Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona4/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26

- Ktoś tu przyjdzie - powiedział.

Urszula, jak zwykle, gdy wypowiadał jakieś proroctwo, próbowała ostudzić go swoją prostą domorosłą logiką. To naturalne, że ktoś przyjdzie. Dziesiątki przybyszów z obcych stron przechodziło co dzień przez Macondo, nie alarmując nikogo i nie wysyłając przedtem tajemniczych zapowiedzi. Niemniej wyższy ponad logikę Aureliano był pewien swej przepowiedni.

- Nie wiem, kto to może być - upierał się - ale wiem, że już jest w drodze.



W niedzielę rzeczywiście zjawiła się Rebeka. Miała nie więcej niż jedenaście lat. Uciążliwą drogę z Manaure przebyła z handlarzami skór, którzy mieli polecenie dostarczyć ją wraz z listem do domu Josego Arcadia Buendii, ale nie mogli określić dokładnie, kto ich prosił o tę przysługę. Cały jej dobytek składał się z węzełka z bielizną, drewnianego foteli­ka na biegunach, zdobnego w ręcznie malowane kolorowe kwiaty, i worka z żaglowego płótna, który zawierał kości jej rodziców grzechocące przy każdym poruszeniu. List do

Josego Arcadia Buendii napisany był w nader serdecznych słowach przez kogoś, kto pomimo lat i odległości nadal go kochał i kierując się zwykłym ludzkim odruchem litości uważał za swój obowiązek wysłać do niego tę biedną opusz­czoną sierotkę, która jest kuzynką Urszuli, a zatem także krewną - choć o wiele dalszą - Josego Arcadia Buendii, jako córka jego niezapomnianej pamięci przyjaciela Nicanora Ulloa i jego czcigodnej małżonki Rebeki Montiel, których Bóg powołał do swego królestwa i których ziemskie szczątki przesłane są w załączeniu, aby sprawiono im chrześcijański pogrzeb. Wymienione nazwiska i podpis na liście były napi­sane bardzo wyraźnie i czytelnie, ale ani Urszula, ani Jose Arcadio Buendia nie mogli sobie przypomnieć krewnych o tych nazwiskach i nie znali nikogo, kto nazywałby się tak jak nadawca listu, a tym mniej w dalekim osiedlu Manaure. Od dziewczynki nie można było uzyskać żadnych dodat­kowych informacji. Natychmiast po przybyciu usiadła w swoim foteliku i ssąc palec obserwowała wszystkich wielkimi wystraszonymi oczami, nie zdradzając niczym, że rozumie, o co ją pytają. Miała na sobie zniszczoną sukienkę, przefarbowaną na czarno, i równie zniszczone lakierowane buciki. Włosy były ciasno splecione w warkoczyki i przewią­zane czarnymi kokardami. Nosiła szkaplerz z zatartym od potu obrazkiem, a na prawej ręce bransoletkę z kłem drapież­nika oprawionym w miedź, jako amulet przeciw chorobie oczu. Zielonkawy odcień skóry i okrągły brzuch, napięty jak bęben, świadczyły o nadwerężonym zdrowiu i głodzie, star­szym niż ona sama. Ale kiedy jej dano jeść, postawiła sobie talerz na kolanach nie podnosząc do ust ani kęsa. Przypusz­czano nawet, że jest głuchoniema, póki Indianie nie zapytali Jej w swoim narzeczu, czy chce trochę wody, a wtedy ona, jakby rozpoznając ich, poruszyła oczami i skinęła głową twierdząco.

Zatrzymali ją u siebie, bo nie było innego wyjścia. Po­stanowiono nazwać ją Rebeką, jak, zgodnie z listem, brzmia­ło imię jej matki, a kiedy Aureliano zadał sobie trud odczyta­nia jej całego kalendarza z imionami świętych, nie wywołało to żadnej reakcji z jej strony. Ponieważ w Macondo nie było wtedy cmentarza, bo dotychczas nikt jeszcze nie umarł, zachowano worek z kośćmi w oczekiwaniu, aż znajdzie się godne miejsce, żeby je pogrzebać, i przez długi czas zawadza­ły wszędzie; odnajdowywano je w najmniej spodziewanych miejscach, zawsze z tym grzechotem, przypominającym gda­kanie kwoki. Wiele czasu minęło, zanim Rebeka włączyła się do życia rodzinnego. Siadywała na swoim krzesełku w naj­bardziej oddalonym kącie domu, nieustannie ssąc palec. Nic jej nie interesowało prócz muzyki zegarów, której co pół godziny szukała swymi wystraszonymi oczami, jakby spo­dziewała się odnaleźć ją w jakimś miejscu w powietrzu. Przez wiele dni nie można było zmusić jej do jedzenia. Nikt nie rozumiał, jakim sposobem nie umarła z głodu, wreszcie Indianie, którzy wiedzieli wszystko krążąc nieustannie po domu swoim bezszelestnym krokiem, odkryli, że Rebeka jada wyłącznie mokrą ziemię z podwórza i płaty wapna, które zeskrobywała paznokciami ze ścian. Było oczywiste, że jej rodzice, czy ktokolwiek ją wychował, mieli jej za złe ten obyczaj, bo uprawiała go po kryjomu, ze świadomością winy, odkładając porcje zdobytej żywności, tak żeby móc je zjeść, kiedy nikt nie widzi. Od tej chwili nie spuszczano z niej oka. Wylewano żółć bydlęcą na podwórko i smarowa­no piekącą papryką ściany myśląc, że tymi sposobami uda się ją oduczyć od tego szkodliwego nałogu, dziewczynka jednak wykazywała tyle sprytu i przebiegłości w zaopatrywaniu się w zapas ziemi, że Urszula musiała uciec się do bardziej drastycznych środków. Mieszała sok pomarańczy z rabar­barem w dzbanku, który na całą noc zostawiała pod gołym niebem i nazajutrz rano dawała jej ten napój na czczo. Chociaż nikt jej nie powiedział, że to jest właściwe lekarstwo przeciw nałogowi jedzenia ziemi, uważała, że każdy gorzki płyn w pustym żołądku zmusi wątrobę do reakcji. Rebeka była tak krnąbrna i tak silna pomimo swego wycieńczenia, że musiano, jak cielakowi, otwierać przemocą jej usta, aby przełknęła lekarstwo. Ledwie można było powstrzymać jej kopanie, plucie i gryzienie, przerywane niekiedy zagadkowy­mi wykrzyknikami, które, jak twierdzili zgorszeni Indianie, oznaczały najgrubsze sprośności, jakie można było wymyślić w ich języku. Dowiedziawszy się o tym Urszula uzupełniła kurację okładami rzemiennego pasa. Nie ustalono nigdy, czy to rabarbar, czy bicie, czy też połączenie tych obu leków odniosło wreszcie skutek, dość że po kilku tygodniach w obyczajach Rebeki nastąpiła widoczna poprawa. Uczest­niczyła w zabawach Arcadia i Amaranty, którzy przyjęli ją jak starszą siostrę, i zaczęła jeść z apetytem, nakładając sobie na talerz wszystko, co podano. Wkrótce okazało się, że mówi po hiszpańsku równie biegle jak w narzeczu indiańskim i że jest wyjątkowo uzdolniona do wszelkich robót ręcznych. Śpiewała także walce z zegarów z zabawnymi, pełnymi wdzięku słowami, które sama wymyśliła. Niebawem zaczęto ją uważać za członka rodziny. Dla Urszuli była czulsza i serdeczniejsza niż jej własne dzieci, mówiła „siostrzyczko" i „braciszku" do Amaranty i Arcadia, nazywała „wujkiem" Aureliana i „dziadkiem" Josego Arcadia Buendię. Tak więc w końcu na równi z innymi zasługiwała na nazwisko Rebeka Buendia, jedyne, które kiedykolwiek miała i które nosiła z godnością aż do śmierci.

Pewnej nocy, kiedy Rebeka wyleczyła się już z nałogu łykania ziemi i sypiała w pokoju razem z innymi dziećmi, Indianka śpiąca z nimi obudziła się nagle słysząc dziwny urywany odgłos dochodzący z kąta. Zerwała się z przerażeniem, myśląc, że to jakieś zwierzę dostało się do pokoju, i zobaczyła Rebekę huśtającą się na swoim krzesełku i ssącą palec, z oczyma fosforyzującymi jak oczy kota w ciemnościach. Sparaliżowana grozą i wspomnieniem własnego losu Visitación rozpoznała w tych oczach objawy choroby, której groźba zmusiła ją i jej brata do opuszczenia na zawsze tysiącletniego królestwa, gdzie sami byli książętami. Była to plaga bezsenności.

Indianin Cataure uciekł z domu jeszcze tej samej nocy. Jego siostra została z fatalistycznym przekonaniem, że ta zabójcza choroba tak czy inaczej będzie ją ścigać wszędzie, aż po krańce ziemi. Nikt nie pojmował grozy Visitación. „Jeżeli nie będziemy spać, tym lepiej - mówił wesoło Jose Arcadio Buendia. - Tym więcej będziemy korzystali z życia". Ale Indianka wytłumaczyła im, że na j straszniejsze w tej chorobie jest nie to, że nie można zasnąć, bo ciało nie odczuwa zmęczenia, lecz nieodwracalny postęp innego, gorszego sym­ptomu - utraty pamięci. Tłumaczyła, że kiedy chory przy­zwyczaja się do stanu bezsenności, zaczynają zacierać się w jego umyśle wspomnienia dzieciństwa, potem nazwy i po­jęcia przedmiotów, a w końcu tożsamość osób, a nawet świadomość własnego istnienia, aż do pewnego rodzaju obłędu i negacji przeszłości. Jose Arcadio Buendia, śmiejąc się do łez, uważał to wszystko za imaginacyjną dolegliwość wymyśloną przez zabobonnych Indian. Ale Urszula na wszel­ki wypadek odseparowała Rebekę od innych dzieci.

Po kilku tygodniach, kiedy przerażenie Visitación zdawało się uspokajać, Jose Arcadio Buendia pewnej nocy zaczął przewracać się z boku na bok w łóżku nie mogąc zasnąć. Urszula, która również nie spała, zapytała, co mu jest, a on odpowiedział: „Znów mi nie schodzi z myśli Prudencio Aguilar". Nie spali ani minuty, ale następnego dnia czuli się tak wypoczęci, że zapomnieli o ciężkiej nocy. Podczas obiadu Aureliano zdumiony oświadczył, że czuje się świetnie, pomimo że przez całą noc pracował w laboratorium pozłacając broszkę, którą miał zamiar podarować Urszuli w dzień jej urodzin. Zaniepokoili się dopiero na trzeci dzień, kiedy w porze, o której zwykle szli spać, okazało się, że nie mają na to żadnej ochoty, chociaż nie spali od przeszło pięćdziesięciu godzin.

- Dzieci też nie śpią - stwierdziła Indianka ze swym poczuciem fatalizmu. - Jak już zaraza wejdzie do domu, nikt się od niej nie uchroni.

Istotnie, padli ofiarą zarazy. Urszula, która znała od swej matki lecznicze właściwości ziół, przygotowała wywar z tojadu i zmusiła wszystkich do wypicia, ale nie udało im się zasnąć i przez cały dzień śnili na jawie.

W tym stanie trzeźwej halucynacji widzieli nie tylko obrazy ze swoich własnych snów, ale przekazywali je sobie nawzajem: jedni widzieli to, co się śniło drugim. Było tak, jakby dom zapełnił się gośćmi. Siedząc w foteliku w kącie kuchni Rebeka śniła, że jakiś człowiek bardzo podobny do niej, w ubraniu z białego lnu i w koszuli z kołnierzykiem zapiętym na złoty guzik, przyniósł jej bukiet róż. Razem z nim przyszła kobieta o delikatnych rękach, wyjęła jeden z kwiatów i wpięła go dziewczynce we włosy. Urszula zrozumiała, że ten mężczyzna i ta kobieta nie mogli być kim innym, tylko rodzicami Rebeki, ale pomimo wysiłków, ja­kich nie szczędziła, żeby sobie przypomnieć tych ludzi, jeszcze bardziej utwierdziła się w przekonaniu, że ich nigdy w życiu nie widziała. Tymczasem z beztroską, której Jose Arcadio Buendia nie mógł sobie nigdy darować, w dalszym ciągu sprzedawano w miasteczku produkowane w domu zwierzątka z karmelu. Dzieci i dorośli z zachwytem ssali smaczne zielone kogutki bezsenności, śliczne różowe rybki nakrapiane bezsennością i żółte koniki zatrute bezsennością. Poniedziałkowy świt nikogo z miasteczka nie zastał w łóżku.

Z początku nikt się tym nie przeraził, przeciwnie, cieszyli się, że nie potrzebują spać, ponieważ wtedy w Macondo było tyle do roboty, że ledwie wystarczało czasu. Pracowali tak, że wkrótce nie mieli już nic do zrobienia i o trzeciej nad ranem siedzieli z założonymi rękami, licząc nuty walca płynącego z grających zegarów. Ci, którzy chcieli spać nie ze zmęczenia, ale z tęsknoty za tym, co oglądali we śnie, próbowali wszelkich sposobów, żeby przywołać zmęczenie. Rozmawiali bez przerwy, powtarzali sobie godzinami te same anegdoty albo z desperackim uporem przedłużali w nieskończoność zabawę w „koguta-kapłona". Zabawa polegała na tym, że narrator pytał obecnych, czy chcą, żeby im opowiedział historię o kogucie-kapłonie, i kiedy oni odpowiadali, że „tak", narrator mówił, że nie prosił ich, żeby powiedzieli „tak", tylko pytał, czy chcieliby usłyszeć historię o kogucie­-kapłonie, a kiedy odpowiadali, że nie chcą, narrator mówił, że nie prosił ich, żeby mówili „nie", tylko pytał, czy chcą usłyszeć opowieść o kogucie-kapłonie, a kiedy wszyscy mil­czeli, narrator mówił im, że nie prosił ich, żeby milczeli, tylko pytał, czy opowiedzieć historię o kogucie-kapłonie, i nikt nie mógł odejść, ponieważ narrator mówił, że nie prosił ich, żeby sobie poszli, tylko pytał, czy ma opowiedzieć o kogucie-kapłonie, i tak dalej, w błędnym kole, które obracało się nieustannie przez całe noce.

Kiedy Jose Arcadio Buendia zdał sobie sprawę, że plaga ogarnęła całe miasto, zebrał wszystkich ojców rodzin, żeby przekazać im to, co sam wiedział o zarazie bezsenności. Podjęto kroki zapobiegające rozpostrzenianiu się jej na inne osiedla położone w okolicy bagnisk. Zdjęto więc kozom dzwonki, wymienione z Arabami za papugi, i pozostawiono je przy rogatkach do dyspozycji tych, co wbrew uprzedze­niom rozstawionych straży upierali się przy wejściu do grodu. Wszyscy obcy, którzy krążyli wówczas po ulicach Macondo, musieli swoimi dzwoneczkami oznajmiać zarażo­nym, że oni są zdrowi. Nie pozwolono im ani jeść, ani pić podczas pobytu, gdyż wiadomo było, że zaraza przenosi się tylko przez przewód pokarmowy i że wszystkie produkty do jedzenia i picia zarażone są bakcylem bezsenności. W ten sposób utrzymano plagę w granicach miasteczka. Ta kwaran­tanna była tak skuteczna, że z czasem stan wyjątkowy uznano za rzecz naturalną i zorganizowano życie w taki sposób, żeby przywrócić rytm pracy, i nikt już nie myślał o niepotrzebnym obyczaju spania.

Metodę, która przez wiele miesięcy miała ich bronić przed zanikiem pamięci, wymyślił Aureliano. Odkrył ją przypad­kowo. Dobrze znając bezsenność, gdyż był jednym z pierw­szych, którzy jej ulegli, opanował do perfekcji sztukę złot­niczą. Pewnego dnia szukał małego kowadełka, którego używał do walcowania metali, i nie mógł przypomnieć sobie nazwy tego narzędzia. Ojciec podpowiedział mu: ,,kowadeł­ko". Aureliano wypisał to na kawałku papieru i przykleił etykietę do przedmiotu. W ten sposób mógł mieć pewność, że nie zapomni tej nazwy w przyszłości. Nie przyszło mu na myśl, że jest to pierwszy objaw zaniku pamięci, ponieważ przedmiot miał nazwę trudną do zapamiętania. W kilka dni później jednak odkrył, że z trudem przypomina sobie nazwy prawie wszystkich przedmiotów w laboratorium. Tak. więc oznaczył je wszystkie odpowiednimi kartkami i wystarczyło przeczytać napis, żeby je rozpoznać. Kiedy ojciec zakomuni­kował mu, że zapomniał prawie wszystkich najważniejszych wydarzeń ze swego dzieciństwa, Aureliano zapoznał go ze swoją metodą i Jose Arcadio Buendia zastosował ją praktycz­nie w całym domu, a później narzucił całemu miasteczku. Pędzelkiem umoczonym w farbie malował na każdej rzeczy Jej nazwę: stół, krzesło, zegar, drzwi, ściana, łóżko, garnek. Wyszedł do zagrody i oznaczył wszystkie zwierzęta i rośliny: krowa, koza, świnia, kura, juka, malanga, banany. Stop­niowo, obserwując nieskończoność wariantów zaniku pamię­ci, zdał sobie sprawę, że może nadejść dzień, kiedy będą rozpoznawać rzeczy po napisach, ale zapomną ich prze­znaczenia. Wtedy rozszerzył swoje napisy. Etykieta, którą zawiesił na szyi krowy, była przykładem sposobu, w jaki mieszkańcy Macondo byli zdecydowani walczyć z chorobą:

„To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem". Tak więc żyli w wymykającej się rzeczywi­stości, którą chwilowo mogli schwytać za pomocą słów, ale która musiała wymknąć się bezpowrotnie wraz z zapom­nieniem wartości słowa pisanego.

U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis: „Macon­do", a nieco dalej inny, większy, przy głównej ulicy: „Bóg istnieje". We wszystkich domach opracowano klucze dla utrwalenia w pamięci przedmiotów i uczuć. Ale system ten wymagał takiej czujności i takiej siły moralnej, że wiele osób uległo czarowi rzeczywistości wyimaginowanej, którą sami wymyślili i która była mniej praktyczna, ale za to wygodniej­sza i bardziej pocieszająca. Do rozpowszechnienia tej mis­tyfikacji szczególnie przyczyniła się Pilar Ternera, gdy wpad­ła na myśl odczytywania przeszłości z kart, tak jak dawniej odczytywała z nich przyszłość. Dzięki temu cierpiący na bezsenność zaczęli żyć w świecie zbudowanym z niepewnych możliwości karcianych, gdzie z trudem można było sobie przypomnieć ojca jako ciemnowłosego mężczyznę przybyłe­go w początkach kwietnia, a matkę jako kobietę o smagłej cerze, ze złotym pierścionkiem na lewej ręce, i gdzie data czyjegoś urodzenia sprowadzała się do ubiegłego wtorku, kiedy w laurowym krzaku śpiewał skowronek. Zniechęcony bezskutecznością stosowanych środków Jose Arcadio Buendia postanowił wtedy skonstruować maszynę pamięciową, taką jak kiedyś pragnął mieć, żeby spamiętać wszystkie cudowne wynalazki Cyganów. Mechanizm ten miał polegać na możliwości powtarzania co rano, od początku do końca wszystkich wiadomości nabytych w ciągu życia; wyobrażał sobie to jako olbrzymi obrotowy słownik, którego ruchem kierowałby ktoś umieszczony na osi, za pomocą korby, tak żeby w ciągu kilku godzin mogły przesuwać się przed jego oczami pojęcia najbardziej potrzebne do życia. Zdążył już napisać około czternastu tysięcy fiszek, kiedy na drodze z moczarów ukazał się jakiś dziwaczny starzec z melancholij­nym dzwoneczkiem nie dotkniętych chorobą bezsenności i brzuchatą walizą związaną rzemieniem, którą ciągnął na wózku przykrytym czarnymi szmatami. Skierował się prosto do domu Josego Arcadia Buendii.

Visitación nie poznała go otworzywszy drzwi i myślała, że przyszedł z jakimś towarem na sprzedaż nie wiedząc, że nic nie można sprzedać w tym miejscu pogrążającym się nie­uchronnie w otchłaniach zapomnienia. Był to sędziwy sta­rzec; chociaż głos jego łamał się co chwila, a ręce zdawały się wątpić o istnieniu rzeczy, pewne było, że przybywa ze świata, gdzie ludzie jeszcze mogą spać i pamiętać. Jose Arcadio Buendia zobaczył go w salonie, gdy wachlując się połatanym czarnym kapeluszem czytał z pełną współczucia uwagą napisy przyklejone do ścian. Przywitał go z serdeczną wylewno­ścią w obawie, że znał go niegdyś dobrze, a teraz nie pamięta. Ale gość zauważył sztuczność tego powitania. Uczuł się zapomniany, nie tym uleczalnym zapomnieniem serca, lecz innym, okrutniejszym i nieodwołalnym, znanym mu dobrze, gdyż było to zapomnienie śmierci. Wtedy zrozumiał. Ot­worzył walizkę pełną przedmiotów nieokreślonej użyteczności i spomiędzy nich wyjął pudełko z flaszeczkami. Dał Josemu Arcadiowi Buendii do wypicia jakąś mętną substancję i w pamięci założyciela Macondo zajaśniało światło. Oczy napełniły mu się łzami, zanim ujrzał sam siebie w absurdal­nym salonie z wypisanymi nazwami przedmiotów i zawsty­dził się uroczystych głupstw wykaligrafowanych na ścianach, a nawet jeszcze zanim rozpoznał nowo przybyłego w oślepia­jącym blasku radości. Był to Melquiades.

Podczas gdy Macondo radowało się i święciło odzyskanie pamięci, Jose Arcadio Buendia i Melquiades otrząsali z kurzu zapomnienia swoją starą przyjaźń. Cygan gotów był zostać tu na stałe. Rzeczywiście przekroczył już próg śmierci, ale wrócił, bo nie mógł znieść samotności. Odtrącony przez własny szczep, ukarany utratą swych nadprzyrodzonych da­rów za swoją wierność życiu, postanowił schronić się w tym zakątku świata, nie odkrytym jeszcze przez śmierć, i po­święcić się sztuce dagerotypii. Jose Arcadio Buendia nigdy nie słyszał o tym wynalazku. Ale kiedy ujrzał siebie i całą swoją rodzinę uwiecznioną na opalizującej metalowej płytce, zaniemówił ze zdumienia. Z tej epoki pochodził zardzewiały dagerotyp, na którym można było oglądać Josego Arcadia Buendię ze zjeżonym i siwiejącym włosem, z szyją w sztyw­nym kołnierzyku koszuli zapiętej na miedziany guzik i z wy­razem uroczystego zdumienia „wystraszonego generała", jak to określiła Urszula. Jose Arcadio Buendia rzeczywiście był dość przerażony w ten przejrzysty grudniowy ranek, kiedy wykonano ów dagerotyp, bo myślał, że ludzie niszczą się stopniowo, w miarę jak ich obraz przechodzi na płytki z metalu. Odwrotnie niż bywało dotychczas, tym razem Urszula wybiła mu z głowy tę myśl i ona też, niepomna dawnych uraz, zadecydowała, że Melquiades zamieszka w ich domu, chociaż nigdy nie pozwoliła zrobić swego dagerotypu, nie chcąc, według ich własnego stwierdzenia, zostawić swego wizerunku na pośmiewisko wnukom. Tego dnia ubrała dzieci w najlepsze ubrania, upudrowała je i podała każdemu po łyżeczce wywaru ze szpiku kostnego w celu usztywnienia rysów twarzy, żeby mogli wytrzymać bez ru­chu prawie trzy minuty przed aparatem Melquiadesa. Na tym dagerotypie, jedynym, jaki przedstawia grupę rodzinną, Aureliano występuje w czarnych aksamitach, między Amarantą i Rebeką, z tym samym roztargnionym wyrazem twarzy i tym samym jasnowidzącym spojrzeniem, z którym wiele lat później miał stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Ale wte­dy jeszcze nie przeczuwał swego przeznaczenia. Był doświad­czonym złotnikiem, poważanym w całej okolicy za doskonałą znajomość rzemiosła. W warsztacie, który mieścił się razem ze zwariowanym laboratorium Melquiadesa, ledwie słychać było jego oddech. Jak gdyby szukał schronienia w jakimś innym czasie, wtedy gdy jego ojciec i Cygan hałaśliwie dyskutowali nad przepowiedniami Nostradamusa przy brzę­ku szkieł i probówek, pośród rozlanych kwasów i oparów bromku srebra. Ta sumienność w pracy i sprawność, z jaką prowadził swe interesy, w krótkim czasie pozwoliły Aurelianowi zarobić więcej pieniędzy niż Urszuli jej wdzięczna fauna z karmelu; wszyscy dziwili się jednak, że ten dorosły już mężczyzna nie zna jeszcze kobiety. Istotnie, tak dotych­czas było.

Kilka miesięcy później wrócił Francisco el Hombre, stary obieżyświat, który liczył bez mała dwieście lat i często zaglądał do Macondo śpiewając pieśni własnej kompozycji. W pieśniach tych przekazywał z najdrobniejszymi szczegóła­mi wiadomości o wszystkim, co wydarzyło się w miastecz­kach i wsiach na szlaku jego wędrówek, od Manaure aż po krańce moczarów. Jeśli ktoś chciał komuś coś zlecić lub przekazać jakąś wiadomość, płacił śpiewakowi dwa centavos za włączenie tego do jego repertuaru. Tak to przypadkiem Urszula, słuchając któregoś wieczora jego pieśni, w nadziei że znajdzie w nich jakąś wieść o swoim synu Josem Arcadii dowiedziała się o śmierci swojej matki. Francisco el Hombre nazwany tak, ponieważ zwyciężył diabła w turnieju śpiewa­czym i ponieważ nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska zniknął z Macondo podczas plagi bezsenności, a pewnej nocy niespodziewanie znalazł się w sklepiku Catarina. Cale mias­teczko zgromadziło się, żeby posłuchać, co się przez ten czas wydarzyło w świecie. Tym razem przybyła z nim kobieta tak gruba, że czterech Indian musiało nosić ją w fotelu, i mło­dziutka zabiedzona Mulatka, która trzymała nad nią parasol, żeby ją chronić od słońca. Aureliano poszedł tej nocy do sklepu Catarina. Francisco el Hombre w kręgu ciekawych śpiewał ostatnie nowiny swoim starczym rozstrojonym fal­setem, przygrywając sobie na tym samym archaicznym akor­deonie, który mu ofiarował Sir Walter Raieigh w Gujanie, i wystukując takt swymi wielkimi stopami wędrowca popę­kanymi od saletry. Naprzeciw drzwi w głębi sklepiku, który­mi wchodzili i wychodzili mężczyźni, siedziała w fotelu matrona wachlując się w milczeniu. Catarino z filcową różą za uchem sprzedawał zebranym szklanki guarapo - sfermen­towanego soku z trzciny cukrowej i korzystał z tej okazji, żeby przyciskać się do mężczyzn i kłaść ręce tam, gdzie nie powinien. Około północy gorąco stało się nie do wytrzyma­nia. Aureliano słuchał nowin do końca, nie znajdując żad­nych, które zainteresowałyby jego rodzinę. Zamierzał wrócić do domu, kiedy matrona dała mu znak ręką.

- Wejdź i ty - powiedziała. - Kosztuje tylko dwadzieścia centavos.



Aureliano wrzucił monetę do skarbonki, którą kobieta trzymała na kolanach, i wszedł do pokoju, nie wiedząc po co. Młoda Mulatka z drobnymi piersiami suczki leżała nago na łóżku.

Przed Aurelianem sześćdziesięciu trzech mężczyzn prze­szło już dziś przez ten pokój. Powietrze, przesiąknięte wyzie­wami i potem, zaczynało się zmieniać w jakąś błotną zawiesi­nę. Dziewczyna zdjęła przepocone prześcieradło i poprosiła Aureliana, by wziął je za drugi koniec. Ciężkie było jak brezent. Wyżymali je, aż odzyskało normalną wagę. Od­wrócili na drugą stronę matę, także przepoconą na wskroś. Aureliano pragnął, by to zajęcie nigdy się nie skończyło. Znał teoretycznie technikę miłości, ale nie mógł utrzymać się na nogach, kolana się pod nim uginały, całe ciało pokryło się gęsią skórką. Kiedy dziewczyna skończyła słać łóżko i po­wiedziała mu, żeby się rozebrał, Aureliano znalazł zadziwiają­cą wymówkę: „Kazali mi wejść, wrzucić dwadzieścia centavos do skarbonki i nie siedzieć zbyt długo". Dziewczyna pojęła jego opory. „Jeżeli wrzucisz następną dwudziestkę przy wyjściu, możesz zostać dłużej" - powiedziała łagodnie. Aureliano rozebrał się dręczony wstydem, nie mogąc pozbyć się myśli, że jego nagość nie wytrzymuje porównania z nago­ścią brata. Pomimo wysiłków dziewczyny czuł się coraz bardziej obojętny i straszliwie samotny. „Wrzucę następne dwadzieścia centavos" - powiedział zgnębionym głosem. Dziewczyna podziękowała mu w milczeniu. Plecy jej były jak jedna rana, skóra niemal przyrośnięta do żeber i oddech przerywany niezmiernym wyczerpaniem. Dwa lata temu, bardzo daleko stąd, zasnęła którejś nocy nie zgasiwszy świecy i obudziła się otoczona płomieniami. Dom, gdzie mieszkała razem ze swoją babką, zamienił się w stertę popiołu. Od tego czasu babka jeździła z nią od wsi do wsi sprzedając ją mężczyznom za dwadzieścia centavos, aby Pokryć stratę spalonego domu. Według obliczeń dziewczyny rakowate jeszcze około dziesięciu lat, licząc po siedem-dziesięciu mężczyzn co noc, bo musiała także pokrywać wydatki podróży, wyżywienie dla nich obu i płacić pensję indiańskim tragarzom, którzy nosili fotel. Kiedy matrona zastukała po raz drugi do drzwi, Aureliano oszołomiony i bliski płaczu wyszedł z pokoju nie dokonawszy niczego. Tej nocy nie mógł spać, rozmyślając o dziewczynie z pożądaniem pomiesza­nym z litością. Czuł jakąś nieodpartą potrzebę kochania jej i otoczenia opieką. Rankiem, osłabiony bezsennością i trawiony gorączką, postanowił spokojnie, że się z nią ożeni, żeby uwolnić ją od despotyzmu babki i co noc cieszyć się tą satysfakcją, którą ona dawała siedemdziesięciu mężczyznom. Ale gdy zjawił się w sklepiku Catarina o dziesiątej rano, dziewczyna już odjechała.


1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna