Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona26/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26

Nagle, niby eksplozja w tym świecie szczęśliwej nieświa­domości, przyszła wiadomość o powrocie Gastona. Aurelia­no i Amaranta Urszula otworzyli szeroko oczy, zbadali do dna swoje dusze, spojrzeli sobie w twarz z ręką na sercu i zrozumieli, że tak dalece tworzą jedną całość, że wolą śmierć od rozłąki. Wtedy ona napisała do męża list pełen sprzecznych z sobą prawd, w którym zapewniając go o swej miłości i tęsknocie za jego powrotem wyznała jednocześnie, że fatalistycznym zrządzeniem losu nie może żyć bez Aurelia­na. Wbrew ich oczekiwaniom od Gastona przyszła odpo­wiedź spokojna, w tonie prawie ojcowskim, na czterech stronach przestrzegająca ich przed kaprysami namiętności, a w końcowym akapicie życzył im szczerze, aby byli tak szczęśliwi, jak on był w swoim krótkim doświadczeniu małżeńskim. Było to stanowisko tak nieoczekiwane, że Amaranta Urszula czuła się upokorzona na myśl, że dostarczyła mężowi pretekstu, którego szukał, by ją zostawić własnemu losowi. Uraza pogłębiła się sześć miesięcy później, kiedy Gaston napisał do niej z Leopoldville, gdzie w końcu odzyskał swój aeroplan, tylko po to, żeby ją prosić o odesłanie welocypedu, gdyż ze wszystkiego, co pozostawił w Macondo, to jedno miało dla niego wartość sentymentalną. Aureliano zniósł cierpliwie oburzenie Amaranty Urszuli i wysilał się, by dowieść, że potrafi być równie dobrym mężem w niedoli, jak i w dobrobycie, a codzienne potrzeby, które ich osaczyły, gdy skończyły się pieniądze Gastona, wytworzyły między nimi nić solidarności, która nie była tak cudowna i oszałamiająca jak namiętność, ale pomogła im kochać się nie mniej i czuć się równie szczęśliwymi jak w burzliwych czasach pikanterii. Kiedy umarła Pilar Ternera, oczekiwali dziecka.

W sennym odurzeniu brzemienności Amaranta Urszula próbowała zorganizować produkcję naszyjników z ości ry­bich na sprzedaż, ale z wyjątkiem Mercedes, która kupiła od niej tuzin, nie znalazła nabywców. Aurelino uświadomił sobie po raz pierwszy, że jego znajomość języków, jego encyklopedyczna wiedza, jego dziwna zdolność pamiętania nie znanych szczegółów, wydarzeń i odległych miejsc są równie bezużyteczne jak szkatułka z prawdziwymi klejnota­mi jego żony, które w tym czasie warte były zapewne tyle pieniędzy, ile mieli ich wszyscy razem ostatni mieszkańcy Macondo. Żyli cudem. Chociaż Amaranta Urszula nie traciła humoru ani pomysłowości w figlach miłosnych, nabrała zwyczaju siadywania po obiedzie na ganku, pogrążona jak gdyby w bezsennej i zamyślonej drzemce. Aureliano towa­rzyszył jej. Czasami siedzieli tak w milczeniu, dopóki nie zapadła noc, jedno naprzeciw drugiego, patrząc sobie w oczy, kochając się w spokoju z nie mniejszą miłością niż dawniej pośród burzy. Niepewna przyszłość kazała im zwró­cić serce w stronę przeszłości. Widzieli samych siebie w utra­conym raju z czasów potopu, chlapanie się w błocie na patio i polowanie na jaszczurki, żeby obwieszać nimi Urszulę, zabawę w grzebanie jej żywcem - i wspomnienia te odkryły im prawdę, że byli szczęśliwi razem, odkąd mogli sięgnąć pamięcią. Zagłębiając się w przeszłość Amaranta Urszula przypomniała sobie popołudnie, kiedy weszła do warsztatu złotniczego i matka powiedziała jej, że mały Aureliano jest podrzutkiem, bo znaleziono go płynącego w koszyku na rzece. Chociaż ta wersja wydawała im się nieprawdopodob­na, nie mieli żadnych informacji, aby ją zastąpić prawdziwą. Jedyne, czego byli pewni po zbadaniu wszystkich możliwo­ści, to że Fernanda nie była matką Aureliana. Amaranta Urszula skłaniała się do hipotezy, że jest on synem Petry Cotes, o której tylko pamiętała haniebne bajki, i to przypusz­czenie wywołało w nich skurcz zgrozy.

Udręczony pewnością, że jest bratem swojej żony, Aurelia­no wybrał się na probostwo, by poszukać w zjedzonych przez mole archiwach jakiejś wiarygodnej wzmianki dotyczą­cej jego pochodzenia. Najstarsze świadectwo chrztu, jakie znalazł, dotyczyło Amaranty Beundii, ochrzczonej w wieku czternastu lat przez ojca Nicanora Reyna w okresie jego prób udowodnienia egzystencji Boga za pomocą sztuczek z czeko­ladą. Łudził się możliwością, że jest jednym z siedemnastu Aurelianów, których akta urodzenia prześledził w czterech :omach ksiąg parafialnych, ale ich daty chrztu były zbyt dawne jak na jego wiek. Widząc go błądzącego w labiryntach genealogicznych, roztrzęsionego niepewnością, artretyczny proboszcz, który obserwował go ze swego hamaka, ze współczuciem zapytał go o nazwisko.

- Aureliano Buendia - opowiedział.

- W takim razie nie szukaj na próżno - zawołał proboszcz stanowczo. - Wiele lat temu była tutaj ulica, która się tak nazywała, i w tych czasach ludzie mieli zwyczaj nazywać swoich synów od nazw ulic.

Aureliano zatrząsł się z wściekłości.



- Ach! — powiedział — więc ksiądz także nie wierzy?

- W co?


- Że pułkownik Aureliano Buendia prowadził trzydzieści dwie wojny domowe i wszystkie przegrał - odpowiedział Aureliano. - Że wojsko otoczyło i wystrzelało trzy tysiące robotników i że załadowano zwłoki na pociąg o dwustu wagonach, żeby wrzucić je do morza.

Proboszcz zmierzył go litościwym spojrzeniem.

- O, synu mój! - westchnął. - Mnie wystarczyłaby pew­ność, że ty i ja istniejemy w tym momencie.

Tak więc Aureliano i Amaranta Urszula akceptowali wer­sję o koszyku, nie dlatego, by w nią wierzyli, ale ponieważ zabezpieczyła ich przed obawami. W miarę rozwoju ciąży coraz bardziej stawali się jedną istotą, coraz pełniej włączeni w samotność domu, któremu brakowało już tylko ostatniego podmuchu, żeby runąć. Ograniczali się do najpotrzebniejszej przestrzeni między sypialnią Fernandy, gdzie przeżywali uro­ki ustatkowanej miłości, i gankiem, gdzie Amaranta Urszula siadywała, aby robić na drutach pończoszki i czepeczki dla niemowlęcia, gdy Aureliano odpowiadał na sporadyczne listy katalońskiego mędrca. Reszta domu poddała się upartemu oblężeniu destrukcji. Warsztat złotniczy, pokój Melquiadesa, milczące i pierwotne królestwa, gdzie rządziła Santa Sofia de la Piedad, zostały w głębinach domowej puszczy, której nikt nie miałby odwagi przetrząsnąć. Osaczeni żarłocznością natu­ry Aureliano i Amaranta Urszula nadal hodowali majeranek i begonie, bronili swego świata w granicach linii demarkacyjnych z wapna, budując ostatnie szańce w czystej wojnie człowieka z mrówkami. Długie, potargane włosy, sińce pod oczyma, z którymi budziła się co rano, opuchlizna nóg, zniekształcenie dawnego, stworzonego do kochania ciała łasicy zmieniły dawny młodzieńczy wygląd Amaranty Urszuli 2 czasów, kiedy weszła do domu z klatką nieszczęsnych kanarków i uwięzionym małżonkiem, ale nie zmieniły żywo­tności jej ducha. „Co za świństwo! - mówiła ze śmiechem. - Kto by pomyślał, że naprawdę skończymy jak jaskiniowi ludzie". Ostatnia nić łącząca ich ze światem została zerwana w szóstym miesiącu ciąży, kiedy otrzymali list, który, jak można było poznać na pierwszy rzut oka, nie pochodził od katalońskiego mędrca. Ostemplowany był w Barcelonie, ale koperta zaadresowana zwykłym niebieskim atramentem i urzędniczym charakterem pisma miała niewinny i bezoso­bowy wygląd nieprzyjaznych wiadomości. Aureliano wyrwał go z rąk Amaranty Uszuli w chwili, gdy zamierzała rozerwać kopertę.

- Nie - powiedział do niej - nie chcę wiedzieć, co w nim jest.

Zgodnie z jego przeczuciem kataloński mędrzec nie napi­sał już nigdy. Obcy list, którego nikt nie przeczytał, leżał porzucony na pastwę moli na półce, gdzie Fernanda zo­stawiła kiedyś przez zapomnienie obrączkę, i tam spalał się nadal wewnętrznym ogniem swej złej wieści, podczas gdy samotni kochankowie żeglowali przeciw prądowi tych cza­sów zbliżającego się końca, czasów bezlitosnych, wyczer­pujących się w daremnym trudzie zepchnięcia ich łodzi na pustynię rozczarowania i zapomnienia. Świadomi tej groźby Aureliano i Amaranta. Urszula spędzili ostatnie miesiące trzymając się za ręce, pogrążeni w miłości bezgrzesznej i lojalnej, z myślą o synu poczętym w szale cudzołóstwa. Nocą, przytuleni do siebie w łóżku, nie lękali się huczącej nawałnicy mrówek, furkotu moli ani wyraźnego, nieustannego szelestu rosnących mchów w sąsiednich pokojach. Nieraz budzili ich zmarli krążący po domu. Słyszeli Urszulę staczającą bitwy z prawami stworzenia o zachowanie swego rodu, Josego Arcadia Buendię w poszukiwaniu złudnej prawdy o wielkich wynalazkach, słyszeli modlącą się Fernandę, pułkownika Aureliana Buendię głupiejącego od oszustw wojennych i wyro­bu złotych rybek, Aureliana Drugiego konającego od smutku samotności pośród zabaw - i wtedy dowiedzieli się, że wielkie obsesje silniejsze są niż śmierć, i uszczęśliwiła ich pewność, że nadal będą kochać się po śmierci, jako widma, jeszcze długo potem, gdy inne gatunki zwierząt przyszłości wydrą insektom ten raj nędzy, który insekty wydzierają teraz ludziom.

Pewnej niedzieli o szóstej po południu Amaranta Urszula poczuła pierwsze bóle porodowe. Uśmiechnięta akuszerka dziewczynek uprawiających nierząd z głodu kazała jej wejść na stół w jadalni, usiadła okrakiem na jej brzuchu i waliła w nią bez ceremonii, dopóki jej krzyków nie zagłuszył wrzask wspaniałego noworodka płci męskiej. Poprzez łzy Amaranta Urszula rozpoznała w nim od razu jednego z wiel­kich Buendiów, bo był krzepki i energiczny jak Jose Ar-cadiowie, z oczyma otwartymi i wszechwidzącymi jak Aurelianowie, predestynowany do założenia rodu jeszcze raz od początku, oczyszczenia go ze szkodliwych wpływów i zdjęcia klątwy samotności, ponieważ on jeden na przestrzeni stuleci został poczęty z miłości.

- Istny jaskiniowiec - powiedziała - będzie miał na imię Rodrigo.

- Nie - zaprotestował jej mąż - będzie miał na imię Aureliano i wygra trzydzieści dwie wojny.

Po odcięciu pępowiny akuszerka przy świetle lampy, którą trzymał Aureliano, zaczęła za pomocą gałgana usuwać siną maź oblepiającą jego ciało. Dopiero przewróciwszy go na brzuszek zauważyli, że natura wyposażyła go w coś więcej niż resztę ludzi, i nachylili się, by sprawdzić. Był to świński ogon.

Nie przerazili się. Aureliano i Amaranta Urszula nie znali precedensu rodzinnego ani nie pamiętali straszliwych obaw

Urszuli i akuszerka uspokoiła ich do reszty, twierdząc, że ten niepotrzebny ogon będzie można obciąć, gdy mały zacznie zmieniać zęby. Potem nie mieli już czasu wrócić do tej myśli, gdyż Amaranta Urszula wykrwawiała się niepohamowanym strumieniem. Próbowali zatamować krew za pomocą paję­czyny i popiołu, ale było to tak, jakby ktoś rękami usiłował zatrzymać kaskadę. Z początku wysilała się, żeby zachować dobry humor. Brała za rękę wystraszonego Aureliana i błaga­ła, żeby się nie martwił, że tacy ludzie jak ona nie są stworzeni do umierania wbrew woli, i zaśmiewała się z bar­barzyńskich środków leczniczych akuszerki. Ale w miarę jak Aureliana opuszczały nadzieje, Amaranta Urszula robiła się przezroczysta, jakby światło przenikało ją na wskroś, aż wreszcie zapadła w senne odurzenie. W poniedziałek o świcie przyprowadzono kobietę, która przy łóżku odmówiła mod­litwy kauteryzacyjne, niezawodne dla ludzi i zwierząt, ale płomienna krew Amaranty Urszuli była nieczuła na wszyst­kie zaklęcia inne niż miłosne. Po południu, po dwudziestu czterech godzinach rozpaczy, wiedzieli, że nie żyje, gdyż strumień krwi wyczerpał się samoistnie, wyostrzył się jej profil i alabastrowy poblask wygładził bruzdy w twarzy, na którą powrócił uśmiech.

Aż do tego czasu Aureliano nie rozumiał, jak bardzo kochał swoich przyjaciół, jak mu byli potrzebni i jak wiele dałby za to, żeby być z nimi w tej chwili. Włożył dziecko do koszyczka, który dla niego przygotowała matka, zakrył twarz zmarłej i błądził bez celu po opustoszałym mieście w po­szukiwaniu ścieżki powrotnej w przeszłość. Zastukał do drzwi apteki, gdzie nie bywał w ostatnich czasach, i znalazł w tym miejscu warsztat stolarski. Staruszka, która z lampą w ręku otworzyła drzwi, ulitowała się nad jego obłąkańczą mową i uparcie twierdziła, że tam nigdy nie było apteki i nigdy nie znała kobiety imieniem Mercedes, z wysmukłą szyją i sennymi oczami. Płakał z czołem wspartym o drzwi dawnej księgarni katalońskiego mędrca, świadom, że płaci spóźnionymi łzami za śmierć, której nie chciał opłakiwać w porę, żeby nie prysnął czar miłości. Kaleczył sobie pięści tłukąc o betonowy mur dawnego „Złotego Dziecięcia" wołając, żeby przyszła Pilar Ternera, obojętny na pomarań­czowe dyski świetlne, które przebiegały niebo i które tyle razy obserwował z naiwnym zachwytem w noce uciech na dziedzińcu flamingów. W ostatnim otwartym szynku zruj­nowanej dzielnicy rozrywek zespół gitarzystów śpiewał pieś­ni Rafaela Escalona, siostrzeńca biskupa i spadkobiercy tajemnic Francisca el Hombre. Właściciel z uschniętą ręką, jakby zwęgloną za to, że podniósł ją przeciw własnej matce, zaprosił Aureliana na butelkę gorzałki, a Aureliano postawił mu drugą. Szynkarz opowiedział historię nieszczęścia z ręką, Aureliano opowiedział mu o nieszczęściu z sercem, które uschło i obróciło się w węgiel, bo podniósł je przeciw własnej siostrze. W końcu płakali razem i Aureliano przez chwilę miał wrażenie, że ból minął, ale kiedy pozostał sam w ten ostatni ranek Maconda na środku placu, rozłożył ręce gotów przebudzić cały świat i wykrzyknął z głębi duszy:

— Przyjaciele to banda łotrów!

Nigromanta wyciągnęła go z kałuży wymiotów i łez. Zaprowadziła go do swego pokoju, umyła i zmusiła do wypicia filiżanki rosołu. Myśląc, że to go pocieszy, skreśliła zapisane węglem na ścianie jego długi za niezliczone seanse miłosne dotychczas nie spłacone i zaczęła wspominać swoje własne samotne smutki, żeby nie pozostawić go samego w płaczu. O świcie, po krótkim i niespokojnym śnie, Aureliano znów odzyskał świadomość, że boli go głowa. Ot­worzył oczy i przypomniał sobie dziecko.

Nie znalazł go w koszyczku. W pierwszej chwili ogarnęła go radość na myśl, że to Amaranta Urszula obudziła się ze snu śmierci, żeby zająć się synkiem, ale jej zwłoki nadal były tylko kamiennym wzgórkiem pod prześcieradłem. Przypomniawszy sobie, że wchodząc zastał otwarte drzwi sypialni, Aureliano przeszedł przez ganek nasycony porannymi zapachami maje­ranku tzafczsłdo fatalni, gdzie jeszcze pozostały ślady porodu: duży garnek, zakrwawione prześcieradła, doniczki z popiołem i skręcona pępowina dziecka w pieluszce na stole obok nożyczek i sznurka. Myśl, że akuszerka wróciła po dziecko w ciągu nocy, dała mu chwilę spokoju. Opadł na fotel, ten sam, który zajmowała Rebeka w pierwszych latach domu, udzielając lekcji haftu, i w którym zasiadała Amaranta grając w warcaby z pułkownikiem Gerineldem Marquezem, potem Amaranta Urszula szyjąc wyprawkę dla dziecka, i w przebłysku jasności umysłu zrozumiał, że jego dusza nie udźwignie ciężaru tak okropnej przeszłości. Przeszyty śmiertelnymi grotami włas­nych i cudzych wspomnień podziwiał nieugiętość pajęczyny na krzakach zwiędłych róż, wytrwałość mchu, cierpliwość powie­trza w promiennym poranku lutowym. I wtedy zobaczył dziecko. Była to pusta skóra, zeschła i wzdęta, którą wszystkie mrówki świata ciągnęły do swoich mrowisk po żwirowej ścieżce w ogrodzie. Aureliano nie poruszył się. Nie dlatego, by sparaliżowała go groza, lecz dlatego, że w tym niesamowitym momencie ujawniły mu się ostateczne szyfry Melquiadesa i zobaczył epigraf jego pergaminów idealnie tkwiący w czasie i przestrzeni ludzi: „Pierwszy z rodu przywiązany jest do drzewa, a ostatniego zjadają mrówki".



W żadnej chwili swojego życia Aureliano nie był bardziej trzeźwy i przytomny niż w tej, kiedy zapomniał o swoich zmarłych i bólu po swoich zmarłych i zabił na nowo drzwi i okna deskami Fernandy, by nie dać do siebie przystępu żadnym głosom tego świata, bo już wtedy wiedział, że w pergaminach Melquiadesa wypisany jest jego los. Odnalazł je nienaruszone pośród przedhistorycznych roślin, dymiących kałuż i świetlistych owadów, które wygnały z pokoju wszelki ślad pobytu człowieka na ziemi, i nie dość cierpliwy, by wynieść je stamtąd na światło, tam, na miejscu, stojąc w olśniewającym blasku południa, zaczął odczytywać je głośno, bez trudu, jakby były napisane po hiszpańsku. Były to dzieje rodziny opowie­dziane przez Melquiadesa aż do najbłahszych szczegółów, na sto lat przedtem. Napisał je w sanskrycie, swoim języku rodzinnym, i zaznaczył wiersze parzyste tajnym szyfrem Cesarza Augusta, a nieparzyste wojskowymi szyframi Spartan. Końcowy kamuf­laż, który Aureliano zaczynał dostrzegać, kiedy oszołomiła go miłość do Amaranty Urszuli, polegał na tym, że Melquiades nie ułożył faktów w umownym czasie ludzi, lecz skoncentrował jeden wiek epizodów codziennych tak, że wszystkie współistnia­ły w jednym momencie. Zafascynowany odkryciem Aureliano czytał kolejno na głos śpiewane encykliki, których sam Melquiades kazał słuchać Arcadiowi, a które w rzeczywistości były przepowiedniami jego egzekucji, i znalazł zapowiedź o narodzinach najpiękniejszej kobiety świata, która wstąpiła w niebo duchem i ciałem, poznał losy dwóch bliźniaków pogrobowców, którzy zaniechali odczytania pergaminów nie tylko przez nieudolność i brak wytrwałości, lecz dlatego, że ich próby były przedwczesne. W tym punkcie, niecierpliwie pragnąc poznać swoje własne pochodzenie, przerzucił kartki. Wtedy zerwał się wiatr, ciepły i pełen głosów przeszłości, szeptów dawnych pelargonii i westchnień, rozczarowań daw­niejszych niż najbardziej uparte tęsknoty. Nie zauważył, bo w tej chwili odkrywał pierwsze zalążki swojego istnienia we frywolnyro dziadku lekkomyślnie wędrującym przez złudną pustynię w poszukiwaniu pięknej kobiety, której nie dał szczęścia. Aureliano poznał go i śledząc ukryte ścieżki jego potomków znalazł moment, w którym sam został poczęty o zmierzchu, pośród skorpionów i żółtych motyli w łazience, gdzie prosty robotnik sycił swoją żądzę z kobietą, której uległość zrodziła się z buntu. Był tak pochłonięty lekturą, że nie czuł także drugiego podmuchu wiatru, którego cyklonicz-na siła wyłamała z zawiasów drzwi i okna, zerwała dach z ganku od strony wschodniej i wstrząsnęła fundamentami. Wtedy dopiero odkrył, że Amaranta Urszula nie była jego siostrą, ale jego ciotką, i że Francis Drakę napadł na miasto Riohacha tylko po to, żeby oni mogli szukać się wzajemnie po najbardziej zawiłych labiryntach krwi, aż do spłodzenia mitolo­gicznego zwierzęcia, które miało położyć kres rodowi. Macondo było już wirującym słupem kurzawy i gruzu, miotanym furią biblijnego huraganu, kiedy Aureliano przerzucił jedena­ście stronic, by nie tracić czasu na fakty zbyt dobrze mu znane, i zaczął odczytywać moment, który przeżywał obecnie, odcyf­rowując go w miarę przeżywania, widząc samego siebie w trakcie odczytywania ostatniej strony pergaminów, tak jakby to widział w mówiącym zwierciadle. I znów przeskoczył kilka wierszy, by wyprzedzić przepowiednię i sprawdzić datę i okoliczności swojej śmierci. Ale nim doszedł do ostatniego wiersza, zrozumiał już, że nie wyjdzie nigdy z tego pokoju, gdyż powiedziane było, że miasto zwierciadeł (lub zwierciadla­nych miraży) zmiecione będzie przez wiatr i wygnane z pamięci ludzi w chwili, kiedy Aureliano Babilonia skończy odcyfrowy­wać pergaminy, i że wszystko, co w nich spisano, niepowta­rzalne jest od wieków i na wieki, bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.





1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna