Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona3/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


Długą chwilę stał nieruchomo i ze zdumieniem zadawał sobie pytanie, jak się to stało, że trafił do tej otchłani bezradności, gdy wtem jakaś ręka wyciągnięta w mroku z pięcioma rozpostartymi palcami dotknęła jego twarzy. Nie zdziwił się, bo bezwiednie tego oczekiwał. Zaufał więc tej ręce i w stanie straszliwego wyczerpania dal się zaprowadzić do jakiegoś nieokreślonego miejsca, gdzie zdjęto z niego ubranie i zaczęto go obracać na wszystkie strony jak worek ziemniaków, w nieprzeniknionej ciemności, gdzie miał za wiele ramion, gdzie nie pachniało już kobietą, tylko amonia­kiem, i gdzie usiłował sobie przypomnieć jej twarz, ale widział przez cały czas twarz Urszuli, na pół świadomy, że robi coś, czego pragnął od dawna, lecz nie wyobrażał sobie, że można to zrobić naprawdę, nie wiedząc, jak to robi, bo nie wiedział, gdzie są nogi, a gdzie głowa, ani czyje to nogi i czyja głowa, czując, że nie potrafi dłużej wytrzymać lodo­watego kłucia w nerkach, burczenia w kiszkach, lęku i ślepe­go pragnienia ucieczki, a zarazem pozostania na zawsze w tej rozpaczliwej ciszy, w tej przerażającej samotności.

Nazywała się Pilar Ternera i uczestniczyła w przeprawie przez góry zakończonej założeniem Macondo. Rodzina siłą zabrała z sobą dziewczynę, aby ją oddalić od mężczyzny, który zgwałcił ją, gdy miała czternaście lat, i kochał ją przez następnych lat osiem, ale nigdy nie zdecydował się tego ujawnić, bo należał do innej kobiety. Przyrzekł pójść za nią na kraj świata, ale później, gdy załatwi swoje sprawy, a ona miała już dość czekania na niego zawsze tak jak na któregoś z tych mężczyzn, wysokich i niskich, blondynów i brunetów, których przyrzekały jej karty na drogach ziemi i morza, za trzy dni, trzy miesiące lub trzy lata. W tym oczekiwaniu uda jej utraciły swoją krzepkość, a piersi jędrność, zapomniała o tkliwości, lecz zachowała nienaruszony szaleńczy żar swego serca. Oszołomiony tą cudowną zabawką, J osę Arcadio co noc szukał drogi do niej poprzez labirynt ciemnego pokoju. Pewnej nocy zastał drzwi zamknięte na zasuwę i zastukał kilka razy, wiedząc, że skoro ośmielił się zastukać po raz pierwszy, musi dobijać się aż do skutku, póki wreszcie po nie kończącym się oczekiwaniu nie otworzyła mu drzwi. W cią­gu dnia słaniając się z niewyspania czerpał tajemną rozkosz ze wspomnień poprzedniej nocy. Ale kiedy ona wchodziła do ich domu, wesoła, obojętna, rozgadana, nie musiał się wysi­lać, aby ukryć swoje napięcie, bo ta kobieta, której głośny śmiech płoszył gołębie, nie miała nic wspólnego z niewidzial­ną potęgą, która uczyła go tłumić oddech i opanowywać uderzenia serca i pozwoliła zrozumieć, dlaczego ludzie boją się śmierci. Tak był pogrążony w swoich myślach, że nie uczestniczył nawet w ogólnej radości, gdy ojciec i brat przewrócili do góry nogami cały dom wieścią, że udało im się roztopić metalową skorupę i wydzielić z niej złoto Urszuli.

Istotnie, po skomplikowanych i wytrwałych próbach cel został osiągnięty. Urszula była uszczęśliwiona i nawet dzię­kowała Bogu za wynalezienie alchemii, gdy mieszkańcy wsi tłoczyli się w laboratorium, częstowani przez gospodarzy ciastkami i konfiturą z gujawy, a J osę Arcadio Buendia pokazywał im tygiel z odzyskanym złotem, jak gdyby sam je przed chwilą wynalazł. Obnosząc go tak między wszy­stkimi, podszedł w końcu do swego starszego syna, który ostatnimi czasy prawie nie zaglądał do laboratorium. Pod­sunął mu pod oczy suchą żółtawą bryłkę metalu i spytał:

„No, widzisz teraz, jak to wygląda?". A Jose Arcadio szczerze odpowiedział:

- Jak psie gówno.

Ojciec wierzchem dłoni trzepnął go gwałtownie po ustach, aż trysnęła krew i łzy. Tej nocy Pilar Ternera przyłożyła mu okład z arniki na spuchnięte wargi, znalazłszy po ciemku flaszeczkę i watę, a potem zrobiła wszystko, na co miał ochotę, tak by on sam nie potrzebował się trudzić i żeby kochając go nie urazić bolącego miejsca. Doszli do takiego stopnia intymności, że w chwilę później, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli ze sobą szeptem rozmawiać.

- Chcę być z tobą sam - mówił. - Któregoś dnia wszyst­ko wszystkim powiem i będzie koniec z kryjówkami. Ona nie próbowała go uspokoić.

- To byłoby wspaniałe - powiedziała. - Gdybyśmy byli sami, nie gasilibyśmy lampy, żeby dobrze się widzieć, ja mogłabym krzyczeć do woli i nikt by się nie wtrącał, a ty mówiłbyś mi na ucho wszystkie świństwa, jakie ci przyjdą do głowy.

Ta rozmowa, zacięta uraza do ojca i wizja niczym nie skrępowanej miłości natchnęła go spokojną odwagą. Spon­tanicznie, bez żadnych wstępnych napomknień, opowiedział o wszystkim bratu.

Mały Aureliano z początku rozumiał tylko ryzyko olb­rzymiego niebezpieczeństwa, jakie oznaczały przygody brata, nie umiał jednak pojąć ich uroku. Stopniowo i jego zaczęła ogarniać ta sama gorączka. Kazał sobie opowiadać ze szcze­gółami wszystkie perypetie, starał się przeżywać cierpienia i rozkosz brata, czuł się przerażony i szczęśliwy. Czekał na niego nie śpiąc aż do świtu w swym samotnym łóżku, którego materac parzył jak rozżarzone węgle, a potem roz­mawiali aż do chwili, kiedy trzeba było wstawać. Bardzo szybko obaj zaczęli cierpieć na to samo odrętwienie, od­czuwać tę samą pogardę dla alchemii i mądrości ojca, obaj schronili się w swej samotności. „Ci chłopcy chodzą jak nieprzytomni - mówiła Urszula. - Pewnie mają robaki". Przyrządziła im obrzydliwy napar z utłuczonej na proszek lebiody, co obaj wypili z nieoczekiwanym stoicyzmem, po czym jedenaście razy tego dnia siadali równocześnie na nocnikach, aż wydalili pasożyty, które pokazywali wszystkim z wielką radością, bo pozwoliły zmylić Urszulę co do przy­czyny ich stanu ducha. Aureliano mógł już wówczas nie tylko rozumieć, ale i przeżywać doświadczenia brata jak własne, bo kiedyś, gdy ten wyjaśniał nader drobiazgowo mechanizm miłości, przerwał pytaniem: „I co się wtedy czuje?". Na co Jose Arcadio odpowiedział bez namysłu:

- Coś jak trzęsienie ziemi.

W pewien styczniowy czwartek o drugiej nad ranem urodziła się Amaranta. Jeszcze zanim ktokolwiek wszedł do pokoju, Urszula obejrzała ją dokładnie. Była lepka i wymyka­ła się z rąk jak mała jaszczurka, ale wszystkie członki miała ludzkie. Aureliano dowiedział się nowiny dopiero, gdy się zorientował, że dom jest pełen ludzi. Korzystając z ogólnego zamieszania poszedł szukać brata, którego od jedenastej nie było w łóżku, podejmując tę decyzję tak impulsywnie, że nawet nie zadał sobie pytania, jak go wyciągnąć z sypialni Filar. Przez kilka godzin krążył wokół jej domu, gwiżdżąc umówione sygnały, aż bliskość świtu zmusiła go do po­wrotu. W pokoju matki zastał Josego Arcadia, który z najniewinniejszą pod słońcem miną bawił się ze swą nowo narodzoną siostrzyczką.

Urszula kończyła swój czterdziestodniowy okres rekon­walescencji po porodzie, gdy wrócili Cyganie. Byli to ci sami cyrkowcy i żonglerzy, którzy przedtem przywieźli lód. W przeciwieństwie do bandy Melquiadesa, w krótkim czasie dowiedli, że nie są heroldami postępu, tylko handlarzami rozrywek. Nawet wtedy, gdy przywieźli lód, nie mówili o jego użyteczności w życiu ludzkim, lecz pokazywali go po prostu jako osobliwość jarmarczną. Tym razem wśród wielu innych ciekawostek mieli latający dywan, traktowali go jednak nie jak wynalazek o fundamentalnym znaczeniu dla rozwoju komunikacji, lecz jako przedmiot rozrywki. Ludzie oczywiście wygrzebywali ostatnie okruchy złota, aby się nacieszyć krótkim lotem nad wsią. Pod ochroną błogiej bezkarności powszechnego zamieszania Jose Arcadio i Pilar przeżywali godziny niczym nie skrępowanej wolności. Prze­chadzali się wśród tłumu jak para szczęśliwych narzeczonych, zaczęli nawet podejrzewać, że miłość może być uczuciem spokojniejszym i głębszym niż bezgraniczne, lecz nietrwałe szczęście ich potajemnych nocy. Pilar jednak przerwała czar. Rozochocona entuzjazmem, z jakim Jose Arcadio dotrzymy­wał jej towarzystwa, wybrała, najbardziej niewłaściwy mo­ment i sposób, by za jednym zamachem zwalić mu cały świat na kark. „Teraz naprawdę jesteś już mężczyzną" - oświad­czyła. A ponieważ nie rozumiał, co przez to chciała powie­dzieć, wyjaśniła dokładnie:

- Będziesz miał potomstwo.

Przez kilka dni Jose Arcadio nie śmiał wyjrzeć z domu. Wystarczyło, że usłyszał w kuchni hałaśliwy śmiech Pilar, a już uciekał do laboratorium, gdzie za przyzwoleniem Urszuli odżyły alchemiczne aparaty. Jose Arcadio Buendia radośnie powitał zbłąkanego syna i wprowadził go w tajniki swych wreszcie rozpoczętych poszukiwań kamienia filozoficznego. Pewnego popołudnia chłopcy wpadli w zachwyt na widok latającego dywanu, który przemknął na poziomie okna laboratorium, niosąc w powietrzu sterującego nim Cygana i kilkoro dzieci ze wsi, które wesoło machały do nich rękami. Jose Arcadio Buendia ani spojrzał na to. „Niech się bawią, nie zwracajcie na nich uwagi - powiedział. - My będziemy lepiej latać od nich za pomocą środków bardziej naukowych niż ta nędzna kapa na łóżko". Mimo udawanego zainteresowania Jose Arcadio nigdy nie zrozumiał właściwości „jaja filozoficznego", które wydawało mu się po prostu źle zrobioną butelką. Nie potrafił uciec od swej troski. Stracił apetyt i sen, wpadł w zły humor, tak samo jak jego ojciec w obliczu klęski któregoś ze swych przedsięwzięć. Tak bardzo się zmienił, że sam J osę Arcadio Buendia zwolnił go z obowiązku pracy w laboratorium, uważając, że zanadto sobie bierze alchemię do serca. Aureliano oczywiście zrozumiał, że przygnębienia brata nie należy tłumaczyć poszukiwaniem kamienia filozoficznego, ale nie zdołał wyciągnąć z niego żadnych zwierzeń. Niegdyś otwarty i chętnie dzielący się wrażeniami, teraz stał się skryty i nieprzystępny. Spragniony samotności, pełen gwałtownej urazy do świata, pewnej nocy jak zwykle wyszedł z domu, zamiast jednak pójść do Pilar, wmieszał się w tłum oglądający Cyganów. Najpierw włóczył się pośród najrozmaitszych cudów jarmarcznych, ale żaden go nie zaciekawił, aż wreszcie zwrócił uwagę na coś, co nie należało do programu: młodziutką Cygankę, prawie dziecko, obwieszoną sznurami szklanych paciorków. Była to najpięk­niejsza kobieta, jaką Jose Arcadio widział w swoim życiu. Stała w gromadzie podziwiającej udramatyzowaną wersję smętnej opowieści o człowieku zmienionym w żmiję za nieposłuszeństwo rodzicom.

Jose Arcadio nie zważał na widowisko. Kiedy na scenie odbywał się tragiczny sąd nad człowiekiem-żmiją, przepchnął się do pierwszego rzędu widzów, gdzie stała Cyganka, i stanął tuż za nią. Przycisnął się do jej pleców. Dziewczyna próbo­wała się odsunąć, ale Jose Arcadio jeszcze mocniej przywarł do jej ciała. Wtedy poczuła. Znieruchomiała, drżąc ze zdu­mienia i lęku, nie dowierzając rzeczywistości, wreszcie od­wróciła głowę i spojrzała na niego z niepewnym uśmiechem. W tym momencie dwóch Cyganów wsadziło człowieka-żmiję do klatki i zaniosło do wnętrza namiotu. Cygan dyrygujący widowiskiem zapowiedział:

- A teraz, panie i panowie, pokażemy wam straszliwy los kobiety, która co wieczór o tej samej porze przez sto pięćdziesiąt lat z rzędu będzie musiała przeżyć karę ścięcia głowy za to, że zobaczyła coś, czego nie powinna była widzieć.


Jose Arcadio i dziewczyna nie zostali przy ścięciu owej niewiasty. Poszli do namiotu Cyganki, gdzie zaczęli się całować z rozpaczliwym utęsknieniem, jednocześnie ściągając z siebie ubranie. Cyganka rzucała w kąt bluzki, obfitość krochmalo­nych koronkowych halek, bezużyteczny gorset na fiszbinach i sznury paciorków i właściwie została zredukowana do nicości. Była to wątła żabka o ledwie zarysowujących się piersiach i nogach tak chudych, że w obwodzie miały mniej niż ramiona Josego Arcadia, ale jej zdecydowanie i żar równoważyły niepozorność kształtów. Jose Arcadio nie mógł jednak odpo­wiedzieć jej, jak należało, znajdowali się bowiem w czymś na kształt namiotu ogólnego, gdzie Cyganie kręcili się ze swymi cyrkowymi akcesoriami, załatwiali swoje interesy, a nawet zasiadali czasem naokoło łóżka na partyjkę gry w kości. Lampa zawieszona na środkowym palu oświetlała całe wnętrze namio­tu. W przerwie między pieszczotami Jose Arcadio wyciągnął się nago na łóżku, nie wiedząc, co dalej robić, podczas gdy dziewczyna próbowała go zachęcić do czynu. Po chwili weszła wspaniale zbudowana Cyganka w towarzystwie mężczyzny, który nie należał do trupy, ale nie mieszkał też we wsi, i oboje zaczęli się rozbierać koło łóżka. Kobieta mimochodem zerknęła na Josego Arcadia i z jakimś patetycznym ferworem przyjrzała się jego wspaniałemu drapieżnikowi w porze wypoczynku. - Chłopcze - zawołała - niechaj Bóg ci go strzeże!

Towarzyszka Josego Arcadia poprosiła, żeby ich zostawili w spokoju, i para położyła się na ziemi nie opodal łóżka. Namiętność tamtych rozbudziła gorączkę Josego Arcadia. Przy pierwszym zetknięciu kości dziewczyny zatrzeszczały, Jakby miały wyłamać się ze stawów; na skórę jej wystąpił blady pot, oczy napełniły się łzami, a z głębi całego ciała Wydobywał się posępny lament i nieokreślony zapach błota. Wytrzymała jednak natarcie z godnym podziwu hartem i odwagą. Wtedy Jose Arcadio uczuł się porwany w stan seraficznego natchnienia i z głębi jego serca wydarł się strumień czułych sprośności przenikający do uszu dziew­czyny i wychodzących przez usta, w tłumaczeniu na jej język. Było to w czwartek. W sobotę wieczorem Jose Arcadio obwiązał sobie głowę czerwoną chustą i odszedł z Cyganami.

Kiedy Urszula odkryła jego nieobecność, zaczęła go szu­kać po całej wsi. Po zwiniętym obozowisku Cyganów pozo­stały tylko śmieci rozrzucone wśród dymiących jeszcze po­piołów wygaszonych ognisk. Ktoś, kto szedł tędy, szukając pośród śmieci pogubionych świecidełek, powiedział Urszuli, że poprzedniego wieczoru widział jej syna w cygańskim taborze, pchającego wózek z klatką człowieka-żmii. „Poszedł z Cyganami" - krzyknęła do męża, który nie zdradzał najmniejszego zaniepokojenia faktem zniknięcia syna.

- Oby tak było - rzekł Jose Arcadio Buendia, tłukąc w moździerzu tysiąc razy tłuczoną, podgrzewaną i znów tłuczoną substancję. - Przynajmniej stanie się mężczyzną.

Urszula spytała, w którą stronę powędrowali Cyganie. Rozpytywała dalej po drodze, którą jej wskazano, i w na­dziei, że jeszcze zdąży ich dogonić, oddalała się coraz bardziej od wsi, a kiedy uprzytomniła sobie, jak daleko odeszła, pomyślała, że już nie warto wracać. Jose Arcadio Buendia zauważył nieobecność żony dopiero o ósmej wieczorem, kiedy pozostawiwszy substancję podgrzewaną na warstwie nawozu poszedł zobaczyć, co się dzieje z małą Amarantą, która ochrypła już od płaczu. W kilka godzin zebrał gromadę dobrze uzbrojonych mężczyzn, oddał Amarantę pod opiekę mamki i zapuścił się na niewidoczne ścieżki w pogoni za Urszulą. Aureliano poszedł z nimi. O świcie kilku rybaków, tubylców mówiących nieznanym językiem, pokazało im na migi, że nie widzieli, by ktokolwiek tędy przechodził. Po trzech dniach bezowocnego poszukiwania powrócili do wsi.


Przez parę tygodni Jose Arcadio Buendia chodził skon­sternowany i pogrążony w nowych obowiązkach. Zajmował się małą Amarantą jak matka. Kąpał ją i zmieniał pieluszki, zanosił do mamki cztery razy na dzień, a nawet śpiewał jej wieczorami piosenki, jakich Urszula nigdy nie umiała śpiewać. Po pewnym czasie Pilar Ternera zaofiarowała się zająć domem aż do powrotu Urszuli. Aureliano, którego tajemnicza intuicja wyostrzyła się w nieszczęściu, doznał przebłysku jasnowidzenia, kiedy ją zobaczył wchodzącą. Zrozumiał, że w jakiś niewytłumaczalny sposób to ona ponosi winę za ucieczkę brata, a tym samym i za zniknięcie matki, zaczął więc ją prześladować z tak nieprzejedna­ną milczącą wrogością, że kobieta przestała do nich przychodzić.

Z czasem wszystko się ułożyło. Jose Arcadio Buendia i jego syn, sami nie wiedząc kiedy, znów znaleźli się w laboratorium, starli kurze i rozpalili ogień w alchemicznym piecu, na nowo oddani mozolnemu przetwarzaniu substancji, kilka miesięcy drzemiącej na swojej warstwie gnoju. Nawet Amarantą ze swego wiklinowego koszyczka z zaciekawieniem przyglądała się absorbującym zajęciom ojca i brata w komórce pełnej oparów rtęci. Nagle, wiele już miesięcy po odejściu Urszuli, zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Jakaś pusta flaszka, zapomniana od długiego czasu w szafie, stała się tak ciężka, że nie można jej było ruszyć z miejsca. Woda w garnku stojącym na laboratoryjnym stole gotowała się bez ognia przez pół godziny, aż wszystko wyparowało. Jose Arcadio Buendia i jego syn obserwowali te zjawiska z lękliwą radością, nie umiejąc ich wytłumaczyć, ale przypisując im jakieś wróżebne znaczenie. Pewnego dnia koszyczek Amaranty własnym impulsem zaczął się poruszać i okrążył cały pokój dookoła, ku wielkiej konsternacji Aureliana, który pospieszył go zatrzymać. Ale ojciec nie dał się przestraszyć. Postawił koszyczek na miejsce i przywiązał go do nogi od stołu przekonany, że oczekiwane wydarzenie jest już bliskie. Wtedy to Aureliano usłyszał jego słowa: - Jeśli Boga się nie boisz, bój się metali!

Nagle, prawie pięć miesięcy po swoim zniknięciu, wróciła Urszula. Przyszła podniecona, odmłodniała, w nowym ubio­rze kroju nie znanego dotąd we wsi. Jose Arcadio Buendia ledwie zdołał opanować wzruszenie. „No właśnie - zawołał. - Wiedziałem, że tak musi być!"

Wierzył w to naprawdę, albowiem w czasie długich godzin spędzonych w czterech ścianach laboratorium na przetwarza­niu materii modlił się w głębi duszy, by oczekiwanym cudem było nie odkrycie kamienia filozoficznego ani wyzwolenie tchnienia ożywiającego metale, ani zdolność przemieniania w złoto zawiasów i zamków przy drzwiach w całym domu, lecz to właśnie, co nastąpiło teraz: powrót Urszuli. Ona jednak nie dzieliła jego rozradowania. Pocałowała go od niechcenia, jak gdyby wyszła zaledwie przed godziną, i po­wiedziała:

- Wyjrzyj za drzwi.

Jose Arcadio Buendia długo nie mógł ochłonąć ze zdumie­nia. Kiedy wyszedł na ulicę, ujrzał tłum ludzi. Nie byli to Cyganie, lecz mężczyźni i kobiety podobni do mieszkańców Macondo, z gładkimi włosami i śniadą cerą, mówiący tym samym językiem i narzekający na te same bolączki. Prowa­dzili ze sobą muły obładowane żywnością, wozy zaprzężone w woły, z ładunkiem mebli i sprzętów domowych, najprost­szych akcesoriów życia na ziemi, wystawionych na sprzedaż przez ludzi handlujących rzeczywistością dnia powszedniego. Przybywali z przeciwległego krańca mokradeł, o dwa dni drogi zaledwie, z miasteczek, gdzie co miesiąc docierała poczta i znane były różne maszyny ułatwiające życie. Urszula nie dogoniła Cyganów, ale znalazła drogę, której jej mąż nie mógł odkryć w swym nieudanym poszukiwaniu wielkich wynalazków.





Syna Pilar Ternery odniesiono do domu dziadków w dwa tygodnie po urodzeniu. Urszula przyjęła go niechętnie, ustę­pując raz jeszcze przed uporem męża, który nie mógł znieść myśli, by potomek z jego rodu pozostał bez opieki, ale postawiła warunek, żeby ukryto przed dzieckiem jego praw­dziwe pochodzenie. Chłopiec otrzymał imiona Jose Arcadio, ale dla uniknięcia pomyłek nazywano go Arcadio. W tym czasie tak wiele działo się we wsi i taki był zamęt w domu, że opieka nad dziećmi zeszła na drugi plan. Zajmowała się nimi Visitación, Indianka ze szczepu Guajiros, która przyszła do wsi ze swym bratem uciekając przed zarazą bezsenności, od wielu lat nękającą jej plemię. Oboje byli łagodni i usłużni, a Urszula przyjęła ich do siebie w zamian za pomoc przy pracach domowych. Dlatego też zarówno Arcadio, jak i Amaranta nauczyli się języka Guajiros wcześniej niż hisz­pańskiego. Przyzwyczaili się również pić bulion z jaszczurek i zjadać jaja pająków, o czym nie wiedziała Urszula, bo była w tym czasie zbyt zajęta zapowiadającą dobry zysk produkcją zwierzątek z karmelu. Macondo zmieniło się i rozkwitło. Ludzie, którzy przybyli z Urszulą, rozpowszechnili wieść o tutejszej żyznej ziemi i uprzywilejowanym położeniu w re­jonie moczarów, toteż zapadła wieś z dawnych czasów przekształciła się nagle w tętniące życiem miasteczko ze sklepami, pracowniami rzemieślniczymi i stałym traktem handlowym, którym przybyli pierwsi Arabowie w ciżmach ze spiczastymi zadartymi w górę czubkami, z kolczykami w uszach, wymieniając szklane naszyjniki na papugi. Jose Arcadio Buendia nie miał chwili spoczynku. Zafascynowany bezpośrednią rzeczywistością, która okazała się bardziej fan­tastyczna niż świat jego wyobraźni, stracił wszelkie zaintere­sowanie dla alchemii, porzucił substancję poddawaną nie­zliczonym doświadczeniom przez długie miesiące i znowu stal się przedsiębiorczym człowiekiem z pierwszych dni Macondo, kiedy wykreślał ulice i planował położenie domów tak, aby nikt nie korzystał z większych przywilejów niż inni. Zyskał taki autorytet wśród nowo przybyłych, że nikt nie kładł fundamentów ani nie budował palisad nie zasięgnąwszy wpierw jego rady, zdecydowano nawet powierzyć mu kiero­wnictwo nad rozdziałem ziemi. Kiedy powrócili Cyganie--akrobaci ze swoim objazdowym jarmarkiem przekształco­nym w olbrzymie przedsiębiorstwo gier hazardowych i lote­rię, powitano ich radośnie, gdyż sądzono, że razem z nimi wraca Jose Arcadio. Ale Jose Arcadio nie wrócił i nie było też człowieka-żmii, jedynej, jak myślała Urszula, osoby, która mogła dostarczyć wiadomości o jej synu. Toteż nie pozwolo­no Cyganom zatrzymać się w miasteczku i zapowiedziano, że nie wolno im się tu pokazywać w przyszłości, gdyż uważano ich za szerzycieli rozpusty i perwersji. Jose Arcadio Buendia wyraźnie jednak zaznaczył, że zawsze zastanie drzwi otwarte dawne plemię Melquiadesa, które swą wiekową mądrością i bajecznymi wynalazkami tak wiele się przyczyniło do rozwoju Macondo. Tylko że, jak twierdzili ci, co teraz przemierzali świat, plemię Melquiadesa zostało zmiecione z powierzchni ziemi, ponieważ przekroczyło granice wiedzy ludzkiej.

Wyzwolony, chwilowo przynajmniej, od tortur wyobraź­ni, Jose Arcadio Buendia w krótkim czasie zaprowadził porządek i zobowiązał wszystkich do pracy; pozwolił sobie jednak na pewną słabostkę - nakaz wypuszczenia z klatek ptaków, które od momentu założenia grodu rozweselały czas swoim śpiewem, i zainstalowania na ich miejsce we wszystkich domach zegarów z kurantem. Były to cenne zegary, rzeźbione w drewnie, wymieniane przez Arabów za papugi. Jose Arcadio Buendia zsynchronizował je z taką precyzją, że co pół godziny w miasteczku rozbrzmiewały kolejne akordy tej samej melodii, osiągając punkt kulmi­nacyjny w południe, gdy wszędzie naraz radował wszystkie uszy pełny tekst muzyczny walczyka. On także, nie kto inny, postanowił, żeby na ulicach zamiast akacji sadzono drzewa migdałowe, i wynalazł, nie zdradzając go nikomu, sposób zapewnienia drzewom długowieczności. Wiele lat później, kiedy Macondo było już tylko osiedlem drewnia­nych domów i cynkowych dachów, na najstarszych ulicach przetrwały jeszcze poturbowane i zakurzone migdałowce, chociaż nikt już wtedy nie wiedział, kto je tam zasadził. Podczas gdy ojciec Aureliana sprawował rządy w mias­teczku, a matka pomnażała zasoby domu wyrobem pięknych cukrowych kogucików i rybek, które dwa razy dziennie zanoszono z domu do sklepów, nadziane na patyki, on sam spędzał nie kończące się godziny w opuszczonym la­boratorium, studiując wyłącznie na podstawie doświadczeń sztukę złotnictwa. Wyrósł tak szybko, że odzież pozostała po bracie zrobiła się na niego za krótka i zaczął nosić ubranie ojca, ale Visitación musiała robić mu zakładki na koszulach i zwężać spodnie, gdyż Aurelian nie odziedziczył rodzinnej potężnej budowy. Stał się milczący i stronił od ludzi. Okres dojrzewania odebrał mu dziecinną słodycz głosu, ale przywrócił mu intensywne spojrzenie oczu, jakie miał niegdyś. Był tak pochłonięty swoimi eksperymentami, że czasem nie opuszczał pracowni nawet w porze posiłków.

Zaniepokojony jego skrytością Jose Arcadio Buendia dał mu klucze do domu i trochę pieniędzy myśląc, że może potrzeba mu kobiety. Ale Aureliano wydał pieniądze na kwas solny, żeby otrzymać wodę królewską, i ozdobił klucze kąpielą w złocie. Jego wybryki nie dorównywały pomysłom Arcadia i Amaranty, którzy zaczęli już tracić mleczne zęby, a jeszcze całymi dniami czepiali się spódnicy Indianki, niezłomni w swym postanowieniu, by nie mówić po hiszpańsku, lecz językiem Guajiros. „Nie masz na co się skarżyć - mówiła Urszula mężowi. — Dzieci zwykle dziedziczą głupotę po rodzicach". Kiedyś, gdy lamentowała nad swoim przeklętym losem, przekonana, że dziwne obyczaje jej dzieci są czymś równie strasznym jak świński ogon, Aureliano utkwił w niej spojrzenie, które ją zbiło z tropu.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna