, jakąś zmianę, która świadczyłaby o biegu czasu. Całą noc przeleżał na łóżku nie zmrużywszy oka, wzywając Prudencia Aguilara, Melquiadesa, wszystkich zma­rłych, żeby przyszli podzielić jego troskę. Ale nikt nie przyszedł. W piątek rano wstał wcześniej od innych domo­wników, by w dalszym ciągu śledzić zmiany w przyrodzie, póki nie można było mieć najmniejszych wątpliwości, że nadal jest poniedziałek. Wtedy wyrwał futrynę z drzwi i z całą furią swojej niepospolitej siły zaczął niszczyć aparaty alchemiczne, gabinet dagerotypii, warsztat złotniczy, póki ich nie rozbił na proszek, krzycząc jak opętany w jakimś piskliwym i płynnym, ale zupełnie niezrozumiałym języku. Zamierzał rozprawić się z resztą domu, kiedy Aureliano wezwał na pomoc sąsiadów. Trzeba było dziesięciu mężczyzn, by go obalić, czternastu, żeby go związać, dwudziestu, żeby zaciągnąć do kasztana na dziedzińcu, gdzie pozostawio­no go przywiązanego, szczekającego w obcym języku, toczą­cego zieloną pianę z ust. Kiedy przyjechała Urszula z Amarantą, nadal był przywiązany za ręce i nogi do pnia kasztana, przemoczony deszczem i w stanie zupełnej nieświadomości. Przemawiały do niego, ale ich nie poznał i odpowiedział coś niezrozumiałego. Urszula rozwiązała mu ręce i kostki u nóg, pokaleczone od ucisku lin, i pozostawiła go przywiązanego do drzewa tylko w pasie. Później zbudowano daszek z liści palmowych, żeby go chronił przed słońcem i deszczem.


Aureliano Buendia i Remedios Moscote pobrali się w pew­ną marcową niedzielę, przed ołtarzem, który ojciec Nicanor Reyna kazał wznieść w salonie. Wydarzenie to nastąpiło po czterech tygodniach zamieszania w domu Moscote, gdyż mała Remedios osiągnęła dojrzałość, zanim wyzbyła się na­wyków dzieciństwa. Jakkolwiek matka uprzedziła ją o zmia­nach, jakie dokonują się w organizmie w okresie dojrzewa­nia, któregoś lutowego popołudnia dziewczynka z krzykiem przerażenia wpadła do salonu, gdzie były jej siostry. Don Apolinar Moscote wyprowadził ją czym prędzej z salonu, bo majtki miała uwalane brunatną mazią. Wyznaczono ślub za miesiąc. Ledwie starczyło czasu, żeby ją nauczyć samodziel­nego mycia się i ubierania i wytłumaczyć najprostsze obo­wiązki domowe. Sadzano ją na gorących cegłach i kazano siusiać, żeby odzwyczaić ją od moczenia łóżka. Z wielkim trudem przekonano ją o nienaruszalności sekretu alkowy, gdyż Remedios była tak oszołomiona, a jednocześnie tak zachwycona nowością, że gotowa była wszystkim opowiadać szczegóły nocy poślubnej. Wiele wysiłku to kosztowało, ale w dniu przewidzianym na ceremonię zaślubin dziewczynka była tak wyszkolona w sprawach tego świata jak każda z jej sióstr. Don Apolinar poprowadził ją pod ramię ulicą przy-braną w kwiaty i girlandy, pośród wystrzałów rakiet i przy dźwiękach muzyki kilku orkiestr, a panna młoda pozdrawiała dłonią i dziękowała uśmiechem tym wszystkim, którzy z okien życzyli jej szczęścia. Aureliano, ubrany w czarny garnitur, w tych samych lakierkach z metalowymi sprzącz­kami, które miał na sobie w niewiele lat później stojąc przed plutonem egzekucyjnym, był przeraźliwie blady i czuł, że ściska mu się gardło, kiedy z rąk ojca odbierał narzeczoną w drzwiach domu i prowadził ją do ołtarza. Ona zaś zachowywała się z taką naturalnością i taktem, że nie straciła panowania nad sobą nawet wtedy, gdy Aureliano upuścił obrączkę nakładając ją na palec ob­lubienicy. Wśród szeptów i zmieszania obecnych trzymała uniesioną dłoń w koronkowej mitence i pozostała tak z palcem serdecznym w pogotowiu do chwili, kiedy pan młody zdołał zatrzymać obrączkę nogą, żeby nie potoczyła się aż do drzwi, i wrócił zaczerwieniony do ołtarza. Jej matka i siostry cierpiały takie męki w obawie jakiejś gafy ze strony panny młodej podczas ceremonii, że w końcu same popełniły nietakt podnosząc dziewczynkę do góry, by ją ucałować. Od tego dnia ujawniło się poczucie odpowiedzialności, naturalny wdzięk i spokojna pewność siebie, które zawsze miała zachować Remedios w obliczu przeciwności losu. Ona to z własnej inicjatywy odłożyła najlepszy kawałek odkrojony z tortu weselnego i zaniosą na talerzu razem z widelcem Josemu Arcadiowi Buendii Przywiązany do pnia kasztana, skurczony na drewnianej ławeczce pod daszkiem z liści palmowych, olbrzymi starzec, wynędzniały od słońca i deszczu, posłał jej nikły uśmiech wdzięczności i zjadł tort palcami bełkocąc jakiś niezrozumiały psalm. Jedyną nieszczęśliwą osobą w radosnym gwarze uroczystości, ciągnącej się aż do poniedziałkowego świtu, była Rebeka Buendia. To miała być jej uroczystość Za zgodą Urszuli jej ślub miał się odbyć tego samego dnia, ale Piętro Crespi otrzymał w piątek list z zawiadomieniem o śmiertelnej chorobie matki. Ślub odroczono. Pietro Crespi wyjechał do stolicy prowincji w godzinę po otrzymaniu listu i w drodze rozminął się z matką, która przybyła punktualnie w sobotę wieczorem i śpiewała na ślubie Aureliana smutną arię przygotowaną dla syna. Pietro Crespi wrócił dopiero w niedzielę po północy, aby pozamiatać śmieci po zabawie, chociaż w drodze powrotnej zajeździł na śmierć pięć koni, żeby zdążyć na własny ślub. Nigdy nie zdołano dociec, kto ten list napisał. Indagowana przez Urszulę Amaranta rozpłakała się z oburzenia i przysięgła swoją niewinność przed ołtarzem, którego stolarze nie zdążyli jeszcze rozmontować.

Ojciec Nicanor Reyna, którego don Apolinar Moscote sprowadził z moczarów w celu udzielenia ślubu młodej parze, był starcem zahartowanym niewdzięcznością swego zawodu. Miał zwiędłą skórę, kości prawie bez ciała, ale brzuch wydatny i zaokrąglony i wyraz twarzy postarzałego anioła, w którym więcej było naiwności niż dobroci. Po ślubie zamierzał wrócić zaraz do swojej parafii, ale prze­straszył się bezbożnością mieszkańców Macondo, którzy żyli pośród zgorszenia poddani prawu natury, nie chrzcząc dzieci i nie uświęcając związków małżeńskich. W przekonaniu, że żadnej ziemi ziarno Boże nie jest tak potrzebne jak tej, postanowił zostać jeszcze tydzień, żeby ochrzcić obrzezanych i niewiernych, zalegalizować konkubinaty i udzielić sak­ramentów umierającym. Ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Odpowiadali mu, że przez długie lata żyli bez księdza, załatwiając sprawy duszy bezpośrednio z Bogiem, i grzech śmiertelny przestał być dla nich groźny. Zmęczony wołaniem na puszczy ojciec Nicanor postanowił podjąć budowę największej w świecie świątyni z figurami świętych naturalnej wielkości barwnymi witrażami, żeby przybyli tu duchowni z Rzymu uczcić Boga w tym ośrodku bezbożności. Chodził wszędzie z drewnianym talerzykiem, prosząc o jałmużnę Dawano mu dużo, ale on chciał jeszcze więcej, bo kościół powinien mieć dzwon, którego głos ratowałby tonących Tyle prosił i perswadował, że wreszcie stracił głos. Wyglądał jak kościotrup. Nie zebrawszy nawet tyle, ile kosztowałyby wrota kościoła, pewnej soboty wpadł w rozpacz. Zaimprowi­zował ołtarz na placu i w niedzielę obiegł całe miasto z dzwoneczkiem, tak jak za czasów bezsenności, wzywając wiernych na mszę pod gołym niebem. Wielu przyszło przez ciekawość. Innych przygnała tu tęsknota, jeszcze inni przy­byli z obawy, żeby Bóg nie potraktował pogardy dla swego funkcjonariusza jako afrontu personalnego. Tak więc o ós­mej rano połowa ludności znalazła się na placu, gdzie ojciec Nicanor odśpiewał mszę błagalnym głosem. W końcu, kiedy uczestnicy zaczęli się rozchodzić, wzniósł ręce prosząc o uwagę.

- Chwileczkę - powiedział - teraz będziecie świadkami niezbitego dowodu nieskończonej mocy Boga.

Chłopiec pełniący funkcję ministranta przyniósł filiżankę gęstej i parującej czekolady, którą on wypił jednym tchem. Potem wytarł usta chusteczką wyjętą z rękawa, rozpostarł ręce i zamknął oczy. I wtedy ojciec Nicanor wzniósł się dwanaście centymetrów nad ziemię. Był to środek skuteczny. Przez kilka dni krążył między domami powtarzając próbę lewitacji z pomocą bodźca w postaci filiżanki czekolady, a tymczasem akolita zbierał pieniądze do torby i w niecały miesiąc zebrał ich tyle, że przystąpiono do budowy świątyni Nikt nie kwestionował boskiego udziału w tym widowisku Tylko Jose Arcadio Buendia obojętnie obserwował tłum ludzi, który pewnego ranka zebrał się wokół kasztana, żeby jeszcze raz ujrzeć objawienie. Przeciągnął się nieznacznie na ławeczce i wzruszył ramionami, gdy ojciec Nicanor zaczął się unosić nad ziemią wraz z krzesłem, na którym siedział.



- Hoc est simplicissimum - powiedział Jose Arcadio Bu­endia. - Homo iste statum quartum materiae inyenit.

Ojciec Nicanor uniósł dłoń i cztery nogi krzesła stanęły na ziemi równocześnie.



- Nego - powiedział. - Factum hoc existentiam Dei probat sine dubio.

W taki sposób dowiedziano się, że diabelska mowa Josego Arcadia Buendii jest łaciną.

Ojciec Nicanor był zatem jedyną osobą, która mogła się z nim porozumieć, i wykorzystał tę okoliczność, żeby za­szczepić wiarę w jego udręczonym umyśle. Każdego popołu­dnia siadywał pod kasztanem przemawiając po łacinie, lecz Jose Arcadio Buendia uparcie nie chciał uznać wywodów retorycznych ani transmutacji z pomocą czekolady i żądał dagerotypu jako jedynego dowodu istnienia Boga. Ojciec Nicanor przynosił mu medaliki, obrazki, a nawet reproduk­cję chusty św. Weroniki, ale Jose Arcadio Buendia odrzucał je jako przedmioty rękodzieła, bez podkładu naukowego. Tak był uparty, że ojciec Nicanor zrezygnował w końcu ze swoich misjonarskich zamiarów i odwiedzał go nadal już tylko ze względów humanitarnych. Ale wtedy Jose Arcadio Buendia sam przejął inicjatywę i próbował obalić wiarę księdza wywodami racjonalnymi. Któregoś popołudnia oj-ciec Nicanor przyniósł pod kasztan szachownicę i pudełko z pionkami, by zaprosić Josego Arcadia Buendię na partię warcabów. Ten jednak odmówił, gdyż jak stwierdził, nigdy

nie mógł pojąć sensu walki pomiędzy przeciwnikami, którzy zgadzają się co do zasad. Ojciec Nicanor nigdy nie traktował gry w warcaby z tego punktu widzenia i od tego czasu stracił do niej ochotę. Coraz bardziej zdumiony jasnością umysłu Josego Arcadia Buendii, spytał, jak to jest możliwe, że trzymają go przywiązanego do drzewa.

- Hoc est simpiicissimum - odpowiedział. - Dlatego że jestem wariatem.

Od tej chwili, zaniepokojony o własną wiarę, ksiądz zaniechał odwiedzin i poświęcił się całkowicie przyspieszeniu budowy świątyni. Rebeka uczuła, że odżywa w niej nadzieja. Przyszłość jej zależała od zakończenia tej budowy; do tego wniosku doszła w pewną niedzielę, kiedy ojciec Nicanor był u nich na obiedzie i siedząc wokół stołu rozmawiano o splen­dorze, jakiego nabiorą uroczystości religijne z chwilą zbudo­wania świątyni. „Najszczęśliwsza będzie Rebeka" - odezwała się Amaranta. A gdy Rebeka nie zrozumiała, co tamta chce powiedzieć, wytłumaczyła jej z niewinnym uśmiechem:

- Tobie przypadnie ten zaszczyt inauguracji kościoła, kiedy będziesz brała ślub.

Rebeka uprzedziła wszelkie komentarze mówiąc, że przy tym tempie budowy świątynia nie będzie gotowa wcześniej niż za dziesięć lat. Ojciec Nicanor był innego zdania: wzrastająca hojność wiernych pozwalała na bardziej optymistyczne przewi­dywania. Wobec milczącego oburzenia Rebeki, która nie mogła skończyć obiadu, Urszula poparła pomysł Amaranty i przyczy­niła się hojnym datkiem do przyspieszenia robót. Ojciec Nicanor uważał, że jeszcze jedna taka pomoc, a świątynia będzie zbudowana w trzy lata. Od tej chwili Rebeka nie odezwała się już nigdy do Amaranty, przekonana, że jej inicjatywa nie była tak niewinna, jakby się to wydawało z pozoru. „To było najmniej, co mogłam zrobić - odpowiedziała jej Amaranta podczas gwałtownej sprzeczki, do jakiej doszło między nimi tej samej nocy. - W ten sposób nie będę musiała cię zabijać przez najbliższe trzy lata". Rebeka przyjęła wyzwanie.



Kiedy Piętro Crespi dowiedział się o tym nowym odroczeniu, przeżył gorzkie męki rozczarowania, ale Rebeka dała mu dowód absolutnej lojalności. „Uciekniemy, kiedy tylko zechcesz" - powiedziała. Piętro Crespi nie był jednakże człowiekiem wielkich przygód. Nie miał gwałtownego cha­rakteru swojej narzeczonej i poszanowanie dla danego słowa uważał za wartość, której nie można trwonić. Wtedy to Rebeka odwołała się do śmielszych metod. Tajemniczy wiatr gasił lampy w salonie i Urszula przyłapywała narzeczonych całujących się w ciemnościach. Piętro Crespi podejmował zawiłe tłumaczenia na temat złej jakości nowoczesnych lamp smołowych i nawet pomagał w zainstalowaniu pewniejszego systemu oświetlenia w salonie. Ale następnym razem za­wodziło paliwo lub zatapiały się knoty i Urszula zastawała Rebekę na kolanach narzeczonego. W końcu nie przyjmo­wała żadnych wymówek, powierzyła Indiance piekarnię i wy­roby cukiernicze, a sama zasiadła w fotelu pilnując na­rzeczonych, zdecydowana nie dać się wywieść w pole sztucz­kami, które były już stare za czasów jej młodości. „Biedna mama - mówiła Rebeka z ironicznym oburzeniem, widząc Urszulę ziewającą podczas tych usypiających wizyt. - Po śmierci będzie pokutować na tym fotelu". Po trzech mie­siącach amorów pod strażą, zniechęcony powolnością budowy, której postępy chodził sprawdzać codziennie, Piętro Crespi zdecydował się dać ojcu Nicanorowi pieniądze bra­kujące do ukończenia kościoła. Amaranta nie załamała się. Podczas gawęd z przyjaciółkami, które przychodziły każdego popołudnia haftować lub robić na drutach w galerii, ob­myślała nowe przeszkody. Pewien błąd w obliczeniach spra-wił, że zawiodło coś, na co najbardziej liczyła: wyjęcie kulek naftaliny, które Rebeka włożyła do swojej ślubnej sukni przechowywanej w komodzie sypialni. Zrobiła to na dwa miesiące przed ukończeniem budowy kościoła, ale Rebeka tak była podniecona bliskością ślubu, że chciała przygotowywać strój weselny wcześniej, niż to przewidziała Amaranta. Otworzywszy komodę i odwinąwszy papiery, a potem płótno ochronne, zobaczyła atłas sukni, welon' a nawet wianuszek z kwiatów pomarańczowych zżarte przez, mole. Chociaż była pewna, że włożyła do papierów dwie garście kulek naftaliny, nieszczęście wydawało się tak przypadkowe, że nie ośmieliła się oskarżyć Amaranty. Pozostawał niecały miesiąc do ślubu, ale Amaparo Moscote podjęła się uszyć nową suknię w przeciągu tygodnia. Amaranta omal nie zemdlała tego deszczowego popołudnia, kiedy Amaparo weszła do domu otoczona chmurą koronek, by zrobić Rebe­ce ostatnią przymiarkę. Straciła głos i smużka lodowatego potu spłynęła jej po kręgosłupie. Długie miesiące drżała ze strachu w oczekiwaniu tej godziny, wiedząc, że jeśli nie wymyśli jakiejś zasadniczej przeszkody, to w ostatniej chwili, kiedy zawiodą już wszystkie inne środki, będzie miała od­wagę otruć siostrę. Tego popołudnia, podczas gdy Rebeka dusiła się z gorąca w atłasowym pancerzu, który Amparo Moscote z pomocą tysiąca szpilek i nieskończonej cierpliwo­ści upinała na jej ciele, Amaranta pomyliła kilka razy ścieg szydełkowy i zakuła się igłą w palec, ale zdecydowała ze straszliwym chłodem serca, że dniem będzie ostatni piątek przed ślubem, a trucizną łyk opium w kawie.

Przeszkoda, równie nieoczekiwana, jak nieodwracalna przyniosła nową zwłokę na czas nieokreślony. Na tydzień przed ustalonym dniem uroczystości mała Remedios obudziła się o północy w kałuży ciepłego płynu, który trysnąć z jej wnętrzności, jak rozdzierający gejzer, i umarła w trzy

dni później, zatruta własną krwią, z parą martwych bliźniaków w brzuchu. Amarantę opadły straszliwe wyrzuty sumienia. Tak żarliwie błagała Boga, żeby się stało coś okropnego, że poczuła się winna śmierci Remedios. Nie była to ta przeszkoda, o którą tak błagała. Remedios wniosła do domu powiew radości. Zainstalowała się z mężem w sypialni, tuż obok warsztatu, i udekorowała ją lalkami i zabawkami swego niedawnego dzieciństwa, a jej wesoła ży­wotność rozsadzała cztery ściany sypialni i przelatywała jak huragan zdrowia przez galerię z begoniami. Śpiewała od samego świtu. Była jedyną istotą, która odważała się pośredniczyć w sporach między Rebeką a Amaranta. Wzięła na

siebie ciężar obsługiwania Josego Arcadia Buendii. Za­nosiła mu posiłki, pomagała mu w załatwianiu potrzeb codziennych, myła go mydłem i szmatą, iskała wszy i gnidy z jego włosów i brody, utrzymywała w dobrym stanie daszek z liści palmowych i wzmacniała go nieprzemakalnymi płachtami w okresie burz. W ostatnich miesiącach potrafiła nawet porozumiewać się z nim w prymitywnej łacinie. Gdy urodził się syn Aureliana i Pilar Ternery, przyniesiony od razu do domu i ochrzczony podczas intymnej uroczy­stości imionami Aureliano Jose, Remedios zdecydowała, że należy traktować go jak jej najstarszego syna. Jej instynkt macierzyński zadziwił Urszulę. Aureliano ze swej strony znalazł w niej to usprawiedliwienie, które potrzebne mu było do życia. Pracował całymi dniami w warsztacie, a Remedios przynosiła mu w południe kubek kawy bez cukru. Oboje odwiedzali co wieczór państwa Moscote. Aureliano rozgrywał z teściem nie kończące się partie warcabów, a Remedios gawędziła z siostrami albo zasięgała rad matki w sprawach ludzi dorosłych. Więzy z rodziną Buendiów umocniły w miasteczku autorytet don Apolinara Moscote.

W częstych podróżach do stolicy prowincji uzyskał fundusz rządowy na budowę szkoły, żeby mógł się w niej uczyć Arcadio,' który odziedziczył zamiłowanie dydaktyczne swego dziadka. Drogą perswazji skłonił większość ludzi do po-malowania domów na niebiesko z okazji święta niepodległości narodowej. Ulegając żądaniom ojca Nicanora kazał przenieść sklepik Catarina na odludną ulicę i zamknął kilka domów rozpusty, które prosperowały w samym sercu miasta. Kiedyś powrócił z sześcioma policjantami uzbrojonymi w strzelby, nakazując utrzymywać porządek, i nikt już nie pamiętał dawnego układu wykluczającego obecność uzbrojo­nych ludzi w mieście. Aureliano zadowolony był z działalno­ści swego teścia. „Będziesz taki gruby jak on" - mówili mu przyjaciele. Ale siedzący tryb życia, który zaokrąglił jego twarz i dodał blasku oczom, nie zwiększył wagi jego ciała ani nie zmienił charakteru, przeciwnie, utrwalił w linii jego ust wyraz samotnej medytacji i nieugiętej siły woli. I on, i jego żona cieszyli się tak serdecznym przywiązaniem obydwóch rodzin, że kiedy Remedios oznajmiła, że spodziewa się dziecka, nawet Rebeka i Amaranta zawiesiły broń, postana­wiając zrobić szydełkiem wyprawkę z wełny w kolorze niebieskim, gdyby urodził się chłopiec, i różowym na wypa­dek, gdyby przyszła na świat dziewczynka. Remedios była ostatnią osobą, o której pomyślał Arcadio parę lat później przed plutonem egzekucyjnym.

Urszula zarządziła żałobę, nakazując zamknięcie wszyst­kich drzwi i okien domu, pozwalając wyjść do miasta tylko w sprawach najważniejszych; zabroniła mówić głośno przez rok i dagerotyp Remedios z ukośną czarną wstęgą i oliwną wieczną lampką umieściła w miejscu, gdzie czuwano przy jej zwłokach. Przyszłe pokolenia, które nigdy nie pozwoliły zagasnąć tej lampce, czuły się zawsze trochę zaskoczone widokiem tej dziewczynki w plisowanych spódniczkach, białych bucikach, z organdynową kokardą we włosach, tak bardzo niezgodnym z klasycznym obrazem prababki. Amaranta zaopiekowała się Aurelianem J osę i zaadoptowała go jak syna, który miał dzielić jej samotność i ulżyć wyrzutom sumienia dręczącym ją po śmierci Remedios. Pietro Crespi przychodził o zmierzchu stąpając cicho na palcach, z czarną wstążką na kapeluszu, i składał milczącą wizytę Rebece bladej bezkrwistej w swej czarnej sukni z długimi rękawami. Sama mysi o naznaczeniu nowej daty ślubu byłaby taką profanacją, że narzeczeństwo zmieniło się w jakiś związek wieczysty, zmęczoną miłość, o którą nikt już nie dbał, jakby narzeczeni, którzy niegdyś umyślnie psuli łapmy, żeby się całować, porzuceni zostali na pastwę kaprysom śmierci. Straciwszy cel, doszczętnie załamana Rebeka znowu zaczęła jeść ziemię.



Nagle, kiedy żałoba trwała już tak długo, że wznowiono seanse haftu krzyżykami, pewnego popołudnia, o drugiej, w śmiertelnej ciszy godzin największego upału, ktoś pchnął drzwi od ulicy z taką siłą, że zadrżały fundamenty domu, i Rebeka ssąca palec w sypialni, i Amaranta, i jej przyjaciółki haftujące na ganku, Urszula w kuchni, Aureliano w swoim warsztacie, a nawet J osę Arcadio Buendia pod samotnym kasztanem doznali wrażenia, że dom się wali na skutek trzęsienia ziemi. Ujrzeli olbrzymiego mężczyznę, którego kwadratowe plecy ledwie mieściły się w drzwiach. Miał medalik z wizerunkiem Najświętszej Panny zawieszony na bawolej szyi, ramiona i pierś pokryte misternym tatuażem i miedzianą bransoletę na prawej ręce. Skórę miał spaloną słońcem i wiatrem, włosy krótkie i sztywne jak grzywa muła, żelazne szczęki i smutne spojrzenie. Talię ściskał mu pas dwa razy grubszy niż popręg konia, buty były wysokie, z ostrogami i podkutymi obcasami. Jego widok budził grozę i przy­wodził na myśl trzęsienie ziemi. Przeszedł przez salon i przyległy salonik z obszarpaną sakwą w ręku i ukazał się niby groźny olbrzym z baśni na ganku z begoniami, gdzie Amaranta i jej przyjaciółki siedziały jak sparaliżowane z igłami w powietrzu. „Cześć" - powiedział im zmęczonym głosem, rzucił sakwę na stół z robótkami i poszedł w głąb domu. "Cześć" - powiedział przestraszonej Rebece, przechodząc przez jej sypialnię. „Cześć" - powiedział Aurelianowi, który wytężając swój szósty zmysł czekał przy stole złotniczym Nie zatrzymał się przy nikim, poszedł prosto do kuchni i tu przystanął po raz pierwszy, u kresu podróży, która rozpo­częła się na przeciwległym końcu świata. „Cześć" - powie-dział. Urszula przez ułamek sekundy stała z otwartymi ustami patrząc mu w oczy, potem krzyknęła i rzuciła mu się na szyję, krzycząc i płacząc ze szczęścia. Był to Jose Arcadio. Wracał równie biedny, jak odszedł, do tego stopnia, że Urszula musiała dać mu dwa pesos na opłacenie wynajętego konia. Jego hiszpańszczyzna pomieszana była z jakimś dziw­nym żargonem marynarskim. Pytano go, gdzie był, i od­powiedział: „Tam". Zawiesił hamak w pokoju, który mu przeznaczono, i przespał trzy doby. Kiedy obudził się i zjadł szesnaście surowych jajek, poszedł prosto do sklepiku Catarina, gdzie jego monumentalne kształty wzbudziły popłoch i zaciekawienie kobiet. Zażądał muzyki i gorzałki dla wszyst­kich na swój rachunek. Mocował się na ręce z pięcioma mężczyznami jednocześnie. „To niemożliwe" - mówili prze­konawszy się, że nie są w stanie nawet ruszyć jego ramienia. „To dlatego, że ma amulet w ręku". Catarina, który nie wierzył w takie próby sił, założył się o dwanaście pesos, że Jose Arcadio nie poruszy lady. Ale on szarpnął tylko, uniósł ladę nad głową i wystawił na ulicę. Trzeba było jedenastu mężczyzn, żeby wnieść ją z powrotem do środka. W szale zabawy wystawił na pokaz publiczny swoją monstrualną męskość, z wytatuowaną niebiesko-czerwoną dżunglą napisów w-kilku językach. Kobiety, które obiegły go natarczywie, pytał, która zapłaci najwięcej. Najbardziej zasobna skłonna była dać mu dwadzieścia pesos. Wtedy on obniżył. cenę do dziesięciu i zaproponował losowanie. Była to suma niebotyczna, bo najwyżej ceniona kobieta zarabiała osiem pesos przez całą noc, ale wszystkie wyraziły zgodę. Napisały swoje imiona na czternastu karteczkach, które włożono do kapelusza, i każda z kobiet wyciągnęła jedną. Kiedy zostały w kapeluszu ostatnie dwie kartki, ustalono, do kogo na­leżały.

- Jeszcze po pięć pesos od każdej - zaproponował Jose Arcadio - i podzielę się między obie.



Z tego żył. Sześćdziesiąt pięć razy objechał dokoła świat z załogą marynarzy bez ojczyzny. Kobiety, które przespały się z nim tej nocy w sklepiku Catarina, zaprowadziły go nagiego do sali tanecznej, żeby wszyscy zobaczyli, że na jego ciele nie ma ani milimetra skóry bez tatuażu czy to z przodu, czy to z tyłu, od szyi aż do palców u nóg. Nie mógł zżyć się na nowo z rodziną. Spał przez cały dzień, a noce spędzał w dzielnicy domów publicznych urządzając popisy siły. Przy nielicznych okazjach, kiedy Urszuli udało się go posadzić przy rodzinnym stole, promieniował życzliwością, zwłaszcza gdy opowiadał o swoich przygodach w dalekich krajach. Przeżył katastrofę okrętu i dwa tygodnie dryfował po Morzu Japońskim żywiąc się mięsem swego towarzysza, który zmarł na udar słoneczny i którego mięso, solone i konserwowane w soli, pieczone na słońcu było ziarniste i miało słodkawy smak. Kiedyś, w słoneczne popołudnie w Zatoce Bengalskiej, marynarze z jego statku pokonali smoka morskiego, w którego brzuchu znaleziono hełm, ostrogi i broń krzyżowca. Na Morzu Karaibskim widział zjawę okrętu korsarskiego Viktora Huguesa z ożaglowaniem poszarpanym wiatrami śmierci i masztami zżartymi przez żuki morskie, zagubionego po wsze czasy w drodze na Gwadelupę. Urszula płakała przy stole, tak jakby czytała listy, które nigdy nie przyszły, a w których Jose Arcadio opisywał swoje niepowodzenia i przygody - „A tutaj taki wielki dom, synku – szlochała - i tyle jedzenia wyrzuconego świniom". Ale w głębi ducha nie mogła pojąć, że chłopak, którego zabrali Cyganie, jest tym samym olbrzymem, który zjadał teraz pół prosiaka na obiad, i od jego wiatrów więdły kwiaty. Podobnie było z resztą rodziny. Amaranta nie mogła ukryć wstrętu jaki ogarniał ją przy stole na odgłos jego zwierzęcej czkawki Arcadio, który nie znał sekretu swego pochodzenia, zaledwie odpowiadał na pytania zadawane mu w wyraźnym celu pozyskania jego uczuć. Aureliano próbował wskrzesić dawne dni, kiedy sypiali we wspólnym pokoju, przywrócić brater­ską zażyłość z czasów dzieciństwa, ale w pamięci Josego Arcadia nie było już na to miejsca, bo życie na morzu obciążyło ją zbyt wieloma innymi wspomnieniami. Tylko Rebeka uległa przy pierwszym ataku. Tego popołudnia, ech­uj rżała go przechodzącego przez sypialnię, pomyślała, że Pietro Crespi wygląda jak wymoczek przy tym stuprocentowym samcu, którego wulkaniczny oddech słychać było w całym domu. Szukała jego bliskości pod każdym pretekstem. Kiedyś Jose Arcadio mierząc ją od stóp do głowy a bezczelnym spojrzeniem powiedział: ,,Kawał kobiety z ciebie, siostrzyczko". Rebeka przestała panować nad sobą. Jadła ziemię i wapno ze ścian z chciwością dawnych czasów i ssała palec tak żarłocznie, że zrobił jej się odcisk na kciuku. Wymiotowała jakimś zielonym płynem ze zdechłymi pijawkami. Spędzała noce bezsennie trzęsąc się w gorączce, walcząc z obłędem, czekając, aż zadrży dom od kroków Josego Arcadia wracającego o świcie. Pewnego popołudnia, kiedy wszyscy spali po obiedzie, nie mogła się już dłużej opierać i poszła do jego sypialni. Nie spał i leżał w kalesonach, rozciągnięty w hamaku przywiązanym do haków linami okrętowymi. Jego olbrzymie nagie ciało zdobne w kolorowe rysunki i napisy tak ją przeraziło, że chciała się wycofać. „Przepraszam – powiedziała – nie wiedziałam, że tu jesteś”. Ale zniżyła głos, żeby nikogo nie obudzić. „Chodź tutaj” – powiedział. Rebeka posłuchała. Zatrzymała się obok hamaka oblana lodowatym potem, czując, jak jej kiszki skręcają się w węzły, kiedy Jose Arcadio głaskał ją po kostkach u nóg, a potem przesuwał palce wzdłuż łydek i ud mrucząc: „Aj, siostrzyczko, aj, siostrzyczko". Musiała dokonać nieludz­kiego wysiłku, żeby nie paść trupem, kiedy jakaś huragano­wa siła uniosła ją w pasie, pogwałciła jej intymność i po­ćwiartowała jak ptaka. Zdążyła jeszcze podziękować Bogu za to, że się urodziła, nim zatraciła świadomość w niepojętej rozkoszy i nieznośnym bólu, grzęznąc w dymiącym bagnisku hamaka, który wchłonął jak bibuła eksplozję jej krwi.

W trzy dni później wzięli ślub podczas popołudniowej mszy. W przeddzień uroczystości Jose Arcadio poszedł do sklepu Pietra Crespiego. Zastał go udzielającego lekcji gry na lutni i przystąpił do rzeczy natychmiast, nie odwołując go na bok. „Żenię się z Rebeką" - powiedział mu.

Pietro Crespi zbladł, wręczył lutnię jednemu ze swych uczniów i oznajmił, że lekcja na dzisiaj skończona. Kiedy zostali sami w przeładowanym salonie, pełnym instrumentów muzycznych i nakręcanych zabawek, Pietro Crespi powiedział:

- To pańska siostra.

- Nic mi to nie przeszkadza - odpowiedział Jose Arcadio. Pietro Crespi wytarł czoło chustką przesyconą zapachem lawendy.

- To coś przeciwnego naturze - tłumaczył - a poza tym prawo tego zabrania.

Jose Arcadio zniecierpliwił się nie tyle argumentacją, co bladością Pietra Crespiego.

- Sram na naturę - oświadczył. - I przychodzę o tym skomunikować, żeby oszczędzić panu fatygi chodzenia i pytania o cokolwiek Rebeki.

Ale jego brutalność załamała się, gdy zobaczył, że Pietrowi Crespiemu wilgotnieją oczy.

- No cóż - powiedział już innym tonem. - Jeżeli zagustował pan w tej rodzinie, to została jeszcze Amaranta. Ojciec Nicanor ogłosił na niedzielnym kazaniu, że Jose Arcadio i Rebeka nie są rodzeństwem. Urszula nigdy nie przebaczyła czegoś, co uznała za niewybaczalną hańbę dla rodziny, i kiedy nowożeńcy wrócili z kościoła, zabroniła im przekroczyć próg swojego domu. Dla niej jak gdyby umarli. Wynajęli więc domek naprzeciw cmentarza i sprowadzili się tam bez żadnych mebli prócz hamaka Josego Arcadia. W noc poślubną Rebekę ugryzł w stopę skorpion, który wlazł do jej pantofla. Zdrętwiał jej język, ale to nie zmąciło ich budzącego powszechne zgorszenie miodowego miesiąca. Sąsiadów przerażały krzyki, które budziły całą dzielnicę co najmniej osiem razy w ciągu nocy i trzy podczas sjesty, i modlili się, żeby tak niepohamowana namiętność nie zakłóciła spokoju, zmarłych. Z całej rodziny zatroszczył się o nich tylko Aureliano. Kupił im trochę mebli i dostarczył pieniędzy, dopóki Jose Arcadio nie odzyskał poczucia rzeczywistości i nie zaczął uprawiać bezpańskiego pola za domem. Amaranta natomiast nigdy nie zdołała przezwyciężyć swojej urazy do Rebeki, chociaż życie ofiarowało jej satysfakcję, o jakiej nie marzyła z inicjatywy Urszuli, która nie wiedziała, jak zmazać hańbę rodzinną, Pietro Crespi nadal przychodził do nich we wtorki na obiady, znosząc swoją klęskę ze spokojną godnością Zachował czarną wstążkę na kapeluszu, na znak szacunku dla rodziny, i okazywał swoje przywiązanie do Urszuli przynosząc jej egzotyczne podarunki: sardynki portugalskie marmoladę z tureckich róż, a kiedyś przepiękną mantylę z Manili. Amaranta traktowała go z serdeczną troskliwością. Odgadywała jego życzenia, odcinała mu zwisające u mankietów koszuli i wyhaftowała tuzin chusteczek z jego inicjałami jako podarunek urodzinowy. We wtorki po obiedzie



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna