Sto lat samotności



Pobieranie 1,24 Mb.
Strona25/26
Data24.02.2019
Rozmiar1,24 Mb.
1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26

- Później mi to wytłumaczysz - powiedziała. - Zapom­niałam, że dzisiaj jest dzień zasypywania wapnem dziur po mrówkach.

Nadal przychodziła do niego od czasu do czasu, gdy miała coś do roboty w tej części domu, i zostawała tam krótką chwilę, podczas gdy jej mąż był wpatrzony w niebo. Za­chęcony tą zmianą Aureliano jadał odtąd obiady z rodziną, czego nie robił od pierwszych miesięcy powrotu Amaranty Urszuli. Gaston polubił jego towarzystwo. W rozmowach przy deserze, które zazwyczaj przeciągały się do godziny i dłużej, uskarżał się, że wspólnicy go oszukują. Zawiadomili go o załadowaniu aeroplanu na okręt, który nie przybywał, i choć jego agenci morscy twierdzili, że nie przybędzie nigdy, bo nie figurował na listach statków zawijających w rejony Morza Karaibskiego, wspólnicy upierali się, że wysyłka została załatwiona, jak należy, a nawet posuwali się do przypuszczeń, że Gaston w swoich listach mija się z prawdą. Korespondencja osiągnęła taki stopień wzajemnej podejrzli­wości, że Gaston skłonny był jej zaprzestać i zaczął wspomi­nać o krótkiej podróży do Brukseli, żeby wyjaśnić sprawę i wrócić z aeroplanem. Projekt ten jednak upadł, gdy tylko dowiedziała się o nim Amaranta Urszula, która potwierdziła swoją decyzję nieruszenia się z Macondo, nawet za cenę utraty męża. W pierwszym okresie Aureliano podzielał po­wszechną opinię, że Gaston jest wariatem na welocy pędzie, i to wywoływało w nim niejasne uczucie litości. Później, kiedy w burdelach uzyskał głębsze informacje o naturze mężczyzn, myślał, że potulność Gastona jest wynikiem nie­pohamowanej namiętności. Ale kiedy poznał go lepiej i zro­zumiał, że jego prawdziwy charakter przeczy temu uległemu postępowaniu, zaczął podejrzewać, że nawet oczekiwanie na aeroplan jest farsą. Stwierdził wówczas, że Gaston nie jest głupcem, jakiego udaje, lecz przeciwnie, człowiekiem upar­tym i nieustępliwym, o niewyczerpanych zasobach cierpliwo­ści i sprytu, i że postanowił zmęczyć żonę metodą wiecznych ustępstw, niezaprzeczania jej nigdy i udawania bezgranicznej uległości, pozwalając jej zaplątać się we własne sieci do dnia, kiedy nie zniesie dłużej nudy złudzeń w zasięgu dłoni i sama spakuje walizki, by powrócić do Europy. Dawna litość Aureliana zmieniła się w gwałtowną animozję. Metoda Gas­tona wydawała mu się tak przewrotna, ale jednocześnie tak skuteczna, że odważył się przestrzec Amarantę Urszulę. Ona jednak wyśmiała jego podejrzenia, nie domyślając się nawet rozdzierającego ładunku miłości, niepewności i zazdrości, jaki zawierała w sobie ta przestroga. Nie przyszło jej na myśl, że wzbudza w swoim siostrzeńcu coś więcej niż braterskie uc2ucie, do chwili, kiedy skaleczyła się w palec próbując otworzyć puszkę z brzoskwiniami, a on pospieszył, aby wyssać jej rankę z taką chciwością i oddaniem, że aż ścierpła na niej skóra.

- Aureliano - zaśmiała się, trochę zaniepokojona. - Za sprytny jesteś jak na nietoperza!

Wtedy puściły tamy rwącego potoku uczuć Aureliana. Składając biedne sieroce pocałunki w zagłębieniu skaleczonej dłoni, otworzył najgłębiej skryte ścieżki swego serca, wyrwał z niego nie kończący się, krwawiący kłąb strzępów, strasz­liwe zwierzę-pasożyta, które wylęgło się z męczeństwa. Opo­wiedział jej, jak wstawał o północy, by wypłakać swą bezsilną furię w intymne części jej garderoby rozwieszone do wy­schnięcia na sznurku w łazience. Mówił, z jakim utęsk­nieniem błagał Nigromantę, żeby miauczała jak kotka i szep­tała mu w ucho: Gaston, Gaston, Gaston... jak chytrze wykradał jej flakoniki perfum, by odnaleźć je na szyi dziew-C2ynek, które uprawiały nierząd z głodu. Przerażona pasją tych wynurzeń Amaranta Urszula kurczyła palce, zaciskała je jak mięczak zamykający się w skorupie, dopóki jej skaleczo­na ręka, wolna od wszelkiego bólu, od wszelkich śladów współczucia, nie skamieniała w węzeł szmaragdów i topazów, i kości, twardych jak krzemień i nieczułych.

- Kretyn - powiedziała, jakby spluwając z obrzydzenia. - Wyjeżdżam do Belgii pierwszym statkiem, jaki stąd odpłynie.

Alvaro przyszedł któregoś popołudnia do księgarni katalońskiego mędrca, obwieszczając gromkim głosem swoje ostatnie odkrycie: burdel zoologiczny. Nazywał się „Złote Dziecię" i był olbrzymim salonem na wolnym powietrzu, gdzie spacerowało swobodnie nie mniej niż dwieście flamin­gów, które ogłaszały godziny przeraźliwym klekotem. Na podwórkach odgrodzonych drutami od parkietu do tańca, pośród olbrzymich kamelii znad Amazonki były różnobarwne czaple, kajmany utuczone jak prosięta, grzechotniki o dwuna­stu obręczach i żółw z pozłacaną skorupą, który pławił się w miniaturowym sztucznym oceanie. Był też olbrzymi, biały i łagodny pies-pederasta, który mimo to nie odmawiał swoich usług jako reproduktor w zamian za jedzenie. Powietrze było tak rześkie, jakby dopiero co zostało stworzone, a piękne Mulatki, pogrążone w oczekiwaniu bez nadziei wśród purpu­rowych kwiatów i niemodnych płyt gramofonowych, znały tajniki miłości, które człowiek zostawił zapomniane w ziem­skim raju. Pierwszej nocy, gdy chłopcy odwiedzili ten ogród złudzeń, wspaniała i melancholijna staruszka, która strzegła wejścia kołysząc się w swym wyplatanym fotelu, uczuła, że czas wraca do swoich pierwotnych źródeł, kiedy wśród pięciu wchodzących ujrzała kościstego mężczyznę o żółtawej skórze i wydatnych kościach policzkowych, naznaczonego na zawsze i od początku świata znamieniem samotności.

— Ach! — westchnęła. — Aureliano!

Widziała znowu pułkownika Aureliana Buendię tak jak niegdyś w świetle lampy, na długo przed wojnami, na długo przed rozpaczą sławy i banicją rozczarowania, tamtego dale­kiego ranka, kiedy wszedł do jej sypialni, by wydać pierwszy rozkaz w swoim życiu: rozkaz, żeby mu dano miłość. Była to Pilar Ternera. Dawno już temu, kiedy skończyła sto czter­dzieści pięć lat, zarzuciła szkodliwy zwyczaj obliczania swego wieku i żyła dalej w statycznym i marginesowym czasie wspomnień, w przyszłości idealnie ukazanej i ustalonej poza przyszłością zmąconą przez zasadzki i zdradliwe spekulacje.

Od tej nocy Aureliano znalazł schronienie w tkliwości i pełnym współczucia zrozumieniu nie znanej praprababki.

Zagłębiona w fotelu z lian wywoływała z grobu przeszłość, rekonstruowała blaski i nieszczęścia rodziny, i zdewastowany splendor Macondo, podczas gdy Alvaro płoszył kajmany swoim grzmiącym śmiechem. Alfonso wymyślał mrożące krew w żyłach historie o ptakach, które wydziobały oczy czterem klientom za ich nieprzystojne zachowanie w zeszłym tygodniu, a Gabriel był w pokoju zadumanej Mulatki, która za miłość pobierała opłaty nie w pieniądzach, lecz żądała pisania listów do swego narzeczonego, przemytnika, który przebywał w więzieniu po drugiej stronie Orinoko, ponie­waż, gdy strażnicy graniczni dali mu na przeczyszczenie, nocnik, na którym go posadzono, wkrótce wypełnił się gównem i diamentami. Ten burdel prawdziwy, z tchnącą macierzyńskim ciepłem staruszką, to był świat, o którym śnił Aureliano w swojej wieloletniej niewoli. Czuł się tam tak dobrze, towarzystwo, jakie tam znajdował, tak bliskie było ideału, że o tym jedynym schronieniu pomyślał tego popołu­dnia, gdy Amaranta Urszula rozproszyła jego złudzenia. Chciał wypowiedzieć wszystko słowami, tak żeby ktoś ze­rwał pęta ściskające mu serce, ale zdołał tylko wybuchnąć szlochem ciepłym i uzdrawiającym na kolanach Pilar. Po­zwoliła mu się wypłakać, głaskała go po głowie i zanim wyznał jej, że płacze z miłości, od razu poznała najstarszy szloch w dziejach człowieka.

- Już dobrze, syneczku - pocieszyła go. - Teraz mi powiedz, kto to jest.

Kiedy Aureliano jej to powiedział, Pilar Ternera zaśmiała się głęboko tym dawnym radosnym śmiechem, który teraz przypominał gruchanie gołębi. Nie było takiej tajemnicy w sercu kogokolwiek z Buendiów, której nie potrafiłaby przeniknąć, bo sto lat czytania w kartach i doświadczenia nauczyły ją, że historia rodziny jest mechanizmem nie­uchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zni­szczenie osi.

- Nie martw się - powiedziała z uśmiechem, - W jakim­kolwiek miejscu ona jest w tej chwili, czeka na ciebie.

Było wpół do piątej po południu, kiedy Amaranta wyszła z łazienki. Aureliano zobaczył ją przechodzącą obok jego pokoju w szlafroku w drobne fałdy, z ręcznikiem okręconym wokół głowy jak turban. Poszedł za nią na palcach, zataczając się jak pijany, i wszedł do małżeńskiej sypialni w chwili, kiedy ona rozchyliła szlafrok i przerażona znowu się okryła. Zrobiła niemy gest w stronę przyległego pokoju, gdzie za uchylonymi drzwiami, jak wiedział Aureliano, Gaston za­czynał pisać list.

- Idź precz - powiedziała bezgłośnie.



Aureliano uśmiechnął się, chwycił ją w talii oburącz jak doniczkę z begoniami i rzucił na łóżko. Brutalnym szarp­nięciem zerwał płaszcz kąpielowy, zanim zdążyła mu prze­szkodzić, i spojrzał w przepaść świeżo umytej nagości, gdzie nie było ani jednego odcienia skóry, ani jednej smugi puszku, ani pieprzyka, którego by nie wyśnił w ciemnościach innych pokojów. Amaranta Urszula broniła się szczerze, z chytrością doświadczonej samicy, i podczas gdy na próżno usiłował schwycić wymykające mu się z rąk zwinne, pachnące ciało, próbowała odbić mu nerki kolanami i ryła mu twarz paznok­ciami, ale ani z jego, ani z jej ust nie wydarło się bodaj jedno westchnienie, którego nie można by wziąć za głęboki oddech kogoś, kto patrzy na zwykły zmierzch kwietniowy przez otwarte okno. Była to dzika walka na śmierć i życie, ale wydawała się pozbawiona wszelkiej gwałtowności, bo skła­dały się na nią konwulsyjne ata-ki i widmowe odwroty, ruchy powolne, ostrożne, uroczyste, tak że między jednym a dru­gim dość było czasu na to, by na nowo zakwitły petunie, a Gaston w sąsiednim pokoju zapomniał o swoich snach żeglarza powietrznego, tak jakby byli dwojgiem wrogich kochanków usiłujących pojednać się na dnie przezroczystego stawu. W ogniu zaciekłej i uroczystej próby sił Amaranta Urszula zrozumiała, że skrupulatność jej milczenia jest tak irracjonalna, że grozi wzbudzeniem podejrzeń męża o wiele bardziej niż odgłosy wojny, których starali się uniknąć. Wtedy zaczęła się śmiać z zaciśniętymi ustami, nie rezygnując 2 walki, ale broniąc się z pewną sztucznością, i wywijać się coraz mniej błyskawicznie aż do chwili, gdy oboje zdali sobie sprawę, że są jednocześnie przeciwnikami i wspólnikami, i potyczka przeobraziła się w konwencjonalne igraszki, a wrogie agresje w pieszczoty. Nagle, niemal w zabawie, jakby to był jeszcze jeden figiel, Amaranta Urszula zaprze­stała obrony na ułamek sekundy, a gdy zareagowała, przera­żona tym, do czego sama dopuściła, było już za późno. Straszliwy wstrząs unieruchomił ją w punkcie ciężkości i przygwoździł do miejsca, a wolę obrony zdruzgotała nieodparta żądza odkrycia, czym są te pomarańczowe świsty i niewidzialne sfery czekające na nią po drugiej stronie śmierci. Ledwie zdążyła wyciągnąć rękę, po omacku sięgnąć po ręcznik i zakneblować sobie nim usta, żeby nie wyrwało się z nich miauczenie kotki, rozdzierające już jej wnętrzności.

Pilar Ternera umarła w swoim wyplatanym fotelu na biegunach pewnej wesołej nocy, strzegąc bram swego raju. Zgodnie z jej ostatnim życzeniem pogrzebano ją bez trumny, siedzącą w fotelu, który ośmiu mężczyzn spuściło na sznu­rach do ogromnej fosy wykopanej w samym środku parkietu do tańca. Mulatki ubrane na czarno, pobladłe od łez, za­improwizowały w ciemnościach uroczystość żałobną zdej­mując z siebie pierścionki, broszki, kolczyki i wrzucając je do grobu, nim zamknięto go płytą bez imienia ani daty, i ułożyły na wierzchu wzgórze kamelii znad Amazonki. Po otruciu zwierząt zamurowały drzwi i okna betonem i cegłami i roz­proszyły się po świecie zabierając swe drewniane kuferki wytapetowane wewnątrz oleodrukami świętych, ilustracjami z pism i fotografiami przelotnych narzeczonych, dalekich i fantastycznych, którzy srali diamentami, byli zjadani przez ludożerców albo koronowani na królów karcianych na po­kładach okrętów.

To był koniec. Na grobie Pilar Ternery, wśród psalmów i zawodzenia kurew, gniły szczątki przeszłości, nieliczne z tych, jakie jeszcze zostały, gdy mędrzec kataloński zlik­widował swoją księgarnię i zwyciężony nostalgią za wieczną wiosną wrócił do śródziemnomorskiej wioski, w której się urodził. Nikt nie przewidział tej jego decyzji. Przybył do Macondo w epoce rozkwitu Kompanii Bananowej, uciekając przed jedną z wielu wojen, i nie przyszło mu do głowy nic praktyczniejszego niż założenie tej księgarni inkunabułów i pierwotnych wydań ksiąg w kilku językach, które podej­rzliwie, jak papiery wyrzucone na śmietnik, kartkowali przy­padkowi klienci w oczekiwaniu na swoją kolejkę w domu naprzeciwko, gdzie tłumaczono sny. Spędził połowę życia w dusznym kantorku za sklepem zapisując fioletowym at­ramentem kartki wydarte ze szkolnych zeszytów i nikt właściwie nie wiedział, o czym pisze. Kiedy Aureliano go poznał, miał już dwie pełne skrzynie tych zabazgranych stronic, które trochę przypominały pergaminy Melquiadesa, i od tego czasu do dnia swego wyjazdu wypełnił trzecią, z czego można wnioskować, że nic innego nie robił podczas swego pobytu w Macondo. Jedynymi osobami, z którymi utrzymywał kontakt, byli czterej przyjaciele, którym latawce i trąbki zamienił na książki i zmusił ich do lektury Seneki i Owidiusza, kiedy jeszcze byli w szkole podstawowej. Do klasyków odnosił się tak poufale, jakby wszyscy w swoim czasie mieszkali z nim w jednym pokoju, i wiedział rzeczy, których nie należało wiedzieć, jak to, że święty Augustyn nosił pod habitem wełniany kaftan, którego nie zdejmował przez czternaście lat, albo że nekromanta Arnaldo de Villanoya był impotentem na skutek ukąszenia skorpiona w dzieciństwie. W jego zapale dla słowa pisanego uroczysty szacunek mieszał się z plotkarstwem przekupki. Nawet jego własne manuskrypty nie uszły tej dwoistości. Alfonso, który nauczył się po katalońsku, żeby je przetłumaczyć, wepchnął kiedyś plik tych kartek do kieszeni, zawsze wypełnionych wycinkami z gazet i książkami z dziwnych dziedzin wiedzy, i pewnej nocy zgubił je w domu dziewczynek, które uprawia­ły nierząd z głodu. Kiedy dowiedział się o tym stary mędrzec, zamiast zrobić spodziewaną awanturę, powiedział śmiejąc się do rozpuku, że to jest naturalne przeznaczenie literatury. Nie było natomiast siły ludzkiej zdolnej go przekonać, żeby nie zabierał ze sobą trzech skrzyń z papierami, kiedy wracał do rodzinnej wioski i obsypywał kartagińskimi wyzwiskami inspektorów kolei, którzy usiłowali nadać je na bagaż, póki nie dopiął tego, że pozwolono mu zatrzymać je przy sobie w wagonie pasażerskim. „To już byłby koniec tego zasra­nego świata - powiedział wtedy - gdyby ludzie podróżowali pierwszą klasą, a literatura wagonem bagażowym". Były to ostatnie słowa, które od niego usłyszano w Macondo. Spę­dził koszmarny tydzień na końcowych przygotowaniach do podróży, bo w miarę jak zbliżała się godzina wyjazdu, opuszczał go humor i wszystko zaczęło mu się plątać, a rzeczy, które kładł w jednym miejscu, pojawiały się w dru­gim za sprawą tych samych krasnoludków, które nękały Fernandę.

- Collons - klął po katalońsku - sram na dwudziesty ósmy kanon synodu londyńskiego.

Herman i Aureliano zajęli się nim jak dzieckiem. Agraf­kami przyczepili mu w kieszeniach bilety i dokumenty emig­racyjne wypisali szczegółowo na kartce wszystko, co powi­nien zrobić od wyjazdu z Macondo aż do wyjścia na ląd w porcie barcelońskim, mimo to jednak wyrzucił niechcący na śmietnik spodnie z połową posiadanych pieniędzy w kie­szeni. W przeddzień podróży, po zabiciu gwoździami skrzyń i wciśnięciu ubrania do tej samej walizki, z którą przyjechał, zmrużył swoje powieki podobne do muszli, wskazał gestem jakby błogosławieństwa sterty książek, wśród których spę­dził lata wygnania, i powiedział do swoich przyjaciół:

- Zostawiam wam to gówno.

W trzy miesiące później -otrzymali w dużej kopercie dwa­dzieścia dziewięć listów i przeszło pięćdziesiąt fotografii, które nagromadziły się w ciągu bezczynnych dni na morzu. Chociaż nie stawiał dat, kolejność listów była oczywista.

W pierwszym opowiadał ze swoim zwykłym humorem pery­petie podróży, pisał, z jaką ochotą wyrzuciłby za burtę stewarda, który mu nie pozwolił wnieść trzech skrzyń do kajuty; o głupocie pewnej damy, którą przestraszył numer trzynasty na drzwiach kajuty, nie przez zabobon, ale dlatego że wydawał jej się jakąś liczbą nie dokończoną; o tym, jak wygrał zakład przy pierwszej kolacji, bo w smaku wody na okręcie rozpoznał buraki z rejonu Leridy. Z biegiem dni jednak rzeczywistość na pokładzie coraz mniej go obchodziła i wspominał wydarzenia z ostatnich dni w Macondo, nawet najbardziej błahe, bo w miarę oddalania się statku ogarniał go smutek. Ten proces postępującej tęsknoty widoczny był także na fotografiach. Na pierwszych wydawał się uszczęś­liwiony w swojej rozchełstanej koszuli i z białą czupryną w blaskach październikowego słońca na Morzu Karaibskim. Na ostatnich oglądali go w ciemnym płaszczu i jedwabnym szaliku, z twarzą naznaczoną smutkiem oddalenia, na pokła­dzie statku-widma, który zaczynał snuć się po jesiennych oceanach. Herman i Aurełiano odpowiadali mu na listy. Napisał ich tyle w pierwszych miesiącach, że wtedy czuli się bliżej niego, niż kiedy był w Macondo, i zelżała ich złość za to, że odjechał. Z początku pisał, że wszystko zastał po staremu, że w domu, gdzie się urodził, jest jeszcze różowa muszla, że suszone śledzie nie zmieniły smaku, że wodospady we wsi tak samo pachną o zmierzchu. Były to znowu kartki z zeszytu zapełnione fioletowymi bazgrołami, w których każdemu poświęcał osobny akapit. Niemniej, chociaż sam tego nie zdawał się dostrzegać, te listy odzyskania ziemi i pochwały życia stopniowo zmieniały się w pastorałki roz­czarowania. W zimowe wieczory, kiedy gotowała się zupa na kominku, tęsknił za upałem w kantorku, brzęczeniem słońca w zakurzonych migdałowcach, gwizdem pociągu w sennych godzinach południa, tak samo jak w Macondo tęsknił za zupą zimową na kominku, okrzykami sprzedawcy kawy, śpiewem skowronka na wiosnę. Rozdarty między dwoma tęsknotami umieszczonymi naprzeciw siebie jak dwa lustra, stracił swoje wspaniałe poczucie nierzeczywistości i w końcu zaczął im wszystkim zalecać, żeby porzucili Macondo, zapomnieli wszystko, czego ich nauczył o świecie i o sercu ludzkim, żeby pluli na Horacjusza i w jakimkolwiek miejscu się znajdują, niech pamiętają zawsze, że przeszłość jest kłamstwem, że pamięć nie zna dróg powrotu, że cała dawna wiosna jest nie do odzyskania i że najbardziej płomienna i uparta miłość jest tylko prawdą efemeryczną.



Alvaro pierwszy usłuchał rady, żeby opuścić Macondo. Sprzedał wszystko, nawet oswojonego tygrysa, który urągał przechodniom na podwórzu jego domu, kupił wieczorny bilet na pociąg, który nigdy nie kończył podróży. W kart­kach pocztowych wysyłanych ze stacji, gdzie wysiadał, opisywał 2 zachwytem uciekające krajobrazy oglądane przez okno wagonu i było to jakby rozrywanie na strzępy i wyrzucanie do lamusa zapomnienia długiego poematu o płynności rzeczy: chimeryczni Murzyni na polach ba­wełnianych Luizjany, skrzydlate konie na szafirowych tra­wach Kentucky, kochankowie greccy w piekielnym zmie­rzchu Arizony, dziewczyna w czerwonym swetrze, która malowała akwarele na jeziorze Michigan i pomachała mu pędzlami gestem nie pożegnania, lecz nadziei, bo nie wiedziała, że widzi przejeżdżający pociąg, który nigdy nie wróci. Potem odjechali w pewną sobotę Alfonso i He­rman, zamierzając wrócić w poniedziałek, i słuch o nich zaginął. W rok po odjeździe katalońskiego mędrca pozostał tylko Gabriel, na łasce- wiatrów i przypływów litości Ni-gromanty, zajęty wypełnianiem formularzy konkursu z fran­cuskiego czasopisma, w którym pierwszą nagrodą była podróż do Paryża. Aureliano, na którego adres przysyłano te czasopisma, pomagał mu wypełniać formularze, czasami u siebie w domu, a prawie zawsze wśród słoi i zapachu waleriany w jedynej pozostałej w Macondo aptece, gdzie mieszkała Mercedes - tajemnicza dziewczyna Gabriela. Była to ostatnia pozostałość z przeszłości, której wyniszczenie nie dobiegało końca, ponieważ wyniszczała się w nieskończo­ność, trawiona zniszczeniem wewnątrz siebie, kończąc się co chwila, ale nie mając skończyć się nigdy. Miasto obumarło do tego stopnia, że kiedy Gabriel wygrał konkurs i odjeżdżał do Paryża z dwiema zmianami bielizny, parą butów i zbiorowym wydaniem dzieł Rabelais'ego, musiał machać do maszynisty, żeby zatrzymał pociąg i zabrał go z sobą. Dawna ulica Turków była opuszczonym zaułkiem, gdzie ostatni Arabowie trwali aż do śmierci w tysiącletnim zwyczaju siadywania przy drzwiach, pomimo że już wiele lat temu sprzedali ostatni jard perkalu i w oknach wystawowych zostały tylko manekiny bez głów. Miasteczko z czasów Kompanii Bananowej, o którym może Patrycja Brown opowiadała swoim wnukom w wieczo­ry wstrzemięźliwości i marynowanych ogórków w Prattyille, Alabama, było równiną porosłą leśnymi ziołami. Stary ksiądz, który zastąpił ojca Angela i którego nazwiska nikt nie znał i nie starał się dowiedzieć, czekał zmiłowania boskiego leżąc bezwładnie na swym hamaku, nękany artretyzmem i bezsen­nością zwątpienia, podczas gdy jaszczurki i szczury wydziera­ły sobie spuściznę pobliskiej świątyni. W Macondo, zapom­nianym nawet przez ptaki, gdzie kurz i upał stały się tak uporczywe, że z trudem można było oddychać, odgrodzeni od świata samotnością i miłością, i samotnością miłości, w domu, gdzie prawie nie sposób było zasnąć z powodu chrobotania czerwonych mrówek, Aureliano i Amaranta Urszula byli jedynymi istotami szczęśliwymi i najszczęśliwszymi na ziemi.

Gaston powrócił do Brukseli. Znużony oczekiwaniem na aeroplan włożył pewnego dnia do walizeczki najpotrzebniejsze rzeczy, swoją korespondencję i odjechał za­mierzając wrócić drogą powietrzną, zanim jego przywileje zostaną odstąpione grupie niemieckich lotników, którzy przedstawili władzom prowincji projekt bardziej ambitny niż jego. Od tamtego popołudnia swego pierwszego zbli­żenia Aureliano i Amaranta Urszula nadal wykorzystywali rzadkie chwile nieuwagi męża, kochając się z hamowaną pasją podczas przypadkowych spotkań, prawie zawsze prze­rywanych jego niespodziewanym powrotem. Ale kiedy zo­stali sami w domu, dali się ponieść szaleństwu opóźnionej miłości. Była to namiętność bez granic, obłędna i dzika, od której ze zgrozy przewracały się w grobie kości Fernandy i która utrzymywała ich w stanie wiecznej egzaltacji. Jęki miłosne Amaranty Urszuli i hymny konania z rozkoszy wybuchały równie często o drugiej po południu na stole w jadalni, co o drugiej nad ranem w spiżarni. „Co mnie najbardziej martwi - śmiała się - to cały ten czas, który straciliśmy". W oszołomieniu namiętności patrzyła, jak mrówki dewastują ogród i zaspokajają swój przedhisto­ryczny głód wszystkimi drewnianymi sprzętami w domu, widziała strumień żywej lawy znowu zalewający ganek, ale zajęła się tępieniem ich dopiero wtedy, kiedy znalazła je w swojej sypialni. Aureliano porzucił pergaminy, nie wychodził z domu i od niechcenia odpowiadał na listy katalońskiego mędrca. Zatracili poczucie rzeczywistości, poczucie czasu i rytm codziennych obyczajów. Znowu zamknęli drzwi i okna, by nie tracić czasu na rozbieranie się, i spacerowali po domu nago, tak jak to zawsze chciała robić Piękna Remedios, i nago tarzali się w kałużach na patio, a pewnego popołudnia omal się nie utopili kochając się w basenie. W krótkim czasie wyrządzili więcej szkód w domu niż czerwone mrówki: połamali meble w salonie, podarli swoimi szaleństwami hamak, który przetrzymał smętne miłości polowe pułkownika Aureliana Buendii, porozpruwali materace i wyrzucali ich zawartość na podłogę, żeby dusić się w nawałnicach bawełny. Chociaż Aureliano był kochankiem równie dzikim jak jego partnerka, to jednak Amaranta Urszula przewyższała go szaleńczymi pomysłami i liryczną żarłocznością i ona to rządziła w tym raju kataklizmów, jakby w miłości skoncentrowała tę nieokiełzna­ną energię, którą jej prababka poświęciła na produkcję zwierzątek z karmelu. Kiedy ona śpiewała z rozkoszy i konała od śmiechu ze swoich własnych pomysłów, Aurelia­no stawał się coraz bardziej skupiony i milczący, bo jego namiętność spalała go od środka. Niemniej oboje osiągnęli takie szczyty kunsztu, że kiedy wyczerpywała się ekstaza, szukali radości w zmęczeniu. Oddali się adoracji swych ciał, odkrywając, że chwile miłosnego przesytu mają niezbadane możliwości, o wiele bogatsze niż pożądanie. Podczas gdy on smarował białkami jajek sterczące piersi Amaranty Urszuli lub nacierał kokosowym olejem je prężne uda i brzuch, ona bawiła się jak lalką bajecznym członkiem Aureliana, malowa­ła mu pomadką do ust oczy pajaca i ołówkiem do brwi wąsy Turka, ubierała go w kryzy z organdyny i kapelusiki z posrebrzanego papieru. Pewnej nocy wysmarowali się od stóp do głów brzoskwiniowym syropem, oblizywali się jak psy i kochali się jak szaleńcy na podłodze ganku, i ocucił icr dopiero potok mięsożernych mrówek, które zamierzały pożreć ich żywcem.

W przerwach szaleństwa Amaranta Urszula odpowiadała na listy Gastona. Wydawał jej się tak daleki i zajęty, że prawie nie liczyła się z możliwością jego powrotu. W jednym z pierwszych listów napisał, że jego wspólnicy rzeczywiście wysłali aeroplan, ale że biuro żeglugi w Brukseli przez pomyłkę załadowało go na statek do Tanganiki, gdzie dorę­czono go rozproszonym gminom Makondów. Ta pomyłka spowodowała tyle kłopotu, że samo odzyskanie maszyny mogło potrwać dwa lata. Toteż Amaranta Urszula przestała brać w rachubę ten niepożądany powrót. Co do Aureliana to nie miał żadnego kontaktu ze światem oprócz listów katalońskiego mędrca i wiadomości, jakie otrzymywał od Gabriela za pośrednictwem Mercedes, tajemniczej dziewczyny z ap­teki. 2 początku były to kontakty realne. Gabriel kazał sobie zwrócić pieniądze za bilet powrotny, żeby zostać w Paryżu, sprzedawał stare gazety i puste butelki, które pokojówki wyrzucały z ponurego hoteliku na ulicy Dauphine. Aureliano wyobrażał go sobie w golfie, który zdejmował dopiero, gdy kawiarnie na Montparnasse zaczynały wypełniać się parami wiosennych zakochanych, śpiącego w dzień, by oszukać głód, a piszącego w nocy, W pokoiku cuchnącym gotowa­nymi kalafiorami, gdzie miał umrzeć Rocamadour. Z czasem jednak wiadomości od niego stawały się coraz mniej kon­kretne, a tak rzadkie i melancholijne były listy katalońskiego mędrca, że Aureliano przywykł myśleć o obydwóch tak, jak Amaranta Urszula myślała o swoim mężu, i oboje pozostali w zawieszeniu w próżni wszechświata, gdzie jedyną rzeczy­wistością codzienną i wieczną była miłość.



1   ...   18   19   20   21   22   23   24   25   26


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna